Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Comingoutica (cz.III.)

IV. DYSKONTYNUUJ

 

Blokhauzisko, do którego wchodzimy, wewnątrz prezentuje się jeszcze gorzej: szarzyzna, ponury, beznamiętny głos, jakim wymalowane są ściany. Dekołysanka, brzydka bajka bez morału i happy endu.

Czteroosobowy pokój. Wersalki, stojący na parapecie kineskopowy telewizorek wyglądający, jakby ostatni raz był użwany za czasów prezdentury Wałęsy. Nie działa, w ogóle nie jest podłączony do anteny — więcej, niż pewne.

Łazienka i ubikacja — parodia, ból i zgrzytanie zębów — niczym w bloku przy ulicy Ćwiartki, zamieszkiwanym przez serialowych Kiepskich — na korytarzu. Wspólna, prywatna, publiczna toaleta — jak mawia Ferdek.

— Bida z nędzą, jeść nie dają, a srać pędzą — rzucam z przekąsem. Leszek, Mieciu, długowąsy Jarek — uśmiechają się kwaśno. Rozmawiamy o kompletnych bzdetach. Nikt nie pyta, skąd jesteś, co spowodowało, że zamiast pracować jak człowiek, aplikowałeś do obozu koncentracyjnego, złożyłeś podanie o przyjęcie do łagru.

Napięcie, gorycz wisząca w powietrzu. Uczucie suchego kaca, niesmak w ustach.

Zajmuję wyrko pod ścianą. Niewiele wziąłem ze sobą, ot, tyle, co zmieściło się do reklamówki. Bielizna na zmianę, szczoteczka do zębów, paczka skarpet, długopis. I finito.

Wrzucam ciuchy do wersalki. Leszek zaczyna snuć rzewną opowieść o czternastu latach chudych, nałogu alkoholowym, w jaki wpadł, o pomieszkiwaniu w starym wagonie kolejowym, mozolnym wychodzeniu na prostą. Ewidentnie ściemnia, próbuje wziąć nas na litość, wzbudzić współczucie. Pewnie zaraz zacznie sępić, że weźcie, chłopaki, nie mam nic, podzielcie się. Pieprzony koneser cudzesów, dosiadacz się, fan picia na krzywy ryj. Taki głupio-cwany sęp, steroetypowy, skąpy Szkot, albo Żyd z dowcipów, pożyczający wszysko na wieczne oddanie dusigrosz, co to woli się nażreć i nachlać za czyjeś.

Ledwie zdążamy rozłożyć klamoty, jak do pokoju wchodzi następny logicerz, chłopaczyna po trzydziestce, dojrzały młodziak w typie prosiaczka, pyzaty i czerwony na ryjku grubcio, którego, gdyby nie zakola i kurze łapki, śmiało można by wziąć za licealistę.

Przyprowadza ze sobą… kolejnych czterech lokatorów. Normalne jaja, okrutna drwina z przyszłych pracowników, bezczelne żarty z ludzi, którzy sprowadzili się na to zamknięte zadupie, żeby uczciwie zarobić na kawałek chleba z omastą, butelkę nie najdroższej mineralki.

Mamy spać parami, no jaki problem? — udaje, że nie rozumie naszego oburzenia — przecież wersalki są dwuosobowe, pomieścimy się.

Optymalizacja kosztów, redukcja zbędnych nakładów, poinniśmy się cieszyć, że mamy jakiekolwiek zakwaterowanie, nie musimy na własną rękę szukać, wykosztowywać się na hotel, czy obskurny hotel poza zoną i każdego dnia przekraczać granicę, być poddawani rewizji osobistej, wiecie, co mam na myśli; zobaczycie — nie będzie tak źle, my tu wszycy jak wielka rodzina, no zaskoczyliście mnie panowie, jak pięć lat tu pracuję — nikt nigdy nie protestował, tyle grup było zakwaterowanych, tyle osób… — mówi tonem bogobojnej nastolatki, której ktoś zaproponował udział w orgii.

Ło jejciu, jak mogliśmy!

Jarek się stawia, podnosi głos.

— Nikt, kurwa, nie mówił, że nie będzie nawet osobnego łóżka! Co ty myślisz, gówniarzu…? Że my są pederasty? To jaja jakieś!

Grubasek poważnieje. Jak ostatni patus warczy, czy masz jakiś problem, dziadek? Na twoje miejsce trzydziestu czeka, młodszych i sprawniejszych, jak się nie podoba — to zwijaj mandżur i wypierdalaj, on może odprowadzić do bramy i sprzedać kopa na rozpęd. Spanko nie odpowiada? Jeszcze jeden taki tekst — i wylatujesz…

Aż zapienia się przy tym, bardziej czerwienieje na twarzy.

Na chwilę odbiera nam mowę. Zderzamy się z murem, obojętności i chamstwa, przed oczami wyrasta ściana i walimy w nią z rozpędu, głowami. Obóz, pieprzony, koncentracyjny!

Jerzy nie ustępuje, żąda rozmowy z przełożonym świniowatego. Zostaje wyśmiany.

— Widzieć to ty się możesz — rzuca groźnie zdziczała mangalica. Odchyla połę marynarki i dotyka kabury z bronią.

Zapomina się, wściekły, doprowadzony do ostateczności wąsacz, zaczyna bluzgać, wyzywa grubaska od gówniarzy, zasrańców. Trzęsie się ze słości. Nikt mu nigdy, nawet w Stanie wojennym, nie groził bronią. Nie boi sie takich pajaców w za dużych czapkach, którym wydaje sie, że maja nad nim jakąkolwiek władzę, no — czemu jeszcze nie strzela, no wal, sprzedaj kulkę miedzy oczy, pojebie…

Prosiaczkowaty, dysząc ze wściekłości rzuca, że sprawa jarkowej niesubordynacji, ciężkiego naruszenia dyscypliny pracowniczej zostanie postawiona na najbliższej sensoridzie, już Komisja podejmie odpowiednie kroki, zostanie wyrzucony na kopach, buntownik z wyboru, wielki ksiażę. Własnego łóżka sie zachciało! Zamiast grzecznie poprosić — śmiał… śmiał…

Wytacza się, nadęty jak purchawka. upokorzony. Obśmiany przez ośmiu chłopa.

Zostajemy z problemem: kto gdzie śpi, z kim, kurwa. Klniemy w żywe kamienie, na żarty układamy pozwy, treści skarg do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Jarek — żołnierz niezłomny — mówi, że będzie spał na podłodze, pod drzwiami. Jakby komuś w nocy chciało się wyjść do wucetu — ma pamiętać, minąć w miarę ostrożnie. Nie deptać dysydentów, więźniów sumienia.

Bareja zmartwychwstał i kręci nowy film. Mimo woli gramy w nim główne role.

Z dokooptowanych nam towarzyszy niedoli najmłodszy jest Marcin — wysoki blondyn lat dwadzieścia trzy. To z nim mam (kuźwa, jak to brzmi!) dzielić łoże.

Mieciowi przypada śniady Andrzej, Ślązak, Leszkowi — bucowaty Zygmunt, wersalkę Jarka, z litości, dostaje utykający, pomarszczony jak przejrzałe jabłko, Jan.

— Durnota, błędy młodości… — podwija nogawkę.

— Prawie całkiem sztywna — pokazuje schlastaną skalpelami girę. Blizna na bliźnie.

— Na przepustce z wojska się napiłem. Jakiś chuj przejechał… Lekarze początkowo chcieli amputować, ale matka wyprosiła konsultacje u profesorów w Warszawie… — mówi wręcz z dumą alko-kombatant.

Jesteśmy zbici, stłoczeni, niczym sardynki w puszce. Zmięci w kulkę i wrzuceni do kosza. Jesteśmy postaciami nadrukowanymi na banknotach,. które wyszły z obiegu. Bezwartościowi. Mimowolnie nabieramy cech starego papieru.

Zmierzch zapada dziwnie szybko i jakby niespodziewanie. Jasno, jasno — i nagle łup! -bierze nas z zaskoczenia.

Nędzna, trzydziestowatowa żarówka smęci pod sufitem. Dokładnie tak — nie świeci, lecz mamrocze coś, buczy-mruczy, charczy niestworzone historie, baśnie tysiąca i jednej nocy w Przygrodni.

Kładziemy się zrezygnowani. Nie tak wyobrażaliśmy sobie zamknięte miasto. Nikt nie spodziewał się Eldorado, ale… bez przesady. Jest gorzej, niż źle.

Ogarnia mnie płytki sen, majaczę coś o tajnej mission imposible, jestem złodziejem antyków, planuję zakraść się do opuszczonego skarbca, w którym niedawno zmarły, światowej sławy neurochirurg trzymał skitrane zabytki, płótna Maneta, Mineta, Minette’a. I robię włam, ale zamiast obrazów wynoszę… obrzemek porwanych, sparciałych dętek od ciągnika (naprawdę — nietrudno się pomylić!).

Wśród nich znajduję pozłacany, radziecki zegarek bez paska, marki… ŁUŻ. ЛУЖ („żul” czytane od tyłu? O to chodziło mojej podświadomosci?).

Przez moment jestem szczęśliwy, czasu nie liczę. Zapadam się w objecia Morfeusza.

Tymczasem Marcin zajmuje się moim ciałem. Delikatnie wsuwa dłoń pod kołdrę, dotyka torsu. Bada teren, sukinsyn, sprawdza, jak mocno śpię. Jest ostrożny, najwyraźniej ma doświadczenie w — tfu! — zmuszaniu heteryków do… usług.

Dłoń — w moich slipach. Prawie się budzę i jest to najgorsze przebudzenie w życiu.

Leciuchne głasku-głasku, śluzowaty, obleśny pocałunek, wlepienie się w moja szyję. Wessanie. Wampiryczne.

I kładzie się na śpiącym snem sprawiedliwego, pieprzony gwałciciel. Gwałtownik. Świński blondyn.

Zostaję wyrwany ze snu. Z korzeniami. Chcę krzyczeć, że co do kurwy nędzy, złaź ze mnie, ale on zatyka mi usta. Swoimi. Momentalnie czuję, jak wali się na mnie kilkumetrowy posąg, mały (sic!) Kolos Rodyjski, pan Statuł Niewoli. Jak zostaję przygnieciony przez człekokształtny kamień, nie żadną figurę z siatkobetonu, jaką jest, dajmy na to słynny świebodziński Jezus, ale autentyczne głazisko, marmur z marmurem w środku. Jak zostaję niemal wprasowany w wersalkę, rozmazany na prześcieradle.

W pierwszym odruchu — szarpię się, niczym nie dajacy się ujarzmić rumak. Mustang zaprzężony do kieratu. Szakal w obroży, z łańcuchem na szyi.

— Tśśśiiicho… — szepcze łagodnie, choć z pewnym zdenerwowaniem, Marcin. Zaczyna sapać. Ja zresztą — też. Hiperniezręczna i ultragłupia sytuacja: dryblas schodzi pocałunkami niżej, a ja, nieco wbrew sobie… przestaję się opierać.

Po pierwsze — uznaję, że to bezcelowe, typ jest o wiele większy i silniejszy, jakbym zaczął wierzgać — mógłby mi spuścić ciężki wpierdol, po drugie — zaczyna mi się to podobać.

Dobra, wróć, to złe słowo. Nie tyle podobać, co bawić; czekam, co będzie dalej. Opuściłem ciało, zobojętniałem do entej potęgi, mam całkowicie wyjebane, czy zostanę wyjebany. Sprowadzając się do Przygrodni, nawet na parę miesięcy, spaliłem za sobą mosty, zerwałem więzi z rodziną, dotychczasowym, wiecej: JAKIMKOLWIEK życiem. Pobyt tutaj to niemal samobójstwo, półasceza, wyprawa do Podpiekla.

Przygrodnia — przystanek tymczasowy w drodze na dno dna, pogrzebanie się przed śmiercią, dochówek w obcym grobie na przypadkowym cmentarzu, zagrzebanie sie w mogile nieznajomych osób.

To śmierć obcego gatunku, nieludzka i niezwierzęca, przejaw największej pogardy wobec camego siebie.

— Ciiisiooo… — szepcze blondas.

— Przecież tego chcesz, nie udawaj…

Milczę. Pocałunki. Lepkie. Tfu. Ślimacze. Pełznie po mnie humanoidalny, jednonogi mięczak. Pożera Piątawiec — moją rodzinną wioskę, Lublin, dzieciństwo, kraj, wspomnienia, Europę. Wszystko, włącznie z marzeniami, zostaje zlizane i rozpuszczone w gorącym śluzie.

Niejako wywraca mnie na drugą stronę, redefiniuje. Wyciąga na wierzch to, co ukryte głębiej, niż pod skórą.

Mutuję w… kogo? Biseksualistę, geja? W zwierzę, parzydełkowca, protista?

Wszystko naraz. A nawet więcej. Rozbiegam się na wszystkie strony, rozlatuję jak rolnik-terrorysta, który odpalił ładunek wybuchowy, ukryty pod waciakiem pas szahida.

Sorry, głupie porównanie.

Nastąpiło rozprężenie. Uciekam od problemów i fantazji, pragnień i bólu. Marcin bierze mi do ust. Wpijam palce w blond czuprynę.

— ...chcę.. — odsapuje mi się, w zasadzie pro forma. Bo tak trzeba, wypada, bo nie mam śmiałości, by odmówić, zburzyć atmosferę tego wieczoru, przerwać najdurniejsze przedstawienie, w jakim kiedykolwiek brałem udział (nie licząc kurewsko nieudanego występu w szkolnej inscenizacji Kota w butach, gdy najzwyczajniej nie nauczyłem się kwestii).

Dwójprzymierze, Dwójporozumienie. Czytam w myślach Marcina. Niewiele tu treści: ledwie parę odbryzgów z dawnego życia, poza Przygrodnią, dość przykre wspomnienia: odrzucenie przez pierwszego faceta. I paru następnych. Łukasz Wojtkowiak, wyjątkowo chamski stand-uper, który przypieprzył się podczas występu, zaczął ze sceny prawie lżyć nieszczęsnego Marcina, wyśmiewać jego — zgodnie z prawdą, zresztą — pedalską gębę.

Wydmuchana uszczelka pod głowicą toyoty. Pogrzeb dziadka, potem babci. Dziesiątki nieistotnostek, beżowych, szarych, niczym ściany blokhauziska, w którym jesteśmy, identycznych puzzli.

Obraz, jaki się wyłania, pejzażyk nędzy i rozpaczy, ta widokówka przysłana ze śmietniska, list znad błotnistego mooorzaaaaa…

Dochodzę w ustach. Marcin grzecznie zlizuje, co do kropelki.

Zoonimia, w myślach nadaję mu zwierzęce imiona. Mój Mruczek, Reksio, Szarik, Burek, moje kochane pupilątko.

Przegrzanie, gotujące sie synapsy. Wrzące płyny ustrojowe.

Zniewspółczucie, deempatia. Odrealnienie, poczucie niewyobrażalnej i jednocześnie komplenie absurdalnej… rozkoszy i ucieczki naraz. Spieprzania przed siebie, z walizką pełną czarnych świeczek i zasuszonych motyli. Przegryzienie szczebli powietrznej klatki, ucieczka z więzienia.

Odporność na readaptację. Chęć pozostania nienaprawialnym bandziorem-hedonistą, prymitywnym chuliganem w ortalionowym dresie.

Zaciskam zęby. Sekundnik niedawno snionego zegarka wiruje jak oszalaly. Chyba znów mam orgazm.

Wyobrażam sobie mężczyn, którzy schodzą się na orgietkę połączoną z libacją, na wielkie, menelskie wesele. Przynoszą noc w butelkach. Po wypiciu bekają gwiazdami, prosto w niebo. Nadają mu sens. Pstrzą, oznaczają je, niczym psy moczem.

Zostałem cudownie wykorzystany i chcę więcej. Kto sie przyłączy? Śmiało, zapraszam do kółeczka. Nie chcę tańczyć sam, to żadna przyjemność. Żeby bylo naprawdę zajebiaszczo — potrzebuję tłumów.

Dobierzmy się, panowie i panowie, w pary. Wirujmy.

 

V. NORMOGRAM

 

— ...to było ...chore. I zajebiste — uśmiecham się — Nigdy przedtem… z facetem… Naprawdę — totalny prawiczek. Znaczy — wiesz — jeśli chodzi o takie kontakty… Do tej pory — tylko z dziew… a, nieważne — z nerwów i ekscytacji język się plącze, omawia posłuszeństwa. Drżę ogarnięty maligną, pocę się niemiłosiernie.

Z ciemności wylatują błyszczące muchy, nekrofagi z gatunku Cynomya mortuorum. Obsiadają nas trupnice padlinówki. Zaczynają ssać rozmiękłe, wilgotne ciała.

Nieznane gatunki owadów wypełzają spod obwoluty atlasu entomologicznego. Para-świetliki z ogromnymi, w porównaniu do reszty ciała, oczami na końcach odnóży, siedemdziesięcioma parami skrzydeł. Trutnie-amorki, cienio-ważki.

Nie mija parę chwil, jak roją się w nas owe cudaczne stwory, wlatują we wszystkie otwory ciała. I znowu — na zewnatrz, frr.

Przytulam się.

— Nie znamy nawet swoich nazwisk. Nie wiem, co tu się odpierdala… Słuchaj, przez moment byłem jakimś, kuźwa, telepatą. Czułem cię. Pozazmysłowo. Nigdy z żadną laską nie przeżyłem takiego… No tripas, naćpanie się własnymi myślami — chyba to mówię. Albo nie? Straciłem panowanie nad ciałem, w tym — ustami. Całuję obcego kolesia, on muska mnie po torsie, udach, po jajach. Nie ma w tym nic romantycznego. Demistycyzm.

Na sąsiednich wyrach sześciu chłopa śpi jak zabici, nie chrapią, żaden nie mówi przez sen, nie przewraca się nerwowo z boku na bok. Absolutna cisza, nawet Jarkowi zasnęło się na podłodze.

My dwaj, cali z prądu, oplątani czarną włóczką. Ule bez królowych, mrowiska, kolonie bakterii, które do rana wymrą (pewne, jak kamień w pacierzu).

Zanim nadejdzie świt, skurwiały logicerz wygoni nas do pracy, zakuje w łańcuchy, dyby, czy wytatuuje nam na przedramionach numery obozowe, staniemy się pustymi skorupami — zwierzątka zaschną, kropelka lawy, jaką noszą w miejscu serc, wystygnie i zbryli się.

Parę kilometrów dalej, w jednym z reaktorów jądrowych, czy fabryk położonych na terenie Przygrodni, zbiera się Złe. Powiększa, skleja ze sobą. Rośnie jak na drożdzach, atom do atomu. I jeszcze trzy.

Nie przeczuwamy najgorszego. Niczego nie przeczuwamy.

I choćby przyszło tysiąc wróżbitów, i każdy nie wiem, jak się naprężał — nie udźwignęliby ciężaru przedwczesnej wiedzy. Gdyby ktokolwiek miał świadomość, co niedługo zajdzie — nie podzielilby się z nikim tą wiadomoscią. Mózg by mu implodował, wessał się do wytworzonej w głowie wszystkożernej dziury, cyklonu, myślotornada, które porywa, bełta, mieli…

Idzie czerń, Marcinku, coć złego weźmie nas w szpony. Nadzieje na nie.

Mam jak najgorsze przeczucie: to kataklizm, przy którym tsunami, wybuch Wezuwiusza, czy niedawne dojście do władzy skrajnej prawicy będzie się zdawać dziecinadą, upadkiem z rowerka Reksio i stłuczeniem kolana. Wybiciem dwóch mleczaków.

Leżymy we względnej ciszy, prawie milcząc. Posapuje z lekka, spocony jak mysz.

Przesuwasz się. Po mnie. Ruchem pełzakowatym.

Za parę godzin przyjdzie bardzo niegrzeczny, chamski pan stand-uper i zwyzywa nas, rozkaże wyjechać z zony, spakować manele i przenieść się na mityczną Drugą Stronę. Nie umrzeć, to byłoby zbyt prostackie i za mało okrutne.

Jeszcze trochę. Cierpliwości.

— …słuchaj… nie jestem… no wiesz. Nie tak dawno byłem z kimś. Durna sprawa, aż wstyd się przyznać. Ania, trochę młodsza. Z twarzy przypominała moją… siostrę. Część ludzi, stare durnie, to się normalnie oburzała. Ciężki szok, że jak ja mogę, to prawie kazirodztwo! Znajomi — mieli bekę.

Zebrało mi się na zwierzenia. Najchętniej bym zapalił, zaciągnął się najdroższym szlugiem, jakie sprzedają w para-Polsce, puścił z ust kłąb kurewsko drogiego dymu i dalej snuł opowieść.

Ale po pierwsze — rzuciłem fajki sto lat temu, po drugie — nie ma mnie kto słuchać. Marcin bawi się w romantyka, głaska po…

— …taki Tomek z roboty, to mi nawet kazał pójść się leczyć. Że niby nienormalne skłonności przejawiam, w głębi duszy chcę zgwałcić Natalkę i podświadomie szukam jej sobowtórki, substytutu, atrapy, może nawet…

— Skończ. To nie jest śmieszne.

— …zamówiłbym gumową lakę przypominającą własną, kuźwa, siostrę, taki ze mnie zbok, zwyrol, psychopata. Mało żeśmy się nie pobili. Gdzież takim tekstem pojechać! Anioł by nie wytrzymał!

— …łłwno młnie obchodzi! — kochac dławi się gorącym… mną. Krztusi potem, fluidami, jakimi tryskam, aurą o konsystencji budyniu.

Caly jestem jakiś taki płynny, zgalaretowaciały. Przed sekundą znów się podzieliłem. Bajoro z zatopionymi na dnie wrakami łódek, jachtów, pełne potępionych dusz dzieci bawiących się w piratów.

Mikrokorsarstwo: jednookie zjawy unoszą się na powierzchni kałuży. Atakują ciało Marcina. Sam się o to prosił, dureń.

Ta chwila jest bardzo grafomańska, mna w sobie dużo z nieudanego rysunku wykonanego ręką zdziecinniałej, dorosłej osoby. Nie dotkniętej demencją, czy inny paskudnym schorzeniem, ale niejako kurczącej się od wewnątrz, człowieka chcącego powrócić do czasów przedpodstawówkowych.

Autoinfantylizm: pobawmy się w soczki, będę malinowym, ty wydusisz mnie z owocu; ściśniesz najmocniej, jak potrafisz, a ja trysnę ci do buzi.

No, dobrze! Teraz moja kolej, czym jesteś? Trzymam w dłoni i zwyczajnie nie wiem. Postaram się zgadnąć: akebia, pitaja, salak?

Na pewno nie ananas, to byłoby za proste. Ciężko wyczuć, masz zmienny, nieregularny kształt, przelewasz się przez palce. Ciągle mutujesz.

…a podobno to ja bywam niestały w uczuciach, he, he.

Te nasze gry i zabawy ruchowe są rymowanką. Próbujemy ją zapisać, mozolimy się z tym, pot występuje na czoła, jednak, cholera żesz jasna, papier nie przyjmuje ani słowa, jakby był istotą żywą, która się znarowiła, uparła, by pozostać czysta i nieoznaczona, bez nazwy, wolna od gryzmołów, niezabazgrolona.

Jesteśmy więc kazicielami, przyczepiliśmy się do niej i chcemy jak najgorzej dla ewentualnej żywicielki.

Przypominamy żuczki o nietęczowych pancerzach, mieszkaców głów zwierząt, rastamanów, ludzi innego (sic!) gatunku.

— O czym myslisz? — pyta nagle Marcin.

— A, takie tam. Wyobrażam se depilację brazylijską, wylanie gorącego wosku na łeb temu syfiarzowi od dreadów. Może to by nauczyło pajaca dbać o siebie. Dwóch logicerzy by go trzymało, a trzeci zdzierał z głowy zaschnięte, zawszawione gluty…

Świecące się groźnie, czerwone węgielki. Oczy wilkołaka granego przez Jacka Nicholsona, ślepia wilków z Akademii Pana Kleksa.

Wrzeszczy się Marcinkowi, że gdyby wiedział, że będę takie głupoty pieprzyć — o, z tamtym by wolał spać, że jakiś chory jestem, staram się być oryginalny, silę na nonkonformizm, zgrywam artystę-dziwaka, bo pewnie próbuję wywrzeć dobre wrażenie, zaimponować mu, albo prowadzę jakąś popieprzoną gierkę, o co mi, u cholery jasnej, chodzi? Myślał, że da się ze mną normalnie pogadać… — krzyczy Marcinek. Szeptem.

Z ust bryzgają krople śliny i mojej spermy.

W co się bawię i po kiego czorta? — pyta obrzydliwczyk. Gwałciciel.

Sekundnik spowalnia. Odwracam się twarzą do ściany. Minęła ochota na nocne Polaków rozmowy, de-literackie deliberacje. Bawię się słowami, choć jestem tak śpiący, że powoli zapominam rodzimego języka.

Odjeżdżam na kradzionym, przedwojennym rowerze.

— Jutro ci opowiem, jak brałem udział w eliminacjach do Milionerów. Odpadłem na banalnym pytaniu: „Kto i w ktorym roku dkonał zamachu na marszałka von Halzenberga?”. Weź tu strzel, jak nie miałem nawet pojęcia, w jakiej epoce on żył! To był zaborca, czy sojusznik Polaków…?

Teraz — cześć. Dobranoc.

Zirytowany lachossaczek puka się wymownie w czoło. Zdaje mi się, że z wnętrza głowy dobiega ciche „proszę”.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz 4 miesiące temu
    „dosiadacz się, fan picia”
    Sugestia: bez się to lepiej brzmi
    „hotel, czy obskurny hotel”
    2 x hotel, jedno można zmienić na hostel
    „Trzęsie się ze słości.”
    Złości
    „w Stanie wojennym, nie groził”
    Albo konsekwentnie Stanie Wojennym, albo konsekwentnie stanie wojennym
    „wydaje sie, że maja nad”
    Się, że mają
    „Własnego łóżka się”
    W Wordzie opcja zamień _sie_ na _się_ i będzie dobrze
    „purchawka. upokorzony.”
    Purchawka, upokorzony. LUB purchawka. Upokorzony.
    „wiecej: JAKIMKOLWIEK życiem.”
    Więcej
    „pogardy wobec camego”
    Samego
    „niedawno snionego zegarka”
    Śnionego
    „Żeby bylo naprawdę”
    Było
    „kochac dławi się gorącym”
    Celowo kochac, a nie kochaś, prawda?
    „Caly jestem jakiś taki płynny”
    Cały
    „mna w sobie dużo z nieudanego rysunku”
    Mna w tym fragmencie nie wiem co znaczy
    „O czym myslisz?”
    Myślisz
    „dkonał zamachu na marszałka von Halzenberga”
    Dokonał
    A pan marszałek to kim był?

    Niezłe, niezłe. Coraz bardziej obrzydliwe 😊 Dobra, żartuję, zmierza to w stronę nieprzewidywalną i super.
  • Florian Konrad 3 miesiące temu
    Jezu, literówki pojawiły sie w wersji netowej, w drukowanej zostały ogarnięte, więc to absolutnie nie tak, że nie wiem, co pisze, nie znam gramatyki,, ortografii, albo mam okulary jak Stępień z 13.posterunku i nie widzę tworzonego tekstu... Marszałek? Wspomniana postać fikcyjna, w zasadzie element dekoracji.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania