Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Comingoutica (cz.VIII)

XV. OSTROTWÓR

 

Mały Książę, bajka dla dorosłych, dużo szpetniejsza, bardziej obskurna wersja egzaltowanej, moralizatorskiej opowiastki.

Historia peregrynacji po mięsnym kosmosie, komorze (spalania, he, he) pod żebrami bogini. Porywaczki. Byłej siostry, której — jak się okazuje — nigdy nie poznałem.

Która nawet nie jest mojego gatunku, stanu skupienia.

Idę dosyć ostrożnie, z namaszczeniem, jakbym był uczestnikiem procesji, albo defilady w piekle. Lękliwie i — paradoksalnie — dumnie.

Mijane obrazy, bezmiar okropności i ohydy, wyzierająca zewsząd rozpacz i beznadzieja wymuszają zachowanie powagi, wywołują zadumę.

Uczucie, jakie wyzwala w człowieku zwiedzanie obozu koncentracyjnego, albo (domyślam się, nigdy nie byłem, jak większość zwykłych ludzi) wycieczka do kostnicy.

Jestem w kaplicy czaszek, każda — obrośnięta mięsem, obciągnięta skórą. Patrzą zaciekawione, mętnymi oczami, gapią się na mnie tekturowymi tęczówkami. Oczy bez wyrazu, głowy — jakby będące kulkami zmiętej bibuły.

Zaciekawienie, bo oto pierwszy raz potwory i spółka widzą kogoś idącego korytarzem. Nie zniewolonnego do imentu, nie skoszarowanego na maksa. Więźnia takiego jak oni, bo i któżby inny miał się tu zjawić, ale — wprost nie do wiary — poza klatką, poruszającego się jak normalna ludzka istota!

Odważył sie jakiś szaleniec zadrzec z boginką, szuka szybszej śmierci, wariat! — czytam w ich wodnistych ślepiach.

Na niektórych, mało przypominających twarze kufo-pyskach, sticte zwierzęcych, wilkołaczych mordach odmalowuje się wręcz przerażenie. Podrywają się z miejsc, skrzydlate lisy, dwunożne rybo-humanoidy i patrzą ze zgrozą. Milczą z szoku, ale z mimiki wyczytuję, że chciałyby mnie, poczciwe monstra, ostrzec, krzyknąć, że co ja wyprawiam, jak tak pilno do zdechu, to wystarczy, że poczekam tydzień, albo krócej, nie muszę nic robić, sama mnie znajdzie, pochłonie; a jeżeli jednak nie, jak każda normalna istota mam instynkt samozachowawczy, zainstalowany na dysku program Przeżycie 2.0, to powinienem w te pędy zapiedalać z powrotem do celi, migusiem zamknąć się na skobelek i modlić, błagać Femme, by wybaczyła zbrodnię ucieczki, haniebne samouwolnienie.

Liski — chyba — Chytruski, latarnicy z rozbitymi żarówkami w oczach, obaleni monarchowie w połatanych kapotach, bankierzy zmuszeni do ogłoszenia bankructwa, defraudatorzy, czerwonopyscy pijacy walczący z uporczywym, alkoholowym głodem, starzy, mądrzy geografowie z wytatuowanymi na plecach i klatkach piersiowych mapami fikcyjnych kontynentów, żmijokształtni, sykliwi i kłębiący się po dziesięciu w jednym boksie gadulce, ludzie-echa, zbyt niepewni, by kiedykolwiek mówić własnym głosem, ludzie-namioty cyrkowe, mieszczący w sobie klaunów, arenę, lwy i ich poskramiaczy, brodaci mędrcy z zaawansowaną demencją, kiwający się to w prawo, to w lewo, to w przód, to w tył ludzie-metronomy wyznaczający martwe i puste tempo ciszy, kręcący się wokół własnych osi, tknięci wiodącą do szaleństwa apatią, wreszcie: krążyciele, ludzie-satelity obiegający stoliki, łóżka, zadeptujący się w bezrozumnych pochodach, z kroku na krok coraz niżsi, a może tylko bardziej niedostrzegalni, głębiej wtapiający się w tło.

W kątach, cierpiąc potworne katusze z powodu braku wody, dogorywają syrenoidzi, mężczyźni o rybich twarzach łapczywie chłonący powietrze. Ep, ep, ep — otwierają sie seledynowe i błękitne pyszczki.

Idę, wiec jestem. Kim? Gościem w muzeum mutacji i osobliwości, widzem pomiędzy gablotami.

Jeszcze nigdy nie czułem takiego przygnębienia. Wizytuję obóz śmierci, więzienie, z którego nie wychodzi się żywym.

Z jednej strony zdumiewa, olśniewa, zachwyca mnogość zgromadzonych tu form życia, różnorodność kształtów, barw, groźne piękno niektórych stworzeń.

Idę pośród kompletnych cudaków: po prawej — cele trzy-czterorękich, po lewej — kojec pełen opalizujących „mineralsów”, ludzi z lapis-lazuli, nefrytu. Mijam boksy Żółwicieli i Gryfonów, niby żywcem przeniesionych z „Alicji w Krainie Czarów”, trytonoidalnych stożkusiów i uśmiecham się pod nosem.

W ich oczach to ja jestem dziwadłem, głównie za sprawą niebajkowego wyglądu. Do tego — jestem POZA, nie oczekuję jak trusia-grzeczniusia w klacisku śmierci na strawienie, czy rozpuszczenie, ale poruszam się. Dziwak nad dziwaków śmie iść!

Niektorzy panowie stwory mają miny, jakbym na ich oczach dawał pokaz supermocy, dajmy na to przesuwał przedmioty siłą woli, stwarzał je z niczego, mutował, wyrastały mi dodatkowe ręce, nadliczbowe głowy.

To ptak! To samolot! Nie, to Superman, który idzie. Pokonuje przestrzeń. Heros, co robi użytek z własnych nóg.

Kompletny upadek sztuki performatywnej: smutni, statyczni ledwie żywi pajace z zainteresowaniem śledzą przedstawienie pod tytułem „Krok”.

Poważnieję, bardziej, niż bardzo. Nastrój pada na pysk, czuję, że poliki powoli obwisają, usta same wygięły się w podkowę. Mam pewnie minę zdepresyjniałego mopsa, jak nie gorzej.

Hala zdaje się nie mieć końca, klatki sięgają po horyzont, ten zaś — tonie we mgle. Tak — jest tu horyzont. Po suficie leniwie przesuwają się gęste, szare chmury. Cięższe, chyba deszczowe, wiszą niżej, na poziomie świetlówek.

Przemierzam kolejne — teraz będzie dobre — kilometry. Tylu tu ludzi, „ludzi”, humanoidów, zwierzoczłekoupiorów, jak zwał, tak zwał, a panuje niemal kompletna cisza. Milczenie, ten ciężki głaz, ignorując prawa fizyki i logiki, wisi w powietrzu.

Prawie nikt się tu nie odzywa, jeśli już — to półgłosem, półszeptem, półgębkiem. Półukradkiem.

Na mój widok — każdy milknie, ucichają i te rozmowy.

„Wciąż jestem obcy, wciąż bardziej obcy tu, niby wróg” — aż chciałoby się zacytować stary szlagier.

Idę więc jestem spoza. Obcy, a więc z definicji podejrzany o najgorsze. Nieznajomy równa się kapuś, wtyka, tajny współpracownik Femme. Czego by tu lazł, jeśli nie podsłuchiwać? Śmierci szuka?

Marszczą się brwi i czoła, pochmurnieją pyski. Terraria pełne zmarsowiałych i wściekłych gadzin, gotowych dźgnąć kolcami, wyciągnąć przez kraty pazurzaste łapy i poharatać mnie, może nawet rozerwać krtań, tchawicę, czy — bo po co się ceregielić — jednym sprawnym ruchem urwać głowę.

Przeznaję, czuję się bardzo nieswojo. Bo i jestem nie swój.

Za zakrętem — kolejne rozwidlenie. To miejsce tylko z pozoru jest halą. Ma sprawiać takie wrażenie; hala w porównaniu z tym zakamuflowanym labiryntem jest o wiele bardziej przytulna. Powierzchnia hali jest mierzalna, daje się objąć wzrokiem. Hala ma ściany, początek i koniec, środek, oś symetrii, dach i kubaturę, ten natomiast endolabirynt zdaje się nie kończyć.

W przedpieklu, przedegzekucyjnych kazamatach (nie umiem jasno stwierdzić, czy naprawdę w to wierzę) czekają tysiące, może nawet dziesiątki tysięcy osobników. Istot. Ich liczba — trudna do pojęcia, chyba znana wyłącznie dla…

…o, jak widzę, trafiłem do skinatorium, krainy łysych. Głowa przy głowie, każda — wyglądająca jak strusie jajo.

Kapłani z „Faraona”, pato-prawicowi chuligani, kibole?

Gdyby wzrok mógł zabijać, miażdżyć — starliby mnie na pył. I za co? Nie jestem niczemu winien. Tak tylko sobie idę donikąd, przemierzam czas, mięcho, łażę po spacerniaku…

O — jeszcze lepsi. Boją się, szepczą konspiratywy, ostrzegają jeden drugiego. Bezwłose, tępe mordy podstarzałych niemowlaczków i ja — terrorysta wdzierający się do żłobka, biorący ich na zakładników.

Przyznaję — surrealistyczne uczucie. Nikt nigdy nie przejawiał tak zwierzęcego, więcej — jakiegokolwiek strachu widząc mnie. Nie było i twierdzę, że nadal nie ma powodu, miły i sympatyczny, słodki ze mnie misio, żaden Drakula, Nosferatu, psychopata z shotgunem, żaden Stefan Wilmont, ten morderca… A, nieważne. Nie ma już go, przestał istnieć, w czym dołączył do swojej ofiary. Stał się ilustracją z elementarza, pierwszej czytanki, zadaniem rozwiązanym na maturze, kolegą z podstawówki, od lat nie widzianym nauczycielem, albo instruktorem, który oblał mnie na egzaminie prawa jazdy za nie dość dokładne parkowanie skośne tyłem i najechanie na jego wysokość pachołek. Został postacią z bajki Andersena, lub braci Grimm, członkiem drużyny pierścienia, albo bohaterem marvelowskiego komiksu.

Z przerażeniem stwierdzam, że z coraz większym lekceważeniem myślę o przeszłości, „co straciłem z własnej woli, ile przeciw sobie”, że nie żałuję jej, nie mogąc absolutnie nic zrobić godzę się z losem, przełykam tę żabę — więc… zmieniam się w jednego z tych tu, klatkowiczów, popadam w apatię.

Nogi jeszcze mnie niosą, idę dla samego iścia, tylko tyle dzieli mnie od skostnienia, zresetowania twardego dysku, uprania myśli w wybielaczu, przemiany w bezmózgi posąg, kukłę wypchaną poszatkowanymi przez myszy banknotami sprzed denominacji, grubą kasą z Waryńskim, Trauguttem, Bemem, Skłodowską, Świerczewskim, Reymontem.

Człapie mi się przez pustkę i w głąb pustki. Nawet nie silę się na pamiętanie o rodzinie, domu, Natalii, Ance. Pojmuję, że w tym miejscu, obecnej sytuacji nie da się być zaradnym, nie ma możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu.

Klincz, zablokowanie pionka. Idę, obiegam szachownicę drugi, trzeci raz…

Kojce pełne Minotaurów, bestii na jarskiej diecie.

Nie wiem, co jest grane, chyba trafiłem na na obszar zapowietrzony, panuje tu epidemia, albo…

Łysole (zabawnie to wygląda, ale powoduje moją, delikatnie rzecz ujmując, konsternację), po kilku na raz.. leżą na podłodze. Słysząc kroki podrywają się z autentycznym przerażeniem, jakby księcia diabłów, Lucypra samego zobaczyli.

Poczatkowo myślałem, że nie żyją, zaniosło mnie do „piekła właściwego”, gdzie się umiera (średnio wierzę w niezauważalne, bezbolesne rozwiewanie sięl nie, NIE TU, istota jest na tyle okrutna, że nie odmówiłaby sobie przyjemności potorturowania byłych kochanków), ale nie. Bije od nich autentyczny strach, widzac mnie stłaczają się, zbijają w wielkie, łyse kulki i dygoczą przerażeni.

Coś ewidentnie jest na rzeczy.

Zero szeptów, świerćuśmieszkow, kąśliwych uwag. Twarze nie wyrażające zdziwienia. Nic, poza najczystszą hipergrozą.

Panowie łysielce leżą twarzami w dół. Co mogę robić? To:

a) samozaspokajanie się

b) próba skrócenia męczarni, nieznośnego oczekiwania na śmierć, kolesie starają się udusić (tak głupie, że aż prawdopodobne)

c) suma dwóch powyższych: szczególnie dziwaczna odmiana asfiksji autoerotycznej

d) jakiś rytuał, najpewniej przebłagania Femme, prośby o łaskę, jak najuniżeńsze

e) innego typu pajacowania (ale czemu w takim razie budzę w nich strach na do opanowania?)

f) złorzeczą, przeklinają porywaczkę, uwodzicielkę i morderczynię in spe, odprawiają gusła, żeby ją pokręciło, rzucają dresiarskie (sic!) uroki, aby pękła, jak Smok Wawelski, rozdęło ją od pożeranego wraz z samcami testosteronu i by trzasnęła na sto pięćdziesiąt i jeden kawałek, kalibabczyca, tulipanica, by eksplodowało czarne wdowisko (swoją drogą — magia, klątwy, ezoteryka, świat pozazmysłowy, wróżby, zabobonność — to ostatnie, z czym mogą się kojarzyć ostrzyżeni na łyso chuligani, ale już pogodziłem się z panującym tu brakiem reguł; to miejsce nie może bardziej różnić od tak zwanego „normalnego świata”. Jakiekolwiek odniesienia do niego, odwoływanie się do logiki, próby zdroworozsądkowego spojrzenia na „komorę” (jak ją zwać?) mogą skończyć się jedynie porachą.

Trafiłeś między wrony? Zdurniej, jak i one! Śpiewaj skrzeczystości, najgłośniej, jak potrafisz! Gardłuj, zaznaczaj swą obecność wśród żywych, na całe głosisko rycz „Tango Memento Vitae”, nieważne, że nie lubisz tej piosenki, w ogóle niczego z repertuaru Sojki).

Teraz najlepsze: ponieważ nie żyję — postanawiam coś odpierdolić; jak mawiało się w czasach młodości moich rodziców — „zgrywę”. Hecę na czternaście fajerek.

Co szkodzi? Zmarli mogą więcej. Trupom wolno wszystko — głosi niepisane prawo — i tylko od nich zależy, czy z owej wolności skorzystają (jak dotąd, jeśli odrzucimy niepotwierdzone przekazy, religijne mrzonki, wszelakie mitologie — nie zdarzyło się, by jakiś, lub jakaś mieszkanka zaświatów wróciła po swoje, pozostawione na Ziemi ciało; trudno nam, śmiertelnikom dociekać, czemu).

Stąpam po cichutku, usiłuję nie ważyć, nie wydawać najmniejszego szmeru. Na parę chwil przestaję oddychać. Oczyma wyobraźni widzę swoją postać rozpływającą się w powietrzu.

Nieźle już zdematerializowany, w zasadzie bardziej unosząc się, niż idąc, podkradam się, jak najbezszelestniej.

I wypadam zza winkla, starając się zgrywać surowego szefa, nadzorcę, albo ojca, który nakrył mocno nieletnie pociechy na konspiracyjnym jaraniu szlugów; święcie oburzonym tonem, choć nie mam pojęcia, co tak naprawdę jest grane, wrzeszczę: „A co wy tutaj robicie?! Wstawać, ale już, odpowiadać!”.

No takiego przerażenia w oczach, na twarzach, nie widziałem w tym, czy poprzednim życiu.

Podrywają się jak oparzone głowy-strusie jaja, glacowaci skini-nie skini truchleją, jak na komendę zaczynają dygotać. Sineją z nerwów, w ciągu paru chwil przybierają kolor ultramaryny. Ultramarynaty.

— N… nic… My tak tylko… — odzywa się najodważniejszy.

— Kontrola! — ryczę — dlaczego leżeliście na ziemi?!

— …ta — tak sob… ie…

— A co — nie wolno? — jeży się nagle jeden z łysoli.

— A pan to właściwie kto? Jaka kontrol, skąd?

— Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie. Ostatni raz — coście robili? — brnę, niezrażony ciągnę farsę, nieśmieszny monodram. Nie istnieją jakiekolwiek powody, dla których to robię, skinowska horda może zaraz rzucić się na mnie, skatować do nieprzytomności, albo i na śmierć, a mimo to, kompletnie irracjonalnie, zabawiam się w drażnienie troglodytów, wchodzę do klatki bezwłosych goryli i prowokuję. Pcham się w ich łapy, pod pięści, pod glany.

Wszechobecna beznadzieja i marazm sprawiają, że zatracam resztki instynktu samozachowawczego, jestem nawet gotów dać się pobić, byleby tylko coś się, mówiąc niepoprawnie, zadziało.

„W bezkształtej bryle uwięziony tyle lat” — śpiewa mi w głowie Kostrzewski.

W tej matni… ile tu właściwie jestem? Dobre pół ziemskiego dnia, góra — doba wystarczą (czuję po sobie), by zaczął się proces umierania z nieróbstwa i beznadziei, zdychania na ciężką, dającą przerzuty, nowotworową postać stagnacji.

Wiem, że może wydawać się, jakbym, niczym egzaltowany szczyl, przesadzał, jak nastolatek, którego rodzice nie rozumieją, nauczyciele gnębią, koledzy mają głęboko gdzieś, jak licealna, męska panienka, wyolbrzymiająca wszystko do rozmiarów tragedii mimoza w wiecznej depresji, atencyjna, instagramowa gówniara, Rafaella, Rafalina, przegięty, zdemaskulinizowany nie-ja, ale… dokładnie tak się czuję.

Miejsce w którym jestem de facto odbiera dorosłość. Bez możliwości samostanowienia człowiek zostaje sprowadzony do roli zapampersowanego niemowlaka. Charakter się zmienia, mutuje w trudnym do pojęcia tempie.

Obrastam w becik, znów słucham RMF FM, oglądam MTV i Vivę, 4 fun TV, jestem uczniem pierwszej klasy gimnazjum, noszę koszulkę ze Slim Shady’m, marzę, by w przyszłości zostać didżejem, niekoniecznie znanym (nigdy nie cechowała mnie przesadna ambicja, wystarczyło, że byłbym w stanie utrzymać się z własnych przychodów, odciął pępowinę od rodziców, że starczy mi na życie, szerokie spodnie z krokiem w kolanach, za duże bluzy, w dodatku będę robić to, co kocham, a życie będzie upływało od jednej dyskoteki do drugiej, zmieni się w wielki, kwasowy trip, kolorofon, fazę, będzie polegało na gibaniu się nad adapterami, skreczowaniu, na okrzykach „Joooooł!”, wywrzaskiwaniu w stronę tłumu najbardziej filozoficznego pytania: „Jak się bawicie?”).

Czuję zbliżającą się śmierć. Nie wiem, czy bolesną, mam nadzieję, że nie, cierpienie zostanie mi oszczędzone, byłem w końcu całkiem dobry w te kolcki, co nie, Femme?

Mój zegar tyka coraz szybciej. Ostatnie chwile na żarty. Jeśli nie teraz zdziecinnieć — to kiedy?

— Nico. Źle się poczuliśmy. Zabronisz? — obstępują mnie nieowłosieńcy. Nie tracę rezonu, gram rolę twardego trepa wizytującego jednostkę karną. Mosiężnym głosem domagam się odpowiedzi. Relacjonować mi w tej chwili, co to za cyrk, bo nie ręczę za siebie! — gardłuje kontrponadporucznik wielki koronny.

— Wiesz, do kogo mówisz?

— No, oświeć, do kogo?

Trzech agresorów podchodzi jeszcze bliżej. Pozostali łysole wyglądają na zdezorientowanych, nie wiedzą, czy się mnie bać, czy chcieć bić.

— Mam informację do przekazania. Z góry — wskazuję palcem zachmurzone niebo hali. Żadnych konkretów, show must go on. Bawię się, ryzykuję tęgi łomot, desperacko próbuję zapełnić czas oczekiwania na… wiadomo.

— Taaa? Jaką?

— Wyznaczono konkretną godzinę. ONA wyznaczyła.

— Kiedy?

Opóźni się trochę. Kolejka jest… Dużo, he, he, klientów. Dostajecie tydzień w gratisie, prezent od firmy.

Po minach wnioskuję, że mi wierzą, naiwniacy. Łykają bajeczkę o odroczeniu kary.

Przedstawiam się jako Tomasz (nie Tomek, żadnych zdrobnień, mam brzmieć poważnie i oficjalnie), więzień-posłaniec („nowa funkcja, wprowadzona nie dalej, jak wczoraj; tylko nie kapo, kurwa, tylko nie zaden kapo!”), jeden z was, — chwilowo zmieniam ton i gram „dobrego policjanta”. Śmiało możecie powiedzieć, co jest grane, tu chyba nie da się odpierdzielić niczego nielegalnego, no co — próbowaliście zrobić podkop? Wszedzie — ściany, podloga, sufit — lite (sic!) mięso…

Patrzą nieudnie. Paronastosekundowa, burzliwa sensorida. Można mi ufać? Oczywiście, że nie, w końcu jestem zdrajcą stanu, sługusem JEJ.

Z drugiej strony — co — wziąć mnie na zakładnika? Nie wypuści nikogo, szybciej zabije, to potwór, poza nią nie ma ucieczki, w niej — śmierć, kuźwa, marazm.

Nie moja sprawa — oświadczają w końcu — wielkie dzięki za informację, szerokiej drogi, część, kolego, pa.

— Macie farta. Już tydzień temu miałem mieć termin. Odwlekam jak się da, widzicie — robię za posłańca, ale ...na dłuższą mete — nie wygrasz. Kiedy już się jest na wylocie… — zmieniam nieco ton, udaję podłamanego.

— Jak się z nią kontaktujesz? — uberskinowi przechodzi złość.

— A… wcale. Po prostu wiem, co mi każe robić. Polecenia wydaje telepatycznie. Nawet nie raczy, zimna kurwa, spojrzeć w oczy… A tak było pięknie… Kiedyś. Dawno i nieprawda. Drapieżnica…

I… zmuszam się do płaczu. Niełatwo, bo najpierw trzeba poskromić fale rechotu, ściągnąć usta, zapanować nad mimiką, skrzywić się odpowiednio, ale nie do przesady, bo wyjdzie teatralnie i kompletnie niewiarygodnie.

Nie wyć, nie biadolić. Zgrywać smutek, cholera, zgrywać się…

Trzeba wydrwić, wyszydzić w duchu, nabijać się z przedpiekla, do którego się trafiło.

Kaplica przedpogrzebowa, obóz koncentracyjny? Gdzież tam! To Republika Szarborowska, kraina wariatów, gdzie obowiązuje zakaz powagi! Tu trzeba być chochlikiem drukarskim, literówką, błędnym ognikiem, błaznować, z godziny na godzinę, choć tu, kuźwa, nie istnieje czas, stawać się autoparodią, udawać swój nieudany portret. Wychodzić z ram, z klatek, uciekać z Alcatraz i tonąć w lodowatych wodach Zatoki San Francisco, rzecz jasna — z nieodłącznym uśmiechem na ustach.

Umierasz? Zrób okmuś pranka. Oszukaj. Baw się kimś.

Uderzam w melodramatyczne tony, zaczynam snuć rzewną opowieść o żonce pięknej nad wyraz, krasnolicej, wiernej Ani, którą zostawiłem we wdowieństwie, o progeniturze zapłakanej okrutnie z tęsknoty za papą, gromadce ślicznych, pyzatych dziatek, najstarszym, pięcioletnim Pawełku, co mi włożył misia na ostatnią drogę do trumny (kurwa, jadę po krawędzi, niemal zahaczam o staropolszczyznę i szyki przestawne, zorientują się, jak będę tak nieostrożny, sczają, że robię ich w bambuko!).

Biadolę, że nie spostrzegłem, kiedy zostałem wzięty w szpony, wiedźma wyrwała mnie z domu, z rodzinnego stadła, gdzie wiodłem sielankowy żywot, omamiła, sucz nad sucze, żeby było śmieszniej, straszniej i całkiem groteskowo — pośmiertnie…

Z jednej strony gardzę nią, własnym naiwniactwem, chciałbym, aby jak najszybciej skonczyła, co ma skończyć, bladź sakramencka, z drugiej — układam się z oszustką, dziwką i morderczynią, bo mimo wszystko liczę na przychylność, chociaż cień, że rozwieje mnie bezboleśnie, rozpuści w sobie, a jeśli będzie chciała strawić — żewcześinej skręci mi kark, nie zostanę rozgotowany w sokach żołądkowych, kwasie solnym na żywca… Czasami trzeba wchodzić w konszachty z prawdziwym diabłem… — zamyślam się kończąc wywód. Łysole przyznają rację. Cholerna podróba świata, atrapa rzeczywistości, bezmiejsce, jedno wielkie zawieszenie miedzy wymiarami. Szczelina na granicy światów.

— Żywa szczelina, he, he — rechocze jeden, tonem półgłówka.

Parę następnych minut gawędzimy całkiem przyjaźnie, zapytany skąd jestem odpowiadam szczerze, znad Bużejki, Ściana Wschodnia, co tu ukrywać, region, jak każdy inny.

Oni? Różnie, kwadratowo i podłużnie: dwóch Ślązaków, jeden Góral, podpoznaniak, jeden z Wołomina, ktoś tam z Pomorza (albo ulicy Pomorskiej, mówił tak bełkotliwie, że nie zrozumiałem), grubokarki prawie-Niemiec z Gorlic, mały i cherlawy skinina z wioski, której nazwa nic mi nie mówi, rodowity Krakus…

Cały przekrój narodu, rodaków mych. Polaków (karykaturalny) portret własny.

Znów się naradzają, półgłosem. Wyjawić mi sekret, uznać za swojego, potraktować jak zioma, czy wypieprzyć na kopach z kojca?

Sensorida niemal przeradza się w awanturę, tępy i zionący do mnie otwartą agresją Adam z Katowic za skurczysyna nie chce dopuszczenia profana, w dodatku jawnego przecież zdrajcy, targowiczanina, do WIECIE, CZEGO.

Odgraża się, że niech no tylko pozostali spróbują, to zrobi ze mną porządek, nie tak się przecież umawiali, miała być omerta, konspiracja, a oni teraz — co? Chcą rozpruć się, za damski chuj wyklarować wszystko jakiemuś obcemu frajerowi?

Grypserzy, patus, jak rasowy recydywista, fantazjuje, co będzie mi wpychał. Po sam łokieć. Zgrywa chojraka. Wie, że słyszę.

Przedstawienie lustrzane, bez widzów, po obu stronach sceny — aktorzy. Bisów — nie przewidujemy.

Ustalone: dobrze mi ze ślepiów patrzy, mimo, że jestem obcy, postanawiają dać jedną, jedyną szansę. Dopuścić do ziemnego (hi, hi) kręgu. W końcu to nie aż taka tajemnica, po co się konspirować, jak koniec jest bliski, każdemu zostało parędziesiąt godzin życia? Niech się chłopina sztachnie prądem, ma coś na osłodę. Mogę to potraktować jako prezent, wymyślić, z jakiej okazji; imieninowy, na gwiazdkę, czy urodziny.

Darmo otrzymali — darmo dają, co im szkodzi wtajemniczyć kolejną osobę? Apokalipsa się zbliża, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy; każdy jest tak bliski zwęglenia, rozwiania się, a kto wie, może śmierci w jeszcze większych, niewyobrażalnych męczarniach…

Tajemne bractwo łysoli, prawie-Iluminaci, odkrywają przede mną-profanem, swój największy sekret.

Dawno, dawno temu, parę tygodni wstecz, a więc w czasach tak zamierzchłych, że nie pamiętają ich najdłuższi stażem więźniowie/ mimowolni goście/pasożyty Femme, jeden z nas, straceńców, podjął z pozoru absurdalną próbę wydostania się z matni, jego zwierzęca, dzika natura kazała szukać drogi ucieczki.

Poematy heroiczne, eposy przekazywane z ust do ust, roznoszone drogą kropelkową (sic!) różnią się co do imienia owego herkulesa nad herkulesów, ojca-założyciela konspiracyjnego zakonu, bandy, cholera wie, jak określać owo braterstwo (bezwłosych) wilków.

W jednych podaniach występuje on pod imieniem Bartek, w innych — Mateusz, część opowiadających, nie mając pewności woli, powtarzając młodym adeptom śmierci (sic!) historię przypadkowego arcyodkrywcy, używać zastępczej formy „Pierwszy z nas”, inni zaś, nawet, gdy czują, że nadchodzi ich pora, czas się kończy, gotowi są stawać do walki na pięści, na solo, dziko upierając się, że nosił on dumne, znane ze Słowackiego imię Kordian.

Legenda pełzakowata, z wersji na wersję nabiera mocy, rozrasta się. tajemniczy Gilgamesz, Noe, więzienny swego rodzaju Abraham zostaje niemal deifikowany, okrzyknięty jeśli nie bożkiem, to co najmniej patriarchą, ojcem klanu… narkusów.

Każdy jego członek ma obowiązek, jak na dobrego syna przystało, wychwalać protoplastę, mówić o nim w samych superlatywach.

Cyrk, komedia, teatr groteski. Tym zabawniejszy, że aktorzy biorą swoje kwestie na poważnie.

…spróbował, wbrew wszystkim spod celi, zrobić podkop. Ludzie się w głowy pukali, że co ty, Kordek (albo Mateusz), z byka spadłeś? Gdzie chcesz się pchać — w mięso? Wali ci w dekiel ze strachu, tak się śmierci boisz? — drwili. A on jakby wiedział swoje, kierował się irracjonalnym przeczuciem. Wiodła go intuicja, miał zmysł proroczy. Tak, prorocy są i w naszych czasach, nie wymarli, jak dajmy na to płatnerze. To posłannictwo, nie zawód, który może odejść do lamusa, stać się zbędny społeczeństwu. Zawsze będzie istnieć potrzeba odkrywania pozazmysłowego, ponadnaturalnego…

Skin-bajarz, tonem pana przedszkolanka, albo lepiej — opiekuna w żłobku, snuje para-filozoficzne rzewnostki. Drużynowy jest wśród nas. Opowiada starodawne dzieje.

— Czuł wewnętrzną potrzebę, nakaz, by drążyć. Weżreć się, zatopić w ciało. Nie miał nic do stracenia, sam dobrze wiesz, jak siedzisz w celi śmierci i myślisz tylko o nieuchronnie zbliżającym się terminie — obojętniejesz na wszystko inne, czyż nie?… a on właśnie — nie — łysol uśmiecha się szczerbato ukazując parę zżółkłych pniaków.

— Miał wizję, cel, idee fixe. Najprawdopodobniej to kolejna gierka tej tam, suczki. Chce, byśmy bawili się z nią w voyeuryzm, uprawiali podglądactwo. I robimy to, a, niech ma, niech jej na zdrowie wyjdzie. Co nam zostało, powiedz? Jaką masz alternatywę, poza siedzeniem, markotnym czekaniem, aż weźmie…?

— ...się, kurwa, streszczaj, Romek, bo tak opowiadasz… — młodszy skinol przejmuje pałeczkę.

— Zaczął badać strukturę podłogi. Organoleptycznie, ostukiwać, osłuchiwać.

— ...dobrze, że nie na smak — dodaję w myślach z głupia frant.

— No i wyszło, że mięso nadistoty różni się nieco budową od naszego. Od organizmów żywych. Ale da się zauważyć… ech, jakby ci to powiedzieć, chłopaku… neurony. Całe mięcho nie jest monolityczne… — głos łysola, z niezrozumiałego powodu, łamie się — ...ale wypełnione różnym barachłem. Tałatajstwem, kuźwa. Szmaty, gwoździe, guziki z porcelany, statuetki z brązu, wszystkie — z urwanymi głowami, zwitki papieru, układy scalone, płyty główne komputerów, do niczego nie podobne supełki… druty, agrafki, korkociagi, tubki smarowideł… Ale to tam chuj. Najlepsze są właśnie przewody. Mówimy na to neurony, ale to raczej kable transmisyjne. Z obrazem, młody, z najczystszym hajem, jaki se możesz wyobrazić. Elektryczne wizje…

— A tam, pieprzysz, Paweł. Nie wprowadzaj w błąd młodego. Nasz Pierwszy natrafił na jej fale mózgowe, odkrył, jak można podłączyć się do świadomości Istoty. Widzieć to co ona, a mówię ci — tak czystego obrazu, w pięć, kurwa, HD, nie uświadczysz w Cinemaxie, czy Multikinie… Jakość, że tak powiem — źródlana. Arcydziela po prostu wizualne. I ty w tym jesteś, trochę na doczepkę, a trochę jako pełnoprawny uczestnik. Zależy od wariantu… yyy… drogi, na jaką trafisz. Jeżeli wkłujesz się w cieniznę — będziesz tylko biernym obserwatorem, zobaczysz świat Jej oczami. Jak wyhacza kolejne ofiary… A jak ci się uda wstrzelić w arterię, jak to nazywamy — w „autostradę” — pojeeeeeeedziesz, ile fabryka dała, jak po autobahnie, bez ograniczenia prędkości. Ile twój mózg zdoła wytrzymać. Do oporu, aż się przegrzeje, zagotuje i wycieknie uszami, hje, hje.

— …?

— Dostaniesz własną wersję świata. Rzeczywistość do pokolorowania. Kanciapę. Będziesz ją mógł urządzać wedle uznania.

— Nadal nie do końca… Już chyba łapie. To coś w rodzaju podglądu wewnątrz umysłu Femme?

— Kogo?

— …tak niektórzy mówią na Istotę.

— Sremme! To jest bladź, nic więcej! — zaperza się najmłodszy ze swoistego zakonu — i nie „coś w rodzaju”, ale… uskok. Słuchaj: wstrzelasz się w nią, podłączasz, zestrajasz z ustrojem, jakbyś ją pieprzył… i możesz tam grać kryminal tango, pisać libretta operowe, nowego Don Juana, Don Pasquale, malować obrazy, „Szały uniesień”, być tym czarnym koniem, na którym ona, w amoku będzie… A, zobaczysz. Jak się uda znaleźć gruby przewód — poczujesz, że wygrałeś lokum. W niej. Nie zapyziałą kawalerkę.

— ...pałac, albo i zamek, jak w Łapalicach, nowoczesny, z pustaków, ale wykończony i umeblowany. Haj nad haje.

— …pikowanie w górę, mimo praw grawitacji. Wyskakujesz z samolotu i unosi cię w niebiosaaaa…

— Tia, jasne, a świstak siedzi i zawija je w te sreberka; całą okręca — razem ze mną, z milionem facetów, których chce porwać i pożreć… Nie pierdol, koleś.

Nie irytują się na mój wybuch złości, łysole. Legenda opowiada się dalej.

Po parunastu minutach wysłuchiwania panegiryków ku pamięci Pierwszego, przechodzą do części praktycznej. Pan majsterklepka, tutejszy Adam Słodowy instruuje, jak bezpiecznie… ćpać prąd, zasysać czarną energię.

Otóż potrzebujemy, drogie dzieci, ni mniej, ni więcej, tylko… jednej słomki.

Rozpinamy guziczki poszeweczki, wyciągamy z jasieczka słomeczkę. I już mamy fifkę, strzykawkę, bongo. Ten niepozorny przedmiot — wierzcie, lub nie — pozwoli uzyskać zajebisty haj. To bilet na karuzelę.

Ale byś mógł się w pełni cieszyć przejażdżką, korzystać z uroków obłędu.. proszę — brzytwa — jeden z łysoli podaje mi kombinowany, samorobny przyrząd.

Oglądam z niesmakiem siakieś cuś.

— Yyy… do czego to?

— A do czego służy brzytwa? Pomyśl. Chyba potrafisz.

— Co — mam se tym gardło podciąć? Czy wam…?

— Oj, durak… — rechoczą pseudo-skinheadzi.

— Pierwszy ją wykonał z nogi swego łóżka. Odłamał i o-, jak zaostrzył. Potem dorobił rączkę z blatu stołu… musiał połamać… — Romek podnosi, ogląda pod światło prawdziwy cud nad cudami: kawałek nadpłaszczonej rurki z drewnianą rękojeścią. Artefakt, istna relikwia pierwszego stopnia, przedmiot wykonany ręką proroka, nadczłowieka, półboga. Bezcenny, czcigodny, magiczny. Istne sacrum. Ostre, onimbione. Podrdzewiałe od wewnątrz i na brzegach.

Za pierwszym razem, gdy pan nad panami, założyciel sekty podłączył się pod swego rodzaju siłę, spaliło mu tylko końcówki włosów. A wieść gminna niesie, że czuprynę miał bujną i brodzisko, więc ani chybi — Żyd-ortodoksyjny hipster (pospolity menel chyba nie leżałby w sferze zainteresowania Femme; co jak co, ale o katastrofalny brak gustu nie można jej podejrzewać; zwierzoczłekodemony, glitydowce, niehumanoidalne formy życia — czemu nie, w końcu każda, nawet najbardziej gorylowata jaszczurka, nielotny, trójskrzydły karaluch jest lepszy od kloszarda, człowieka w stanie zaawansowanej ruiny, albo dopiero grożącego zawaleniem).

Smród podobno poszedl taki, że z kojców w obrębie kilometra rozległy się okrzyki, co tak waniaje, halo, ktoś tam u was w ramach protestu się podpalił, czy ki diabeł… Tak zajechało zjaranym białkiem.

Za drugim razem — podobnie, tylko intensywniej. Współosadzeni oderwali Pierwszego od źródła przebicia, ugasili tlące się na głowie ognisko.

Wtedy zrozumiał, primus inter pares, że musi się ostrzyc, ogolić całe ciało. Na zero. Ca-lut-kie.

— Kremu nivea, czy polsilver — tu nie uświadczysz… Ale jak będziesz ostrożnie, pomalutku jechał, bez gwałtownych ruchów, odpowiednio nawilżał brzytwę, to się nie pozacinasz. Wody — ni mo, krany wiszą dla picu, to atrapy, ani kropelka nigdy nie wypłynęła… Musisz… pluć.

— Zwilżaj ostrze i świeżo goloną powierzchnię grubą warstwą śliny, pianką — radzi Romek.

Mam się opluwać. Zapluwać. Chłodzić w ten sposób.

Głupia, pełzakowata legenda materializuje się, przybiera postać lepkiej… dość.

Pożartowaliśmy — finito, po co przesadzać. Nie myślicie chyba, że dam sie ocharkać, jak ostatnia świnia…

...dobrze, ale nie na sucho.

...no to będę mieć mikrourazy, co cię obchodzi! Wolę podrażnienia, niż…

Metal nie kłuje, nie drapie, lekko łaskocze skórę. Z namaszczeniem, jakbym celebrował jakiś religijny rytuał, obrzęd przejścia, pozbawiam się włosów. Na czuja, przecież nigdzie nie ma lusta. Ostrożniuteńko. Jeden fałszywy ruch — i mogę se wpakować to świństwo, pełne zarazków, w ciało. A tego bym nie chciał. Jeśli już umierać — to w pełni zdrowym — uśmiecham się pod nosem do wymyślonej właśnie bzdury, bon motu na miarę Karola Strasburgera, Tadeusza Drozdy, czy kolejnego z tuzów antykomedii — Kryszaka.

Głaskam się blaszanym pazurem. Uwierzcie — debilne uczucie.

Teraz — włosy na nogach i pomiędzy. Odwracam się zawstydzony.

— Moglibyście z łaski swojej nie patrzeć? Aua!

No i zaciąłem się, wystarczyło lekkie zadrżenie dłoni, tikulek nerwowy — i wbiłem sobie więzienną, zrobioną z nogi łożka, brzytwę. Pięknie…

Strużka krwi płynie po udzie. Piecze. Troszeczkę.

Zaciskam zęby. Obskrobuję się — byle jak, piąte przez dziesiąte — pod pachami.

— Nu, maładiec — Romek klepie mnie w ramię — zobacz podłogę: to nie płytki. Spróbuj pogrzebać. No, śmiało, coś taki zestrachany?

— Ja? Nie pier…

— …i nie mięso. Ani skóra, nie płytka rogowa. Jakaś tkanka.

Kucamy. Mój przewodnik dłubie zaostrzonym końcem słomki. Faktycznie, nie stoimy na tworzywie sztucznym. Prostokątne, miękkie kafelki, koloru i twardości… strupów. Liszaje, no jak pragnę zdrowia…

Femme, Anka, Natalia — istota (dam spokój z nazywaniem jej człowiekiem, w tym wypadku to w dwójnasób nieadekwatne określenie: z jednej strony — na wyrost, bo tyle w tym zwierzęciu człowieczeństwa, co — nie przymierzając — w brzytwie zrobionej z fragmentu wyra, z drugiej — to słowo zbyt płytkie, jednowymiarowe, banalne i pospolite, codzienne, powszednie, jak bigos, cebula, kartofel; forma życia mogąca poruszać się między światami zasługuje na wiele zaszczytniejszą nazwę. Tytuł. Przydomek. Miano.) ...chora wenerycznie? Swego rodzaju boginka — syfilitycz… no nie mogę, sorry, śmiech.

Skorupka się podnosi, wierzchnia warstwa odsklepia, ukazując różowe, z wyglądu — mięciuśkie struktury. Trybiki, trybuśki, trybulce, układy scalone, układy nieokresowe pierwiastków występujących tylko w organizmach cierpiących na kiłę, radośnie drgające krętki, blade, tęcowe, krętule we wszystkich znanych kolorach, parocentymetrowe globulo-krwinki, żyjczydła, żyjuchy, mechaniczne monstra, smoki na sprężynce. Wysuwają się wampirze kły, głowy gadzin, diabły na korbkę pokazują rozwidlone ozory.

Ogień w tym jest, czuję bez wątpienia, ale jakiś lichy, nie parzący, w zasadzie w formie szczątkowej i jakby pro forma; ogieniek zielony i srebrnolistny, mało dojrzały.

Steampunk i klimat post-apo, samonakręcające się katarynki grają czystą krwią, dźwięczą melodię bez choćby jednej nuty, w pełni domyślną. Gra, chlupocze wodnisty prąd o niskim napięciu i natężeniu, prąd-pupilek, oswojony i dający się pogłaskać nieosłoniętą dłonią.

Czy mi się wydaje, czy hedery nadkopconych w pożarze silnika kombajnów mielą barbarzyńska, nietresowalną muzykę chrzęstów, zgrzytów, chrobotu?

Koślawokształtne wzmacniacze, syntezatory, cierpiące na contusio universalis bębny, kotły z wodogłowiem, suną po kolistych drogach, bezustannie zawracają na dziwacznych, trójkątnych (!!!) rondach.

I znów — w prawo, to w lewo, pod spód — i rozbryzg!

— Ładne, co nie? Też byłem oczarowany, jak pierwszy raz zobaczyłem… Śliczna rzecz, powinno się to nagrać i pokazywać na Festiwalu Światła, puszczać na elewacji Zamku Lubelskiego, albo Pałacu Kultury i Nauki.

— N… no… robi wrażenie — przyznaję całkiem szczerze.

— Teraz musimy naprawdę ostrożneńko. Skup się — Romek zniża głos niemal do bas-barytonu. Stara się brzmieć poważnie i rzeczowo.

— Szukaj głęboko, pod nimi. Zdejmij wierzchnią warstewkę, odsuń je lekko na bok. Dooobrze… Nie zorientowały się, że jest próba obejścia, ktoś się do nich dostał… Niby to tylko elementy składowe, organy, nie organizmy — a weź zaczep, to się przekonasz, że skaczą gorzej od wszy, są zjadliwsze. Atakują rękę ze słomką, więc chyba nie takie durne… Jakąś formę świadomości, szczątkową, ale mają.

— Glitydowce — podobnie. Robiłem przy nich na hali. Wiesz, czasem zdawało się, że są inteligentniejsze od niejednego człowieka, tylko wolą tego nie ujawniać, zgrywają mięsne kulki, niedozwierzęta, a tak na prawdę — filozofują w tych swoich kotlecianych łbach… Potem, już w więzieniu, w kojcu, zobaczyłem, że istnieją humanoidzi-glitydowce…

— Ano, ale się nie dogadasz ni w ząb…

— Prawda.

— Zupełnie inna forma komunikacji u nich obowiązuje. Niewerbalna, ale i nie telepatyczna. Coś pośredniego.

— Femme się udaje. Nawet mami, porywa, wabi ich, poliglotka pierdolona…

— Tśśś. Cicho. Skup się, młody.

Pozostali łysole, czuję na karku i plecach, świeżo ogolonej glacy, obserwują mnie, nas, uważnie. Uda mi się, czy skuszę, skaszanię wkłucie?

Bogiem a prawdą ciągle nie wiem, co tak na prawdę ma tu miejsce, co się odwala…

Chcę się bawić, wycisnąć ostatnie chwile, jak cytrynę. Zamknięto mnie za niewinność w celi śmierci, bez prawa do apelacji, widzenia się z adwokatem.

Femme to cholerny Priklopil-kanibal; ja, Romek, pakerzy, zwierzulce, wszyscy ci zamknięci w boksach, kojcach, sprowadzeni do roli zwierząt nieszczęśnicy, którym przychodzi grać rolę uwięzionej w nieludzkich warunkach Nataschy Kampush, jedziemy na tym samym wózku.

Cholera, chyba mam początki syndromu sztokholmskiego, skoro otworzyłem ten włazik, wydrążyłem otworek, mam swobodny dostęp do układu bestii… i nie chcę plunąć w nią, w jej ciało, jej prąd, spowodować — nawet kosztem szybszej śmierci — zwarcia. Skoro robię to, co teraz…

Grzecznie, jak radzi przewodnik, ostrożniutko wkłuwam się zaostrzoną słomką w strumyk światła. Drugi jej koniec wkładam do ust. I zasysam, pardon — obciągam gęste, lepkie, nieco kwaskowate i szczypiące od wewnątrz w policzki, ciutkę drażniące kubki smakowe, podniebienie, dziąsła, ślinianki i migdałki. I przełyk.

Piję dosyć łapczywie, aż zaczyna brakować tchu.

Nabieram cię, pełne płuca, żołądek, nerki, jelita. Wypełniam się tobą.

Jesteś umiarkowanie cierpka, nie tak ostra, jak mogłoby się wydawać po pierwszym łyku. Natalko. Aniu. Mamo. Kochana ciociu.

Jestem znużony, co zrozumiałe, przemierzyłem poł hali-kosmosu, zwiedziłem diabli wiedzą, ile ścieżek, korytarzy, zaułków między boksami. Obszedłem zoo, które nie ma początku, ani tym bardziej końca, schodziłem nogi, mam więc chyba prawo się położyć i nieeeeco zdrzeemnąąąąć.

Łgarze, wszędzie to samo, nikt ci słowa prawdy nie powieeeee… Miał być tripas, karuzela, kontragrawitaaaaacja, a jest… picie kefiru przez słomkę, maślanki doprawionej chili. Nic specjalneee…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Językowo (i we wszystkim innym) czuję się jak "stągiew do przechowywania echa", czytając tę powieść. Masz w sobie niezmierzone bogactwo słowa i tego co pod nim.
    I mega racja w tym, co piszesz:
    "W porównaniu z innymi jestem wręcz tłumem, jednoczesną metro- i nekropolią"
    Szacun przeogromny.

    Na bank będziesz najtrudniejszym polskim pisarzem dla tłumaczy. Ciekawe jak sobie poradzą?:)
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    dzięęęękuję!
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    nie poradza sobie, bo nikt tego nie przełoży :) Chyba, że na język ciszy... albo na kocie mruczenie
  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Co za pewność, na pewno się mile zdziwisz, takie pisanie nie może przejść bez echa.
    Kotom Bastet przełoży:)
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    Wrotycz Może ktoś za -set lat znajdzie w ruinach mego domu jedną z powieści, zachwyci się :)
  • Wrotycz 4 miesiące temu
    I zrobi konkurencję Psałterzowi Floriańskiemu:)
    W kamienną stągiew włóż, owiń folią aluminiową i plastikiem.
    Ja mam przekonanie równe pewności, że na zakupionych od Ciebie egzemplarzach (w dodatku z autografem) zarobią moi spadkobiercy, taka lokata cennego kapitału, i sorry za materialistycznie podejście.
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    Wrotycz cudowne słowa :) budujesz mnie, podbudowujesz moje ostatnio upadłe w gruzy ego i poczucie własnej wartości :) Dziękuuuuuję!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania