Comingoutica (cz.V.)

VIII. POWODY, DLA KTÓRYCH WARTO POZOSTAĆ DZIECKIEM

Sagas — Nebeltanz

Neige Et Noriceur — Le Portail de Kadath

Atom — The Cold Eternal Night

Ereshikal — The gates to the kingdom

Wormtongue — Approaching the White Shore

Veldes — Of rain and moss

Sleipnir — Blood on the sword

Rhadamanthys — Of dream and deception

Chanid — Misterium

Barrowlands — Alabaster

Worsen — Open veins

Primal cult — Primal cult

Vrag — Fagyhalott Alom

Mountains Crave — The Violet Hour

Wishes of Eternal Sleep — Land’s of Cold Desolation

Notorius — A call to Arms

Old Graves — She Was A Sillhuette Against The Sunlight

Cirrhus — Sharpened Spectacle

Spectral Tower — Visions

Old Man Of The Desert — An Owl

Taatsi — Season Of Sacrifice

Grim Funeral — Crypt Reign

Frydsman — Wainwraight

Evilfeast — Invoking the Ancient

From Purgatory — Adoration of the Idols

Wte Will Of A Million — Smoke

Khaotic — Hino A Morte

Ahnenstahl — Zwischen Tod und Leben

Iersinia — Without

As Prophecies — Igne Natura Renovatum Integra

Barrowlands — Mother of Storms

Thorrid Husk — Cut With Rain

Symphoniare Infernus — Path to Marduk

Arx Atrata — The Broken Man

Draconian Age — Candle Light Spell

Talv — Forgotten Serenity

Runenthor — Vegtamask Vida

Necrowerewolf — Tke Kingdom Of Ice

Fearscape — War Prayer

The Funeral Pyte — 200 Years

Sariola — From The Dismal Sariola

Azaghal — In Deathlike Silence

Cultus Sanguine — Shadow’s Blood

Celestia — Deathj Of The Lizard Queen

Soulgrind — Tearflower

Slechtvalk — From Behind The Trees

Hayagriva- Last Encounterment

Decayed — Ancient Abgal

Istidraj — De’Shining Ones

Terragon — L’Ame Noire

Agael — Staubherrscher

Athos- The Final Vow

Ulgoroth — My Inners Uhwerk

Profane Souls — Almas Profanas

Nocturne — Shapeless

Regarde Les Hommes Tomber — Sweet Thoughts And Visions

Way To End — A non ombre

The Great Old Ones — Visions of R’eh

Noose — Prison of souls

Talv — Every Dream Is Intendend To End

Withering Light — Ocean Grave

Contemplations — Void

North Black — Lust ikke fornuftig vente

Montes Insania — Nihilist

Kriegsgott — Nidhoegg

 

Dość. Dalej dośpiewajcie sobie sami.

 

IX. BLOODEMECUM

 

Szarborow był niegroźny. Pocieszny, starszy pan wykrzykujący co drugie zdanie, niepytany, prawdy objawione o światowym spisku Arabów, Murzynów i, oczywiście — wiadomo, kogo.

Pożałowania godny, zaniedbany świr budzący bardziej współczucie, niż strach. Choć krzyczał, przyznaję — diabelnie głośno. Ile miał pary w płucach.

Ale zawsze jakoś tak miękko, prawie łagodnym głosem. Wrzask, donośny, aole nie zapalczywy, bez cienia agresji. Z wyczuwalnym smutkiem i bezradnością, płaczliwy, że co ja, sam jeden mogę zrobić, jak się przeciwstawić nawale islamistów, jak znikąd pomocy? Czym pozatykam granice — tiukami? Zalepię gliną? Ich tylu, napierają się, tłoczą się, wróg u bram, a lewacy jeszcze zapraszają, im bez różnicy — matki z dziećmi uciekające przed wojną, czy chłopy w sile wieku, młode byki z ISIS, Al-Kaidy… Terrorysta- nie terrorysta — no prosimy, prosimy, czym chata bogata, tym rada, siądźcie z nami przy stole, częstujcie się, żeby nie urazić — nie podaliśmy wieprzowiny… Co to za okazja? A, takie tam nasze bałwochalcze święto, Wigilia; nie zwracajcie na nas — psów niewiernych — uwagi… — darł ryja.

Oprócz ksenofobiad rozprawiał się z „wrogami” z własnego podwórka, zdrajcami spod czerwonego sztandaru modlącymi się do mumii Lenina, neosanacją, neomultikulturalizmem zaprzańczym, depolonusami z Czerskiej, od Michnika, ale i ze środowiskiem Radia Maryja, w jego opinii — nie mającym nic wspólnego ze szczerą, popartą lekturą Pisma, wiarą. Ganił ich, potępiał wszelką fasadowość, wzywał do nawrócenia.

W chwilach religijnej ciężkiej manii jeździł na zloty sypatyków, rodzin Radyja, próbował ich rekatolicyzować, rozdawał własnoręcznie namalowane obrazki z postaciami biblijnymi (najczęściej przewijał się na nich Adam zrywający jabłko z drzewa poznania, rozbity w driebiezgi złoty cielec, sporo też było dyndających na gałęzi Judaszów z wywalonym komicznie jęzorem, było pęknięte na pół Morze Czerwone i deszcz ognisty spadający na Sodomę).

Wyganiano go, bo jakże by inaczej, grzecznie, ale stanowczo kazano iść w czortam, nie zakłócać przebiegu uroczystości.

Przyjeżdżała policja, spisywała delikwenta. Jeśli był wyjątkowo pobudzony — lądował na dołku. W więzieniu — o ile mi wiadomo — nie siedział nigdy, żółte papiery stanowiły jego glejt, były cudownym, niezniszczalnym kotiumem superherosa, zbroją broniącego ojczyzny przed turecką, irańską, osmańską nawałą, dzielnego, choć osamotnionego rycerza.

Józef Szarborow — jedyny sprawiedliwy, spoiciel trzymający kraj w jednym kawałku, nie dopuszczający do następnego rozbioru Polski.

Albo — zależnie od wersji — organizujący post-polonię na Obczyźnie, neo-Mickiewicz piszący ku pokrzepieniu serc rodaków z dawno upadłego i rozgrabionego przez sąsiadów państwa („Ozajasz Szechter i jego banda! Nikt inny! Przy pomocy — jak to się fachowo nazywa fejk njuzów da się rozmontować państwo, od rodka, rzucić w łay, pazurzyska zaborców, ga-ze-tą odebrać niepodległość! Zedrzeć z godła… biel… orłowi…” — wydzierał się nadbużejski Wernyhora).

Do legendy przeszły ekscesy z jego udziałem, jak zepchnięcie z mównicy we Włodawie Roberta Biedronia (kampania do Parlamentu Europejskiego), słowny atak na Grzegorza Schetynę (coś w stylu: „Za ile sprzedałbyś matkę w ręce Mossadu, zdrajco?”), czy — najpoważniejsza draka, cyrk, o którym pisały ogólnopolskie media — rzut wypełnioną moczem, plastkową butelką po soczku Kubuś, w kierunku przemawiającego w Chełmie Władysława Kosiniaka-Kamysza (miał szczęście, że flaszka dosłownie o milimetry minęła głowę dryblasa i skończyło się jedynie na mega skandalu, obezwładnieniu przez SOPowików).

Nasz lokalny Leon Czolgosz, Lee Harvey Oswald, mały bin Laden, pocieszny zamachowczyk, który sam nie do końca wie, co robi; bezwolny, niesiony prądem historii, mało rozgarnięty Forrest Gump targany wynikającymi z choroby silnymi emocjami, dwubiegunówką i katatonią, naprzemiennymi fazami pobudzenia i apatii pokorny zapalczywiec.

Ogrodnik uprawiający w zachwaszczonej głowie oksymoronie pospolite.

Depozytariusz prawd objawionych na serwetce lubelskiego macdonaldsa, posiadacz niedostępnej zwykłym śmiertelnikom wiedzy, ostrzegający przed zbliżającą się wielkimi krokami wojną światową/ apokalipsą polityczną zapoczątkowaną przez Brexit (czasami twierdził, że katalizatorem wybuchu III, największej, atomowej wojny wojen będzie otrucie pierwszego Azjaty zasiadającego na tronie piotrowym, co — chyba — jeszcze nie nastąpiło…)

Pocieszny, horłaty fantasta, wizjoner, prorok, performer, mag, zielarz, guślarz, autor nowej, napisanej w tylko sobie znanym języku wersji „Dziadów”, autor „Kroniki pielgrzymstwa i zagłady narodu polskiego”.

Nie miałem z nim za dużo styczności, rodzice — z perspektywy czasu wiem, że słusznie — przestrzegali mnie, miałem jak ognia unikać przerażającego wrzaskuna z apostolską brodą, uciekać, schodzić mu z drogi. Próbowali wmówić, że to groźny, krzywdzący dzieci potwór, kanibal; wszczepić swój, w pełni zrozumiały, strach.

A mnie on po prostu śmieszył, wywoływał chichotki. Czego się bać?

Jeśli nie było się postkomuchem, członkiem SLD, neoliberalnym zwolennikiem Sanacji (trudno — mając dziesięć lat) — było się całkiem bezpiecznym. Nie krzyczał na dzieciaki, Nie próbował wyciągać ich z bagna socjalizmu, przekabacać.

Józek — dobry wujcio, w zasadzie bardziej zasługujący na współczucie, niż wyśmiewanie, rozwrzeszczany poczciwina pragnący w swojej szajbie prawdziwego (czytaj: skrajnie prawicowego) prezydenta, rządu z krwi i kości, nie lewaczych, sterowanych zdalnie przez Kreml, atrap.

Ostatni żołnierz wyklęty, który nigdy nie poddał się zdrajcom z LWP, neo-akowiec, samozwańczy członek reaktywowanej Solidarności Walczącej, niezłomny partyzant, siepacz jednoosobowej bojówki, koleś o zaprawicowanym łbie, absolutnie niegroźny, zżerany przez anie i obsesje wrzaskun, do którego na wspomnianej serwetce z maca napisał sam Stwórca.

Na krótko przed śmiercią jego stan znacznie się pogorszył, omamy — nasiliły. Hordy zmartwychwstałych Leninów, Lwów Trockich, Lwów Kamieniewów gnały nieszczęśnika, wyrapiając czerwone, jak sztandar Kraju Rad oczyska, ławice Marksów, Engelsów przepływały nad głową, raz za razem próbując uderzyć w nią młotem, albo zżąć sierpem.

Opędzał się, Józek, od nieumarłych Kim Ir Senów, Kiszczaków, kopniakami rozbijał szkła ciemnych okularów Jaruzeli, dźgał nożem ciągle replikującego się Bieruta.

Komuchy — nie ustępowały. Zza szaf wyłaziło to-to, spod podłogi. Po suficie sunęły wężopodobne bestie o twarzach Jaroszewicza, Rakowskiego, z wresalki, ruchem pełzakowatym wypełzał pokryty łuską Malenkow, to znowu rozanatomiczniony, bezskóry Gomułka.

Biegał dookoła studni z kijaszkiem, młócił nim zombiaki, ale te, już raz zmarłe, nie chciały powtórnie rozstawać się ze światem, ścigały biednego Szarborowa.

Czeredy rozlastrykowańców, synów Czernienki i Nadieżdy Krupskiej, potomków Gierka gryzły, szarpały tkniętego obłędem wizjonera.

Wreszcie, jeden z tych socjal-potworów wniknął pod skórę pana Józka. Zagnieździł się w żołądku i zaczął go drążyć. Drenować.

Schudł, zmizerniał, w przeciągu dwóch tygodni zmienił się w chodzący szkielet.

— Wszczepili mi raka, bydlaki. Ale nie zmogą… Falami radioaktywnymi próbowali otruć, teraz to… Sam Putin, albo i Beria macza w tym paluchy… Jad, fale elektromagnetyczne w powietrzu, lampy radiowe, do naświetlań gardeł… Faszerują mnie polonem, jak Litwinienkę… Ale zobaczysz — strawię go. Toksyny, cały ten atom… — tłumaczył memu ojcu.

A ten go wygnał! Jeszcze w żywe oczy powiedział, że jest durny jak but!

Z miesiąc później znaleźli Szarborowa, prawie zmumifikowanego, we własnym domu. Pod mordą.

Ostatnie, co stworzył, to ten, wielki na całą ścianę, granatowy pysk świni-nie świni, Belzebuba z ryjem i wywalonym językiem. Rogata, namalowana farbą olejną na środku ściany — w zamierzeniu — przerażająca głowa stracha na pezetpeerowców i nie dość gorliwych katoli, pod nią — rozkładający się na sucho, poszarzały prorok.

Wzięli go na sekcję. Nowotwór złośliwy żołądka, bezpośrednia przyczyna śmierci: zagłodzenie.

Z Ryfnic przyjechał brat pana Józka, zajął się organizacją pogrzebu. Został na parę dni, posprzątal podwórze. Rozmontował józkowe dzieła. Bo w międzyczasie, gdy akurat nie wieszczył, Szarborow starał się pracować. Jak normalny człowiek. Zbiajł huśtawko-bujaczki, wyglądające, jakby średnio rozgarnięty goryl klecił je przy pomocy młotka, gwoździ i lakieru do drewna. Akurat wybuchła moda na durne siedziawki-huśtawki, na co drugim podwórzu stało takie cudo.

I Szarbowow wyniuchał w tym interes (od czasu do czasu miewał przebłyski logiki). Zbijał te dupokiwajki wyglądające, jakby King-Kong zrzygał się sadolinem na wiatrołomy. Nie sprzedał, oczywiście, ani jednego zbijucha, choć drogo se nie liczył, dwie — góra trzy stówy.

Niepowodzenie biznesowe wepchnęło, jak gadali niektórzy, w jeszcze większe szaleństwo. Doprowadziło na skraj przepaści i dało kopniaka w zad.

Opuszczony dom szybko stał się celem pielgrzymek, najpierw złomiarzy, potem, gdy rozkradziono wszystko, co dało się upłynnić, wyrwano nawet ze ścian instalację elektryczną — dzieciarni i urbeksiarzy z całej Polski.

Morda z blizną po wyciągniętym wraz z tynkiem kablu zyskała sławę. Za sprawą magazynu Skandalizator, emitowanego późną nocą na Dwójce, chałupa obrosła dziesiątkami durnych legendzisk, najpierw była miejscem zbrodni, jednej, dwóch, ośmiu, potem — rzekomym domem polskiego Hannibala Lectera, miał się w niej ukrywać esesman-kanibal, jacyś nekrofile, sekciarze para-thelemscy, mordująca podstarzałych, forsiastych naiwniaków czarna wdowa…

Dom, martwy od lat, żył własnym życiem, przeistaczał się. Ewoluował.

— Wygląda, jakby zwracał świat. Wyrzygiwał go wywrócony na drugą stronę. Przenicowany. No wiesz — zamieniony biegunami. Świat górą na dół… — powiedziałem do Ani. Nasza pierwsza randka, żeby było bardziej romantiko — zabrałem ją do opuszczonego domu świra. Pomysł z dupt, gówniarski i wręcz żenujący. Tak bardzo w moim stylu.

Stoimy po kolana w kurzu, plastiku, szkle z rozbitych butelek. Po kolana w stęchłym, pelnym rojeń śnie wariata. Cała chata jest jednym wielkim śmietniskiem, psychozą, zwidem. Patrzymy w oczy… yyy… diabłu? Uosobieniu komucho-demona?

Gapi się na nas zły duch antydemokracji, siny, denaturatowy czort. Wywala ozór. Wręcz słyszymy rechot, śmieje się szyderczo, bestia, drwi z nas!

Przytulam Ankę. Stoimy dokładnie w miejscu, gdzie leżały zwłoki. Gdzie rozpływał się i jednocześnie zasychał Szarborow. Kurz, przeokropelny i wszechogarniający. To, czego nie rozbiły, nie zabazgrały sprejem szczeniaki — pokrywa gruba warstwa kurzu. Koty, szare kłaki, jakby obdarto tu ze skóry z pięćdziesiąt burasów. Chałupa spowita sierścią, udekorowana girlandami syfu.

Dwa jeszcze żywe zombiaki w cmentarnej scenerii, duchy w zapomnianej krypcie.

Opowieści postmortemskie: ja, który tak cholernie staram się zamoczyć, zabieram nową dziewczynę do rudery, by pokazać jej od środka miejsce, gdzie gnił człowiek. Pełen, kuźwa, romantyzm, dżentelmeniada as fuck. Ja — znawca kobiecej psychiki, mistrz podrywu, łamacz serc niewieścich…

No nie sposób uniknąć zażenowania, gdy do tego wracam. Wstyd przed samym sobą.

Niby nie było najżąłośniej i najdurniej, bo Anka lubiła takie nekro klimaty, słuchała rocka gotyckiego i ubierała się jak młodsza wersja Anji Orthodox, nie zraziłem jej tym do siebie, nie wyśmiała, nie strzeliła z plaskacza, nie popukała się wymownie w czoło, co więcej: nawet się ucieszyła, że taka fajna wycieczka, klimacik horror punk, że pokazuję jej TEN dom, miejsce, które znała do tej pory wyłącznie z telewizji, memów i creepy past, ale… no bez przesady. Chcesz poderwać dupę, już jesteś w ogródku, już witasz się z łechtą — to nie odpierdalaj z łaski swojej takiego numeru, nie zabieraj laski na wycieczkę po kostnicach, trupiarniach, śmierdzących ruderach, nie zwiedzaj z nią opuszczonych, popegeerowskich chlewni, siakichś pałacyków z zawalonymi dachami, daruj sobie urbeksiarstwo, eksplorowanie nieczynnych fabryk, et, kuźwa, cetera. No, chyba, że jesteś kretynem, jak ja, postanowiłeś zrobić na panience negatywne wrażenie, wyjść na świra, strzelić gafę gaf.

Do przepompowni ścieków jeszcze ją zabierz, pajacu, na wysypisko śmieci, albo do kompostowni…

…tak stoimy przed mordą, kontemplujemy jej zmarchy, cały ten nekro-majestat.

W powietrzu czuć stęchlizną i — oczywiście — kurzem, pełnym guano roztoczy. Kurzem alergogennym, kichotwórczym. Pod naszymi stopami — plama czerni, płynów ustrojowych Szarborowa. Zakrzepły, wrośnięty, wtopiony w stare dechy prorok, któremu nikt nie dawał wiary. Człekokształtny kleks, cień, obrys zwłok. Statyczne morze. Randka w wyschniętej kałuży, dwie ryby wyrzucone na brzeg zatrutego morza. Anka przytula się. Nekrofileczka. Palimy papierosy, nerwowo, bez zaciągania się. Trupia atmosfera. Beznadzieja, rozpacz, smutadło, jedno, wielkie stęchnięcie. Schizofrenia pełzakowata obłazi nas, jak stado mrówek. Bezbek, nieśmieszna atrapa komedii romantycznej. Zamiast amanta — statysta, garbaty siedemdziesięciolatek dorabiający sobie do groszowej emerytury.

…tyle pięknych, popieprzonych wspomnień związanych z tamtym miejscem. Zapoczątkowanie. Pierwszy stopień do piekła. Potem drugi i trzeci i znów. Spadanie w głąb studni bez dna. W siebie. Jak się wówczas wydawało — na zawsze.

Trzy tygodnie po wizycie w domu grozy odezwały się wrzody-nie wrzody. Pierwszy raz zwymiotowałem krwią. Obrzydliwe i nieludzkie, niezwierzęce uczucie dławienia się. W żołądku nagle rośnie ci krzew gorejący, rabatka pełna lawowych różyczek. Próbujesz je zwrócić, ale wraaacaaają, by, raz po raz, rozcinać ci przełyk, szatkować wnętrzności.

Endowulkan. Nowotwór nabyty, najpewniej — drogą kropelkową. Implementowany, przeszczepiony z ciała Józka Szarborowa. Rak, który dotarł ze mną aż tutaj, do Przygrodni. I rozlał się, nastąpiła erupcja. Rozerwało mi bebech. Hydra, która z niego wylazła, pożarła enklawę, wspomnienia, zmysły.

Co zostaje? Zygzaki na ścianach hali, nieodczytywalne.

Spalone kombajny. Całe hektary czerni, ślepoty i ciszy.

Nieuprawne pola, jałowe działki na obcych planetach.

Bestiarium. Koty, wściekłe dzikie świnie. Syjamskie, perskie, syryjskie, białoruskie. Koty drącoryjne, rozwrzaskuny.

Refleksy, jakie wdzierają mi się do oczu, atakują je, rozedrgane płaty światła, przypominają stada zwierząt, mięsożernej rogacizny kopytnej.

Szturm, jestem zapędzony w kozi róg, przyparty do muru. Szturmowany. Zewsząd, tyle ich. Białe, bladoróżowe poliki, ostre wąsiska kłujące w gałki oczne, zęby, całe szczęki i podniebienia porośnięte kłami. Zęby niczym perz, pokrzywy, łodygi ostów.

Mordy rozwytych kociambrów, tygrysie paski. Światło między gałęziami drzew. Slońce, ale jakieś inne, nie do poznania. Słońce, którego nie znam. Nowa odmiana. Groźniejsza.

I te dreszcze, epileptiady grane na kotłach, tubach, szklanych syntezatorach. Dodekafonia. Kocia techniawa, niemożliwa do słuchania.

Blask, zderzające się nimby, niedopieczone aureole.

Dziewczyna, z którą idę, w dalszym ciągu ma twarz Ani. Jedyne rysy, jakie jestem w stanie zapamiętać.

Mozolnie wypełzam z ciemnicy, gramolę się na świat widzialny. Mam wrażenie, że to… coś na kształt powtórnego porodu. Tym razem — trumiennego?

E, dajmy sokój. Nie ma sensu popadać w megalomanię. Mija choroba, odurzenie, ćma. Tyle.

— Słyszysz mnie? Jezzzu, sły-szysz?

Odpowiada cisza. Cholera, laska nadal jest ślepa i głucha.

A mnie ...jest jakby za dużo. Replikuję się wewnątrz własnej głowy, wystawiam na sprzedaż. Leżę na straganie, dorodny, upasiony, ba — przekarmiony słońcem, które znów wesoło leje się z nieba, słodkie, bo pełne cukru.

Nadpodaż mnie — że się tak pokracznie wyrażę. Ja w oleju, lub z palemką, zmrożony. Ja na gorąco, albo marynowany.

Jestem towarem, zbyt tanim, by zainteresować kogokolwiek. Takie mięso psy jedzą. Bezpańskie.

Przez moment czuję się jak chłopak Shelly Webster z „Kruka”, niejaki Eric Draven. Zmartwychwstałem, by pomścić jej i moją śmierć, pozgrywać cierpiącego na nieuleczalną paruzję mesjasza.

Wróciłem pod postacią Brandona Lee. Za moment padnie śmiertelny strzał.

Rozglądam się, dość łapczywie. Karmie wzrok. Żesz kurde — nie poznaję okolicy, musieliśmy wyjść poza ogrodzenie, przekroczyć granicę niedokraju. To znowu „Polska właściwa”, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Pseudo-Ania opiera się na moim ramieniu, mruczy coś pod nosem. Jest rozmyta, niejednoznaczna. Półosobowa. To niemal atrapa, pacynka założona na uschniętą dłoń. Palimpsestka — karykatura modelki narysowana ciekopisem w szkicowniku, druga, gorsza wersja samej siebie.

Pierwsza, stworzona ołówkiem, została (bezpowrotnie) starta.

Zastanawiam się, czy animowane dziewczyny, gdyby istniały w realnym świecie, byłyby dobre w łóżku.

Z zażenowaniem stwierdzam, że jestem napalony, chętnie pobawiłbym się z tą tutaj w hentai, poudawał postaci z kreskówek, czarno-białych komiksów noir.

Garb. Pochylone filary, z oddali wyglądające jak wielka, betonowa wielbłądzica.

Niedokończony, pasący się pośrodku łąki, most. Kuriozum. Estakada wiodąca znikąd donikąd.

Ognisko tlące się pod żebrami szarego zwierzaka. Cienie oddzielające się od większego, hipercienia. Podbiegają do nas kształty. Ludzie?

— Gdzie… jesteśmy? — pytam nieśmiało.

— Klitorisburg, he, he — wydziera się jeden, stojący najbliżej.

— Cumshottentown! — ryczy inny, donośniejszym głosem.

Patrzę z ukosa. No co za cudaki!

Dwaj raczej młodzi (naprawdę — trudno stwierdzić, domyślam się, że mają między dwudzies… góra trzydzieści pięć lat) mężczyźni w gumowych tuikach, zarośnięci jak nieboskie stworzenia. Oplatani lampy. Kolesie, których właśnie pozerają sztuczne anakondy. Torsy, szyje łykane przez wielkie, różowo-szare paszcze, sztuczne, tandetne pochwy, chałupniczo zrobione z rowerowych dętek wagińska.

O — leci następny blackthingers — cały w czarnych, lateksowych bąblach. Człowiek-reklama opon do resoraków, mikro-Bibendum, ludzik obrośnięty czekoladowymi precelkami, kuleczkami Nesquik, cierpiący na neurofibromatozę typu 1. Guziak, pan banieczka.

Prawie parskam śmiechem.

— Co to za szamty? Skąd się urwaliśmy, z Przygrodni? — pyta nerwiakowłókniakowaty ciągnąc dziewczynę za rękaw.

Staję w obronie „Ani”. Jak MY wyglądamy? Tak na serio pytasz, jebusiu?

Patrzę w żółte, zjełczałe oczy — jak zgaduję — herszta kompanii. Kompletna pustka, nie dostrzegam w nich niczego. Brak oznak życia, jakbym miał przed sobą zwłoki, zabładził w podziemiach uniwersyteu medycznego i trafił do kostnicy.

Łapię ostrość. Pod filarawi wiaduktu, który wcześniej brałem za most, siedzi pięć osób: pancernik karłowaty w zbrojce z tworzywa sztucznego, pani pancernikowa trzymająca w objęciach niemowlę, dwóch mniej więcej nastoletnich wyrostków obsypanych trądzikiem.

Wyższy ma ledwie zarysowane oczy i usta, w zasadzie całą jego twarz zajmuje hipernos.

Mniejszy, ledwie odrosły od ziemi kraczan z prawiczym wąsikiem, przygląda się „mojej byłej”.

— W Zakładach znowu pierdolnęło, co nie? — zagaja guzowaty „guziec”.

— Czwarty raz w tym roku… Czarne ledwie się toczyło po niebie, tak było gęste. Wiatr nie mógł rozgonić paskudoty… Poszło het — za horyzont, pewnie na Ilicze Pole. Tam się rozejdzie.

— Co … to…

— Maziocha. Z dziesięć lat, jak nie lepiej, ją warzą. Kiszą. Niewidzialna broń. Jak dobrze nie sfermentuje — burzy się, kotłuje w kadziach. Obsługa „browaru”, czy — jak wolisz — winiarni — spóźni się z dolaniem wody, albo w porę nie odkorkuje — to sam widziałeś. A raczej przeciwnie, oślepił się. Ją — do tej pory trzyma…

— A, pieprzysz durnoty. Nic pewnego nie wiadomo. Oficjalnie — zaburzenia neuroprzekaźnikowe, czy neurologiczne. Coś na kształt… yyy… wirusa. Gotują, skurwysyny, w laboratoriach chorobę, co odbiera zmysły. Broń biologiczną. Czasem im ucieka...Sam cziort nie rozbieriot, dawniej ludzie by myśleli, że tam złe krąży, duch jakiś, czary… Żegnaliby się na sam dźwięk słowa „Przygrodnia”.

— Heniek Rejewski — nadal tam robi? Ostatnio miał awansować, z logicerza na urzędnika od przepustek… Chyba ściemniał, toż to żaden awans, a degradacja.

— Nie znam ich po nazwiskach.

— Taki łysy, z kozią bródką. Razem byliśmy w Krzyżanicach za stróżów. Jak te dwa barany — pilnowali gołych muró… Pół miasta się schodziło na szaber, w biały dzień ludzie, jeden po drugim przyjeżdżali, żukami, lublinami… A nas zatrudniono, jak wszystko — w ruinie, pięć lat po upadłości, chyba ma śmiech… Durna robota, takie pilnowanie wiatru, pustych butelek, gruzu.

— Nie kojarzę łysego, sorry. Może faktycznie się przeniósł.

— ...gnało się gówniarstwo, agarowiczów, dla ich własnego dobra. Żeby nie pili, nie ćpali. Raz Heniek omal nie wpadł do kratki, niezabezpieczonej, heh. Poszedłby… chuj wie, ile metrów, na złamanie karku. I, z nurtm — do Bużejki…

„Ania” robi się niespokojna, rozgląda nerwowo. Nadal nie widzi…?

— …potem on się zatrudnił u wroga, za ogrodzeniem… Siadać. No, bliżej ognia. Pewnie głodni? Ponad tydzień tak idziecie. Choróbsko pieprzone wpływa na zdolność postrze… poczucia czasu — „Wódz” bierze od „opancerzonego” kawałek mięsa. Udziec, ciężko stwierdzić, jakiego zwierzaka. Tłuste, soczyste, błyszczące mięcho. Aromat, jakiego świat nie widział. Nie czuł. Przełykam ślinę. „Ania” odwraca głowę ku źródłu zapachu. Wracają jej zmysły…

— … zagajnik — dwa razy'ście obeszli. jechać i was zawracać, ale mówię — czekaj, zaobaczymy, czy one jakie nie chore. Bo jeszcze nas pozarażają, przywloką co gorszego, niż czerń… Masz, jedz. Ona — potem. Ciągle ślepa, trzyma ją. Zły objaw. Może tak zostać.

— Nie kracz pan, nie kracz. Zobaczymy. Mmm… dziekuję. Py-cho-ta. Baranina?

— Tak jakby — odmrukuje zagadkowo, nieco filuternie, „pancernik”.

Przez parę chwil jemy w milczeniu. Pardon — pożeramy, zachłannie, aż do bólu zwierzęco. Drapieżniczo, mlaskając i chłepcząc tłustą, dobrze wypieczoną krew, rozszarpujemy miękkie kości, nitki ścięgien…

Ciężkie oddechy, grający w płucach, nie najcieplejszy wiatr. Sapanie. Pomiędzy nami płonie małe śmietnisko, kłębuszki szmat, plastikowe butelki. „Zaskorupiona” pochyla się co jakiś czas i dorzuca syfu. Opatulone czerwoną chustą dziecko — śpi w najlepsze.

W oddali majaczy garbata sylwetka samochodu z brezentowym dachem. Stary gazik, albo jego rumuński klon — aro.

— Jesteście, sorry, że pytam — Cyganami?

Odpowiada mi śmiech. Drwiący.

— Dzież tam! Toż my Mayawatye! Znaczyt” — prawie Polaki — odzywa się młodszy z chłopaków. Zaciąga z rosyjska. Maya…

— Nic mi to nie mówi — przyznaję.

— Hóralie, pyrysiedleńcy z Dadźborowskoj Respubliki. Wykinuli nas w diewianostom wasmym, każdoho, całuju nacju — ukraińszczy, chyba, chłopaczek. Dalej — zima, jak byłem w lesie — tak jestem. Jakiej Republiki? To, kurwa, gdzieś na Zakaukaziu? Zbuntowana prowincja Turkosmanii, coś jak Mołdażewczyna, gdzie ciągle się wyrzynają, normalnie — zamach za zamachem? Jakiś region autonomiczny, mikronacja? Słaby byłem z gegry, ale nie do tego stopnia, by nie mieć pojęcia o…

— Odłączyli my się, ale nie karnie. Nie wyrzucili z klucza.

— …?

— Przez sprawę z samochodem. Skurwysyny polskie! „guzowaty” ociąga tęgi łyk z piersiówki. Raczej nie ma w niej wody mineralnej, czy herbaty.

— Tyle lat człowiek jeździł i jeździ „emką”, właściwie — od dziecka, bo to po ojcu… A te bydlaki mnie każą… — zaciska pięść w bezsilnej groźbie, cudak.

— Zaczął nam się psuć „dżip”. Czterdzieści osiem lat, to już by najlepszy nie wytrzymał, jakiś hummer, czy inny… Zwłaszcza, że co dzień jeżdżony, tyle kilometrów — świątek-piątek. No to kupiliśmy defendera, na raty, w komisie — rolę opowiadacza przejmuje nosaty, sepleniąc, powoli, jak żółw ociężale, kontynuuje, w zastępstwie ojca: — I spadła na nas zemsta. Bo za bogato, za drogi, mogliśmy kupić tańszego i nie obnosić się, nie wywyższać… Najpierw — cięli opony. To my — pilnowali, na zmianę, warty- noc w noc. Potem — tylne lampy jaki zawistnik wybił, porysował cały bok gwoździem. Na koniec — spalili… to, co pan słyszy — do tego stopnia się ludzie z własnego klucza posunęli, jak na wojnie nieprzyjacielowi… Wrzucił jaki gnój koktaila Mołotowa — i nie było czego ratować, jak wybieglimy — cały już stał w płomieniach. Z wnętrza — taaaakie jęzory szły… — chłopak kreśli w powietrzu półokrąg.

— A raty — spłacać, jak się okazuje — trzeba…! No to się ojciec zegził, że zabije się, a na taką niesprawiedliwość nie pozwoli, szkielet land rovera — za pięćset złotych na złom poszedł, za wyrejestrowanie urzędasy sobie liczą — a bank — swoje, nieprzejednany, nikogo nie obchodzi, że ani my nie sprzedali, ani co, że ni auta, ni pieniędzy; jeszcze bezczelnie, że „czegoś pan nie ubezpieczył od nieszczęśliwych wypadków?!”. Policja — tak samo! Głusi na czyjąś krzywdę, bankurwy — jakby nigdy nic wydzwaniali, że z ratą kredytu zalega!

— ...no to ich wyzywam, ale nic nie daje! Zresztą — ile ile nawyzywasz przez słuchawkę? I takiej siły rażenia nie ma, jak — twarzą w twarz… — przytomnieje głowa rodu.

— Przeprowadziłem własne śledztwo, po cichutku starałem się wytropić, który skurwysyn mi aż taką świnię podłożył. W międzyczasie — chodziłem od Annasza do Kajfasza, żeby dało się jakoś, z uwagi na zaistniałe nieszczęście — jeszcze chcesz? jedz! — odkręcić… Kompletna znieczulica, jakby za tymi okienkami wrogowie siedzieli, chcieli człowiekowi jak najgorzej… Choć one przecież obce, kompletnie… Jak coś się stanie — nie szukaj nigdy i u nikogo pomocy, nawet się nie ośmieszaj, yyy, jak się nazywasz? … dobrze, Rafałku, nawet nie próbuj wyciągać ręki po jałmużnę, organizować jakichś zbiórek, jakby ci się dajmy na to dom spalił… bo ci na tę dłoń naplują, albo nasrają! Nie ma altruizmu, no, chyba, że w bajkach. Królewna Śnieżka ci pomoże, tam idź, do jej krasnoludków. Smerfy ci odremontują spalony wóz, razem z Calineczką — spłacą długi… Załóżmy — nie daj Panie Jezu — dziecko ci zmarło. A tydzień wcześniej wylicytowałeś w internecie zabawkę, kaftanik, śpioszki, cokolwiek dla niego… Kurier przyjeżdża z paczką -i ma w dupie twój ból, żałobę, że wychodzisz ubrany na czarno, zapłakany; z cynicznym uśmieszkiem cedzi, Rafał, kwotę do zapłaty, tu i teraz, bez dyskusji, nie ma zmiłuj, płacz, ślozuj i płać, bo pacta sunt servanda, słowo się rzekło — to choćbyś umierał z bólu — wyczołgaj się i płać za nią, patrz — kobyłka u płota. Spalona, zżarta przez wilki, robaki? A co nas to obchodzi? My jesteśmy bank, instytucja, bez duszy, bez serc, u nas pracują szkieletów ludy… Wydrzyj spod ziemi — i masz mieć całą sumę, bo jak nie — pożegnaj się z mieszkaniem, z wolnością, cokolwiek masz, telewizor, skarpety, garnki — zabierze komornik, bo kiedyś ci się zamamiło, by wziać kredyt, bo se ukręciłeś sznur, zawiązałeś pętlę na szyję… Pracuj na odsetki od odsetek, a kwota pożyczki… nie będzie się zmniejszać… Brnij w to, pewnie! Bierz następną, żeby spłacić pierwszą! Wiesz, jak szybko można popaść w spiralę zadłużenia za te durne śpioszki, przytulanki? Przez śmierć dziecka, problemy z kontrahentami, z terminową spłatą — zbankrutować, znaleźć się na bruku z długami i widmem odsiadki? Rafał — idziesz do pracy, zakładasz firmę — to od razu licz się, że stacisz, a nie zarobisz, przygotuj się psychicznie na plajtę. Prędzej czy później — nie wytrzymasz. Kazdy się poddaje. Na dłuższą metę — gra nie warta świeczki, zabawa głupiego, taki ciułanie, dorobkiewiczostwo. Pasienie hydr, przylg, wszy… Masz coś, dwa złote, więcej? Przejedz, przepij, kup sobie ciuch, pastę do zębów, drogi dezodorant. O reszcie — zapomnij…

— Jadąc do Przygrodni widziałem zjarany kombajn. Może macie tu seryjnego podpalacza… — silę się na żart.

— Ten od land rovera — znalazł się?

— Kt…? A, gdzie tam! Miałem dwóch podejrzanych: Jackowski nigdy mnie nie lubił, i socjopata cholerny Ulaniuk — też byłby do tego zdolny, bez wyraźnego powodu. Tak dla zabawy, żeby pobyć złym. Niektórzy, Rafałku — „guzosz” zaczyna się spoufalać — są barbarzyńcami a zasadzie „sztuka dla sztuki”. Dać komuś w mordę, zniszczyć samochód, życie, rozbić małżeńtwo? W to im graj, czują się jak świnie w błocie widząc rozpacz innych, bynajmniej nie wrogów. Bezinteresowna może być tylko zawiść i chęć dopieprzenia bliźniemu, dobroć to wymysł pisarzy doby Romantyzmu, Goethego, Mickiewicza, coś, czego w prawdziwym życiu nie uświadczysz, choćbyś szukał wszedzie, w kadziach Zakładów, przesypywał noc, jaką tam gotują, ziarenko po ziarenku, sitem… Zbiesiłem się — że nie zapłacę, no, chyba, że złapiecie sprawcę, a on — na piśmie, pod rygorem odpowiedzialności karnej zobowiąże się zwrócić co do grosika, a najlepiej — odkupi wóz, w ramach rekompensaty, zadośćuczynienia — nowszy model od tego, który spalił. A ci durnie dalej — grają wierzycieli, stawiają się w roli poszkodowanych, choć to JA doznałem straty, moralnej, nerwy se zszargałem, ale i całkiem wymiernej, w złotówkach. Cały klucz sprzysiągł się przeciwko nam — sami aktorzy ze spalonego teatru, na wypalonej ziemi, gdzie stał… stał… Najbliżsi — odtrącili, brat się wypiął, drugi — tak samo, prawie się w głowę popukał… Sąsiedzi — wiadomo, lepiej nie mówić, koledzy w pracy… w ciągu pół dnia — zapomnieli, że cię znają… Jak w powiedzeniu — umiesz liczyć — licz na… siekierę. Tylko dobrze ją naostrz. I — zero skrupułów, nie patrz, kogo rąbiesz. Wal na oślep. Doprowadzony do ostateczności — wyzwól w sobie zwierzę, wariata w amoku, znajdź gdzieś tam — „bąbelkowy” klepie mnie w skroń — konkwistadora, co rżnął Indian w Ameryce Południowej, Corteza, rycerza walczącego w złej sprawie, bądź nim, Pizarrem… Wftfu! — koleś przerywa dość gwąłtownie perorę, krzywi się. Przechyla piersiówkę.

Cienki, przezroczysty strumyczek. I one, wypadajace z ledwie słyszalnym plaśnięciem. Zbite w jednolitą masę. Ich pancerzyki w drżącym świetle. Błyski.

— Żżżesz tfu! Robactwo w mordę dymane ciśnie się wszędzie, włazi, jak nie przymierzając… samobieżne dildo. Strap-ony na sześciu nóżkach.

Świeżo zjedzone mięso podchodzi mi pod gardło, właściwie — ciśnie się z powrotem na zewnątrz.

Jeden z nasto-może-dwudziesto-latków rozgniata padlinę.

— Zostaw, buta potem nie domyjesz. Widzisz — nawet do alkoholu się pchają, mendy. I tę przestrzeń chciały skolonizować. Tak nieprzychylny klimat, niesprzyjajace warunki do osiedlenia się, a one wraz próbują, z nadzieją, że za którymś razem się uda, wykształcą w sobie cechy, dzięki którym będą w stanie przeżyć. Liczą na następne pokolenia, pozytywne mutacje… Jakby sądziły, że tą upartością przyspieszą ewolucję… — włókniakowaty zamyśla się, popada w pijacką zadumę.

— Prawie obyło się bez ofiar w ludziach. Jankowskiemu mazdę „nieznani sprawcy” podpalili — nosacz ospale, z refleksem szachisty, puszcza do mnie oczko. Działa, biedulek, jak w zwolnionym tempie, niemal słyszę skrzypienie jego nienaoliwionej powieki.

— Dorobił się, chamisko, na początku lat dziewięćdziesiątych, jak tylko przyjechał do Polski. Nie zdążył się rozpakować, jak już kręcił, szukał wspólników. Znalazł szybciej, niz myślał, tacy to zaraz sie zlatują… Sprowadzali picowane volkswageny, mercy, ople, jeździli po szrotach i skupowali, co jeszcze było na chodzie, w jako-takiej kupie… Sprzęt RTV, magnetowidy, tu tego prawie nie było, rarytas, wieże stereo, walkmany, pierwsze odtwarzacze płyt kompaktowych, pegasusy, nintendo… Całymi workami przywoził z Reichu kasety porno, a wiesz, jakie wtedy było zapotrzebowanie, prawdziwy boom, ludzie, którzy nigdy wcześniejnie widzieli takiego cuda — dostawali małpiego rozumu, prawie pouzależnialli się od najprymitywniejszych nawet, bez fabuły, filmów, gazetek, Rafał, kto wtedy wiedział, co to jest Playboy, czy Hustler…? On, normalnie, otwierał wrota do zakazanego świata, drzwi na zachód, do normalności, tą swoją, heh, „sztuką” — guzowaty wyciąga z płóciennej torby flaszkę bez etykiety, otwieracz.

— Zanim to zdążyło spowszenieć, nim się rynek nasycił, weszły polskie edycje „ślizgaczy”, pootwierały się wypożyczalnie VHS — on już się przebranżowił, działał w kompletnie innej gałęzi, że tak powiem, gospodarki. Akcje pierwszej w Polsce kopalni prądu, Dolnośląskiego Holdingu Wydobywczo-Energetycznego, na tym zbił oficjalny majątek.

Tak naprawdę — poszedł w gangsterkę, spiknął się z typami spod ciemnej gwiazdy. Haracze, rekietierstwo, wymuszenia, każdy knajpiarz w Rysiej Górze, baba handlująca pietruszką na bazarze mu płaciła za „ochronę”. Prawie każdy z klucza zaczął się go bać. Dobra — każdy poza mną. Mieszkaliśmy po sąsiedzku, drzwi w drzwi. I uwierzysz, że choć miał, skurwiel, forsy jak lodu, to mógł być on? Że z zawiści, czystej złośliwości podpalił…? Taki gnój był pewny siebie, że nawet nie zadał o ochronę, jakąkolwiek. Myślał, że wszyscy będą srać w gacie ze strachu i nikomu nie przyjdzie do głowy, by go palcem ruszyć… Wielki baron, co kitrał złoto po sejfach, a jeździł mazdą, byleby tylko się nie wychylać, bo — choć budził autentyczne przerażenie — wolał się nie narażać… Myślisz, że u nas nie ma skrytobójców? Nie taich Jankowskich temperowali, ale to dawniej. Teraz niby luz-blues, a widzisz — spalili mi samochód… Dobrze, że tylko to, nie dom, dzieci… wybiegł z miednicą wody, jak zobaczył, co się dzieje… Regina, jego żona, bardzo krzyczała, że zostaw, zostaw, poparzysz się… I po mafiozie. I po niej. I tak se jedziemy, już drugi miesiąc, na Homniczew, do mego ostatniego brata. Nie uciekł z klucza, jak ja. Wyrzucili za rzekom… a, nieważne. A ty?

— Co „ja”? Pracowałem przy glitydowcach. A, właśnie — co teraz w Przygrodni — kwarantanna? Ewakuacja — chyba nie… skoro skoro tam prawie wszyscy ślepną parę razy do roku, jak pan twierdzisz… Może zdążyli się już przyzwyczaić… — próbuję być dowcipny, zjednać sobie dziwolągów. Uśmiecham się, czuję rozleniwienie, przyjemne ciepło w brzuchu.

Nie patrzą na mnie wilkiem, świrusy, poczęstowali nawet smacznym żarciem, zamiast pobić, okraść…

— Aleś ty durny. Całe miasto automatycznie zamyka się w przypadku awarii, nie uczyli cię? Kod, którego nawet logicerze, wartownicy nie znają. Komunikat idzie do centrali i przyjeżdżają w skafandrach, wojskowi, otwierają od zewnątrz. Mysz się nie prześliźnie, takie zabezpieczenia. Cholera jasna — jak wam się udało — dosłownie — obejść, wydostać poza ogrodzenie?

— Pojęcia nie mam. Samo się szło, po omacku. Jak w piwnicy. Labiryncie Minotaura. Okropne uczucie.

— Twoja laska? Skąd w ogóle jesteście?

— Gdzież tam! nawet nie wiem, jak się nazywa. Przybłąkała się, a ja do niej. I tak się złączyliśmy. Razem raźniej. No poczęstujcie ją, he, he. Jest głodna…

— Masz, miałeś dziewczynę? — przebierańcy puszczają mimo uszu moją prośbę.

— Żonę, może dzieci? Po coś tu przyjechał? To strefa wykluczenia, poatomowa pustynia.

— Miałem, kiedyś. Dawno i nieprawda.

Opieram się plecami o chłodny beton. Filar niedokończonej estakady pośrodku łąki. Droga widmo, po której jadą szkielety radzieckich terenówek, spalone bizony i defendery, mazdy całe w płomieniach. Niedorobiona, porzucona przez architektów wersja rzeczywistości, świat, nad którym przerwano prace z powodu braku funduszy i ogólnego zniechęcenia twórców, niewiary w możliwość powodzenia inwestycji. Rozpaczyświat, wykrojony, jak kawałek tortu, wrzucony do kubła na odpadki zmieszane, Miejsce, gdzie jak krzykniecie „miiiłooość” — to echo odpowie ci: ”byyyyło, zgniiiło, liiitość”.

Może przesadzam, nie aż taka tu rozpacz, ból i zgrzytanie zębów, beznadzieja?

— I co zostało — robótki ręczne? — dopytuje jeden z tunikowców. Dopiero teraz dostrzegam, że jest wyraźnie upośledzony umysłowo, ma gumowate, jak cały jego, pożal się, Boże, strój, rysy debila, ciastowatą twarz. Szczerzy się, wydyma wargi-baloniki, chichocze.

— Orgazm na ugorze, heh, heh.

— A weź się koleś, odpierdol! — rzucam bez złości, w zasadzie łagodnym tonem.

— Kobiecie nie dawaj żryć, bo będzie pełna, bo skiśnie w niej, skiepści się, skiepści, zacznie ulewać…

— Mayawatye, czy Mayawatyowie… Stanowicie chyba mniejszość etniczną? — biorę z ręki „pancernicy” przechodni pucharek z nieznaną cieczą. Piję nieostrożnie — jak się okazuje — Jeezuuu — najprawdziwszy spirytus, tfu, nierozcieńczony, dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć wolt, kuźwa, prawie galareta, aua, co za syfilis, ogień, kwas, oblany benzyną land rover w przełyku, smak jego palących się opon, bezsmak, do żołądka wlewa mi się paliwo lotniczeeee…

Towarzycho — w śmiech.

— Gfleh! Było ostrzec, że to…!

— Spiritus movens. Zdrowie, młody.

Półwidząc przekazuję nieszczęsny pucharek dalej, jak się okazuje — próbuję go wcisnąć w dłoń „Ani”. Zaraz podbiega „pancernik”, wytrąca go mi z ręki.

— Jej — nie! Ile razy można powtarzać? Niczego nie rozumiesz! Jak ten jełop sie nie nauczysz!

— Y…

Jakby ktoś mi przywalił obuchem w głowę, wyrwał rurę od respiratora, gumowy wąż doprowadzający tlen do spalinowego mózgu, wygasił mnie gwałtownie, wyciągnął korek z głebinowej wanny, w której nurkowałem.

Pof! — tunikarz strzela z zabawkowej dubeltówki. Zatykający lufę korek urywa się ze sparciałego sznureczka i trafia mnie w środek czoła. Spadam z kryształowego rowerka na szklaną szosę. Rozbija się słoik, który miałem na karku.

— Jakbyś jej dał — mięso by skisło.

— Wyluzuj, koleś, jakie…

— Mos Tentonicus, Mos Tentonicuś… — wykrzykuje imbecyl.

— Średniowieczny zwyczaj: jeśli władca, albo ktoś szlachetnie urodzony umierał z dala od domu, ziemi ojczystej — ćwiartowano jego zwłoki, ciało gotowano w winie i occie tak długo, aż tłuszcz i mięśnie oddzieliły się od kości, które potem wysyłano w ołowianej skrzyni, obłożone wonnymi przyprawami, żeby pochować wśród kości, hep, ojców… — hersztowi Mayawatiów włącza się tryb narratora programu popularnonaukowego.

— Makabra, ale co to ma wspólnego z nią, z nami?

Nie rozumiem, tak diabelnie niczego nie łapię. Groteskowi przebierańcy chwalą się — może wymyślonymi — zbrodniami, trafiłem do obozowiska uciekłych ze szpitala psychiatrycznego Cyganów-hrabiożerców, łoję spirt z nie wiadomo kim, repatriantami z nieistniejącego kraju, zgrają mitomanów wymyślonej narodowości, i nie robi mi to różnicy. Ćma jeszcze oblepia umysł, jestem zamgleńcem, oczadziałym w Przygrodni kakatonikiem, jedyne, co do mnie dociera, to alkohol, dialekt spirytusowy, bełkotliwa odmiana polszczyzny, bezsłowie, cierpkie i parzące w podniebienie, narzecze, od którego zwęglają się struny głosowe.

— Oj, Rafał. Toż najlepsze mięso jest świeże, co nie?

Nadal jestem lata świetlne od sensu, zrozumienia, o co chodzi. Wykoleiłem się podczas podróży przez galaktykę, wypadłem z orbity. Sunę bokiem po żwirowym podłożu, nasypie, krzeszę iskry, od których wybuchają pożary. Zgrzyyyyt, z ust — kłęby dymu. Spalenizna, zapach gotujących się w octowej zalewie wymiocin, zamarynowanego z rzygami rozmarynu.

Wypity duszkiem, bez ostrzeżenia i popitki spirytus, zdradziecka aqua już nie diabolicum, ale luciferum, musiała uszkodzić mi kubki smakowe.

— No, tak.

— Cho no, bliżej, jak jeszcze ny poniał.

Baronet cygański, z niemałym trudem wstaje, rozgląda się. Chwiejnym krokiem podchodzi do stosu szmat, wygrzebuje z nich plecak i plastikową batarejeczkę.

— Ponawłazyły i tut, bladztwa — znów zaciąga, rekacapizuje się, mówi językiem ojczystym (mayawiańskim?).

Plecaczyna — pełen mięsa, chlupoczącej, brunatnej zawiesiny, w której błyszczą pancerzyki potopionych owadów.

— No nic, zjetsia i tak… Świeżoje, hłodylymy jeju tydeń pered smertiu… No wstań, pakażu… pokażę ci coś.

Dźwigam się ospale. Jeden łyk, a nieźle mnie uspirytusowało.

— Spróbuj tego, a zrozumijesz.

— …?

— Bruderszaft. Andriej jestem, Ługawskij.

— Rafał…

Nie wiem, co właśnie zrobiłem, ani tym bardziej — czemu. Przechodzę na ty, wręcz bratam się z nerwiakowłókniakowatym i jego rodziną, biorę udział w co najmniej dziwacznym obrzędzie. Ceremonii. Rytuale.

Każdy podnosi plecak i wypowiada swoje imię, przechylając go, jak parę chwil wcześniej — pucharek grozy. Pijemy krew, limfę, ocet, osocze, zgalaretowaciałe mięśnie, ścięgna, korę mózgową, szpik kostny, całkiem rozpuszczone tkanki miękkie, całe narządy. Zagryzamy… pasożytami, żujmy pancerzyki wszo-żuków. Są nawet nie tragiczne w smaku, tęczowe mendy, nie powiedziałbym, że od razu pyszne, albo chociaż dobre, ale… poprawne. Żylaste i chrupiące, chrzęzczą nam pod zębami.

— Jej — ny możnia! — ostrzega nosaty, gdy odruchowo i bezmyślnie kieruję plecak w stronę dziewczyny.

— Co wyście tacy zmizoginiali? Pieprzysz — mięso to, mięso śmo… Chcecie mnie przestraszyć, tak? Mam uwierzyć, że jesteście kanibalami, odpierdalacie ten cały cyrk, żeby mnie na koniec okraść, czy co? Chciałem tak po ludzku zabrać się z wami, podwieźlibyscie nas może do… a, gdziekolwiek, do Lublina, na Białoruś, na Ukrainę, no nie wiem — jeszcze dalek, pod sam Kock… A wy — teatr jakiś, parodie parodii, klaunady, a wy — poprzebierani w recyklig, haute cuture z wysypiska, częstujecie mnie, kurwa mać, kompostem, no co — nieprawdę mówię?! Ankę chcesz zabić, spalić, cholera jasna, na wolnym ogniu… jak land mazdę z brezentowym dachem… poprzypalałoby się, co? Komicy nieudolni — dawaj, musze se dopić — uczniaki, hep! — nie odbieraj! Stażyści, nie aktorzy, grafomani, pajace! No — pobaw się, jeden z drugim, w wampira, Andriej — ty będziesz Nosferatu, dobra? Gryź! — wykrzykuję, ululany w trupeńka. Wystawiam szyję, przedramię, nakręcam się, wręcz błagam „pancerniki”, ich zidiociałego brata, tatuśka-króla łachmaniarzy, żeby czynił swą powinność, wpił zęby.

Znów — śmiech. Jeszcze bardziej drwiący, sardoniczny, co dodatkowo mnie wkurza. Nie jadłem diabli wiedzą, jak długo, więc spiłem się trzema pucharkami spirtu, może mięcho też miało w sobie alkohol, było nasączone niewyczuwalnym winem. Mam nieźle w czubie, przyznaję, ale z biegiem czasu wróciła mi świadomość, potrafię jasno i — paradoksalnie — trzeźwo ocenić sytuację, tych straganiarskich cudaków, kuglarzy, co pewnie nawet żonglować niczym nie umieją, samozwańczych Lecterów na bezglutenowej diecie, kanibali-gawędziarzy, który jedyny kontakt z ludzkim mięsem mają, gdy se jeden z drugim skórki dookoła paznokci ogryza.

Krzyczę, ale pokojowo i kulturalnie, jak nieświętej pamięci Szarborow. Jasno i dobitnie oświadczam hałastrowiczom, że nie damy się robić w bambuko.

Tymczasem „Ania” się rozpływa. Wracają jej dawne rysy, coraz mniej przypomina moją byłą. Tyje, pęcznieje, co już samo w sobie jest śmieszne, co dopiero, gdy obserwujesz to będąc na niezłym rauszu. Po prostu najzabawniejszy gag w dziejach, Himalaje humoru — dziewczyna, która w przyspieszonym tempie przybiera na wadze. Gnilne rozdęcie zwłok — i to za życia! Trzymajcie mnie bo zaraz sam napęcznieję i mnie rozerwie ze śmiechu!

Włosy jej się kurczą, jakby niewidzialny fryzjer strzygł.

Pokrzykując i krztusząc się, rozchichotany, podchodzę z Andriejem do „dżipa”, jak na wyrost nazywają poczciwe gazisko.

Dumny właściciel odklikuje pordzewiałe zapinki, przesadnie zamaszystym ruchem zrzuca brezentowy dach wehikułu.

Ta daaam! — oświetla batarejuchną zawartość bagażnika. Nachylam sie, bez szczególnych emocji. Nie spodziewam sie zobaczyć bialego królika wychylajacego uszaty łeb z cylindra, więcej — będę zdziwiony, gdy okaże się, że Ługawskij ma tam cokolwiek poza śmieciami, choć jedną sensowną rzecz.

Heh, nie wiem, czy pokrojone na kawałeczki, ociekające krwią zwłoki kobiety mieszczą się w kategorii sensowności…

Nietuzinkowe są, przyznaję. Zaskakujące. Suprajśne.

Puzzelki po prostu, proszące się, by ułożyć z nich czterowymiarowy obrazek, poskładać w lepką rzeźbę zmarłej, raczej nie śmiercią naturalną, pani.

Asystentka prestidigiskurwiela nie przeżyła przerżnięcia, numer z piłą poszedł gorzej, niż fatalnie, jucha bryzgnęła z pudła na twarzyczki zszokowanych widzów, dzieci zaczęły płakać, głęboko wstrząśnięci rodzice — bluzgać i straszyć sądem, wzywać policję, dzwonić do klaunenpidu, do inspektorów z Ogólnokrajowej Izby Kontroli Publikacji, Widowisk i Czarnej Magii; co wrażliwsze kobiety pomdlały, albo/ i dostały ataku paniki, histerii, zrobiła się chryja, heca na czternaście kematoryjnych fajerek i trzeba było — chcąc-nie chcąc — wziąć dupę w troki, uciekać, byle szybciej, w dodatku bez gaży, salwować sie ucieczką przed tyleż wściekłym, co zszokowanym tłumem.

Rejterada z domu kultury, pan artysta wrzuca na akę paki, z których kapie jucha — i gazu, ile fabryka z Ulianowska dała! I klnie pod nosem, że taka fajna dziewucha była, ale się popsuła, grosza przez gówniarę nie zarobi, stracił pomocnicę, a mało brakowało, by rownież — wolność. Co teraz? Zebrać resztę trupy, poprzebierać w jak najdurniejsze szmatałachy — i w długą, razem z trupem, kierować się na Homiczew, przeczekać u brata zawieruchę. Poczestować go, w zamian za gościnę, prawdziwym rarytasem: udkiem, goloneczką a’la Issei Sagawa (nie oszukujmy się: każdy, z ciekawości, skusi się, pręczej czy później zechce spróbować)?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania