Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Comingoutica (cz.VI)

X. OSTATNI Z POWODÓW, DLA KTÓRYCH WARO BYĆ DZIECKIEM

 

Ten samochód, patrząca z niego blada, ślepa twarz. Skalary opływajace tęczówki. Akwaria zamiast oczu.

Moje ryby pożerają twoje. Jakkolwiek to można rozumieć. Żyję, więc jestem drapieżnikiem, zaliczam cię do gatunku Nessiteras Rhombopteryz.

Nadano mi całkiem ładną, mądrobrzmiącą nazwę. Jestem jedynym przedstawicielem, w zasadzie — co tu się czarować — wymarłego gatunku (spróbuj się rozmnożyć sam/a ze sobą, popartogenezić przed snem, a przekonasz się, jakie to trudne i bolesne, czy wręcz niemożliwe).

Ostatni egzemplarz, biały, garbaty i ociężały, miliontonowy plezjozaur z pawim ogonem i kogucim grzebieniem. Oddycham rozrzedzonym powietrzem, błockiem, zaciągam się mułem z dna.

Żałosny uciekinier przed światem, migawkami aparatów, wzrokiem kogokolwiek, nawet — przed własnym odbiciem.

Nie przeglądam się w wodzie, staram sie unikać swojej (natarczywej, upierdliwej wręcz) obecności. Stronię od siebie, grzęznę, zakopuję się w szlamie. Ale jestem. A ty… Natalko?

Mokry, spirytusowy płomyczek, błędny ognik przebiega mi po grzbiecie. Dreszczyk, jeszcze nie umiem stwierdzić, czy przerażenia. Może to jedynie bezwarunkowy odruch wywołany przez szok, mega zdziwienie, odruch obronny spowodowany kontaktem z tobą.

Prędzej leżącej Dity von Tesee, rozebranej z ciuchów i rozebranej na czynniki pierwsze przez „guźca”-rzeźnika bym się spodziewał, niż ciebie.

W przeciągu mniej, niż chwili, w niewyczuwalnie małej jednostce czasy, kapeczce, okruchu, czasowym odbryzgu, przechodzi mi upojenie.

Terapia szokowa, najgwałtowniej, jak się da, bez trzymanki i absolutnie bez znieczulenia — ty. Insekt, niech kto inny bawi się w stwierdzanie, zgaduje, wróży z fusow i układu kraterów na trzciem od końca księżycu Neptuna, jakiego rodzaju, niech wieszczy — pluskwa, karaluch, mendeweszka, czy inne paskudztwo; owad, bez wątpienia jadowity, zatruty, skażony jeszcze w stadium larwalnym, w kokonie, plastrze sinego miodu, czy gdzie tam to-to się lęgło, zanim raczyło wypełznąć i się we mnie weżreć; owadulec przenajskurwysyński — jak odbieram twoją (fałszywą) postać.

Gryzikurwie z ostrymi jak brzytwy kłujkami, ożuwaczkowiony, niewielkich rozmiarow, groźniejszy od hordy pięciusetmetrowych, zmutowanych goryli, potwór.

Ciągle mam w sobie sen, otępicę, jestem pod działaniem przygrodzieńskiego halucynogenu, który zaburza percepcję, wchłonąłem końską, wróć — słoniową dawkę i śnię cię na jawie, spotykam podczas spaceru o Badtriporzycach Małych.

Przesadzam? Ani trochę. Moje myśli — po chwilowym sztormie — płyną spokojnie. Potoczyście. Potobrudnie.

Bawię się znaczeniami. Kostka tłuszczu pod językiem, baryłka soli dźwigana na plecach przez flejtuchowatego tragarza na końcu świata, portowe dziwki, którym pluję w oczy.

Granie w bilard obrazkami. Wolno mi, bo żyję, od czasu do czasu wystawiam głowę na powierzchnię.

Przyznaję: tąpnęło, rzuciło, doświadczyłem erupcji podwodnego wulkanu.

Przechodzi, znów łagodnie zapadam się w chłodny piasek, daję się otulić koralowcom, rozgwiazdom.

Fałszywy film o Natalii, wyświetlany na zbutwiałych żaglach zatopionego przed setkami lat pirackiego statku, przedradzieckiej krypy Gaz Potiomkin.

Resztki kobiety, cielesne scrabble, literki jej prawdziwego imienia. Makabryczny widok, nie do zniesienia na jawie. Bezukładalność — że tak poneologizmuję.

Ofiara morderstwa, mniejsza o to, czy rytualnego, honorowego, torturowana przed śmiercią czy nie, kompletnie nieistotne, czy będąca za życia anielicą, czt złe wcielonym, puszczalską od wczesnych klas podstawówki młodocianą chuliganką, złodziejką, dręczycielką słabszych, morderczynią kotów, szczeniaczków…

Leży przede mną i swoim widokiem wpędza w najgłębszą deprechę, szok. Traumogenne to, wżerające się w pamięć. Domyślam się, że niemożliwe do usunięcia.

Biedaczka ma twarz, włosy mojej młodszej siostry, cholera, gdyby nie skażenie przez czerń, teraz — spirytus — uwierzyłbym, że to ona!

Nieee, to trzeba wybić mocniejszym klinem, bardziej rzeczywistym, najlepiej — koszmarem…

Cieszę się, że ciągle jestem dzieckiem, przydał się pielęgnowany w sobie kilkulatek, bezradny wobec otaczającego świata, beztroski, w równym stopniu nieufny, co wierzący w bajki, nieodpowiedzialny i dziwiący się wszystkiemu, czego doświadcza po raz pierwszy.

Cudownie, że jest, znalazł się w lamusie, przykryty kocykiem w misie i kolorowe kaczuszki, żeby się nie zakurzył, że czekał tam grzecznie, aż wrócę, odkryję, wyciągnę na światło dzienne, by… pożreć, stopić się z nim.

Patrzę na makabreskę oczami brzdąca w ogrodniczkach, z łopatką i wiaderkiem pełnym foremek do piasku, patrzę jak dziecko, które zgubiło się na planie horroru, zamiast bawić się z innymi przedszkolakami postanowiło pozwiedzać zamknięte, obwarowane zakazami wstępu, groźnie brzmiącymi („Wejście tylko dla dorosłych”) hasłami, uliczki, przecisnęło się pod bramą do niedostępnej krainy.

Trafiłem do niegościnnej bajki i polemizuję z tym, co widzę. Nie umiem czytać, ani pisać, dodać trzech do dwóch, ale jestem za duży, by mieć czelność wątpić w istnienie, podważać prawdziwość… zarzucać kłamstwo…

Dałem się zwieść mrzonkom, własne oczy robią człowieka w bambuko.

Fuj, brzydko tu, niekarmelkowo, siedzące przy ognisku cudaki nie przypominają Teletubisiów, z góry nie spogląda Słoneczko o buzi niemowlaka, zamiast Zygzaka McQueena, czy Ślizgacza Petrolskiego stoi ponury Złomek. Na jego pace leży, niepodobna do siebie, bezczelnie przypominająca Natalię, Jessica Rabbit.

Najwyższy poziom zdziecinnienia: znaleźć się w kreskówce i w nią nie wierzyć! Stąpać ostrożniutko, uśmiechać się od ucha do ucha, pokazując cały garnitur mleczaków. Bać się, ale tylko troszeczkę, dla zasady, bo tak wypada, grzeczne dzieci są przezorne i nie ufają obcym (uniwersom, galaktykom) — i jednocześnie nie wierzyć w strach!

— tak na marginesie — moja bezczelna apostazja, aroganckie odrzucenie prawd objawionych przez zmysły, ten małoletni, nieopierzony bunt powinien się spotkać ze zdecydowaną reakcją ze strony… jeszcze nie ustaiłem, kogo. Ale wiem, że zawsze znajdzie się władza, ktoś doroślejszy, chętny do karania (najczęściej — cielesnego), dawania nauczki, nawet tu — w mrzonce, halucynacjach, pewnie roi się od samozwańczych szeryfów, kapusiów, jestem bardziej, niż pewny, że nie pocieszę się długo, zaraz jakiś donosiciel wezwie, kogo trzeba.

Nie ma najmniejszych wątpliwości — jestem obserwowany, Wzierniki-spozierniki przyjaciół od spirtu, mętne oczy Andrieja, utleniające się tęczówki obcej dziewczyny, zatrudnionej przez swego mordercę (!!!) do odgrywania roli Natalki, wiadukty tylko pozornie wiodący donikąd (… jak to gdzie? Na szafot!)…

Zaczynam pojmować. Gazik? Na pewno! Im intensywniej przypatruję się wehikułowi, tym wyraźniej widze, że to przeolbrzymi, szczeromiedziany samowar, wehikuł czasu, którego załogę stanowią duchy zakłutych przeze mnie glitydowców..

Zabierają na rejs w przeszłość, do wczesnych lat dwutysięcznych. Zostaję porwany, przecież z własnej woli nie zbliżyłbym się na pół miliona wiorst, kabli, mil morskich…

— Co — ny poznajesz? — Andriej podnosi na wysokość mego wzroku, niemal przystawia do głowy… głowę.

— Nie bardzo. A powinienem?

— Ty barbaryneć. Incestnyk! — herszt zgrai zabużejskich Cyganów (jak to zabawnie brzmi!) zgrywa święcie oburzonego.

— No, pociłuj. Twaja systra…

Dochodzi do zderzenia, kacapska łajba z impetem wbija mi się w klatkę piersiową. Wylatują uwolnione gwarki-niemowy, papugi rozłączki. Wracają wspomnienia niezaistniałych chwil, cudzych dzieciństw, filmów dla i o nastolatkach, w których zdarzało mi się zagrać główną rolę, czy choć postatystować w kulminacyjnej scenie, gdy amant, dobrojebliwy święty, prawy — bo w końcu to prawiczek — umiera kładąc głowę na podołku ukochanej Amiszki, ta — rąbkiem donaszanej po proaprababci spódnicy — ociera mu por z czoła, łzy cieknące niagarami po policzkach.

Kicz par excellence, ślozowisko.

Znów jestem szwarccharakterem, moją idee fixe — jedna z najobrzydliwszych parafilii.

I pomyśleć, że wszystko bierze się z czysto szczeniackiej przekory, to — dosłownie — zboczenie; w myślach z prostej jak drut, jasnej ścieżki, pełźnięcie zamiast tego. sobie niejako na przekkór, rowem melioracyjnym, po kolana w błocie.

Tu wewnętrzne dziecko okazuje się moim wrogiem, nie rozumie, iz pewnych spraw nie można traktować zbyt lekko, obrócić w żart; że życie, dorosłość to nie youtuberski prank, kolejny odcinek Stranger things.

Nie popisałeś się, stary — delikatnie rzecz ujmując.

„Na złość mamie, obmawiaczom, wmówię sobie zobczenie, chorobę, odmrożę uszy, genitalia, ręce, nogi i dawno już nieużywany, dotknięty atrofią mózg” — postanowił bachor. Głupota, aż boli.

 

XI. POLIHYMENIA

 

Dziewczyna rzuca się, wierzga i wyje. Nieludzko. Przypomina zwierzę, nieoswojone bydlę z kłami do pasa.

Wrzask, potok nieartykułowanych dźwięków, skowyt, gardłowy.

Jeden z podmostowych dziwaków dostaje z pięści na odlew. Moja niedawna przewodniczka walczy o życie, tłucze napastników. Beęę, bęęę, aż echo się roznosi.

Drugi gwałciciel zostaje praktycznie znokautowany, otrzymuje prawy sierpowy, tak silny, że aż mu mordę wykręca. Traci równowagę i na moment zwalnia uścisk. Zaraz jednak wraca do pionu, oddaje cios, tyle, że mocniej. Laska tryska z ust krwią. Mała, czerwona struga, mikrofontanna.

I nastepna. Bryzg, bryzg!

Włącza mi się hiperempatia, widząc takie barbarzyństwo az trzęsie mnie ze zgrozy i oburzenia. Wyobrażam sobie, co musi czuć, ciągle głucha i niewidoma biedula. Jej zatruty organizm jest jak popsuty komputer, zawirusowany Windows, w którym nie działa większość funkcji, a jedyne, co można robić na takim sprzęcie, czy systemie operacyjnym, to układać pasjansa, albo grać w inna arcyprostą gierkę.

To samochód z odkręconymi kołami i wymontowanym silnikiem, dom bez dachu i okien.

Jej oczy widzą tylko czerń, uszy są w stanie słyszeć wyłącznie ciszę. I nagle spada grad ciosów, jakieś barbarzyńskie potwory zadzierają z niej ubranie…

Ten o twarzy przygłupa, nie przejmując się otrzymanymi kopniakami, zszarpuje dżinsy. I majtki.

— No, ty budesz ostatnij. My — pierwyje — Andriej uśmiecha się obleśnie, jak stereotypowy zbok. Zaczyna iść w kierunku biedaczki.

W pierwszym odruchu chcę zaprotestować, że absolutnie nie mam zamiaru nikogo gwałcić, zniewalać, dymać, bzykać, wykorzystywać, że jestem ulepiony z innej gliny, niż wy, nie noszę w sobie genu zezwierzęcenia, to, co się tu dzieje jest po prostu nieludzkie, nawet nie buszmeńskie, nie amazońskie, patagońskie, nie dzikoafrykańskie; to ohyda w najczystszej postaci, pożeranie od środka niewinnej dziewczyny, której imienia nawet nie znamy, to wilkołactwo mentalne, wygryzanie jej dziur w psychice, traumatyzowanie, ale… widzę, że lasce chyba zaczyna się podobać, co z nią robią. Już nie wierzga, przestała skowyczeć, leży grzeczniuchno i poddaje się dotykowi. Dotykom. Formowaniu na nowo, przerzeźbieniu.

Obdartusy wchodzą w nią, jeden po drugim. Śmieją się przy tym, jakby ogladali transmisję z tegorocznej Mazurskiej Nocy Kabaretowej. Wesoluchno im, kuźwa mać. Gwałtenmelanż na całego.

Pokrojone zwłoki na pace gazika wyglądają na autentyczne, ale głowy bym nie dał.

Czuję, że tak wiele rzeczy wokoło, myśli, zachowań, zawiera w sobie wyraźną dawkę umowności, jest w pewien sposób grą aktorską. Sztuczne, po prostu sztuczne.

Kolor nieba, zachodzącego słońca, glitydowce, Mayawatye, ten tu pocięty trup… To fragmenty układanki, może zbyt strasznej, może zbyt śmiesznej.

Najprawdopodobniej nie chciałbym poznać obrazka, jaki stanowi rozwiązanie.

Układam puzzle w ciemno, zestawiam na chybił-trafił. Odkąd znalazłem się w Przygrodni — rzeczywistość bawi się ze mną, skleja moje lustrzane odbicie z piór kazuarów, masek pośmiertnych zdjętych niesłusznie skazanym na szafot więźniom, ze skał księżycowych, czy innego badziewia.

Wylogowałem się z poprzedniego życia, zalogowałem w świecie logicerzy (matko, jak głupio to brzmi!). Czuję się chory, okaleczony, oszpecony. Jeszcze niedawno byłem ślepcem w czarnej mgle, teraz czuję, że zbliża się moja kolej, mam zająć się dziewczyną. Do tego kompletnie nie wiem, gdzie jestem, czy daleko stąd do najbliższego miasta, wsi, przysiółka, osady; podejrzewam, że nie, w końcu kiedyś tu byłą jakaś cywilizacja, nie ustaliłem — Wiślan, Polan, czy Ślężan; zachowały się jej relikty. Nikt przecież nie budowałby wiaduktu na kompletnym odludziu, zadupiu zadup.

Chyba poszliśmy na północ; orientacja czasoprzestrzenna ciągle szwankuje przez ten atak ciszy, eksplozję ślepoty. Nie jestem pewien, ale chyba znajduję się niedaleko Parmowskiej Góry.

Druga opcja — że zaczłapaliśmy aż pod Grędów — nie wydaje się aż tak prawdopodobna. Słabo znam te tereny, gdyby tu był dwudziesty pierwszy wiek — można by sprawdzić na mapie w komórce, a tak…

Geolokalizacja as fuck: wiem tyle, na ile się porozglądam; uwolniłem się z koszmarnej ciemnicy i… nic więcej. Pod wiaduktem napotkałem plemię kanibali /gwałcicieli/ ludojadów. Idę głębiej, w mit, w absurd, przechadzam się dostojnym krokiem, jakbym kij połknął, po napowietrznej, niewybudowanej autostradzie.

Nie, żebym watpił w istnienie tego, co widzę. To jest poniekąd prawdziwe, należy do świata realnego podobnie, jak dajmy na to hologram wyświetlany na ścianie tancbudy, refleksy światła, wody i soli rysowane na suficie nocnego klubu.

Cierpkie to, parzące w język. Darmowa używka, po którą raczej nie sięgnę drugi raz.

O — teraz moja kolej. Nachylam się nad rozgorączkowanym ciałem dziewczyny. Dyszy, ciągle nie wróciły jej zmysły. Ekstatynka, niebrzydka, nie od razu Miss Eurazji, ale i nie ktoś, na kogo nie da się spojrzeć nie trzymając w pogotowiu torebki na haft.

Nieco pospolita, ale w sumie miła buzia. Deiktyczna deuska stojąca za szkłem na wystawie, spogladająca z gabloty półprzytomnym wzrokiem, kukiełeczka pokazowa, forma odlewnicza, z której można by tworzyć nowe boginki. Bierze się pod boki, obraca, uśmiechając jak głupia do sera, wokół własnej osi.

Wygląda, jakby chciała pośpiewać,,oj dana, oj dana”, zaciągając. Ludowianka, jednoczesna członkini Śląska i Mazowsza, więcej — śpiewająca w każdej polskiej folk-kapeli, squadzie pieśni i tańca. Krakuska, Krakowiaczka i góralka, prząśniczka, jak anioł dzieweczka.

Chichocze, ambiwalentka, piękno-przeciętna femme fatale i szara myszka, zakonnica i podstarzały wamp, archiwistka-seksoholiczka.

Wymyka mi się, mam problem z właściwym odbiorem jej postaci. Osoby. Raz leży przede mną żywy człowiek, raz — nadrukowany białą farbą na szarym i postrzęponym płótnie, odwrotny cień, zarys ciała kogoś, kto nigdy nie istniał.

Zgraja dziwaków się niecierpliwi, no już, na co czekam, śmiało! — poganiają.

Zabieram się jak do jeża, onieśmielony ciałem dziewczyny, jej uśmiechem, gotowością. Bojową. Jej wręcz wyuzdaniem.

Jednocześnie peszę się, bo ci tam patrzą, wzroku od nas nie odrywają. Pewnie są ciekawi, jak te sprawy wygladają u normalnych ludzi, może zupełnie inaczej, zaraz wysuną mi się jakieś dodatkowe, u nich niespotykane narządy, czułki kopulacyjne, czy coś. Patrzą i jest w tym ciekawość podróżników podpatrujących gżących się dzikusów, spółkujące owady nieznanego gatunku.

Kładę się. A co, niech się gapią, może się czegoś nauczą, he, he (wyżyny nieśmieszności, wyjałowiony, sterylny żart).

Zaraz zobaczą, jak — przytaczając słowa wieszcza — „będzie, będzie zabawa, będzie się działo”.

Dziewczyna okazuje się być pełna skrytek, ukrytych pod skórą, nieanatomicznych korytarzyków, rowków, tuneliczków, zagłębień.

Jestem w niej i czuję, że panienka ma w sobie wodny park rozrywki, mikro zjeżdżalnie, wilgotne zapadki, śmigiełka wiatraczków…

Co rusz przesuwam jakąś tyciusią dźwigienkę, przekręcam kółko zębate. Steampunkowa cyborżka o napędzie parowym! — parskam śmiechem.

Biorę udział w cieczy, jakby była wydarzeniem, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi; jestem przez te ciecz dławiony, zalewany. Dominowany. Tłamszony (?).

Staję się spolegliwy, pozwalam sobie wejść na głowę, ramiona, na tors. Obryzgać się.

Jestem spole-gniewny, teraz próbuję przejąć kontrolę, podominować chwilutkę.

Tarzamy się jak dwa dzieciuchy, roześmiani. Udziela mi się nadreaktywność, hiperprzesadna mimika dziewczyny, jej teatralne ruchy.

Mayawatye patrzą z nietęgimi minami. Ciężko odgadnąć, czego się spodziewali, chyba naprawdę sytuacji paranormalnych, pirotechniki, wzbijających się do nieba fajerwerków i nas zmieniających się w oślizłe Krakeny, rozwijających dwuipółmetrowe skrzydła.

Przez kilkanaście minut jesteśmy parą zblazowanych dzieciaków-bananowców, przeżywających swój pierwszy raz pacholątek, lnianowłosych parobków z osiemnastego wieku. Tak samo ślepi, ciemni i zabobonni, równie przerażeni otaczającym nas chaosem, arabeskami o nazwie Przygrodnia, niedokończony wiadukt, ci tam, z piekła rodem, Cyganie-kanibale. My bez wspomnień i płci, my — postaci na zbutwiałych arrasach, niedokończeni. Niedotkani.

Spleceni toczymy się pod filarami, obok ogniska, śmieci. Całkiem duża liszka pełznie wśrod syfu.

Przytulaski. Pocałunki. Chrzęst rozgniecionej plecami puszki. Bezwstydność, że aż się sobie dziwię.

Amoralność (?). Ucieczka od problemów, pracy, hali 54K8Q272, modlitw do Matki Boskiej Logicerskiej. Wolność, inwazja, atakowanie pozycji wroga. Osaczanie go. Igły zatrute wilgocią. Iniekcje: myśl wkłuwająca się w myśl. Odwzajemniona.

Szuflady pełne światła i gorącego powietrza. Znalezione drogi, postradane wiary i ideały. Ciała z zamurowanymi oknami, tajemne skrytki w których jako dzieci chowaliśmy szpargały: narysowany kredkami autoportret, scyzoryk, ulubioną lalkę.

Kapsuły pamięci czeznące w mroku, bez szans na odnalezienie przez kogokolwiek. Zapomniane zaklęcia wywołujące duchy przodków, superherosów, albo zwierzaczków, o których opowiadały teksty wczesnodziecięcych rymowanek.

Pogrzebane głowy, domy, całe rysunkowe wsie. Republika Postradań, właśnie odnajdująca się. Widoki przywodzące tyle wspomnień. Istne albumy otwarte dosyć gwałtownie w głowach.

Wzruszenia. Samooskarżenie.

Jestem świnią, zostaw, nie dotykaj mnie. Prątkuję, rozprzestrzeniam fisia, o którym nigdy nie odważyłem się głośno powiedzieć.

Tajemniczki wywlekane na światło dzienne. Precjoza trafiające pod but.

Bezustanne, cokolwiek. I dalej, przekarmić się tym, przesycić! Znów znostalgizować, wywlec najbzdurniejszą nawet sprawę z wczesnego dzieciństwa, na przykład pierwszą otrzymaną jedynkę, rozpamiętywać ją.

Zadręczyć sie tym, wpędzić w nieuleczalne nałogi: literaturomanię, alkoholizm, filantropię.

Tak wiele chciałbym opowiedzieć mojej… yyy… znajomej. Kochance. Jedno — wielo- i tysiącrazowej partnerce, o której wiem tyle, co nic.

Równocześnie — tyle usłyszeć, sam nie do końca wiem, po co, ale pragnąłbym zamienić z nią chociaż parę słów. Poznać lepiej, dowiedzieć się, kim była w poprzedniej erze, co zagnało ją na to bezludzie. I, oczywiście — po co.

„Komunikujemy się” za pomocą pisków, szeptów, pojękiwań, głośnego chichotu. Bezimienna — mam pewność — nadal nie słyszy, więc to jednostronna „rozmowa”. Mniej, niż monolog.

Bada mnie, przesuwa palcami po czole, skroniach, policzkach.

Jaki jestem, jaki powstaję, krystalizuję się z czerni, tworzę w twoim umyśle?

Arterie i żelazo. Niegojąca się woda i śruby, sprężyny, tryby, licho wie, do czego służące mechanizmy. Też cię badam. I im dłużej to trwa — tym bardziej się boję. Początkowo czułem niepokój, teraz… aż ciężko ubrać w odpowiednie słowa to uczucie.

Skonsternowany. Mrowiony. Obłażony przez gorące, prądowe zwierzątka, jakie pulsują ci pod skórą.

Przenikają mnie, mali kolonizatorzy. Zdobywają. Zostaję niewidzialnie, okołozmysłowo pokonany i wzięty do niewoli. Zabawne nawet: zżera mnie, na dodatek w tej scenerii, tych okolicznościach, mechanizm ukryty wewnątrz kompletnie obcej osoby. Nie ja żrę siebie, egokanibalistycznie.

Ile w tym patosu: całe witraże, kruchty, kadzidła. Całe chrzcielnice. Bzdurna podniosłość, kompletnie nie na miejscu, by nie rzec wprost: wręcz rażąca.

Kwiatek przyspawany do kożucha, ludzie kupujący bilet do opery, aby posłuchać w niej ciszy generowanej przez ustawione na scenie kubki, słoiki, gliniane miski, albo przystający do niedpobitków ISIS, by szerzyć pokój na świecie, tolerancję.

Paradoks, wzniesienie się na szczyty absurdu. Nieśmiesznego. Na szczyty żenady.

 

XII. WYOBLONE

 

U dziewczyny chyba występuje objaw Łazarza: unosi ręce, ale tak… kompletnie martwo, jakby mechanizm, który ma w środku, ten napędzający padlinę system sprężyn, wichajstrów, pokręteł, cięgien, psuł się okrutnie i raczej nie rokując szans na naprawę.

Celowo użyłem słowa „padlinę”, bo — co to jest? Powłoka cielesna wypełniona chrobotem, twarde, wręcz zaskorupiałe mięso obleczone satynową skórą. Futerał na metaliczne dźwięki, amfora, w której przechowuje się zgrzyty, grajaca nawet nie kocia, a karalusza muzykę orkiestra rozsymfoniczna ukrywająca się w teleradioli.

Zwłoki wprawiane w ruch same przez siebie poprzez kręcenie wbudowaną w piersi korbą (istne perpetuum mobile!).

Hałastratorzy — jakże by inaczej — dopingują mnie, wykrzykując na całe gardła wulgaryzmy, skandując „Ra-fał, Ra-fał!”. Gapią się całym plemieniem, całą rodziną, nawet dzieciaki. Kołysane na rękach łachmaniary niemowlę spogląda jakby z ironią. Pan bawi się z panią, podobnie, jak robili to wcześniej jego wujkowie, bracia.

Nie, żebym był ksenofobem, ale wyglądają, nieokrzesańcy, jakby od pokoleń praktykowali kazirodztwo. Pewnie tak jest, łączą się w pary, każdy z każdym, zresztą — może nawet nie tylko pary, ale i trójczą, czwórczą, zmieniają się w brudniejszą i bardziej odrażającą wersję hippiesów, uprawiają wolną miłość, grupowo, całym — hi, hi — stadem, warcząc, bekając, mlaskając kłaczą się, futrzą, parszywe cudaki, przelewają, przesypują pomiędzy czuprynami pobratymców, w namiętnym szale wyrywają sobie brody, garści włosów z uszu i nozdrzy, spod pach i pachwin.

Doprawdy — zdziwiłbym się, gdyby tak w istocie nie było.

Nie odrywają podjełczałych, serowatych ślepi, zwarzonych, żółtych oczu. Rzucają dobre rady, że co się cykam, muszę pchać zdecydowanie mocniej, to nic, że ledwie się trzymam na nogach, jestem wycieńczony podróżą, pielgrzymka dookoła lasu, przez ostatnie dni jadłem jedynie czerń, gryzłem po kawałku otchłań, w której byłem uwięziony, muszę mocniej, a zobaczę: post factum będę jak nowonarodzony; seks, pod warunkiem, że jest energiczny, wyciąga z człowieka nawet największe zmęczenie (ciekawe, którą drogą, he, he).

Sytuacja byłaby naprawdę groteskowa, kuriozalnie tragikomiczna, gdyby nie fakt, że… nigdy się nie wydarzyła.

Zwyczajnie nie wierzę w to, co się dzieje, co robię, w zgrzyt, stosunek, moją bezwiednosć, bezwolność, bezwładność, stan permanentnej nieważkości.

Widzę i biorę w tym udział, uczestniczę tak cholernie aktywnie, że chyba bardziej się nie da, jednocześnie nie dociera do mnie w pełni fakt obecności pod wiaduktem, z bandą cudacznie ubranych ludożerców; rytualny seks, choć nie mam pojęcia ku czci jakich bóstw, mocy miałyby być te obrzędy, co symbolizować, za co przepraszać, albo o co przez zwykłe pieprzenie się, prosić.

Jestem tu, fakt, ale mam szalenie silne poczucie nie tyle dystansu, ile odrębności, fizycznego przebywania w innym wymiarze. I nie ma w tym nic z metaforyki, podmostowy (obecnie) poeta ma na myśli, iż to się odpierdala w jedynej wersji rzeczywistości, jaka jest mi wyświetlona przed oczami.

Andriej i spółka śnią się Eskimosowi żyjącemu po innej stronie globu, daleko, nawet nie, heh, w Polsce, nie w którejkolwiek z jej odmian.

Albo lepiej: zabitej przez niego foce. I ów szalony sen leci dookoła Kuli Ziemskiej, a ja stoję dajmy na to na przystanku autobusowym, czekam na kurs z roboty do domu. I nagle — pac! — w tył głowy uderza ten, ciężki jak z betonu, mało tęczowy balonik. Rozbija się, zawartość wlewa mi do pogruchotanej czaszki.

Walę się na plery tobołkowatych bab, dyskonciarskich łowczyń promocji, facetów w kaszkietach, dziennych lunatyków w szlafmycach — i jednocześnie czuję, że jestem tutaj, ta daaam! — wyskakuję z kapelusza magika, szapoklaku Grabaża z Pidżamy Porno, melonika Charliego Chaplina.

Ta daaam! — powtarzam gramoląc się spod peruki Połomskiego, czy wyplątując z meandrów tribala, jaki na potylicy dumnie nosi Grzegorz Skawiński.

Przełażę do innej rzeczywistości. Życie to (może, oby!) scenariusz Incepcji, a ja jeszcze nie wiem, że przypadła mi główna rola (za karę? za jakie grzechy?), jeszcze nie dotarło do mnie, że jestem Dominickiem Cobbem.

Dźwigam się do pionu, a tymczasem rodzinne Zmotankowo, Murożyce, Wilkogród, Zgniłomierz, walą się w… piksele. Upadają ulice, całe kwartały, światła, gasną siegające niebios wieże katedry pod wezwaniem Matki Boskiej Logicerskiej. Lud forsuje barykady Przygrodni. Zaraz potem — w tempie, jakiego w latach pięćdziesiątych zazdrościliby najciężej harujący przodownicy pracy, wylewacze siódmych potów przy odbudowie obojętnie której z polskich stolic (jak na razie doliczyłem się siedemnastu, ale pewnie są takie, o których nie wiem, czają sie pod stodołami, w zasiekach, pustych, króliczych klatkach, w drwalkach, wszelkiej maści szopach, rupieciarniach, zapełniają sobą strychy i przybudówki chałup; bardziej, niż prowincjonalne stolice bezPolski, piwniczne miasta z pajęczej, brudnej od węgla przędzy, z wikliny i krochmalu, obwieszone koralami jarzębiny i bursztynu, a może amuletami z czaszek potopionych kociąt, stolice nadające się tylko do nadziania na widły i wyrzucenia z obory na pryzmę, mierzwiane, istne mierzwatoria, gdzie w laboratoriach, mikroskopijni naukowcy opracowują coraz to nowe, wymyślniejsze rodzaje gnoju. Domyślam się istnienia tych stolic-sierotek, niemalże osamotnionych, nieuznawanych przez większość Polaków, ale na upadłego, mimo wszystko pragnących być ICH) — w głowie wyrastają mi kamienice, drapacze, smyracze chmur, dzielnice biedy, willowe, stricte komercyjne dzielnice handlu, bazarów, chińsko-straganiarskie.

Cały kraj kiełkuje na spalonej ziemi. Inny, nie do poznania (Polska jako chwast, czy wirus umysłu, zgubna idea, mania — zbyt grafomańskie i zgrane, jak dla mnie).

O co u diabła mi chodzi? Nie wierzę, że to się dzieje, wiem, że to… jest dziane — wyrzekł Rafał-Pytiusz (Pytong?) delficki, jak zawsze — bełkotliwie, zbyt wieloznacznie i przez to niezrozumiale dla nikogo, kto nie jest, tak jak on, pieprzonym świrem.

Tu, po drugiej stronie, za podszewką, pod niedokończonym wiaduktem autostrady do Lemurii, na Atlantydę, do Pompejów, czas biegnie sztuczniej, bardziej groteskowo.

Kocham się z chrzęścicielką, przyjmuję chrzęst święty (sic!), a obok — wianuszek dziwożon i dziwomężów. Widzowie i kibice, czy raczej kibole, domorośli — jeśli można tak ich określić, bo nie wyglądają, jakby kiedykolwiek mieli coś na wzór, w ogólnych zarysach przypominającego dom, szałas, igloo, czy ziemiankę — domorośli nauczyciele seksu nie przestają wykrzykiwać ponagleń i innych, bardziej … hmm… technicznych rad.

Czas leci, z nieba spada jeden księżyc i zaraz na jego miejsce wczołguje się drugi, ognisko się dopaliło, ale jest w miarę widno, dzbanki, pucharki pełne bimbru podzieliły los Jeziora Aralskiego i niemal wyschły do cna, dzidzior wyssał matce dobre piętnaście cyców (nie jeden po drugim, oczywiście — aż tak dziwacznie tu nie jest), a moja, nasza wspólna kochanka, przechodnica, jak grzechotała, tak grzechocze. Otwierają jej się w środku, to znowu zamykają mostunie zwodzone, falują w niej silikonowe dziewictwa, czy ki diabeł?

Już mnie nuży, męczy ta kakofonia, plecy bolą, dolna lewa piątka, albo szóstka zaczyna się odzywać, w ustach mam niesmak, jakbym całował się z płonącym trabantem. Gospodarz dom… sorry — podwiaduktowia przytaszczył głowę trupa i zanosi się chyba na obfitą kolację, uczcisko u państwa Ługawskich; tak — wyglądają, jakby autentycznie przymierzali się do wydłubania bladych oczek, odkrojenia policzków, wardżek, mięsa z czółka i… wiadomo.

W dodatku, wierzcie lub nie, ale w tej scenerii, okolicznościach przyrody i przy stadku podpatrywaczy — pierwszy raz w życiu nie mogę dojść!

Rozmiar farsy powiększają okrzyki gapiów, powrzaskiwania. Dobrze, że nie posuwają się do docinków, bobym się całkiem wziął i załamał, zlazł jak niepyszny, ze łzami w oczach, nie dokończył dzieła, poszedł się chyba powiesić z traumy i wstydu, wykastrował, złożył wieczyste śluby czystości.

Ćwiczenia na chroboczącym manekinie idą fatalnie — fantom nie daje się zresuscytować, chrzęści coś tam pod nosem nie po naszemu, może recytuje lemowskie Bajki robotów w ich brzdękliwym języku, nuci dźwięki zasłyszane w hucie, w każdym razie — nie osiąga ludzkiego, werbalnego orgazmu.

Jej twraz nie wyraża nawet obojętności, jest beznamiętna, to znowu krzywi się podczas tych pofukiwa, zgrzytów zębicznych.

Tracę nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się doprowadzić mechaniczną panienkę do rozkoszy, wywołać u niej uczucie błogostanu, blaszaną, kurwa, nirwanę. Chyba opadam. Z sił i w ogóle.

I wtedy, panie i panowie… — tu narrator zawiesza głos (to znaczy — litery)

 

 

 

 

obraz zaczyna się wybrzuszać. To, co widzę, ściślej — laska, którą akurat pierdolę — powiększa się i jakby… obleje. Tak po prostu, może żeby mi zrobić na złość, albo niespodziankę, bezimienna pannica staje się czymś na kształt podłużnego, zaokrąglonego na końcach i brzegach plastra mięsa. Ni to glista, ni to parówka, trzymam w objęciach… nie, nie mającego metr sześćdziesiąt parę fiuta, choć pewnie ktoś z was, czytających opis, tak pomyślał (sam bym tak zrobił).

To/ona nie jest podobne do czegokolwiek, co wcześniej widziałem. Przez chwileczkę było mięsem, teraz nie ma formy, stało się jednym wielkim przyciąganiem. Zasysa przestrzeń wokoło mnie, rodzinkę ludożerców, słodko-ciepłym, nie jestem pewien — męskim, czy kobiecym — głosem mówi: „chodź”. To obiecuje obrazy, królestwa, zazdrość, szlachetną, bo z niepojętej miłości, seks, prawo jazdy wszystkich kategorii, patent żeglarski, uprawnienia na wózek widłowy, koparko-spycharkę, wszelkie dragi, alkohole, jakie tylko jestem w stanie sobie wyobrazić, niepojęte zresztą — też, bo czemuż by nie, dwory, pałace, zamki na własność (kto by się użerał z bankami i hipoteką?), latyfundia, hektary kwadratowe, hektary sześcienne ziemi ornej, łąk, lasów, sadów, powietrza uprawnego, kopalnie diamentów, skarbce pełne arcydzieł, stainwaye, żebym sobie poplumkał, pouderzał w klawisze między jednym kieliszkiem don perignona a drugim, samorzępolące stradivariusy, płótna zagruntowane obrazami najzacniejszych mistrzów (wystarczy, że ledwie pociągnę pędzlem — a objawią się w całej krasie i okazałości, będące niejako mojego autorstwa, lub — jeśli będę mieć zły humor — zgniją bezpowrotnie na takie samo pociągniecie), walizki atomowe, grymuary, całe biblioteki pełne parusetletnich, tajnych ksiąg, z których dowiem się, jak sterować dowolną osobą, poznam sekrety telekinezy, prawdziwe numery telefonu do mitycznych wolnych i napalonych dwudziestoparolatek z mojej okolicy, które — jeśli wierzyć reklamom — tylko czekają, aby mnie poznać, hektolitry wina mszalnego, wody mineralnej Ministrancka, wódki Grieg, Chopin, Purcell, wreszcie, jeśli będę mieć taki kaprys — da mi głowy orne, chłonne, pięści, zapalczywość wyznawców, tłumy, do których będę mógł mówić cokolwiek, nawet od rzeczy, albo czytać im instrukcję obsługi tostera, a oni i tak zrozumieją swoje, uznają to za objawienie, najwyższą mądrość przekazywaną przez guru, natchnionego męża, bożego syna, albo — bo i czemu się ograniczać, udawać fałszywą skromność — i samego Boga.

Chcę? Dostanę kult, sektę, własną religię, ekstatyczne tańce bachantek, prostytutki sakralne, same młode dupcie gotowe zrobić, co tylko zapragnę, ślepo zapatrzone niewolniczki. Orgiastyczne święta, uczty przed kilkunastometrowym pomnikiem, podrzynanie gardeł apostatom śmiącym wątpić w mój boski majestat.

Ja — posąg roszony krwią ofiar, śliną, cydrem, przyprawami z egzotycznych kontynentów, na których trwają wieczne wojny.

Zamamiło mi się być dyktatorem, władać jednym — dwoma krajami, całym globem? Nie ma sprawy.

Być czyjąś — w pozytywnym znaczeniu — obsesją, fetyszem, manią? Zrobi się.

Z drugiej strony — doświadczam poniżenia; postać, czymkolwiek jest, odbiera wszystko, a nawet więcej: od poczucia własnej wartości, przez potrzeby, kończąc na okruszkach nadziei, tych tlących się w kącie umysłu płatkach ognistego kurzu.

Z jednej strony — wyjałwia z choćby cienia złudzeń, jest suicydogenna, cholernica, z innej zaś — wciąga, jak najliteralniej, w siebie, pod powierzchnię, taflę, pod lustro. Wody, czy jakąkolwiek cieczą to-to jest.

Momentalnie zaczynam się czuć mały, nie skarlały, ale od zawsze karli, lilipuci, pośledni, pomijalny. Moje ciało to jedno (nie)wielkie ciało jamiste. Jestem — uwaga, będzie neologizm, wiem, że nie najmądrzejszy — wyjamowiony. Zjamowiały.

Dziewczyna wyzwala krańcowo różne emocje, stany, rzuca od czerni do najczystszej bieli, więzi przez nie wiem, ile wieczności (to stosunkowo mało precyzyjna jednostka czasu) w pozakosmicznej głębi (nie mylić z czarnymi dziurami, piekłem, Tartarem), by — gdy dostatecznie pokryję się pleśnią — opłukać w słońcu i powiesić na żerdziach płotu ogradzającego jeden z większych pulsarów, bym skruszał.

Ambiwalentka, spolaryzantka. Ona — pełnia wszechrzeczy, ja — niejako na doczepkę, pasażer na gapę będący w dodatku seryjnym mordercą (stylu, dobrego smaku?). Ja — kleszcz, pasożyt (idealnie dobrane słowo: paso-żyt, ja pasywny, podlewany jedynie krwią, śliną żywicielki, nie wykazujący jakiejkolwiek inicjatywy, oznak życia, poza kurczowym trzymaniem się, wczepianiem mocniej, by nie spaść, lub nie zostać oderwanym), przylga, która nie ma zamiaru… odprzylgnąć? Odprzyldz?

Idol w cekinowym garniturze nałożonym na brokatową suknię z ciągnącym się przez parę ulic trenem, wielbiony na wszystkich kontynentach człowiek-fajerwerk, ociekający półpłynnym makijażem, mający doklejonego do twarzy Photoshopa, człowiek tylko z nazwy, o rysach zmienionych nawet nie przez chirurga plastycznego, ale program graficzny, chodzące zdjęcie bóstwa, mobilny owoc pracy grafików komputerowych, jest — czego nikt się nie spodziewa — nosicielem-nosicielką mnie — zajadłej i na ogół śmiertelnej choroby pospolitości, wściekłej i niebezpiecznej, niczym sfora rottweilerów, wszystkożernej, sępiej, padlinolubej materii: mężczyzny. Wlepiucha.

Po drugiej stronie przezroczystej błonki: przesiadka, czerń i biel zamieniają się miejscami: to ja jestem ofiarą, biednego Rafałeczka pochłania zjawa zjaw; przed chwilą traktowała jak amulet, wisiorek, rzemyk, tandetną ozodobę z koralików, patyczków i wodorostów, broszkę z zasuszonej ważki, albo coś równie bzdurnego, co dynda u szyi, co przeczepia się do ubrania, swego rodzaju biżuteryjny rzep.

Ale, wiecznie nienażarta, postanowiła pochłonąć ozdobę w całości, nosić (sic!) od wewnątrz, ksobnie. Może uznała, że nie pasuję jej do zewnętrznej formy, jestem zbyt przaśny, bazarowy, taki gumowy pierrot ze mnie, w dodatku bez metki zaświadczającej o pochodzeniu i przejściu niezbędnych kontroli, bez napisu „non toxic” — więc nieprzebadany w jakimkolwiek kraju, bez atestu PZH i przez to niecywilizowany, zbuszmeniały. Obciachotwórczy.

Takie indywiduum można nosić jedynie po połknięciu, bawić się nim wyłącznie jak nikt nie widzi, najlepiej w sylwestrową noc, tuż przed dwunastą, kiedy to wszyscy są pijani i o bożym świecie nie wiedzą, ludzie, jeśli nie leżą pokotem, to niedługo będą i absolutnie nikogo nie obchodzi nic, poza wlaniem w siebie kolejnego kieliszka.

W równym stopniu zapadam się/ jestem wciągany/ wpychany do środka, co wchodzę z własnej woli. Kuzyn marnotrawny, brat, który cię właśnie doprowadził do pierwszego w życiu orgazmu, niezapowiedziany gość, przybysz z zaświatów, dawno wyczekiwana przesyłka zza Morza Spokoju. Endoprzyjaciel, zdrajca stanu.

Tu mam łóżko, posłane, świeża pościel, na stoliczku — czajnik, puszka pełna kawy, takiej, jak lubię — Tchibo family classic, cukiernica, mały, kineskopowy telewizorek na baterie, żebym się nie nudził, ale i tak nie będę, w końcu mam takie bogate życie wewnętrzne… W porównaniu z innymi jestem wręcz tłumem, jednoczesną metro- i nekropolią.

Nie to, co ona — liniejąca i wręcz pusta, wypełniona chrobotem, jakimiś pogłosami, będąca jak cholerny wek, stągiew do przechowywania echa. Niewiele więcej, niż naczynie.

— Na pewno jesteś zmęczony. Tyle godzin w podroży… Kładź się, nakryj z głową. Masz kolorki. Pokaż czoło. Uuu… za trzydzieści osiem, bratku. Gorączka. Przeziębiłeś się. Leż, musisz się porządnie wygrzać. Jesteś rozpalony… — wydaje mi się, że słyszę jej troskliwy, wręcz matczyny ton.

— Zaparzę rumianku. Lubisz?

— Tak sobie. Praktycznie nie pamiętam, jak smakuje.

— Jak gwoździe pięciocalowe. Wodny roztwór desek i gwoździsk — próbuje żartować niedziewczyna.

— Taki dom instant: wsypujesz do kubka, zalewasz wodą — i masz gdzie mieszkać, wprowadzasz się do szklanki.

— Już mam zacząć się śmiać?

— …teraz będzie mniej fajne: tutaj — kompletny brak łazienki. No nie przewidziano w planach, architekt nie raczył zaprojektować. Miednicę do umycia się masz — o, tam. Ale to później, jak podzdrowiejesz. A nocnik — pod łóżkiem.

— …i okien jakoś też chyba — ni mo… — wyciągam się jak długi na całkiem sporym, małżeńskim wyrku, przykrywam welurową chyba, diablo miękką koco-narzutą.

Z aneksu kuchennego dobiegają nieprzyjemne dźwięki: chrobot kół zębatych, szczerbatych, wzmagający się gwizd, jęk, płacz czajnika, błaganie bez słów, by go zdjąć z gazu, że dość, mu już wystarczy, nacierpiał się, odpokutował winy, cokolwiek mógłby zrobić w swej statycznej, monotonnej formie, jakikolwiek grzech popełnił — właśnie odkupił go, dobrze już, przestańcie, wystarczy tej tortury, zlitujcie się, we mnie wrze, bulgocze, gotuje się…

Przymykam oczy. Ostatnie, o czym myślę przed zaśnięciem, to swoista struktura przywodząca na myśl budowę matrioszek: w czajniku kipi woda. W dziewczynie — czerń. Ja jestem obok, nie należę do układu, samowolnie znalazłem się poza skalą, przepiłowałem szczeble tabelki i wydostałem się z podręcznika fizyki, zbioru zadań z matmy. Kontraksiążkowy, niemierzalny ja usiłuję przeczyć faktom.

Sen. W niej, w obcej osobie. Bezwolne podążanie za coraz słabiej świecącą latarnią przewodniczki.

Skutek — przygasam i ja, tylko zdecydowanie szybciej. Większa utrata energii, niż… niż…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania