Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Comingoutica (ostatni fragment powieści)

I. POGROMCA BIZONÓW

 

— …wesz? — mrużę oczy, wgapiam się w kilkunastołape, opancerzone na kolorowo, pełzakowate żyjątko przeciskające się pomiędzy grubymi dreadami. Kuźwa żesz mać!

Siedzący przede mną, na oko stupięćdziesięcioletni rastaman, człowiek-rodzynek, wysuszony na wiór, obciągnięty pofałdowaną, suchą skórą szkieletor, ma we włosach tęczowego chrabąszcza-skarabeusza; na jego głowie pasożytuje fluorescencyjny insekt. Włazi pomiędzy „kocie ogony”, jak od czasów gimnazjum nazywam ten rodzaj kuriozofryzury, zdaje się szukać fragmentu nieowłosionej skóry, w którą mógłby się wkłuć, wgryźć, zapuścić kłujkę-plujkę i ssać krew, limfę, karmić się biciem serca, pulsem żywiciela, jego ciepłotą. Skóry, pod którą mógłby złożyć jaja.

Przedprzedwczorajsze śniadanie i podwieczorek podchodzą mi do gardła. Mdłości, uderzające o zęby kwaśne fale soków żołądkowych.

Brudas, pieprzony polski Bob Marley, hodujący w Jah wie, od jak dawna nie mytrych kudłach pasoży… tfu!

Odchylam glowę jak najdalej się da, coby uniknąć przypadkowego kontaktu z flejtuchem i jego menażerią, by nie przeskoczył na mnie żaden gryziuch, przyssawiec. Niemal wklejam się w szybę, policzek i nos przytastają do zimnej i zaparowanej tafli szkła.

Takie, kurde mać, rzeczy w dwudziestym pierwszym wieku, w Europie! Dziadzisko pewnie ledwie kontaktuje, nie zdziwiłbym się, gdyby nie kojarzył, jak się nazywa, ani dokąd jedzie.

Gdzie jacyś jego opiekunowie, pomoc społeczna…? To bezdomny? Chyba nie, skoro klepie szpono-paluchami w ekranik smartfona…

Pan, któremu zamarzyło się zostać schroniskiem dla zwierząt, zarazem — mobilnym ogrodem zoologicznym, tłucze krogulczym pazurzyskiem w wirtualną klawiaturę.

Próbuję skupić wzrok. Dualistycznie: jednym okiem śledzę przesywające się coraz szybciej zaokienności, drugim wędruję po wyświetlaczu rastamańskiej komórki.

Patrzę coraz głębiej i dalej, wręcz dostaję rozbieżnego zeza. Trwa to niecałą chwilę, zaraz karcę się w myślach za nadmierne wścibstwo, wewnętrzny narrator puka się w głowę; co ja wyprawiam, chyba już całkiem zajobieję z nudów, przecież guzik mnie obchodzi dziad i jego esemes, konto facebookowe, na Naszej klasie, czy innym Jestemzalegalizacja.pl, muszę przestać się zachowywać jak wścibska kioskara-plotkara…

Insektołaz zniknąl w głębi włosowego stogu, pewnie już mości sobie gniazdko w płatach czołowych przybranego syna Hajle Syllasjego.

Garbaty kierowca jedzie coraz szybciej. Z głośników pocharkuje jedna z tych młodych pop-kaleczek, wokalistka bez wokalu, dziewczę o papierowym głosie, Sarsa, czy inna Farna. W dodatku pieje cover Tabasco Hemingwaya, usiłuje przyrapować:

 

„Z milionerki w żula — och!

Z milionerki w czuba — och!

Żyję, chociaż nie wiem, po co”.

 

Rozpacz amelodyjna, płacz, jęk i zgrzytanie głośników.

 

A za oknem — szkielet kombajnu. Szare i ponure, świeżo dogaszone ciało. Dymiący i parujący zezwłok bizona w czarnym kręgu wypalonego zboża.

Głowy, morze rozbieganych, drgających łbisk. W hełmach i bez, łysych i ostrzyżonych na krótko, męskoosobowych łepetyn. Węże, gaśnicze dusiciele, anakondy pełne wody.

Autobus zatrzymuje się. Korek przed nami — pięć — sześć wozów strażackich. Gorące, choć granatowo-sine światła błyskają wokoło. Refleksy pstrzące szosę, niebo.

Ryk syren odbijający się od karoserii aut, przeciągły, sztuczny jęk, beeo, beeo. Prawie widzialne nuty tego wrzasku, przetaczające się po zjaranym polu. Tu na razie jest pogorzelisko, ale będzie San Francisco.

— No — i ktoś stracił z parędziesiąt tysięcy — konstatuje wąsacz w zielonej czapce nachylając się nieprzyjemnie blisko mnie.

Won, odejdź, no…! — zgrzytam w myślach zębami. A ten — prawie łazi do uszu, wiesza mi się na karku, usiłuje pełznąć po głowie, niczym przerośnięty, bezpancerzowy robal.

— …jak nie lepiej — odzywa się faciu, którego twarzy nie widzę. Ludzie powstawali z miejsc i tłoczą się, wtulają jedni w drugich. Traf chciał, że akurat blisko mnie jest najlepszy punkt obserwacyjny, siedzę przy tym jedynym, magicznym okienku, przez które najwyraźniej widać całe dziwo.

Po drugiej stronie zachuchanego szkła rozegrał się prawdziwy dramat, czyjś kombajn postanowił dokonać samospalenia, ponieść męczeńską śmierć techniczną w imię niesprecyzowanych i niepojętych dla ludzi ideałów. Jakiemuś rolnikowi grube tysiące złotych poszły się… grillować.

No trudno, tak bywa, peszek. Ma za swoje, durny niesybaryta, któremu, zamiast najpoczciwiej w świecie przepieprzyć pieniądze, zachciało się je zainwestować w maszynerię do pokosów, omłotów, zwózki ziarna i plew… Co za jełop, nie szkoda mi takich… — uśmiecham się w duchu. Kto nie przeznacza więcej, niż połowy zarobków na tango-birbantico — powinien być surowo ukarany, wszystkie plagi egipskie winny spaść na zakuty leb cwaniaczka-dorobkiewicza… — myślę jak Ferdek Kiepski (też se znalazłem autorytet!).

Współpasażerowie głośno komentują stratę, jakiej doznał właściciel metalowego (sic!) żużlu. Kobiety są niemal bliskie rozpłakania się, jojczą załamując ręce, zawodzą, jakby rodzone wnuki potopiły im się w gnojowicy, albo zostały stratowane przez stado wściekłych owiec, rozszarpane kłami wieprzy.

Tyle pieniędzy — z dymem! W płomienie! I pewnie nieubezpieczony był, bo na wsiach każdy traktor, kombajn, czy wóz drabiniasty jest; nikt nie myśli o ewentualnych konsekwencjach, nie ma kasy nawet na OC, w dodatku ludzie się głupio cwanią, oszczędzają w najgorszy możliwy sposób. „Tylko frajer płaciłby za nic” — myślą. A gdy dojdzie do nieszczęścia — szloch, błaganina, zbiórki internetowe na pomoc pogorzelcom, prośby do ludzi dobrej woli, aby wpłacili chociaż ze dwa złote, bo czerwony kur rozdziobał ciągnik, czy stodołę…

Korek zaczyna się rozładowywać, strażackie magirusy i scanie zjezdżaja z szosy na pole. Trup przestaje parować. Moja głowa — również. Przechodzi nagły atak miazntropii, chęci wywołania wojny totalnej, zrobienia błyskawicznej rozpierduchy.

Ludzie odsuwają sie na bezpieczną (dla siebie i mnie) odległość. Rozprężenie: nikt już nie tłoczy się przy głowie-wulkanie (podróżując komunikacją zbiorową powinienem mieć umieszczoną w widocznym miejscu naklejkę z napisem: „Zachowaj odstęp, niebezpieczeństwo pogryzienia, ZACHOWAJ ODSTĘP”, a najlepiej jeździć w kaftanie bezpieczeństwa i kagańcu; diabli wiedzą, skąd bierze się w człowieku tak patologiczna i nieuzasadniona nienawiść do przedstawicieli własnego gatunku, gdy jest się z nimi w zamkniętej przestrzeni autobusu, wagonika metra… czemu wampirzeję i wilkołaczeję jednocześnie, zmieniam się wtedy w zdziczałe zwierzę…?), nikt nie jest narażony na erupcję bluzgów.

Ruszamy pomału, mojamy miejsce kaźni. Blaszany, cuchnący spaloną gumą trup za parę dni pokryje się rudym nalotem rdzy. Jego właściciel nie odkuje się przez ładnych parę lat.

Popadam w dziwną zadumę. Myślę o stratach, pustoszeniu, pojazdach prowadzonych przez duchy, o uprawianiu nierodnej ziemi.

Chyba dochodzi we mnie do zwarcia. Topi się izolacja.

Błyszczący pasożyt wystawia oczułkowaną główkę, patrzy wielkimi na pół „twarzy” oczyskami.

Jak mnie widzisz? Nieostry, czarno-biały, półkolisty jestem? Może uważasz mnie za olbrzymią poczwarkę, formę przejściową, z której dopiero powstanie „ja właściwy”, „ja dojrzały”?

Czy brzydzi cię mój zapach, z tego powodu nie przeskakujesz, wolisz siedzieć w brudnych kudłach odrażającego starucha? Za młody jestem, czuć ode mnie niedojrzałym mięchem, zbyt zieloną krwią? — filozofuję bez sensu. Tak — przez moment odczuwam swoisty smutek, że nie zostałem zaatakowany przez łazi-kłujka.

W głowie zagotowały się neurony, wrze bordowy smalec. Kompletnie dziwaczeję z tego stresu. I ekscytacji.

Kierowca, chyba równie znużony co ja, pojękiwaniami pseudo-raperki, wyłącza radio. Przynajmniej tyle dobrego. Lepsza cisza, niż cover polskiego Hemingwaya. Taki kicz tylko udepresyjniał, wdeptywał człowieka w wypalone ściernisko, oblewał kleistym bełkotem. Lukrem bez lukru, słoną melasą.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania