FNAF: Formy życia - I - Wielka wygrana.

Coleen półleżała na ławce, już nawet nie próbując słuchać matematyka, który z poświęceniem godnym lepszej sprawy usiłował wytłumaczyć klasie równania kwadratowe. Było na to zwyczajnie za gorąco. Mimo zasuniętych żaluzji żar wlewał się do dusznego pomieszczenia, odbierając wszystkim siły i wolę życia. Furkoczący pod sufitem wiatrak niewiele pomagał. Strugi potu ściekały czołach i zgarbionych plecach, co chwilę czyjaś ręka sięgała po wodę. Zeszyty i książki leżały bezużytecznie na stolikach, nietknięte od początku lekcji. Jedynie tłusta, szaleńczo obijająca się o szybę w drzwiach mucha, zdawała się mieć niespożyte zapasy energii.

Ciężko oddychając, obserwowała wskazówki wolno przemierzające tarczę staromodnego zegara wiszącego nad tablicą. Do dzwonka pozostało ledwie piętnaście minut, ale nawet tyle w przypominającej przedsionek piekła klasie zdawało się wiecznością. Nie tylko dla niej. Po chwili nawet nauczyciel się poddał i udając, że ma ważny telefon – jego komórka nie zadzwoniła, nie zawibrowała, a jej ekran pozostał ciemny – wyszedł z klasy. Coleen mogła się założyć, że pobiegł do toalety się schłodzić, ewentualnie zaatakował automat z napojami. Sama miała na to ochotę. Podobnie jak wszyscy w klasie.

- Nie no, zaraz chyba stanę w ogniu, dostanę jakiegoś samozapłonu czy coś – sapnęła Evita, Meksykanka z ławki obok, wachlując się intensywnie ręką. To, że ktoś pochodzący z kraju, gdzie temperatura niejednokrotnie sięga czterdziestu stopni, narzekał na gorąco, dużo mówiło o dotkliwości upału.

Słysząc to, Coleen nie potrafiła powstrzymać się od komentarza.

- Jest piekielnie gorąco, ale nie aż tak gorąco – mruknęła, zerkając na dziewczynę. – Do stanięcia w ogniu jeszcze długa droga. Mówię jako ekspert.

Evita drgnęła, a jej wzrok mimowolnie powędrował ku prawej ręce Coleen i pokrywającego ją, paskudnego poparzenia. Rozległej blizny wylewającej się spod śnieżnobiałego rękawka T-shirtu i ciągnącej po same czubki palców. Dopiero po chwili spojrzała jej w oczy.

- Dziewczyno… Czasami myślę, że pod definicją słowa „creepy” powinno być twoje zdjęcie.

- Dziękuję.

Evita przewróciła oczyma, odwracając wzrok, a Coleen znowu wbiła spojrzenie w tykający na ścianie zegar. Tak, nikomu nie groziło stanięcie w płomieniach, ale temperatura była wystarczająco wysoka, aby nawet młode i silne organizmy licealistów zaczęły się buntować. Jej także. Dlatego z niecierpliwością wypatrywała końca zajęć. Chwili, kiedy będzie mogła opuścić zatłoczoną szkołę i uciec w jakieś przyjemne, klimatyzowane miejsce. Wiedziała nawet jakie.

Miejscowa restauracja Freddy’ego Fazbeara otwierała się po wielkiej renowacji… Czy raczej już się otwarła. Wczoraj. Hucznie. Podobno wprowadzono w niej wiele zmian. Dodano żłobek dla najmłodszych, gdzie animatorzy i profesjonalni opiekunowie zabawiali maluchy, kącik ciszy, w którym rodzice mogli przez chwilę odpocząć od swoich pociech oraz zupełnie nową atrakcję – Studio Tańca Łasicy Wandy. Ostatnio kraj opanował swego rodzaju boom na taniec i najwyraźniej kierownictwo Fazzbear Entertainment postanowiło to wykorzystać. Stworzyło nowego animatronika, który – wedle założeń – miał uczyć najmłodszych oraz ich rodziców tańca, a przy okazji promować aktywny tryb życia. W sieci krążyły plotki, jakoby chciano wyemitować telewizyjny program edukacyjny dla najmłodszych, którego bohaterką miała być właśnie Wanda. Jednak nowy animatronik, podobnie jak atrakcje dla kilkulatków, niewiele ją obchodziły. Zamierzała tam wstąpić z innego powodu… Powodów. Trzech. Pierwszy to oczywiście klimatyzacja. Drugi to jedzenie. Jak na knajpę pierwotnie przeznaczoną dla dzieci, serwowano tam naprawdę dobre rzeczy. Pyszne pizze, cudowne desery lodowe, wspaniałe koktajle, chrupkie frytki i wiele, wiele innych. Nie tylko dań barowych. W dodatku to wszystko w przystępnych cenach. Trzeci powód to salon gier oraz jego nowa oferta.

Od lat wszystkie lokale spod znaku Fazbear Entertainment posiadały mniejsze bądź większe salony gier. Te zwabiały do restauracji żądnych elektronicznej rozrywki, a także skupiały społeczność fanowską Legendy Fazbeara, jak nazywano gry i produkcje telewizyjne powstałe w oparciu o prześladujący markę pech.

Coleen nie była jakąś wielką fanką Legendy Fazbeara, ale naprawdę lubiła gry z nią związane. Dlatego też ogłoszenie w sieci, mówiące o nowej promocji związanej z otwarciem lokalu od razu przykuło jej uwagę. Otóż niedawno Fazbear Entertainment wydało grę przeznaczoną na znajdujące się w salonie konsole HNVR: „Drogę do Wyjścia”. Co prawda sama „Droga do Wyjścia” – według recenzji nakierowana głownie na akcję i pokonywanie przeciwników – niezbyt ją interesowała, ale to, że uzyskując w niej ponad dwa tysiące punktów na poziomie „koszmar” można było wygrać „Pięć Nocy u Freddy’ego: Potrzebna Pomoc” już tak. Bardzo chciała dostać „Potrzebną Pomoc” w swoje ręce, niestety ostatnimi czasy ojciec mocno ograniczył jej fundusze na rozrywkę elektroniczną, stwierdzając, że spędza zbyt wiele czasu w świecie wirtualnym… Zupełnie jakby rzeczywistość stanowiła lepszą opcję.

Westchnęła. Zdobycie dwóch tysięcy punktów w grze, w którą nigdy nie grała i to na najwyższym poziomie stanowiło wyzwanie. Podobnie jak wytrzymanie siedmiu godzin w nieklimatyzowanej, dusznej szkole podczas najbardziej upalnego dnia lata. Dnia, w którym nauczycielka historii zemdlała z gorąca… A wcześniej kilkoro uczniów, na szczęście – lub niestety, zależy z której strony na to spojrzeć – nie z jej klasy. Jednak nawet to nie przekonało dyrekcji do odwołania lekcji.

Miała nadzieję, że jeżeli jutro temperatura utrzyma się na podobnym poziomie, władze miasta pójdą po rozum do głowy i odgórnie odwołają zajęcia szkolne.

W końcu wskazówka minutnika stanęła na dwunastce i rozbrzmiał upragniony dzwonek. Wszyscy zerwali się z krzeseł i czym prędzej pognali do wyjścia, jakby nagle zyskali nowe siły. Ona się nie spieszyła. Wątpiła, aby kilka minut ją zbawiło, poza tym wiedziała, że nim dotrze do Pizzerii Fazbeara, będzie musiała stawić czoła skwarowi na zewnątrz.

Może przed wyjściem dobrym pomysłem byłoby zajrzeć do łazienki? Schłodzić nieco twarz wodą, zrobić z siebie człowieka? Teraz pewnie wyglądała jak spocony szczur, a ojciec nie raz jej powtarzał, że ma zwracać uwagę na prezencję. Że ma być skromna, dziewczęca, i schludna, zachowywać się właściwie i nie przynosić mu wstydu. Przede wszystkim nie przynosić mu wstydu.

Wzdychając, skręciła w boczny korytarz i skierowała się ku drzwiom z napisem „WC”.

Szkolna łazienka wyglądała jak w filmach. Tanie kafelki, drzwi toalet pokryte rozmaitymi napisami – plotkami, pogłoskami, oszczerstwami i miłosnymi wyznaniami – rząd umywalek, nad którymi połyskiwały proste lustra i absolutny brak mydła. Sprzątaczki dwa razy w tygodniu je uzupełniały, jednak to jakimś tajemniczym sposobem niemal natychmiast znikało. Szczęśliwie akurat teraz mydła nie potrzebowała.

Spojrzała w lustro. Nawet w normalnych warunkach nie stanowiła nazbyt interesującego widoku. Popielate włosy, szarobrązowe oczy, pospolite rysy twarzy, przeciętna sylwetka, przeciętny wzrost. Należała do tego typu osób, na które nie zwraca się uwagi, dopóki na człowieka nie wpadną. Zlewała się z tłumem. Właściwie to zlewałaby się, gdyby nie pokrywająca rękę paskudna blizna po poparzeniu i strój – założona na biały T-shirt, prosta, sięgającą za kolana sukienka na ramiączkach. Szerokich. Oczywiście granatowa. Ojciec nie aprobował „krzykliwych barw”. Do tego tenisówki, również granatowe i białe skarpetki. Tyle wystarczało, aby odznaczała się na tle kolorowych, z lekka niechlujnych, usiłujących za wszelką cenę „wyrazić siebie” – cokolwiek to nie znaczyło – rówieśników. Wyglądała jak ktoś z innej epoki…

Obecnie jak ktoś z innej epoki, kto lada moment dostanie udaru cieplnego.

Skrzywiła się, naprawdę nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej miała tak czerwoną twarz. Nawet po gimnastyce z tą uwielbiająca biegi i tory przeszkód sadystką, panią Morrison. Z lekka opuchnięte oczy otoczone cieniem niewyspania dodawały całości pewnego dramatyzmu.

Porządnie przemyła twarz i kark chłodną wodą, przetarła pachy antybakteryjnymi chusteczkami, które zawsze miała pod ręką, zaaplikowała kolejną dawkę antypespirantu i poprawiła włosy. Potem po raz kolejny przemyła twarz. Tak na wszelki wypadek. W końcu odzyskała względnie normalny koloryt i wygląd pensjonariuszki z angielskiej szkoły dla dobrze urodzonych dziewcząt.

Stanowczo nie pasowała tutaj. Niestety ojciec uparł się, że posłanie jej do liceum publicznego to dobry pomysł, bo pomoże mu w karierze. Nie, żeby uważała, że w prywatnej szkole dla bogaczy odnalazłaby się lepiej, ale prywatne szkoły miały klimatyzację. Do tego mydło w toaletach, świetnie wyposażone stołówki oraz nowoczesne sale lekcyjne. Przede wszystkim jednak klimatyzację.

Z tą myślą opuściła toaletę.

W drodze do wyjścia zahaczyła o automat z napojami. Na zdrowy rozsądek, wydanie pieniędzy na napój w puszce, tuż przed pójściem do pizzerii mijało się z celem, ale przy panującym na zewnątrz skwarze, coś chłodnego do picia naprawdę mogło się przydać.

Gdy tylko wyszła na zewnątrz, pogratulowała sobie zakupu.

Uderzenie gorąca było jak cios w twarz. Co prawda w samej szkole temperatura zdawała się nie do wytrzymania, ale mury starego budynku chroniły przed palącymi promieniami bezlitosnego słońca. Tymczasem wyłożony betonowymi płytami szkolny plac stanowił odpowiednik wielkiej patelni. Naprawdę należało przechrzcić idiotę, który projektując go, nie pomyślał o zasadzeniu chociażby kilku drzew. Co prawda od paru lat pojawiały się głosy, że należałoby przebudować okolicę, zainwestować w nieco zieleni miejskiej, ale jakoś zawsze brakowało funduszy.

- Jasna cholera, przecież to nawet nie lato – mruknęła pod nosem, otwierając puszkę.

Efekt cieplarniany. Od kilku lat rząd podejmował naprawdę intensywne działania, aby zatrzymać wcześniej negowane zmiany klimatyczne, co jasno mówiło jak bardzo jest źle. Osobiście podejrzewała, że nim ktoś wpadnie na cudowny pomysł, jak naprawić dziesięciolecia ignorowania problemu i zaniedbań, ludzkość zdąży się usmażyć. I dobrze.

Pizzeria Freddye’go mieściła się niecałe piętnaście minut drogi na piechotę od szkoły, lecz napój starczył Coleen ledwie na połowę. Gdy zgrzana i zasapana stanęła na progu lokalu, zdążyła zapomnieć, że w ogóle coś piła. Zmęczona nawet nie spojrzała na odnowiona fasadę budynku, która notabene niewiele się zmieniła, tylko swym zwyczajem pomachała wiszącym nad drzwiami podobiznom animatroników i niezwłocznie wyszła do wnętrza.

Cudownie chłodnego wnętrza.

Wnętrza innego niż zapamiętała.

Oczywiście spodziewała się, że będzie inaczej niż przedtem, w końcu lokal nie dość, że przeszedł całkowitą renowację, to jeszcze znacznie zwiększył swoją powierzchnię. Jednak nie oczekiwała, że wystrój powróci do korzeni. Na podłodze pojawiły się czarno-białe, ułożone w szachownicę kafelki, a kolorowe, pokryte plakatami i podobiznami animatroników ściany przecinał poziomy pas czaro-białej kostki. Do tego to umeblowanie… Bardzo retro. Jak sprzed lat. Jak sprzed czasów, które pamiętała.

Zewsząd wyzierał klimat lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Czasów kiedy, wedle legend otaczających Pizzerie Fazbeara, tragiczne wydarzenia zaczęły prześladować markę. Dość odważne posunięcie, ale niekoniecznie zaskakujące… A przynajmniej nie bardzo. Obecnie panowała wielka moda na retro, więc Fazbear Entertainment po prostu „złapało falę”, przy okazji wabiąc do lokali fanów Legendy Fazbeara i związanych z nią produkcji. Jeżeli zaś chodzi o maluchy i ich rodziców, to interesowało ich głównie to, że wnętrze restauracji jest kolorowe i przyjazne. Natomiast dawne historie, zaginione dzieciaki, domniemane morderstwa i tamten tragiczny wypadek… Wszystko to miało miejsce ponad siedemdziesiąt lat temu. Większość ludzi, którzy pamiętali tamte wypadki umarła, a ci nieliczni, którzy żyli, byli starzy. Bardzo starzy. Starzy, schorowani, nękani przez demencję i choroby. Zmęczeni. Przede wszystkim jednak nie mający nic wspólnego z minionymi wydarzeniami, które z biegiem czasu stały się dla nich jedynie wyblakłym, niemającym większego znaczenia wspomnieniem.

Tak, wnętrze bardzo się zmieniło, jednak - ze względów czysto estetycznych – była to zmiana na korzyść. Poprzedni wymiotnie kolorowy wystrój przyprawiał o zawroty głowy i zniechęcał każdego powyżej siódmego roku życia. Jednak aparycja animatroników pozostała bez zmian. Na szczęście. Coleen darzyła animatroniczne postaci wielkim sentymentem i to nie tylko ze względu na uwielbiane przez siebie gry. W dzieciństwie często odwiedzała pizzerię wraz z babcią, a mając sześć lat była wprost ubóstwiała Freddy’ego, którego wielka, pluszowa podobizna do tej pory zajmowała honorowe miejsce w jej pokoju. Najbardziej cieszyło ją, że roboty nie straciły swoich futer. Nigdy nie była wielką fanką Legendy Fazbeara ani nie zagłębiała się zbytnio w historię pizzerii, jednak z samych gier wiedziała, że przez długi okres czasu Fazbear Entertainment inwestowało w plastikowe animatroniki. Gładkie, połyskujące i uparcie kojarzące się jej z tandetnymi zabawkami dla kilkulatków. Zresztą jedna z serii robotów właśnie tak się nazywała: zabaweczki. Szczęśliwie w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i postanowił oddać animatronikom pokrycia ciała. Z nawiązką. Już nie okrywał ich zamszowy meszek, jak na początku, a włosy. Mierzące do dwóch centymetrów, stworzone z syntetycznych, niebrudzących się i hipoalergicznych włókien. Puszyste i z sukcesem udające zwierzęca sierść. Czy też w przypadku Chicki puch kurczęcia. Dzięki temu Freddy i kompania wyglądali o wiele przyjaźniej i naturalniej. Według niektórych nawet zbyt naturalnie. Otóż ostatnimi czasy robotyka poczyniła wielki skok naprzód, w czym mieli swój udział geniusze z Afton Robotics, firmy produkującej animatroniki oraz – od około dwudziestu lat – robotyczne protezy. Obecnie ich twory poruszały się z wręcz ludzką płynnością i precyzją. Mało tego, posiadały też ludzką mimikę. Ukryte pod skórą robotów splecione z metalowych włókien mięśnie, potrafiły odwzorować na ich twarzach praktycznie każdą emocję.

Obserwując występujące na scenie, wyglądające i poruszające się jak żywe animatroniki, Coleen nie raz ani nie dwa myślała o tym, jak upiornie pasuje to do historyjek o opętanych przez duchy robotach.

Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj nie miała głowy do tego typu rozmyślań. Właściwie to do jakichkolwiek rozmyślań – było na to zbyt gorąco. Aby zacząć myśleć, pierw musiała się porządnie ochłodzić. Wiedziała jak to zrobić. W sposób prosty i niezwykle przyjemny.

Zajęła stolik w odległym kącie sali i delektując się płynącym z klimatyzacji chłodem, cierpliwie czekała, aż zauważy ją ktoś z obsługi. Nie trwało to długo. Szybko przykuła wzrok Tima, wbitego w przyciasny uniform kelnera pulchnego trzydziestoczterolatka. W prywatnym życiu programistę, nałogowego gracza, prawdziwego, komputerowego świra i największego fana Legendy Fazbeara jakiego znała. Maniaka, którego największym marzeniem było zostać jednym z twórców gier Fazbear Entertainment. Niestety jak dotąd wszystkie jego aplikacje odrzucano, więc musiał się zadowolić dorywczą pracą w pizzerii, którą traktował jak hobby.

Na jej widok okoloną jasnymi włosami twarz mężczyzny przeciął szeroki uśmiech. Mężczyzny… To naprawdę nie do wiary, że ta pulchna, gładka buźka należała do trzydziestoczterolatka. Tim wyglądał góra na dwudziestkę… I zachowywał się jak dwudziestolatek. Dlatego w jego towarzystwie czuła się, jakby przebywała z rówieśnikiem, a nie dorosłym facetem. No, może poza jednym, drobnym szczegółem – był o wiele milszy niż większość jej rówieśników.

- Siemka, przyszłaś po „Potrzebną Pomoc”? – zapytał bez ogródek, podchodząc do jej stolika.

- Przede wszystkim to ochłodzić się i najeść. Poza tym, tak… Przyszłam spróbować wygrać „Potrzebną Pomoc”. I przy okazji pobawić się, grając w „Drogę do wyjścia”.

- Spróbować wygrać? – Uniósł brwi, posyłając jej rozbawione spojrzenie. – Dziewczyno, jesteś najlepsza w te klocki. Jeżeli ktokolwiek ma pobić limit dwóch tysięcy punktów, to tylko ty. Jeżeli nie za pierwszym razem, to na pewno za drugim. I mówię ci to jako ekspert prowadzący kanał gejmingowy. WYMIATASZ. Swoją drogą powinnaś swój założyć, dorobiłabyś się na tym.

- Do tego potrzebna jest charyzma i odrobina umiejętności komediowych, których nie posiadam. Widzowie wynudziliby się przy mnie. Poza tym mój ojciec… Sam rozumiesz.

- Tak, tak… Wielki, poważny i ważny pan prokurator, i jego nastoletnia córeczka zarabiająca na filmach w Internecie, w których gra w gry i to takie niekoniecznie edukacyjne. Zestawienie kiepsko wyglądające w prasie i mediach. – Przewrócił oczami wzdychając. - Dziewczyno… Nastoletni bunt, mówi ci to coś? Nie uważasz, że może powinnaś spróbować tupnąć nóżką?

- Pewnie tak, ale na razie nie mam na to wystarczającego kręgosłupa. Poza tym walka o coś na czym mi nie zależy, trochę mija się z celem. – Zerknęła nad jego ramieniem, na menedżerkę, która uważne go obserwowała, bębniąc palcami o połyskujący blat kontuaru. – Swoją drogą TY powinieneś mnie poprosić o zamówienie. No chyba, że chcesz się narazić szefowej…

- Ach ta harpia, zapomniałem o niej – mruknął pod nosem. – No to czego sobie życzysz, moja młoda, utalentowana przyjaciółko?

- Królewski deser lodowy, rozmiar XL. Do tego herbata mrożona.

- Puchar XL? Nie wiem czy nawet ja byłbym w stanie to wszystko zjeść, ale jak tam chcesz – uśmiechnął się. – Jakie lody?

- Kokos, wiśnia i czekolada.

- Już się robi.

Tim ruszył w stronę kuchni, po to, aby po chwili wrócić z olbrzymim pucharkiem wypełnionym wybranymi przez nią lodami, waflami, rurkami z masą czekoladową i owocami przykrytymi warstwą bitej śmietany, na którą wylano niemałą ilość sosu czekoladowego. Deser przytłaczał swoim ogromem i kalorycznością. Zdawał się krzyczeć „zjedz mnie, a nigdy nie pozbędziesz się dodatkowych centymetrów z bioder”. Szczęśliwie Coleen nieszczególnie przejmowała się swoimi biodrami.

- Słodka osłoda życia? – zapytał, kiedy zatopiła łyżkę w lodowej masie.

- Przede wszystkim ochłoda. Ale osłoda też. – Wsadziła porcję lodów do ust i zamruczała głośno. – Boże, ale to jest pyszne… Niebo w gębie.

- Coś czuję, że przez ciebie moje postanowienie o diecie znowu pójdzie w cholerę i też wezmę jeden. – Z trudem oderwał pożądliwe spojrzenie od pucharka lodów. – Za dwadzieścia minut kończę zmianę. Znajdź mnie w salonie gier, dobra?

- Och, czyżbyś chciał mi pokibicować?

- Pokibicować? – Przewrócił oczami. – Ja chcę zobaczyć, jak miażdżysz tych wszystkich noobów. Jak rozcierasz ich na papkę dla niemowląt. Jak wytrzeszczają oczy, niedowierzając, że pobiła ich siedemnastolatka w stroju amiszki. Kibicowania to ty nie potrzebujesz.

Zaśmiała się.

- Dobra, dobra, niech ci będzie. Poszukam cię. Jak coś, to kręć się w pobliżu suszarek, na pewno prędzej czy później tam przypełznę.

Lody na obiad. Zwykle Coleen nie praktykowała czegoś takiego, głownie ze względu na ojca, który zamierzał zrobić z niej żywy przykład cnót. Idealną, zawsze uśmiechniętą nastolatkę. Grzeczną, skromną, uprzejmą, mającą dobre oceny, czytującą ambitne książki i udzielającą się społecznie. Do kogoś takiego nie pasowało jedzenie słodyczy na główny posiłek. Ani granie w gry komputerowe. Szczęśliwie, póki nie pyskowała, pilnie się uczyła, a w weekendy pomagała w schronisku dla zwierząt i zaglądała do klubu książki, nie czepiał się nazbyt mocno jej małego hobby. Nie lubił go finansować, ale też nie robił problemów, gdy godzinami przesiadywała przed ekranem komputera. Niestety brak finansowania oznaczał, że nie mogła sobie pozwolić na wszystkie tytuły, w które chciałaby zagrać. Dlatego musiała kombinować. Anonimowe turnieje gier i promocje jak ta tutaj stanowiły świetną okazję. Okazję, z której grzechem byłoby nie skorzystać.

Pizzeria była pełna gier. Staromodnych automatów arkadowych, gier zręcznościowych, platform do tańca i konsoli zapełnionych rozmaitymi tytułami… Wszystko do lat dwunastu. Osoby mające ochoty na coś dla nieco starszych graczy musieli zejść do salonu gier, który niezmiennie mieścił się w piwnicach, jednak i on został podzielony na dwie części. Jedną zajmowały konsole z grami do lat piętnastu, drugą rzeczy nieco mocniejsze, niekoniecznie przeznaczone dla dzieciaków.

Coleen rozglądała się ciekawie po salonie. Pierwsza część, ta ogólnodostępna, prawie w ogóle się nie zmieniła. Odrobinę powiększono przestrzeń, odświeżono to i owo, dodano parę automatów i to wszystko. Zachowała swój loftowy, neutralny styl doskonale komponujący się z połyskującymi ekranami i wpatrzonymi w nie, przypominającymi zombiaki dzieciakami. Za to druga część… Cóż, broniące dostępu do niej dwuskrzydłowe, czerwone drzwi żywcem wyjęte z minionej epoki podpowiadały, w jaki wystrój postanowiono zainwestować.

Już miała je pchnąć i wejść do środka, kiedy zatrzymało ją stukniecie w ramię. Zaskoczona odwróciła się, spoglądając w twarz – obcą twarz - wbitego w fioletowy uniform ochroniarza.

- Przed wejściem proszę okazać kartę – warknął, wymachując jej przed nosem czytnikiem.

- Przepraszam, nie spodziewałam się kogoś nowego… – mruknęła, zaglądając do torby. – Większość obsługi mnie rozpoznaje. O jest, proszę.

Wręczyła mu złotawą kartę z wytłoczonym na niej napisem FPC czyli Fazbear Playtime Card. Karta ta zawierała jej podstawowe dane, a także zbierała informacje o przeprowadzonych przez nią rozgrywkach we wszystkich lokalach Fazbear Entertainment. Rejestrowała wyniki, a także zdobyte w grach faztokeny, czyli wewnętrzną walutę lokali. Za faztokeny można było wykupić rozmaite nagrody w kąciku nagród, posiłki, a także kolejne partie gier. Cudowny układ dla kogoś, kto dzięki zdobytym w grach punktom mógł całymi tygodniami nie płacić za korzystanie z oferowanych przez pizzerię atrakcji.

Mężczyzna bez słowa odbił podaną mu kartę chipową na przypominającym mini-tablet urządzeniu. Ten natychmiast wyświetlił jej wszystkie dane, między innymi wiek, potwierdzając tym samym, że pełnoprawnie może wejść do środka.

- Proszę. Miłej zabawy – burknął oddając jej kartę. Brzmiało to prawie jak przekleństwo. Ewidentnie kariera ochroniarza Pizzerii Fazbeara nie stanowiła spełnienia jego marzeń… Delikatnie rzecz ujmując. Swoją drogą to dziwne. Z tego, co kojarzyła, obecnie pracownicy ochrony wszystkich lokali Fazbear Entertainment byli całkiem nieźle opłacani i objęci jednym z lepszych ubezpieczeń zdrowotnych. Do tego regularnie przechodzili kursy doszkalające i kwalifikacyjne w ramach godzin pracy. Generalnie nie mieli większych powodów do narzekań.

Pchnęła drzwi i weszła do środka. Natychmiast zrozumiała, że nie pomyliła się – wnętrze wyglądało jak w pierwszej Pizzerii Freddy’ego Fazbeara. Czarno-biała kostka, brązowawe ściany niemal wytapetowane koślawymi, dziecięcymi rysunkami, pod sufitem papierowe ozdoby, a tu i ówdzie maska jednego ze starych animatroników. Wszystko sztucznie postarzone, miejscami „nadniszczone” i skąpane w zimnym świetle wszędobylskich ekranów. Klimatyczne.

Odnalezienie stoiska z konsolami HNVR zajęło jej chwilę, lecz w końcu je wypatrzyła. Rząd urządzeń przypominających fryzjerskie suszarki do trwałych i ustawionych przed nimi ekranów, na których widzowie mogli podziwiać rozgrywki. Wokół kręciło się sporo osób, zarówno graczy jak i widzów chcących zobaczyć ich wirtualne potyczki. Grano głównie – co nie zaskakiwało – w „Drogę do Wyjścia”, jednak po pełnej napięcia atmosferze bez trudu rozpoznała, że jeszcze nikt nie pobił magicznej puli dwóch tysięcy punktów.

- No to co? Gotowa na neuropralkę? – rozbrzmiał tuż obok jej ucha głos Tima.

Zerknęła na niego i z trudem powstrzymała chichot. Nie dość, że rzadko widywała go w stroju innym niż uniform kelnera, to jeszcze teraz wyglądał jak prawdziwy FANATYK Legendy Fazbeara. Koszulka z nadrukiem nowej gry, bransoletki z paciorków będących głowami Chicki i Freddy’ego, na szyi czerwona muszka Bonniego, a na głowie opaska z lisimi uszami Foxy’ego.

- Niezłe uszyska – skomentowała, nawet nie usiłując ukryć uśmiechu.

- Co nie? – uśmiechnął się szeroko. – Myślałem nawet nad ogonem, ale oryginalny Foxy go nie miał. Poza tym, jedyne lisie ogony, które znalazłem na necie, były na buttplugi, a to poświęcenie na jakie nie jestem gotowy.

Z trudem powstrzymała przerażającą wizję, usiłującą się wcisnąć do jej umysłu.

- Dobrze, to może zabierzemy się za kopanie wirtualnych tyłków?

- My? – zamrugał. – Nie jestem tak głupi, żeby z tobą konkurować, poza tym „Potrzebną Pomoc” kupiłem w godzinę po wydaniu, a nie chcę zajmować walczącym o nią miejsc. W „Drogę do Wyjścia” pogram, jak już się skończy promocja. Do tego czasu mam zamiar chwalić się, że ta dziwna laska, która rozwaliła system to moja kumpela. Tak więc, panie przodem – mówiąc to wykonał szarmancki ukłon, wskazując na jedną z wolnych konsol.

Rozbawiona, z lekka kręcąc głową, podeszła do wskazanego urządzenia i z niejakim wahaniem usiadła w fotelu. Konsole HNVR niepokoiły ją, zresztą – jak uważała – nie niepokoiłyby tylko idiotów. W końcu ich pierwowzorami były wojskowe urządzenia, mające za cel szkolenie żołnierzy oraz sprawdzanie ich odporności na stres i ból przy minimalnych kosztach. Podpinały się do mózgów, wciągając „graczy” do wirtualnej rzeczywistości oferującej pełnię doznań zmysłowych. Znikał gdzieś prawdziwy świat, a zamiast niego pojawiało się to, co w danej chwili generował komputer. Świat chociaż tylko cyfrowy, to tak rzeczywisty, że można było w nim zginąć na wskutek szoku czy też ataku paniki. Jakieś trzy lata temu, w oparciu o te maszyny powstały konsole HNVR czyli Hyperrealistic Neuro Virtual Realm. Ze względu na to, że ich użytkowanie niosło ze sobą wiele potencjalnych zagrożeń, mogły być używane jedynie w posiadających specjalne licencje salonach gier przez osoby powyżej piętnastego roku życia. Oczywiście powstała też bezpieczna (przynajmniej w teorii) wersja konsoli do domowego użytku – NVR czyli Neuro Virtual Realm – jednak nie oferowała tak głębokich doznań jak pierwowzór. Dlatego też popularność HNVR’ów, a tym samym salonów gier, nie malała.

- To w co gramy? – zapytała obsługująca urządzenia kobieta o anemicznej, szarawej twarzy. Crystal, o ile dobrze pamiętała imię. – W to, co wszyscy?

- Zgadza się – mruknęła podając jej kartę FCP. - Proszę załadować „Drogę do Wyjścia”.

Crystal skinęła głową, odbiła kartę na panelu kontrolnym konsoli, coś tam poustawiała, po czym zajęła się zapinaniem zatrzasków.

Szerokie, metalowe klamry pełniły dwie funkcje. Po pierwsze miały unieruchomić gracza, aby przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy. Po drugie stanowiły neuroprzekaźniki uzupełniające. Mające formę cienkich, wysuwanych bolców główne neuroprzekaźniki konsoli mieściły się w oparciu fotela, w miejscu, gdzie powinien przylegać kręgosłup gracza oraz w hełmie.

Przypominającym ogromną suszarkę hełmie, który po chwili opadł na głowę Coleen, odcinając ją od świata zewnętrznego. Zapadła ciemność. Ciemność i cisza. Poczuła jak wysuwające się z hełmu i oparcia bolce dociskają się do jej ciała. Przeszedł ją nieprzyjemny, przypominający wstrząs elektryczny dreszcz i poczuła, jakby zaczęła spadać. Spadać w bezkresną, czarną otchłań ciszy.

Po chwili barwy i dźwięki powróciły. Siedziała przy biurku w niewielkim, pomalowanym na fioletowo i bardzo zagraconym biurze. Przed nią, spośród stert dokumentów mrugał zielonkawym światłem ekran archaicznego komputera wyświetlającego jakieś dane osobowe. Obok leżały czarne, plastikowe prostokąty – dyskietki, chyba tak nazywano te rzeczy – podpisane „łatwy”, „normalny”, „trudny” i „koszmar”.

Menu gry, a konkretniej rzecz ujmując wybór postaci i poziomu trudności. Niezwykle rzeczywista, a zarazem naturalna oprawa. Całkiem oryginalne – musiała przyznać, że Fazbear Entertainment tym razem się postarało.

Gry powiązane z Legendą Fazbeara zawsze łączył pewien rodzaj czarnego humoru. Im gra luźniej związana z Legendą i bardzie abstrakcyjna, tym humor był wyraźniejszy. W „Drodze do Wyjścia” bił po oczach już przy wyborze postaci. Otóż gracz miał się wcielić – jak zwykle w grach spod znaku Fazbear Entertainment – w nocnego stróża jednej z pizzerii. Pechowca, który podczas swego pierwszego obchodu przypadkiem trafił do labiryntu piwnic wypełnionych morderczymi animatronikami. Jego zadaniem było rzecz jasna wydostać się z przeklętej pizzerii, a aby to zrobić musiał sobie wyrąbać drogę wśród żądnych krwi przeciwników. Rzecz w tym, że owo zadanie zapewne przerosłoby nawet komandosa, a tymczasem twórcy „Drogi do Wyjścia” postanowili obsadzić w roli nieszczęsnych protagonistów chodzące stereotypy zawodu stróża. Chudego jak tyczka, pryszczatego studenta, stetryczałego, wrednego starucha, dorabiającą nocami, twardą mamuśkę, byłego, żyjącego pączkami i kawą gliniarza oraz utytą, sfrustrowaną starą pannę opiekującą się stadem kotów. Oczywiście wszystkie postaci miały mnóstwo niedorzecznych umiejętności specjalnych, mających ułatwić im przetrwanie w starciu z zabójczymi robotami.

Uwagę Coleen przykuła postać tej ostatniej, panny Bell. Zainteresowało ją w podstarzałej kociarze to, że ta, w przeciwieństwie do reszty protagonistów, bazowała głównie na atakach bezpośrednich, przekładając swoje pięści i broń białą nad dystansową. Nigdy wcześniej nie grała na konsoli HNVR w „ręczną” bijatykę, do tej pory biegała głównie z karabinami, wyrzutniami i podobnymi narzędziami zagłady. Tymczasem wizja masakrowania tłumów oszalałych animatronikami siekierą, metalowymi krzesłami, gaśnicami i innymi przedmiotami znajdującymi się w zasięgu ręki była całkiem interesująca.

- Tim, w hołdzie dla ciebie, wybieram postać z największym dupskiem. Czuj się zaszczycony – zawołała.

Oczywiście nie usłyszała odpowiedzi, konsola skutecznie odcinała ją od wszelkich bodźców zewnętrznych, ale była pewna, że Tim odpowiedział coś zabawnego. Prawdopodobnie okraszonego wysmakowanym przekleństwem.

To, co czyniło konsole HNVR tak popularnymi, to nie tylko możliwość przemierzania wirtualnego świata, zwykle będącego nie do odróżnienia od prawdziwego. To też możliwość wcielenia się w kogoś zupełnie innego, poczucia się jak on. Coleen pierwszy raz weszła w skórę kogoś mającego ponad trzydzieści kilogramów nadwagi. Poczuła ciężar masywnego ciała, napięcie usiłujących go udźwignąć mięśni. To było niesamowite i cholernie dziwne. Niewygodne. Wielki biust ciągnął ją ku ziemi, sprawiając, że odruchowo się garbiła, a uda nieprzyjemnie ocierały się o siebie. Szczęśliwie gra zadbała też o inne rzeczy, jak nadludzkie pokłady sił, kondycję godną maratończyka oraz wyjątkową zręczność. Bez nich walka z animatronikami skończyłaby się nienajlepiej… Nieważne na jakim poziomie trudności.

Pierwsze ruchy w grze jak zwykle były nieco niezręczne, niezdarne. Nie spieszyła się, by wyjść naprzeciw hordom przeciwników, pierw musiała przywyknąć do nowego ciała. Szczęśliwie nie trwało to długo. Akurat tyle, aby wysłuchała podstawowych instrukcji i nieco się rozejrzała.

Po opanowaniu podstaw, ruszyła w labirynt podziemnych korytarzy, naprzeciw przyczajonym w ciemności, złowrogim animatronikom. Te – jak przystało na poziom „koszmar” – zaatakowały niemal natychmiast, niespodziewanie wyskakując z ukrycia. Wtedy stało się coś, czego do tej pory nigdy nie doświadczyła, kiedy grała. Nawet na konsoli HNVR.

Biorąc zamach siekierą i uderzają animatronika – upiorną wariację Foxy’ego –poczuła jak jej tętno przyspiesza, szczęki się zaciskają, a wnętrze zalewa gorąco. Ciężar broni – chociaż tylko wirtualny – wibracje uderzenia oraz mechaniczny jęk przeciwnika wzmogły doznania. W umyśle rozbrzmiał wściekły warkot. Wiedziała, co się dzieje. Tłumiony latami gniew doszedł do głosu. Gniew, który nigdy nie ujrzał światła dziennego.

Przez ułamek sekundy zawahała się. Całe swoje życie opierała na samokontroli, spychała złość w głąb siebie, gdzie ginęła zaduszona. Tak było bezpiecznie. Rozsądnie. Ale wirtualny świat to nie prawdziwe życie. To gra. Gra polegająca na niszczeniu przeciwników. Rozrywaniu ich na kawałki. Destrukcji. Tutaj nie musiała się hamować. Właściwie hamowanie się było głęboko niewskazane…

Koszmarny Foxy zadał cios. Odczuła ledwie cień bólu – na więcej limity bezpieczeństwa konsoli nie pozwalały – ale to wystarczyło, aby jej wnętrze zawrzało. Odpowiedziała ciosem na cios. Jeszcze raz. I kolejny…

Otworzyła drzwi agresji, a świat zalała czerwona mgła czystej furii.

 

Z amoku zbudziły ją zimno i błyskające światła radiowozów. Stała w strugach deszczu na podjeździe pizzerii – tej wirtualnej – twarzą twarz z postawnym policjantem, podającym jej tablet. Na jasnym ekranie widniał jaskrawofioletowy napis „Wygrałeś”, a pod spodem wyświetlały się opcje „Pokaż punkty”, „Zagraj jeszcze raz”, „Wyjdź”. Nieco zdezorientowana, nie pamiętając w ogóle, co się działo od momentu, kiedy zaczęła masakrować koszmarnego Foxy’ego, aż do teraz, wybrała pierwszą z opcji. Przypuszczała, że nie uzbierała nawet połowy punktów, dlatego też, gdy zobaczyła swój wynik – trzy tysiące, dwieście czterdzieści pięć – była w niemałym szoku.

Skołowana nacisnęła „Wyjdź”. Wpadła w otchłań ciemności i ciszy gasnącego, cyfrowego świata… Tylko po to, aby po chwili zostać oślepiona jasnym światłem ekranu i donośnymi wrzaskami.

Inni gracze, widzowie… Byli w amoku. Krzyczeli, wymachiwali rękoma jak opętani, wskazywali ekran, niektórzy nawet podskakiwali. Kompletnie zdezorientowany ochroniarz – ten sam, którego spotkała przy drzwiach – próbował ogarnąć, co takiego zaszło, że wszyscy wokół drą się, jakby wybuchła bomba.

Nagle poczuła, że ktoś chwyta ją za ramiona. Zaraz potem zobaczyła tuż przed sobą, gwałtownie zbliżającą się twarz Tima. Wyraźnie zachwycony ucałował ją w czoło.

- Byłaś niesamowita! Przerażająca! Rozpierdoliłaś system w drobny mak. A tak w ogóle, jakbyś kiedyś postanowiła zostać seryjną morderczynią, nie umieszczaj mnie na swojej liście, dobra? Ale, jak coś, możesz mi podpisać swoją biografię. A najlepiej walnąć jaką fajną dedykację. No bo prawie każdy seryjniak w celi śmierci pisze biografię, prawda?

Popatrzyła na niego nic nie rozumiejąc. Dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów.

- Okej, niech ci będzie… Ale nim zostanę seryjną morderczynią i zadedykuję ci książkę, mógłby mnie ktoś odpiąć? Ładnie proszę.

- Crystal, uwolnij naszego RZEŹNIKA!

Obsługująca konsole kobieta przewróciła oczami i zaczęła odpinać klamry. Zajęło to dłuższą chwilę, ale w końcu Coleen odzyskała swobodę ruchów, co przyjęła z niekłamaną ulgą. Bycie uwiązaną do przypominającego narzędzie tortur fotela, podczas gdy wszyscy wokół zachowywali się, jakby właśnie dostali małpiego rozumu, nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

Jak tylko wstała, natychmiast parę dłoni klepnęło ją w plecy, a osoby, z którymi w życiu nie rozmawiała, zaczęły składać wyrazy uznania i gratulacje. Zupełnie jakby odkryła uniwersalne lekarstwo na raka, a nie zdobyła bardzo dużo punktów w grze. Było to nieco przytłaczające. Właściwie to trochę więcej niż nieco. Szczęśliwie z pomocą przybył jej Tim. Niczym zawodowy asystent jakiejś pomniejszej gwiazdki, kazał tłumowi zrobić miejsce, po czym wziął ją pod ramię i zaczął prowadzić ku wyjściu, aby mogła odebrać w Kąciku Nagród „swoje trofeum”, jak to określił. Jednocześnie nieustannie opisywał, co się działo podczas jej rozgrywki, przy czym owo „dzianie się” obejmowało głównie rąbanie, miażdżenie i rozrywanie animatroników na strzępy na dziesiątki brutalnych sposobów. Zamilkł dopiero, kiedy dotarli do na miejsce.

Za kontuarem wypełnionego dziesiątkami maskotek, plastikowych zabawek, breloczków i setek przeróżnych gadżetów Kącika Nagród stał Dave, starszawy, Azjata, który pracował tu chyba od zawsze. Coleen pamiętała go jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy to z uporem maniaka zbierała faztokeny, aby wymienić je na pluszowego Freddy’ego, którego koniec końców zdobyła.

- No proszę… Witamy dzisiejszą gwiazdę – mruknął na jej widok, uśmiechając się nieco krzywo.

Zaskoczona uniosła brwi. Skąd mógł…?

David wskazał na jeden z monitorów. No tak, zapomniała, że miał podgląd na Salon Gier oraz Salon Arcade w restauracji, na wypadek, gdyby ktoś próbował jakichś machlojek z faztokenami. Trudno, żeby przegapił zamieszanie, jakie wybuchło po jej grze.

- Tak, gwiazda przybyła i prosi o swoją zasłużoną nagrodę – oświadczył Tim, klepiąc ją w plecy. – A tak w ogóle, to moja kumpela.

Coleen spojrzała na niego z ukosa. To wszystko zaczynało być z lekka abstrakcyjne.

- No co? Przecież zapowiadałem, że jak zmieciesz ich wszystkich, to będę się tobą chwalił. I nie próbuj mi się tu wypierać znajomości ze mną, bo usiądę na tobie, a mam sto trzy kilogramy. – Pogroził jej palcem. – Ostrzegam! A tak w ogóle, to trzeba to wszystko uczcić. Co byś powiedziała na jakąś uroczystą pizzę i wielki koktajl?

Bardzo chciałaby przystać na propozycję Tima, naprawdę, ale z wielu względów był to kiepski pomysł. Niebezpieczny. Przede wszystkim dla niego. Dlatego wolała odpuścić, tym bardziej że naprawdę lubiła tego zakręconego facecika.

- Sorry, ale nie dzisiaj. Ojciec, będzie w domu i jak zwykle muszę zjeść z nim tradycyjną, rodzinną kolację - skłamała. – Jest pod tym względem strasznie zasadniczy, a ja wolę go nie denerwować… Przynajmniej dopóki nie mam pracy, własnego mieszkania i tak dalej.

- Zawsze ta sama wymówka – przewrócił oczami. – Zaczynam podejrzewać, że zwyczajnie wstydzisz się trzydziestoletniego, spasionego nerda jak ja.

- Trzydziestoczteroletniego – poprawiła go. – I nie śmiałabym się wstydzić ciebie. Zbyt się boję, że mógłbyś na mnie usiąść. Ewentualnie włamać się na mój komputer i wydobyć na światło dzienne wszystkie moje mroczne sekrety.

- Masz mroczne sekrety? – zapytał, a na jego twarzy wymalował się ni to chytry, ni to ciekawski wyraz. – Jakie?

- Takie, które dałyby ci koszmary do końca twojego życia.

- Mnie WY dajecie koszmary – odezwał się Dave, wyciągając ku Coleen dłoń z cienką, złotawą, przypominającą kształtem pasek gumy płytką. Na przeźroczystym opakowaniu z nadrukowano napis „Pięć Nocy U Freddy’ego: Potrzebna Pomoc NVR”. – Weźcie to i sobie idźcie, bo od tych bzdur normalnie IQ mi spada. Poza tym kolejka się robi…

Coleen uniosła brew, wzięła od niego płytkę i bez słowa ruszyła w stronę wyjścia. Dave na początku nie zareagował, ale po kilku sekundach usłyszała za sobą krzyk:

- Ej, młoda! Karta! Muszę to odbić w systemie…

Tim zachichotał. Ona również. Stary, dobry, zgryźliwy Dave. Stara, dobra pizzeria. Uwielbiała to miejsce. Może czasem zmieniał się wystrój, może zmieniała się muzyka, ale to co najlepsze zawsze zostawało takie samo.

 

W drodze do domu, tak jak przez większość dnia, towarzyszył jej potworny skwar, jednak mimo wszystko była w dobrym humorze. Spotkania z Timem zawsze poprawiały jej nastrój. Poza tym zjadła górę pysznych lodów, wygrała upragnioną grę i… Spuściła pary. To ostatnie przede wszystkim. Konsola HNVR, „Droga do Wyjścia”… Nie pamiętała do końca, co się działo w trakcie rozgrywki, ale najwyraźniej rozrywanie na strzępy wirtualnych przeciwników, pozwoliło jej odreagować ostatnie stresy. Zredukowało ciśnienie. Sprawiło, że poczuła się lżejsza. Co prawda tylko o parę metaforycznych gramów, bo nagromadzone przez lata, głębokie pokłady negatywnych emocji pozostały nienaruszone, ale zawsze to coś.

Tak, to był dobry dzień. Bardzo dobry. Chciałaby więcej takich. Jak najwięcej.

Droga do osiedla willowego zajęła jej prawie czterdzieści minut. Czterdzieści minut w blisko czterdziestostopniowym upale. Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie dotarła do wielkiej, kutej bramy, balansowała na krawędzi przegrzania i miała niejakie przeczucie, że znów jest czerwona jak pomidor. Dlatego też cieszyła się, że za chwilę ponownie trafi do chłodnego, klimatyzowanego pomieszczenia.

Rzadko kiedy cieszyła się z powrotu do domu.

Nacisnęła przycisk domofonu, po drugiej stronie urządzenia rozległ się trzask i rozbrzmiał znajomy, suchy głos:

- Słucham?

- To ja Fred, wpuść mnie.

Jedna z kamer nad bramą poruszyła się, ogniskując na niej. Collen spojrzała wprost w nią, żeby lokaj mógł łatwiej potwierdzić jej tożsamość.

Weryfikacja przebiegła pomyślnie i po chwili brama rozwarła się z trzaskiem.

Równo przycięty, zielony trawnik kontrastował z szeroką drogą wyłożoną czerwoną kostką przypominającą do złudzenia czerwony dywan. Dywan rozlewający się w wielki podjazd, prowadzący do ładnego, wielkiego, ale też kompletnie bezosobowego domu. Kredowobiały, zbudowany w unowocześnionym stylu kolonialnym sześcian nie miał w sobie nic pociągającego. Podobnie otaczający go ogród, którego głównymi atrakcjami było parę anemicznych, przypominających lizaki drzewek i nieduża fontanna dla ptaków.

Nie cierpiała tego domu. I tego ogrodu. Chciałaby, żeby spłonęły. Niestety, nawet przy obecnych temperaturach, szanse na to były małe.

Fred jak zwykle czekał zaraz przy drzwiach. Przypominający starego, wyliniałego orła żylasty mężczyzna zawsze patrzący na nią ze skupieniem sępa krążącego nad konającym lwem. Jego wyblakłe, niebieskie oczy uważnie lustrowały jej wygląd, szukając wszelkich „niepokojących oznak” mogących wskazywać, że spędzała czas w sposób niezgodny z życzeniami jego pracodawcy: rozdarć na odzieży, brudu, niedopiętych guzików, śladów po igłach, zbyt wąskich lub szerokich źrenic. Nozdrza haczykowatego nosa drżały, gdy nachylał się nad nią, węsząc, a wąskie usta wyginał krzywy, nieprzyjemny grymas. Grymas jasno mówiący, że uważa swoje zadanie za upokarzające, a ją za całkowicie zbędny element swojego życia, który najchętniej usunąłby raz na zawsze… Tak jak usuwał bród. Między innymi bród.

Kontrola przeszła pomyślnie. Ubranie w najlepszym porządku, żadnych fizycznych oznak zażywania środków wyskokowych ani niepokojących zapachów. Wyprostował się.

- Miała panienka miły dzień? – zapytał. Mimo uprzejmego tonu, jego oczy pozostały zimne, a na twarzy nie zagościł nawet cień uśmiechu.

- Owszem. A ty, Fred?

- Jak zwykle, dziękuję. Mam informację od panienki ojca.

- Tak?

- Dodatkowe obowiązki zatrzymają go dłużej. Wróci dopiero nad ranem i zabierze ze sobą pracę do wykonania na miejscu. Jako że ze względu na upały, jutrzejsze zajęcia szkolne przypuszczalnie zostaną odwołane, prosił przekazać, żeby pod żadnym pozorem mu nie przeszkadzać.

Praca do wykonania na miejscu. Nie przeszkadzać ojcu. Zrozumiała. Wiedziała o co chodzi. Wiedziała aż nazbyt dobrze.

Przełknęła ciężko.

- Dobrze. Nie będę mu przeszkadzać – mruknęła, powoli odwracając się w kierunku schodów. – Mogę do siebie, czy są dla mnie jeszcze jakieś zalecenia?

- Nie, może panienka dzisiejszy dzień spędzić dowolnie… Oczywiście w ramach obowiązujących reguł.

- Oczywiście.

Nieśpiesznie przecięła holl i wolnym krokiem zaczęła się wspinać po szerokich schodach.

Zatem ojciec znowu zamierzał pracować w domu…

Nie, nie chciała teraz o tym myśleć. Nie w dzień taki jak ten. Nie po tych wszystkich miłych rzeczach, jakie ją spotkały. Zresztą i tak nie miała na to wszystko wpływu.

Wnętrze domu przypominało jego zewnętrze. Teoretycznie ładne, nowoczesne, a zarazem klasyczne, skąpane w neutralnych, przyjemnych barwach. Jednak brakowało mu polotu i osobowości. Tych wszystkich drobnych rzeczy, dzięki którym wie się, że dane miejsce jest zamieszkane. Owszem, tu i ówdzie stały wazony z kwiatami, pamiątki z wakacji, bibeloty. Nie brakowało także rodzinnych zdjęć. Jednak wszystko to zdawało się takie samo, jak ujęcia z tychże fotografii – ustawione, sztuczne, nienaturalne. Nawet pokój Coleen nie odbiegał od tego wzoru. Zresztą nic dziwnego, nie przywiązywała większej uwagi do jego wystroju. Większość rzeczy wybierał jej ojciec, chcąc mu nadać ciepłego, dziewczęcego charakteru. Poniekąd odniósł sukces, jednak brakowało tego czegoś, co „sklejałoby” całość. Tymczasem meble, zasłony, tapety, podłoga, dywan, obrazy… Wszystko było osobnymi, pozbawionymi spoiwa elementami, dającymi razem efekt pustki. Pomieszczenia, w którym upchnięto przypadkowe przedmioty. Jedynie dwie rzeczy wymykały się owemu wrażeniu przypadkowości: stary, pluszowy Freddy Fazbear, zajmujący dumnie fotel w rogu pokoju oraz spoczywający na biurku wielki komputerem, do którego podłączono kilka zewnętrznych konsoli do gier, tworząc prawdziwego potwora elektronicznej rozgrywki. Tylko je otaczała aura przynależności. To dziwne ciepło oznaczające, że dany przedmiot jest często używany i dla kogoś ważny. Stanowi część czyjegoś życia.

Coleen odwiesiła torbę na wieszak przy drzwiach, wcześniej wyjmując z niej wygraną płytkę, po czym usiadła przy biurku, na którym stał komputer. Nacisnęła wielki przycisk na panelu urządzenia, a te ożyło. Rozbłysło kilkanaście lampek, rozległ się ledwo słyszalny szum. Wielki ekran rozświetlił jasny blask. Jednak to nie z ekranu miała zamiar dziś korzystać.

Z błąkającym się na ustach uśmiechem, rozpakowała płytkę, przyjrzała się jej uważnie i ostrożnie wsunęła ją do jednego z otworów wielkiego gniazda koncentrycznego ST tj. Swift Transfer, błyskawicznego transferu. Był czas, kiedy większość nośników pamięci odeszła w zapomnienie, a gry i wszelkiego rodzaju oprogramowanie ściągano bezpośrednio z sieci. Niestety był to też okres, gdy piraci i hakerzy stanowili prawdziwą plagę. Wykorzystywali wzmożony ruch na łączach, aby przejąć cudzą własność, kradnąc oprogramowanie bezpośrednio od producenta albo od kupujących poprzez przejmowanie ich kont bądź przechwytywanie wysyłanych im wiadomości. Szczególnie to drugie stało się uciążliwe, bo udowodnienie, że nabyło się dany program, niejednokrotnie stanowiło prawdziwą drogę przez mękę. Dlatego też najczęściej atakowane firmy wypuściły na rynek Nośniki Błyskawicznego Transferu tzw. STM (Swift Transfer Memory). Pobrane z Internetu oprogramowanie można było zainstalować tylko i wyłącznie na nich, a skopiowanie go po instalacji stanowiło zadanie niemal niemożliwe. W dodatku płytki odznaczała niezwykła trwałość, podobnie jak zawarte na nich informacje. Jednak, z perspektywy użytkowników, największą ich zaletę stanowiła błyskawiczna instalacja i odtwarzanie danych. Dlatego wystarczyło ledwie trzydzieści sekund od wsadzenia nośnika do portu, aby ekran komputera wyświetlił informację, że aplikacja „FNAF: Potrzebna Pomoc” jest gotowa do użycia.

Uruchomiła grę i zgasiła monitor – nie miał być jej już do niczego potrzebny. Za to hełm NVR i owszem.

Domowa wersja konsoli HNVR przypominała z grubsza podpięty do komputera kask motocyklowy. Kask usiany mogącymi utworzyć połączenia neuronowe, wysuwanymi bolcami, wygłuszający większość dźwięków, niedopuszczający światła, lecz nie mogący nic poradzić na zewnętrzne wrażenie dotykowe i węchowe. Tym samym nie pozwalał się zagubić w wirtualnych doznaniach, dopuszczając do głosu świat zewnętrzny. Dlatego też był dużo bezpieczniejszy od konsoli HNVR, aczkolwiek wszelkie instrukcje obsługi urządzenia zawierały frazę „od trzynastego roku życia” oraz ostrzeżenia przed możliwym uzależnieniem i efektami nadużywania.

Coleen nie przejmowała się nimi. Wiedziała, że jest uzależniona i że po latach mogą nawiedzić ją rozmaite dysfunkcje umysłowe wywołane zbyt częstym używaniem NVR. Jednak jedyna alternatywę dla wirtualnego świata, stanowił ten prawdziwy. Ponury, pełen niegodziwości, nietolerancji i niebezpieczeństw, gdzie każda decyzja niosła za sobą konsekwencje. Niejednokrotnie nieodwracalne.

Założyła na głowę hełm i po chwili odpłynęła w wirtualny świat, jednak jeszcze nie ten gry. Jakiś czas temu ściągnęła sobie genialną aplikację współpracującą z większością gier i programów NVR: „Alternatywne Ja”. Aplikacja ta służyła głównie sterowaniu oprogramowaniem NVR od środka. Przełączaniem się między programami i grami, aktualizowaniem ich, ściąganiem dodatków, a to wszystko za pośrednictwem cyfrowego świata. Cyfrowego świata, który użytkownik sam kreował, podobnie jak swój wizerunek służący mu potem jako avatar.

Świat „Alternatywnego Ja” Coleen stanowił niewielki pokoik w wiktoriańskim, nieco unowocześnionym stylu. Ciepła barwa drewna mebli i krytej panelami podłogi, kontrastowała z wypełniającymi go szarościami, czernią i bielą. Na ścianach w ramach godnych luwrowych dzieł wisiały plakaty gier Fazbear Entertainment, rozmaitych filmów i przedstawień teatralnych. Wysoki regał zajmowały nałogowo gromadzone powieści jak „Mistrz i Małgorzata”, „Faust”, „Frankenstein” czy „Zbrodnia i Kara”. Na szerokim łożu siedział rozparty, pluszowy Freddy Fazbear, a sufit pokrywało migoczące dziesiątkami konstelacji i gwiazd sztuczne niebo. Wszystko to, chociaż wiele rzeczy zdawało się być z całkiem innej bajki niż pozostałe, pasowało do siebie i wyglądało o wiele prawdziwiej od pokoju, w którym Coleen przebywała fizycznie. Nawet Coleen w wersji wirtualnej pasowała do siebie bardziej niż jej prawdziwa wersja. Obcięta na jeża, w szarym z lekka ponaciąganym swetrze, luźnych dżinsach i jaskrawoczerwonych trampkach niemal w ogóle nie przypominała dziewczyny siedzącej przed komputerem, chociaż niczego poza strojem i uczesaniem niczego nie zmieniała. Zostawiła nawet blizny.

Za pomocą myśli przywołała panel kontrolny NVR i ustawiła parametry gry, po czym zbliżyła się do drzwi pokoju i otworzyła je. Jej oczom ukazało się barwne, pogrążone w klimatycznym półmroku wnętrze Pizzerii Freddy’ego Fazbeara. Jeden krok i już była w środku.

Otoczona przez wielobarwne, rozmyte światła, kolorowe dekoracje i dźwięki nienachlanej, jakby lekko fałszującej muzyki oraz wyzierającą z kątów ciemność odetchnęła.

Pizzeria Freddy’ego Fazbeara była jedynym miejscem, w którym nie spotkało ją nic złego. Z którym nie wiązała żadnych, przykrych wspomnień. Które kojarzyło jej się jedynie z miłymi rzeczami. Nic więc dziwnego, że tylko tam czuła się u siebie. Jak w domu. Tam i w wirtualnych wersjach lokali Fazbear’s Entertainment. Między innymi dlatego tak lubiła gry związane z Legendą Fazbeara. Nie ważne, że były brutalne i miały przerażać. W końcu doskonale wiedziała, że w wirtualnym świecie nic nie może jej skrzywdzić. Nie tak naprawdę.

 

Tuż za nią, w ciemności rozbłysła para jarzących się fioletowym blaskiem oczu. Oczu obserwujących ją ze zdziwieniem i zainteresowaniem.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • TheRebelliousOne pół roku temu
    Kurde... FNAF? Ludzie go jeszcze pamiętają? Tak czy inaczej, opowiadanie całkiem niezłe, można poczuć klimat gry. Daję 4 i czekam na więcej. Pozdrawiam :)
  • CynicznaCecylia pół roku temu
    Człowieku, nie tylko pamiętają, ale to się cały czas rozwija. Coraz bardziej mam wrażenie, że ten fandom jest nieśmiertelny
  • TheRebelliousOne pół roku temu
    CynicznaCecylia No nie wiem, ja przestałem interesować się FNAF'em jakoś po czwartej części. Po prostu ta linia czasowa i fabularna jest bardziej pokręcona niż w serii gier Metal Gear Solid. i pogubiłem się kto zabił kogo i tak dalej... XD Fajna gra, mimo wszystko. ;)
  • CynicznaCecylia pół roku temu
    TheRebelliousOne Pokręcenie daje możliwość rośnięcia fandomowi - teorie itp. Ja to wykorzystałam, klejąc wszystko, żeby miało sens (btw, przeoczyłeś prolog - jakoś mi nie wbiło "fanfiction" przy wybieraniu tagów, a potem nie mogłam zmienić...) i tworzyło spójną historię. Generalnie w fan-fic (tych ambitniejszych) im mniej konkretów w opowieści bazowej, tym więcej możliwości
  • TheRebelliousOne pół roku temu
    CynicznaCecylia Taa, może kiedyś też spróbuję swoich sił w fan-fic'ach. Może nie we FNAF'ie, ale czymś innym, a w międzyczasie zapraszam do siebie, jeśli lubisz opowiadania o gangach motocyklowych. ;)
  • CynicznaCecylia pół roku temu
    Pokręcenie daje możliwość rośnięcia fandomowi - teorie itp. Ja to wykorzystałam, klejąc wszystko, żeby miało sens (btw, przeoczyłeś prolog - jakoś mi nie wbiło "fanfiction" przy wybieraniu tagów, a potem nie mogłam zmienić...) i tworzyło spójną historię. Generalnie w fan-fic (tych ambitniejszych) im mniej konkretów w opowieści bazowej, tym więcej możliwości.
  • Bajkopisarz 4 miesiące temu
    Małe rozbieranko:
    „dla kilkulatków, niewiele ją obchodziły.”
    Zamiast ją powinno być Coleen, bo ostatnio była wspomniana kilka zdań wcześniej, więc „ją” nie jest domyślne dla Coleen.
    „Puszyste i z sukcesem udające zwierzęca sierść. Czy też w przypadku Chicki puch kurczęcia.”
    To by lepiej brzmiało jako jedno zdanie, więc przecinek zamiast kropki
    „finansować, ale też nie robił problemów, gdy godzinami przesiadywała przed ekranem komputera. Niestety brak finansowania”
    Finansować-finansowania - powtórka
    „Nie ważne, że były brutalne”
    Nieważne

    Nieźle, nieźle. Porządnie rozbudowane opisy, dobrze odmalowane postacie, które mają jakiś charakter, nie są płaskie no i ciekawa akcja, może nie bardzo dynamiczna na razie, ale nie zapominajmy o czterdziestostopniowym upale, przy którym nikt normalny nie pędzi na złamanie karku 😊
  • CynicznaCecylia 4 miesiące temu
    Rzadko rzucam szybką akcją, więc nieprędko da się ją tu przyuważyć :D Za to rozdziały mi objętościowo puchną.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania