FNAF: Formy życia - IV - Nosiciel i pasożyt.

Rozbłysk bieli i obezwładniający huk to ostatnie, co pamiętał. Potem... Potem były jakieś przebłyski, ale wszystko stanowiło kompletny chaos. Przypadkowe obrazy, dźwięki, emocje zdające się nie należeć do niego, kompletnie pozbawione ładu, składu i jakiegokolwiek sensu.

A teraz... Teraz leżał w kompletnej ciemności, nie mogąc poruszyć nawet palcem. Paliła go skóra głowy, bolał krzyż i podbrzusze. W dodatku musiał do toalety.

Do toalety? Zaraz, zaraz...

Nagle otworzył oczy. Czy raczej rozwarła je zewnętrzna siła, na którą nie miał większego wpływu. Ta sama siła sprawiła, że ciało usiadło.

Ujrzał pokój. Dziewczęcy, kompletnie pozbawiony charakteru. Mdły. Taki jaki mogłaby mieć żyjąca na początku dwudziestego wieku, pozbawiona wyobraźni panienka, której jedynym celem jest dobrze wyjść za mąż...

Coś w jego umyśle kliknęło. Znajdował się w ciele Coleen, na pewno. A to był jej pokój... Zupełnie niepodobny do tego wirtualnego.

Gwałtowny skurcz mięśni, sprawił, że syknął z bólu. Czy raczej zrobiła to Coleen. Chwilę później poczuł wilgoć między nogami. O co...

- Kurwa - usłyszał damski głos, wydobywający się z „jego" gardła – Najpierw ta zasrana burza, a teraz okres morderca. „Cudowny" początek dnia.

Zamarł, a raczej zamarłby, gdyby mógł, bo dziewczyna wstała, a on – pasażer na gapę – wraz z nią.

„Kurwa, pięknie. Po prostu pięknie. Po latach uwięzienia w formie cyfrowego kodu, trafiłem do ciała, nad którym nie mam najmniejszej kontroli. Ciała dziewczyny, która właśnie dostała okresu. Będę chyba pierwszym facetem na tej przeklętej planecie, który NAPRAWDĘ dowie się, co to znaczy mieć miesiączkę. Normalnie historia mojego życia w pigułce." – pomyślał, podczas gdy Coleen wyjmowała z szafy rzeczy do przebrania.

Po raz pierwszy od dawna doświadczał rzeczywistego świata. Z jednej strony było to cudowne, ale z drugiej... Nie miał na nic wpływu, co go przerażało. Nie miał pojęcia, czy zdoła przejąć kontrolę nad ciałem nastolatki albo chociaż się z nią porozumieć, czy zostanie skazany na los cichego pasażera na gapę. Niemego, bezwolnego towarzysza Coleen, który wraz z nią i dokładnie tak samo jak ona będzie przeżywał każdą jej menstruację, seks i – nie daj Boże – poród.

„To kara za kretyńskie pomysły! Miałeś porozumieć się z Coleen, kiedy ci dała na to szansę, a nie snuć irracjonalne plany o kradzieży jej ciała. Znowu, zamiast zachować się w sposób prosty i przyzwoity, zacząłeś kombinować i zemściło się to na tobie. Kiedy ty się w końcu nauczysz, idioto?" – wyrzucał sobie.

Zrobiło mu się słabo na samą myśl. Chciałby usiąść i jakoś to wszystko sobie uporządkować, niestety dziewczyna miała inne plany - zgarnęła naręcze ubrań i wyszła z pokoju. Biorąc pod uwagę coraz silniejszy nacisk na pęcherz oraz jej obecny stan, zapewne zmierzała do łazienki.

Mimo trawiącego go lęku i niepewności, z ciekawością obserwował widziane oczyma Coleen otoczenie. Wyłożony pluszowym dywanem korytarz, lawendowe ściany obwieszone oprawionymi w grube ramki fotografiami, eleganckie oświetlenie, drogie dodatki. Ewidentnie trafił do bogatego domu...

Na pewno trafił do bogatego domu.

Gdy Coleen weszła do łazienki, ujrzał coś, co za swego krótkiego życia kojarzył jedynie z najdroższymi, pięciogwiazdkowymi hotelami, w których jedna noc kosztowała minimum czterdzieści tysięcy dolarów. Podłoga wyłożona wielkimi kafelkami z czarnego granitu, szeroka szafa umywalkowa z szlachetnego drewna, umywalka z białego marmuru, kurki z masy perłowej, olbrzymie, kryształowe lustro, rogowa wanna z hydromasażem, natrysk z biczami wodnymi... Gdyby mógł rozwarłby usta w niemym podziwie.

Niestety nie mógł. Zamiast tego bezwolnie rzucił ubrania na szafkę i zaczął zdejmować pidżamę... Znaczy Coleen zaczęła.

To było... Piekielnie niezręczne. Owszem, wiedział, że po kradzieży damskiego ciała, niektóre rzeczy mogą stać się dla niego nieco... trudne. Inne niż zwykle. Pogodził się z tym. Jednak po kradzieży powłoka należałaby w pełni do niego, więc nagość i fizjologia nie stanowiłoby aż tak dużego problemu. Niestety nie przejął ciała, tylko został niemogącym nawet kiwnąć palcem, a widzącym i czującym wszystko to, co nosicielka, pasożytem. Sytuacja tak dziwna, że niemal zatęsknił za swym cyfrowym więzieniem. Niemal.

Coleen uwinęła się z poranną toaletą szybko i sprawnie, za co był jej wdzięczny... Chociaż wolałby, żeby została dłużej pod prysznicem. Gorąca woda nieco łagodziła narastające skurcze podbrzusza oraz rwanie w krzyżu... Naprawdę zaczynał rozumieć, czemu kobiety tak bardzo narzekają na „te dni". Dyskomfort, obawa przed zaplamieniem odzieży, a do tego ból. Nic przyjemnego.

Umyta, ubrana jedynie w majtki, stanęła przed lustrem. Mimowolnie patrzył na jej odbicie, chociaż naprawdę chciałby odwrócić wzrok. Czuł się jak podglądacz. Jak pedofil. To, że dzieci w najmniejszym stopniu go nie pociągały, a Coleen widział właśnie jako takie, niczego nie zmieniało. Podobnie jak to, że ciało dziewczyny nie należało do tych, których widok budzi płomień pożądania.

Blizny po poparzeniu znaczyły nie tylko rękę nastolatki. Rozlewały się po prawym boku, pełznąc ku obojczykowi, wspinając się po piersi, spływając po żebrach i ginąc pod linią majtek, gdzie zajmowały biodro i górną część pośladka. Nie wyglądało to dobrze, a swego czasu musiało cholernie boleć. Na ten widok Williama, który dwukrotnie zaznał koszmaru płomieni, ogarnęło współczucie.

- Dobrze, zobaczymy jak to dzisiaj wygląda – mruknęła do siebie, odrywając niebieski opatrunek, okrywający lewą stronę żeber.

Oczom Williama ukazało się głębokie, chociaż już w sporej mierze zagojone, rozcięcie. Krawędzie rany były równe, a samo cięcie proste, co mogło znaczyć tylko jedno – zostało zadane nożem. Nożem, albo czymś do noża podobnym. W dodatku, biorąc pod uwagę długość i głębokość rozcięcia, nie stało się to przypadkiem.

„Dziewczyna z bogatego domu. Oszpecona. Ukrywająca emocje. Spędzająca więcej czasu w świecie wirtualnym niż prawdziwym... Wdająca się w bójki na noże? Czyżbym miał przed sobą książkowy obraz trudnej nastolatki?" – pomyślał, siląc się na kpinę. Kpinę maskującą niepokój. Coś mu nie pasowało w tej dziewczynie... Coś więcej, niż jej zachowanie, niż rana, niż blizny po poparzeniu. Nie potrafił tego sprecyzować.

Coleen szybko i sprawnie zmieniła opatrunek, po czym równie szybko i sprawnie się ubrała, co przyjął z prawdziwą ulgą. Kiedy był nastolatkiem, marzył, aby stać się na chwilę niewidzialnym i prześlizgnąć do damskiej przebieralni. Jednak teraz, kiedy miał czterdzieści cztery lata i „niewidzialny" został zmuszony do podglądania dziewczyny, która mogłaby być jego córką, jakoś pomysł przestał być zabawny.

Czterdzieści cztery lata... Tyle miał, kiedy zginął, czy też raczej „zginął". Teraz... Jak to liczyć? Posługując się datami, czy może odjąć od właściwej metryki okresy nieświadomości i kompletnego obłędu, kiedy to nie potrafił zidentyfikować własnego „ja"?

„Zginął" w tysiąc osiemdziesiątym ósmym. Teraz był dwa tysiące pięćdziesiąty trzeci. Sto dziewięć lat, w tym sześćdziesiąt osiem jako... Jako nieczłowiek. Pierw robotyczna, żyjąca kukła, potem cyfrowa świadomość, a teraz mentalny pasożyt. Ciekawe, co jeszcze miało go czekać.

Cóż, póki co, czekało go sprzątanie pokoju i inne poranne czynności, którymi dowodziła Coleen. Ich koniec miał w kuchni, gdzie usiadła przy wysokim blacie i pochłaniając kurczaka w sosie pomarańczowym – prawdopodobnie wczorajszą kolację – oglądała poranne wiadomości.

William rozpłynął się z rozkoszy, czując na języku smak kurczaka. Tego wirtualna rzeczywistość nie mogła mu dać. Smaki, zapachy... Tak bardzo mu ich brakowało...

Tak bardzo, że niemal przeoczył oglądany przez swoja nosicielkę reportaż. Reportaż o burzy stulecia, która niemal zniszczyła miasto...

- I niemal usmażyła mi mózg – mruknęła Coleen, przerywając telewizyjnemu reporterowi, którego wysportowana sylwetka tańczyła na tle obrazu zniszczeń dokonanych przez żywioł. – Szczęśliwie, wewnętrzne bezpieczniki zadziałały i nie rozwaliło sprzętu. Swoją drogą, jak do tego doszło? Przecież piorunochrony i...

W tym momencie, jakby chcąc odpowiedzieć dziewczynie, reporter pokazał film przedstawiający pioruny kuliste niespotykanych rozmiarów, które przetoczyły się tej nocy przez miasto. Nastolatka zamrugała gwałtownie.

William wykonał mentalny odpowiednik uniesienia brwi. Burza, pioruny kuliste, gwałtowne wyładowania, elektromagnetyczne fale i inne cuda. A to wszystko w ramach malowniczego występu matki natury, dzięki któremu przeskoczył do ciała dziewczyny.

Piorun kulisty uderzający w pobliżu domu Coleen, akurat wtedy, kiedy ta spała w konsoli na głowie. Szansa jedna na milion. Miał niesamowite szczęście. Albo niesamowitego pecha... W zależności, jak to wszystko dalej się potoczy, bo naprawdę nie miał pojęcia, „co teraz".

Musiał coś zrobić. Porozumieć się z dziewczyną albo przejąć kontrolę nad jej ciałem, ale – tak jak poprzednio - kompletnie nie wiedział jak. W dodatku nie potrafił się skupić. Bombardowały go dziesiątki doznań: ciężar ciała, dotyk ubrań, dźwięki i smaki jedzenia, rana na żebrach oraz niezbyt przyjemne wrażenia związane z kobiecymi dolegliwościami. Do tego wyczuwał emocje dziewczyny. Zbyt stłumione i słabe, aby mógł je nazwać, ale obecne i drażniące. No i ta kuchnia. Jak ostatni kretyn nie potrafił przestać podziwiać kamiennych blatów, sześciopalnikowej, chromowanej kuchenki, ogromnej lodówki i wielkiego, jadalnego stołu. Swego czasu MARZYŁ o takiej. Kuchni, w której mógłby gotować swoim dzieciakom pyszności, gdzie mogliby razem piec świąteczne pierniczki i jeść posiłki przy wspólnym stole...

Niespodziewanie uderzyły go wspomnienia. Słodkie, pełne ciepła, ale zostawiające po sobie gorycz, ból i żal. Bardzo wiele bólu, żalu i... Gniewu. Gniewu na siebie, na świat i na...

- Co jest? – pełen niepokoju głos Coleen wyrwał go z objęć przeszłości.

Dziewczyna – a zatem i on – patrzyła na swoje dłonie. Drżące jak u osoby przeżywającej silne emocje.

Nieswoje emocje.

Niepokój Coleen mógł porównać do rozlewającego się po języku smaku octu. Czuł go, zapewne podobnie jak ona przed chwilą czuła jego gniew.

Emocje związane ze wspomnieniami błyskawicznie zostały wyparte przez z trudem tłumioną ekscytację. Zatem mógł na nią jakoś wpływać! Naprawdę mógł... Pytanie tylko, czy zakres jego wpływu ograniczał się jedynie do emocji, czy może mógł go poszerzyć? A jeżeli tak, to w jaki sposób?

Odpowiedzi rzecz jasna się nie doczekał. Za to Coleen doczekała się pierwszego tego dnia telefonu. Jego dźwięk rozbrzmiał po całej kuchni, jakby dobiegając z kilku miejsc na raz.

Momentalnie poczuł, jak dziewczyna się spina. Wszystkie jej mięśnie zesztywniały, a poziom stresu nagle wzrósł. Nie rozumiał tej reakcji. Może to nie był telefon, tylko jakiś alarm? W końcu...

- Identyfikacja numeru – zawołała.

- Ojciec – rozbrzmiał równo z dzwonkiem wyprany z emocji, cyfrowy głos.

Napięcie dziewczyny wzrosło.

- Odbierz.

- No nareszcie! Czemu nie odbierasz komórki? Wiesz, że nie lubię dzwonić na domowy!

- Komórka? Nie dzwoniła... Chociaż nie sprawdzałam jej dzisiaj. Może padła przez burzę. W wiadomościach mówili, że cała elektryka powariowała...

- No cóż, całkiem możliwe, ale sprawdź ją. Martwiłem się. Dobrze... Przez tą piekielną burzę drogi są nieprzejezdne i prawdopodobnie wrócę dopiero jutro w okolicach południa. Możesz odpuścić sobie dzisiejszy dyżur w schronisku. Na miejscu pewnie istny Sajgon... Zresztą wątpliwe, że tam dotrzesz. Ale pamiętaj o popołudniowej sesji z doktor Taylor... No chyba, że sama odwoła wizytę, ale wątpię. Przywiązuje do swojej pracy zbyt dużą wagę. Klinika jest blisko, poza tym sądzę, że do tego czasu uprzątną drogi. Co jeszcze... Nie wychodź bez potrzeby, bardzo cię proszę. Po wczorajszym chaosie, na ulicach może być niebezpiecznie. Do kliniki weź taksówkę. Około drugiej wpadnie pani Q zrobić obiad i nieco ogarnąć dom. Jak skończy jej też zamów taksówkę. To byłaby niepowetowana strata, gdyby kobieta znająca sekret tak pysznego gumbo doznała uszczerbku na zdrowiu.

- Jasna sprawa.

- Dobrze, to miłego dnia kochanie i trzymaj się ciepło. Pa-pa.

- Pa.

Jak tylko połączenie się zakończyło, poziom stresu dziewczyny opadł równie gwałtownie jak się podniósł. William naprawdę nie rozumiał tej reakcji. Czego tak się bała. Przecież ten człowiek, jej ojciec, brzmiał całkiem normalnie. W dodatku martwił się, co się z nią dzieje, a także okazał troskę o gosposię. Chociaż, z drugiej strony, był tu dopiero chwilę i mógł wielu rzeczy nie wiedzieć...

Jednak stosunek Coleen do ojca boleśnie przypomniał mu własną relację z Michaelem. To jak bardzo się zmienił po „wypadku" Normana... A może i wcześniej, tylko on za późno to zauważył.

Ze złością odepchnął wspomnienia. Nie chciał do nich wracać. NIE CHCIAŁ. Niosły za sobą zbyt wiele bólu, wpadał przez nie w szaleństwo, w obłęd. Nie chciał pamiętać jak zrujnował siebie, swoją rodzinę i swojego najlepszego przyjaciela. Nie chciał. Nie chciał. Nie chciał. Nie chciał!

„William ogarnij się! Masz cel. Dopaść go. Dopaść ICH. Wszystkich, którzy za tym stoją. Przerwać to szaleństwo. Wtedy będziesz mógł doprowadzić się do obłędu, skoczyć w trzewia piekieł, co wolisz. Ale nie wcześniej!" – napomniał siebie. Niestety czuł, że przeszłość będzie go dręczyć jeszcze nie raz. Szczególnie teraz, kiedy przebywał w ciele nastolatki mającej ojca, prawdopodobnie również matkę, dziadów, ciotki i wujków.. Normalną rodzinę. To, co tak bardzo kochał i utracił przez własną głupotę. I niedbalstwo.

„Fatalny ojciec, kiepski przyjaciel, marny człowiek" – podsumował siebie.

***

- Jak się dzisiaj czujesz? Nadal masz złe sny? – zapytała doktor Taylor, uśmiechając się przyjaźnie.

Coleen spojrzała na terapeutkę. Nie znosiła tu przychodzić. Nie lubiła rozmawiać z doktor Taylor. Kłamać. Bo musiała kłamać. Siedząc naprzeciwko tej kobiety o przemiłym uśmiechu i łagodnym spojrzeniu ukrytych za prostokątnymi okularami oczu, kłamała bez przerwy. Chociaż nie chciała. Bardzo chciałaby powiedzieć o wielu rzeczach na głos, wypłakać się jej w ramię. Tym bardziej, że kobieta wyglądała jak powierniczka idealna. Pulchna, niezbyt urodziwa, ale o bardzo przyjemnej, łagodnej twarzy otoczonej morzem przypominających warkoczyki dredów i miodowych oczach emanujących nieskończoną cierpliwością. Do tego „mamowata" bluzka połączona z luźną, dodającą profesjonalizmu, ale niezbyt elegancka marynarką i z lekka wytarte dżinsy. Coleen nie raz ani nie dwa zastanawiała się, czy jak jej ojciec dopasowała swój wygląd do roli, czy może to czysty przypadek. A może autentyczna empatia i oddanie zawodowi sprawiły, że kobieta mimowolnie przybrała taką, a nie inną powierzchowność?

- Dość dobrze. I nie, sny już mnie nie dręczą.

„A przynajmniej nie te, które wywołują bezsenność. Powróciliśmy do standardowego zestawu koszmarów" – pomyślała. Mimo to, nie traktowała tej wypowiedzi jak kłamstwa – nie pamiętała czasów bez koszmarów. Umiarkowanie złe sny stanowiły dla niej normę.

- A jak kurs jeździectwa? I spotkania golfowe? Zdobyłaś jakiś przyjaciół?

Wzdrygnęła się wewnętrznie na samo wspomnienie o golfie. Każda chwila spędzana w towarzystwie ojca nie należała do przyjemnych, a jeżeli dochodzili do tego jego znajomi... Cała ta napuszona, sztucznie uśmiechnięta śmietanka towarzyska i jej zblazowane dzieciaki. Rozpuszczone gnojki widzące w innych ludziach rzeczy, nie osoby. Spasione szczury walczące o miejsce na podium. Kury na najwyższej grzędzie, srające na te, co są pod nimi. Oczywiście nie wszystkie dzieci bogaczy były takie, ale te nieco bardziej normalne nie brały udziału w takich eventach jak rodzinno-biznesowy golf miejskich panów.

- Nie przepadam za golfem i klubem. Narzucona odzież sportowa mi nie odpowiada, sama gra jest nieciekawa, a moi tak zwani rówieśnicy... Różnimy się – odpowiedziała względnie szczerze. – Nie sądzę, aby czekały mnie tam nowe przyjaźnie, ale przynajmniej nie ma psów.

Doktor Taylor skrzywiła się słysząc o psach. Coleen reakcja terapeutki nie zaskoczyła – w końcu sama opowiedziała jej o swej fobii i tym w jak cudowny sposób ojciec usiłuje wyleczyć ją z lęku. Kobieta, jak tylko usłyszała o tym, próbowała mu wybić pomysł z głowy. Oczywiście bezskutecznie.

- Z całym szacunkiem dla twojego ojca, ale pod niektórymi względami to idiota. – Psycholog zabębniła palcami w blat stołu. – Właściwie to się dziwię, że tak dobrze to znosisz. Ile już trwa ten wolontariat? Półtora roku?

- Dwa lata z dużym hakiem.

- Podziwiam twoje opanowanie. Owszem, starcie z lękiem czasem pomaga w opanowaniu fobii, ale ciągły kontakt z nim i to wbrew woli... Masz nerwy silniejsze niż niejeden dorosły.

Coleen tylko się uśmiechnęła. Pozornie swobodnie, na luzie, a tak naprawdę z goryczą. Dzień w dzień wbrew woli ścierała się z wieloma gorszymi lękami niż psy. Najgorszym z nich była przyszłość.

Tak bardzo chciałaby kiedyś zamknąć oczy i ich już nigdy nie otworzyć. Niestety nie miała dość sił by znowu spróbować samobójstwa. Gdyby się po raz kolejny nie udało, a ojciec odkryłby, co chciała zrobić... Konsekwencje byłyby fatalne.

Żyła w strachu ze strachu. Ironia.

- Znaczy golf to nie twoja działka, a jak jazda konna? – dopytywała się terapeutka.

Coleen zastanowiła się.

- Nawet w porządku. Znaczy przyjaciół i tam nie znajdę, to te samo towarzystwo, co na golfie, ale konie nawet lubię. Samą jazdę nieszczególnie, ale zajmowanie się końmi jest w porządku. To wrażliwe zwierzęta...

Rozmowa toczyła się dalej. Pozornie zwyczajna, o zdawkowych sprawach, jednak raz po raz zahaczała o relacje Coleen z ojcem, o przeszłość, o głębsze tematy. Dlatego musiała się nieustannie pilnować – bardzo łatwo mogła stracić czujność i przypadkiem coś chlapnąć terapeutce. W dodatku ta bardzo umiejętnie prowadziła dialog. Wpierw trochę sztywno, jak ciocia pytająca „no co tam u ciebie", a potem zręcznie łapała za nitki tego, co zostało powiedziane lub przemilczane i ciągnęła. Delikatnie, niemal niezauważalnie, usiłując spruć gobelin sekretów upartej pacjentki.

- Czy ostatnio niepokoi cię coś nowego?

Pytanie zadane ni z tego ni z owego w środku „pogaduszkowych" podchodów niemal wytrąciło Coleen z równowagi. Niemal. W ostatniej chwili zdołała powstrzymać się przed pełnym zaskoczenia spojrzeniem na doktor Taylor. Właściwie nie wiedziała, co ją bardziej tknęło – samo pytanie czy zawarte w nim sformułowanie „coś nowego".

Owszem pojawiło się coś nowego. Niedługo po Burzy Stulecia. Obce, nieuzasadnione emocje, a czasem też zaburzenia czucia zaraz po przebudzeniu... Wrażenie, że ciało nie do końca należy do niej. Przypuszczała, że w końcu zaczyna wariować na amen. Wiedziała, że to kiedyś nastąpi i szczerze powiedziawszy niemal tak samo tego wyczekiwała, co się bała. Liczyła, że obłęd wybawi ją od piekła codzienności i przyszłości. Jednak szaleństwo mogło stanowić bramy do otchłani. Gehenny, gdzie bariery psychiczne nie istnieją, a toczące rzeczywistość plugastwo jest wyraźniejsze niż kiedykolwiek dotąd. Dlatego lęk wygrywał.

- Nie... - skłamała, ale niezbyt płynnie. Widziała w oczach terapeutki ten znajomy błysk „nie wierzę ci". Musiała sprostować. – Znaczy po burzy czuje się nieco niepewnie. W końcu pierwszy raz miałam do czynienia z takim kataklizmem. Nic wielkiego.

Terapeutka skinęła głową.

- Tak, to zrozumiałe. Wszyscy czujemy się... Niepewnie. Natura zaczyna się mścić za szkody jej wyrządzone i niewiele możemy z tym zrobić. Jesteśmy wobec niej tak mali... To może burzyć pewność siebie. Pewność jutra.

Pewność jutra... Bardzo chciałaby, aby ta została zburzona raz a porządnie, bo niestety dokładnie wiedziała, z czym owo jutro się wiąże. Jej los został przesądzony z dniem, kiedy przyszła na świat.

- Hm... Sądziłam, że psycholog powinien podbudowywać na duchu w takich sytuacjach, a nie przyznawać pacjentowi rację – mruknęła z przekąsem.

- Najpierw musi być gorzej, żeby mogło być lepiej, dobrze o tym wiesz. – Lekarka uśmiechnęła się łagodnie. – Poza tym dobry terapeuta nie powinien okłamywać pacjenta. W starciu z rozszalałym żywiołem człowiek naprawdę niewiele może. Zresztą dobrze powinnaś o tym wiedzieć z wcześniejszych doświadczeń.

Coleen doskonale wiedziała, do czego psycholog pije. Doktor Taylor naprawdę lubiła rozgrzebywać tę sprawę... Chociaż suma summarum wspomnienie nie należało do tych najgorszych. W pewien perwersyjny sposób było nawet przyjemne. Cudowne.

- To całkiem inna sytuacja. W burzę nie była uwikłana zła ludzka wola.

- Tak, to ludzie zamordowali twoją matkę i podpalili dom...

„Nie, dom podpaliłam ja, żeby mnie nie dopadli" – sprostowała w myślach.

- ...ale żywioł pozostał żywiołem. Niekontrolowanym i niszczycielskim.

- Owszem. Bo taką miał pełnić rolę. Niszczyć. Podpalenie to nie pożar lasu ani wybuch wulkanu pani doktor. Chociaż przyznaję, osoba uwięziona w płonącym domu ma śmieszne szanse na przeżycie. Szczęście...

„Albo raczej cholerne nieszczęście."

- ...że mieliśmy kamienną, dobrze wentylowaną piwnicę. Chociaż i tak mnie przypiekło.

- Brakuje ci matki? – zapytała nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz doktor Taylor.

Coleen uśmiechnęła się pobłażliwie. Pytanie wracało raz po raz, mimo że akurat na nie zawsze odpowiadała szczerze. Stare przeboje, powtarzane w kółko.

- Znaczy kogoś pełniącego funkcję matki, kto by mnie szczerze kochał? Owszem. Czy brakuje mi kobiety, którą wtedy zamordowano? Nie. Nigdy nie byłyśmy blisko. Nigdy nie zaznałam z jej strony czułości ani miłości. Nie przeszkadzała mi, ale... Nie darzyłam jej wielką sympatią.

Tak. Pamiętała to. Chłód od pozornie radosnej kobiety, którą bardziej interesowała nowa sukienka koleżanki niż własna córka. I proszki oraz kolorowe pigułki, które przynosił mąż. Które dawały jej szczęście.

- Większość rodziców kocha dzieci odruchowo, tak jak i dzieci odruchowo kochają rodziców. Nie sądzisz, że twoje wrażenia to wyparcie bólu związanego ze stratą? Uważasz, że matka cię nigdy nie kochała, że TY jej nie kochałaś, żeby nie musieć sobie radzić z bólem po jej utracie.

- Naprawdę nie rozumiem, czemu uparcie pani twierdzi, że utrata czegoś boli bardziej niż brak tego. – Wyciągnęła się w fotelu. Miękkim, wygodnym, sprzyjającym relaksowi. Wyznaniom. Podobnie jak równomierne tykanie zegara, pastelowo zielone ściany i przyjemnie neutralne wnętrze. – Naprawdę sądzi pani, że patrzenie na inne, otoczone miłością i ciepłem dzieciaki nie boli, kiedy nigdy się tego nie zaznało? Że całe życie zazdrościć i nawet nie wiedzieć, czego się zazdrości, jest lepiej niż opłakiwać stratę? Że niemal desperacko chcieć kochać i być kochaną przez swoją matkę, kiedy wie się, że to niemożliwe... - Westchnęła ciężko. – Jakoś wątpię, żeby było łatwiej. Łatwiej byłoby, gdybym sama siebie przekonała, że nie chcę, nie potrzebuję. Niestety już dawno skończyłam z okłamywaniem siebie.

„Ale nie ciebie... i reszty świata".

Terapeutka spojrzała na nią, a Coleen nagle poczuła smutek, gorycz i... Niechęć. Niechęć do siebie, która nie pochodziła od niej samej, chociaż i ona nie przepadała za sobą. Obce.

Podkurczyła palce stóp. Zawsze tak robiła, gdy ją coś naprawdę denerwowało. Zaciśnięcie ust czy też dłoni mogłoby być zauważone, ale nikt w trakcie rozmowy nie patrzy na stopy drugiej osoby.

„Cholera. Jeszcze tego mi trzeba. Prawdziwego obłędu."

Pani Taylor milczała, patrząc na nią zagadkowo. Być może wreszcie dobrała tak słowa, że terapeutka zrozumiała? A może nie. W końcu spotykały się od dwóch lat, a kobieta nadal nie potrafiła zrozumieć pewnych rzeczy... A reszty nie mogła i nie powinna.

Niedługo po tym, spotkanie dobiegło końca. Wychodząc z gabinetu Collen, chociaż na swój perwersyjny sposób lubiła spotkania z terapeutką, odczuła ulgę. Znikając z oczu doktor Taylor nie musiała już kontrolować każdego swojego oddechu. Ani ukrywać zdenerwowania. Przynajmniej nie do powrotu do domu. A zdenerwowana była, jak zwykle po terapii – nigdy nie miała stuprocentowej pewności, że psycholog nie zauważyła czegoś, czego nie powinna. Dodatkowo te dziwne „rzuty" emocjonalne. Zupełnie jakby coś weszło jej do głowy i oceniało wszystko, co robi zza jej oczu. Oceniało ją.

„Gdyby nie to, że zbugowany Glithtrap nadal chodzi za mną w wirtualnych rzeczywistościach, uznałabym, że to on mnie opętał" – pomyślała, uśmiechając się krzywo. Jednak uśmiech natychmiast spłynął jej z twarzy, a w żołądku pojawił się ten nieprzyjemny, zimny uścisk.

Potrząsnęła głową. Miała około trzech godzin dla siebie. Temperatura wreszcie osiągnęła normalne wartości, był ładny, pogodny, chociaż nieco wietrzny dzień, służby porządkowe zdołały uprzątnąć większość zniszczeń poczynionych przez burzę. Mogła się przejść do parku. Znaleźć jakąś cichą ławeczkę pod drzewem, uspokoić się. Wyciszyć. Tak, to był dobry pomysł.

***

William nie lubił Coleen. Na początku obserwacji dziewczyna martwiła go, budziła współczucie, ale potem, z każdym dniem coraz bardziej drażniła. Jej ojciec wychodził ze skóry, aby zbliżyć się do niej, okazać czułość, a ona jak reagowała? Zamykała się w sobie, dystansowała i stresowała. Zupełnie jakby położona na ramieniu ciepła dłoń była policzkiem, a przyjacielski uśmiech obelgą. Owszem pan Lesinsky momentami zachowywał się ciut władczo – zapewne zły nawyk z pracy – jednak nie w takim stopniu, aby budzić lęk. Podobnie z biedną panią Q. Sympatyczna, rumiana kobiecina aż tryskała życzliwością. Świergotała jak kanarek, nazywała Coleen „Słoneczkiem", pytała o samopoczucie, dogadzała jej, a ta nic. „Pełen uprzejmości dystans" – tyle starczyło, aby opisać zachowanie nastolatki. Jedynie w towarzystwie Tima nieco się rozluźniała, jednak i wtedy nieustannie się kontrolowała. Owszem, wśród rówieśników czasem rzucała jakimś swobodniejszym komentarzem – zwykle ironicznym bądź złośliwym – jednak generalnie unikała z nimi jakiegokolwiek większego kontaktu. Zdawała się w nich widzieć albo pochodzącą z plebsu niedouczoną i potencjalnie niebezpieczną hołotę, albo nowobogackich, narcystycznych dupków o przerośniętym ego. Tak, rozumiał, że może cierpieć na różne urazy psychiczne na tle śmierci matki i innych wydarzeń. Jednak mimo wszystko powinna doceniać starania innych, tym bardziej, że ewidentnie samotność jej nie służyła.

Zblazowana, patrząca na innych z góry nastolatka z silną traumą, przejawiająca zachowania autodestruktywne i uciekająca od rzeczywistości w świat gier. Trudno kogoś takiego darzyć chociaż cieniem sympatii. Współczuciem i owszem, bo też dziewczynie szczerze współczuł. W końcu, mając ledwie sześć lat, widziała jak dwójka mężczyzn gwałci i morduje jej matkę... A potem podpala dom chcąc zatrzeć ślady. Ledwo przeżyła, jednak pamiątka w postaci paskudnych blizn miała jej towarzyszyć przez całe życie.

Naprawdę trudno nie współczuć komuś, kto przeżył coś takiego. Jednak współczucie i sympatia to dwie różne rzeczy. Dlatego – mimo całego współczucia, które miał dla Coleen – nie lubił jej.

Nic więc dziwnego, że miał coraz mniejsze obiekcje, co do zawładnięcia ciałem dziewczyny. W końcu ta i tak niszczyła sobie życie, prawda? Zresztą nie zamierzał zatrzymywać jej powłoki na zawsze. Chciał załatwić to, co musiał załatwić, a potem mógł usunąć się w cień. Ewentualnie poszukać nowego nośnika dla swojej jaźni, chociażby kolejnego animatronika. Byle... Byle nie takiego jak poprzedni.

Wewnętrznie zmarszczył się, myśląc o swej egzystencji w postaci Springtrapa, jak go nazwały te przeklęte gry. Nieustanny ból jeszcze mógłby znieść, ale to cholerstwo... Ten dziwny ucisk w głowie, nieustanna agresja, brak kontroli nad samym sobą, rwący się kontakt z rzeczywistością. I strach. Lęk, że kogoś skrzywdzi. Znowu. Bo skrzywdził... Na pewno zabił tego biednego idiotę, który go znalazł. Do tej pory z niezwykłą dokładnością pamiętał zaskoczenie w przerażonych, brązowych oczach, niemy krzyk wypełniający rozwarte usta, trzask kręgosłupa pod swoimi palcami. Potem... Nie kojarzył samych zdarzeń, ale raz powrócił do świadomości mając okrwawione dłonie. No i wtedy, gdy wybuchł pożar... Prawie zabił nocnego stróża. W ostatniej chwili się opamiętał i wywlókł mężczyznę z płonącego budynku, nim ten się zawalił. Biedak, pewnie do tej pory miał koszmary na tle tego, co się wydarzyło. O ile jeszcze żył.

Wielkie wargi siwego, niemal idealnie szarego konia łaskotały dłoń Coleen, gdy zlizywał cukier. Ciepły oddech zwierzęcia owiewał jej twarz, a długie uszy strzygły ciekawie. Wydawało się, że obecność wierzchowców naprawdę ją uspokaja. Dziwne. Nawet jego, gdy przebywał w ciele dziewczyny, bliskość wielkiego anglika przytłaczała. Gdyby chciał, koń mógłby ją w ciągu jednej chwili zadeptać na śmierć. Jednak nastolatce to nie przeszkadzało. Raz po raz gładziła silny kark niemal całkowicie odprężona. I to mimo dzisiejszej sprzeczki z pozostałymi uczestniczkami klubu jeździeckiego... o ile mógł to w ogóle określić mianem sprzeczki. Otóż jedna z dziewcząt – urodziwa blondynka po kilku pomniejszych operacjach plastycznych – oskarżyła Coleen, ku jej niemałemu rozbawieniu, o podrywanie swojego chłopaka. Cóż, rzeczony chłopak istotnie wyraził zainteresowanie Coleen, czy też raczej koneksjami, jakie mógłby zyskać, randkując z córką prokuratora, jednak ona nie wyraziła nim. W uprzejmy, ale jednocześnie bezlitosny sposób wygłosiła swoją opinię o absztyfikancie, kończąc wypowiedź zdaniem: „poza tym ojciec w życiu nie zaakceptowałby cię, jako mojego chłopaka i próbując mnie poderwać, mógłbyś co najwyżej skończyć w dole z wapnem". Pewność dziewczyny w ostatnich słowach skutecznie go zniechęciła. William musiał przyznać, że zaimponowała mu tym. Podobnie odpowiedzią, jaką udzieliła blondynce – ponownie brutalnie szczerą, ale uprzejmą. Niestety tu pojawił się zgrzyt. Otóż odpowiadając nie tylko uraziła zaczepiającą ją dziewczynę, ale wszystkich w zasięgu słuch... A przynajmniej tych ze swojej warstwy społecznej. Resztę zaś – w tym jego – zraziła, wychodząc na zimną, wywyższającą się sukę, która pozjadała wszystkie rozumy.

Wydawać by się mogło, że bardziej dba o opinię konia niż innych ludzi.

Poklepała ostatni raz mocny kark, przerzuciła siodło przez ramię i wyszła z boksu, starannie zasuwając za sobą zasuwę. Odprowadzało ją czujne spojrzenie brązowych oczu zwierzęcia. Ciekawskie, łagodne. I mnóstwo nieprzychylnych zerknięć pracowników stajni oraz innych jeźdźców.

Po odłożeniu ekwipunku na miejsce, wyszła na zalany słoneczny plac. William, gdyby mógł, zamruczałby z rozkoszy, czując dotyk słońca na skórze, jednak na Coleen zdawał się on nie robić wrażenia, podobnie jak piękno okolicy – wokół rozścielały się łagodnie, upstrzone nielicznymi drzewami wzgórza. Ponownie dopadał ją stres, gdy mrużąc oczy szukała wśród zaparkowanych samochodów, wozu ojca. Nagle uwagę nastolatki zwrócił klakson. Spojrzał w kierunku, z którego dobiegł ją dźwięk i nieznacznie się rozluźniła, widząc, że za kierownicą samochodu nie siedzi prokurator, tylko Fred. William przeciwnie. Dostrzegłszy lokaja poczuł ukłucie zdenerwowania – facet wyglądał jak niemiecki morderca na zlecenie. Zimny, oschły, o pustym spojrzeniu kogoś, dla kogo zabić znaczy tyle co splunąć. W dodatku otaczała go ta dziwna, przypominająca dotyk kostuchy aura emocjonalnego chłodu. William znał ją aż nazbyt dobrze.

- Pan prokurator ma dzisiaj sprawy na mieście i muszę go za kwadrans odebrać ze sądu – oznajmił lokaj, jak tylko podeszła do wozu. – Nie mam czasu, więc tylko podrzucę panienkę do miasta. Dalej da sobie panienka radę, prawda?

Skinęła głową i bez słowa usiadła na miękkiej, skórzanej kanapie z tyłu samochodu. Niecałe dziesięć minut później byli w centrum, gdzie Coleen wyskoczyła z wozu, rzuciła Fredowi krótkie „cześć" i nie odwracając się za siebie, ruszyła między budynki.

William nie musiał być geniuszem, aby zauważyć, że Coleen nie tylko nie przepada za swoim ojcem, od którego wolała nawet ponurego lokaja, ale też domem. Dlatego nie zdziwiło go, że nie obrała trasy prosto do domu, tylko ruszyła okrężna drogą, wlekąc się przy tym niemiłosiernie. Nie, żeby go to martwiło – z ciekawością oglądał otoczenie i cieszył się niespodziewanym spacerem. Z drugiej jednak strony miał nadzieję, że dziewczyna utnie sobie poobiednią drzemkę – tylko gdy spała, mógł spokojnie rozprzestrzeniać się po jej układzie nerwowym. Przejmować kontrole nad mięśniami, głosem, wzrokiem, ciałem. Parę razy nawet zrobił sobie małą przechadzkę po domu, gdy świadomość Coleen smacznie spała... No, może nie smacznie. Dziewczyna chyba od lat nie zaznała czegoś takiego, jak w pełni spokojny sen.

On sam też nie.

W każdym razie, gdy nastolatka spała, jej ciało należało do niego... A niedługo miało należeć przez cały czas. Oczywiście, jeżeli jego teoria na temat tego, jak przejąć stery, była trafna. Niestety przed próbą generalną musiał wszystko wstępnie przetestować.

Okazja do testu pojawiła się jak na życzenie.

Przechodząc obok jednej z bocznych uliczek Coleen zauważyła dwie nastolatki znęcające się nad młodszym, na oko jedenastoletnim chłopakiem. Dziewczyna rozpoznała agresorki, a widok wywołał w niej gniew, jednak nie zrobiła nic, aby pomóc chłopcu – szła dalej, unikając patrzenia na pełną przemocy scenę. Postanowił „nakłonić ją", aby pomogła bitemu dzieciakowi. Zamierzał zrobić to w sposób po równi prosty, co niestandardowy – za pomocą złości.

Sceny dręczenia dzieci przez dzieci, szczególnie młodsze przez starsze, budziły w nim gniew. Tym większy, że wiązały się z bolesnymi wspomnieniami. Gorzkimi niczym żółć. Zwykle, będąc w ciele Coleen, usiłował tłumić tego typu emocje, aby nie niepokoić dziewczyny, ale nie teraz. Teraz pozwolił złości płynąć swobodnie, połączyć się z gniewem nastolatki... Który zawrzał i natychmiast wzrósł.

Tak jak podejrzewał. Jego emocje, kiedy były tego samego rodzaju jak te dziewczyny, działały niczym katalizator. Uwalniały to, co dziewczyna usiłowała schować w głębi siebie.

Coleen zatrzymała się. Zacisnęła pięści tak, że zbielały jej kłykcie. Odwróciła się w stronę dziewczyn.

- Może byście zostawiły kolegę, co? Jeżeli nie ma przy sobie więcej pieniędzy, to już nic z niego nie wydobędziecie, choćbyście nie wiem jak naciskały.

Chłopak, drobnokościsty Latynos o zielonych oczach, spojrzał na nią zaskoczony. Równie zaskoczone były agresorki. Jedna z nich, urodziwa Azjatka w zwiewnej sukience, błyskawicznym ruchem wyjęła z torebki nóż i zrobiła szybki krok w stronę Coleen.

- A ty kim jesteś, żeby się wpierdalać, co? Przejechanie nożem po żebrach ci nie starczyło, serio mamy ci ciachnąć gardło?

To był właśnie ten moment, w którym William pożałował swojej decyzji. Liczył, że dziewczęta to dwie, zwykłe łobuzice, nie wariatki z nożem... Gotowe tego noża użyć. Naprawdę bardzo chciałby się wycofać, ale nie mógł. Na widok noża z Coleen zaczął wylewać się strumień gniewu... Nie, nie gniewu. Agresji. Czystej jak kryształ, gorącej niczym wnętrze piekła, której wartki nurt porwał i jego. Stracił kontrolę nad Coleen, nad sobą, nad wszystkim. Świat utonął w czerwonej łunie.

Nie potrafił powiedzieć, co dokładnie stało się potem. Padły jakieś słowa... groźby. Wulgarne. A potem zaczęła się bójka, chociaż bójka to chyba zbyt dużo powiedziane. Owszem, Coleen była nieuzbrojona i niezbyt silna, ale napędzana furią swoją i jego stanowiła przeciwnika nie do pozazdroszczenia. Spadła na agresywne nastolatki niczym młot sprawiedliwości, rozgramiając. Wyczuł, że pokonała je... że pokonali je, na dobrą chwilę, nim donośny krzyk i męski chwyt przywróciły go do rzeczywistości.

- Zabijesz ją!

Zamrugał... Nie to Coleen zamrugała, ściskana w pół męskim ramieniem, wisząc nad przerażoną, okrwawioną Azjatką. W uniesionych dłoniach trzymała rozbitą butelkę, którą najwyraźniej właśnie miała zamiar wbić w gardło dziewczyny... Mieli zamiar wbić.

William, chociaż nie potrafił dokładnie odtworzyć przebiegu wypadków, czuł... wiedział, że część ciosów, które spadły na napastniczki, nie wyprowadziła jego nosicielka, tylko on. Część zaś zadali oboje, wspólnie. Tak jak wspólnie o mało co by nie zabili dziewczyny.

Wzdrygnął się wewnętrznie.

Skołowana, dysząca jak lokomotywa Coleen puściła szyjkę butelki i odwróciła się w stronę trzymającego ją mężczyzny... Tima, jak się okazało. Na krągłej twarzy malowało się niedowierzanie i strach, a z oczu wylewały niepokój i troska.

- Ja... - zaczęła nieskładnie, ale zająknęła się. – Ja chyba straciłam panowanie nad sobą. Wybacz.

Przełknęła głośno i potoczyła dookoła wzrokiem. Nóż, którym groziła jej Azjatka leżał porzucony pod ścianą, druga z dziewcząt kuliła się na ziemi, przyciskając dłonie do mocno krwawiącego nosa. Chłopaka, w którego obronie stanęła, nigdzie nie było widać. Najwyraźniej postanowił się ulotnić, gdy sprawy zaszły za daleko.

- Tak... Straciłaś kontrolę, to widzę. Chodź, zanim narobisz sobie kłopotów.

Mężczyzna podniósł nadal skołowaną nastolatkę i ewakuował z niebezpiecznego regionu, nim pobite dziewczyny zdołały się zreflektować. Coleen odzyskała rezon dopiero chwilę potem, ciągnięta przez Tima w nieznanym Williamowi kierunku.

- Gdzie idziemy? – zapytała.

- Do mnie.

William wykonał mentalny odpowiednik uniesienia brwi. Owszem, sytuacja nie należała do najweselszych i to z jego własnej winy, ale był ciekawy mieszkania Tima. Poza tym, chciałby wiedzieć, gdzie ten dokładnie mieszka, na wypadek, gdyby kiedyś potrzebowała jego pomocy. Po przejęciu ciała Coleen rzecz jasna.

Dziewczyna nagle stanęła, a w każdym razie nieudolnie stanąć spróbowała, bo Tim nadal ją ciągnął za sobą, a chwyt miał nadspodziewanie silny.

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł...

- Laska, ty się widziałaś? – zapytał patrząc na nią. – Poza tym mowy nie ma, żebym cię zostawił samą, po czymś takim. Jeszcze kogoś rozwalisz i co wtedy?

- Minimum dwadzieścia pięć lat życia na koszt państwa ewentualnie połączonego z leczeniem psychiatrycznym? – zapytała z przekąsem. Nie brzmiała, jakby martwiła ją ta perspektywa, wręcz przeciwnie. William nawet odniósł wrażenie, że żałuje, że Tim ją powstrzymał.

- Mniej-więcej tak. O ile nie zastrzyk śmierci. Dlatego albo idziesz do mnie, żeby tam ochłonąć i się ogarnąć, albo odprowadzam cię pod drzwi domu. I nie ma dyskusji, chyba, że mnie też pobijesz.

Przez Coleen przetoczyła się taka mieszanka emocji, że William, gdyby mógł, zaśmiałby się. Co jak co, ale tłuścioszek zadał jej klina.

- Niech ci będzie, idziemy do ciebie – mruknęła niechętnie.

Jak się okazało, Tim mieszkał w jednopokojowym, ale dość przestronnym lokum, w średnio zamożnej, szarej i nieciekawej dzielnicy. Jednak jego mieszkania ani szarym, ani nieciekawym nazwać nie było można. Głównie dlatego, że stawiając w nim nogę w nieodpowiednim miejscu człowiek mógł się potknąć o coś krzykliwie kolorowego i zabić o coś równie barwnego. Półki oraz wszelkiego rodzaju powierzchnie pokrywały starannie ułożone i wyczyszczone gadżety z przeróżnych gier i komiksów, głównie tych związanych z Legendą Fazbeara. A przynajmniej te cenniejsze. Mniej cenne zostały ułożone w stosach na podłodze, a nawet wkradały się na fotele, kanapę i stojące w rogu pokoju za szkarłatna zasłonką łóżko. Jedyne, czego nie opanowały, to olbrzymie stanowisko komputerowe nasuwające Williamowi na myśl konsolę sterującą statku kosmicznego oraz ogromny koci drapak-domek. Na szczycie owego drapaka siedziało tłuste, bardziej przypominające futrzaną piłkę niż żywe zwierzę, kocisko. Idealnie czekoladowo-brązowe o zaokrąglonych uszach i zapiętej na szyi czarnej obróżce-muszce. Na widok gości zeskoczyło – zręcznie, ale kompletnie bez gracji – na podłogę. Gdy uderzyło w drewniane panele, rozległo się donośne tąpnięcie, a meble nieznacznie zadrżały.

- Cześć Fredzia – przywitał się ze zwierzakiem Tim, a kotka podeszła do nich na sztywnych łapach obrzucając Coleen taksującym spojrzeniem.

„Fredzia". W sumie William mógł się tego spodziewać. Facet ewidentnie miał manię na punkcie „Legendy Fazbeara". Maskotki, figurki, a nawet książki i gazety zawierające artykuły o zniknięciach dzieci...

Kiedy napotkał wzrokiem oprawiony w ramkę artykuł o wypadku z osiemdziesiątego trzeciego, poczuł jak coś w nim zamiera. „Tragedia w Fredbear's Family Dinner! Poszkodowane dziecko!" brzmiał pozbawiony oryginalności i polotu tytuł, mający przyciągnąć uwagę czytelnika wykrzyknikami. Na czarno-białym zdjęciu widniał Fredbear. Cienie padające na jego głowę sprawiały wrażenie plam krwi.

Naprawdę krwi było bardzo mało, przynajmniej na maszynie. Mechaniczny niedźwiedź miał ledwie przybrudzone zębiska, za to twarz Normana, jego głowa...

Nie chciał pamiętać. Nie chciał, nie chciał, nie chciał, nie chciał, nie chciał, nie chciał! Ani tego, ani tego, co potem.

- Coleen, wszystko w porządku?

Dziewczyna spojrzała na Tima i powoli skinęła głowa, a William zrugał się w myślach – nie powinien tracić nad sobą kontroli. Przez jego emocjonalne napady Coleen znowu zachowywała się dziwnie.

- Tak... Przez chwilę tylko źle się poczułam – mruknęła. – Mogę do łazienki? Pewnie po tym... Incydencie wyglądam strasznie. Zresztą sam coś wspominałeś.

- Jasne. Między innymi po to cię przyprowadziłem. Idź, zrób te babskie czary, a potem klapnij na sofę, a ja puszczę zestawienie filmów ze śmiesznymi kotami... Tak na uspokojenie. No i, jeżeli będziesz chciała, może mi powiesz, o co chodziło.

- Nie ma o czym opowiadać – rzuciła przez ramię. – Poprosiłam grzecznie dziewczyny, żeby przestały się znęcać nad jednym smarkaczem, te zamiast podjąć dialog, wyjęły nóż i zaczęły mi grozić... I jakoś poszło.

- I dlatego pobiłaś siostrę miejscowego dilera?

„Siostrę dilera? Genialnie William. Lepiej wybrać nie mogłeś. Cholera by to..." – wytknął sobie własną głupotę. Wplątał Coleen w konflikt, o którego konsekwencjach nie miał pojęcia, a który mógł się odbić i na nim samym. W dodatku, zdaje się, to właśnie te dziewczyny odpowiadały za jej ranę na żebrach. Naprawdę nie popisał się tego dnia.

- Diler, w przeciwieństwie do swojej siostrzyczki, nie jest uzależnionym od prochów, agresywnym kretynem. Wie, że napaść na córkę prokuratora to idiotyzm i prędzej niż spróbuje się na mnie zemścić, przywoła siostrzyczkę do porządku. Swoją drogą, skąd wiesz, że to diler?

- Babcia kupuje od niego marihuanę – odparł szczerze. A przynajmniej tak brzmiał. – W sumie masz rację, ale mimo to... Mimo to poszukam jakiejś fajnej kompilacji z kotami. Obejrzysz, zrelaksujesz się, znikniesz na chwilę.

William przelotnie zastanowił się nad tym, jaką osobą jest babcia Tima, jednak szybko jego uwagę od tej kwestii odwróciło odbicie Coleen w lustrze. Odbicie dość żałosne – włosy potargane, twarz umorusana, strużka krwi cieknąca z nosa. Szczęśliwie sam nos wyglądał na cały, podobnie jak skóra twarzy – żadnych otarć, sińców czy skaleczonych warg. To dobrze. Co prawda oba kolana miała rozbite, jeden z łokci stłuczony, o sińcach i otarciach pokrywających ramiona i nogi nie wspominając, ale te mogła zaryć rękawami czy też nogawkami... Ewentualnie zrzucić na wypadek w schronisku bądź stajni, jeżeli zostaną zauważone. Co jak co, ale William, mimo sympatii do ojca Coleen, w pełni zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo może jej zaszkodzić, gdyby sprawa wyszła na jaw. Jej i - co ważniejsze - jemu również.

Doprowadzenie się do porządku nie zajęło Coleen wiele czasu, a to ze względu na cały zestaw kosmetyków, jaki posiadał Tim. Kosmetyków, czyścideł do usuwania plam „na szybko" oraz rozmaitych, błyskawicznych plastrów i opatrunków. Pod względem wyposażenia apteczki i kosmetyczki mógł konkurować z największymi hipochondrykami i modnisiami. Dziwne jak na mężczyznę... A przynajmniej dziwne dla urodzonego w latach czterdziestych Williama. Obecnie wszystko było bardziej liberalne. Płynne. Jednak mógł iść o zakład, że trzymanie w łazience odkurzacza ręcznego to dziwactwo bez względu na płeć trzymacza oraz dekadę. Dobrą chwilę zastanawiał się, po co on Timowi akurat w łazience. Przestał, gdy Coleen zaczęła odkurzać umorusane ubranie.

„No tak. Stereotypowy kawaler. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają" – pomyślał, spoglądając oczyma przygładzającej włosy Coleen w lustro. Dziewczyna wyglądała już prawie dobrze. Na tyle, aby po wstępnym ochłonięciu przy filmach ze śmiesznymi kotami, wrócić do domu, nie zwracając uwagi sąsiadów.

***

Coleen zdawała sobie w pełni sprawę, że chyba zaczyna wariować. Właściwie, po napaści na Chloe i Trish, nawet to zakładała. Szkopuł w tym, że jednocześnie zaczęła zakładać, że coś obcego przejmuje nad nią kontrolę. Dlaczego? Cóż, gdyby chodziło o sam atak na znęcające się nad dzieciakiem dziewczyny, zrzuciłaby wszystko na karb obłędu. Jednak emocje, jakich doznała, gdy zerknęła na stary artykuł u Tima... One z całą pewnością nie należały do niej. Nie miała najmniejszego powodu, aby je czuć, tym bardziej, że dopiero po dłuższej chwili gapienia się na oprawiony wycinek, zrozumiała, czego on tyczy.

Zaczęła nawet mieć irracjonalne podejrzenia co do tożsamości swojego dzikiego lokatora... Pasożyta. Podejrzenia, które ledwie dwa dni później zaczęły się ocierać o pewność – obudziła się zmęczona jakby w ogóle nie spała, siedząc przed komputerem i mając przed oczyma artykuły na temat Fazbear Entertainment, Afton Robotics, rodziny Aftonów i Henry'ego Rozenberga.

Owszem, istniała niewielka możliwość, że jej podświadomość zaraziła się fazbearowym świrem od Tima, ale jakoś nie wierzyła w to. Tym bardziej, że wcześniej nie poczuła najmniejszego zainteresowania tematem. Historia, teorie spiskowe i tym podobne nigdy jej nie ciekawiły – zbyt dużo miała podobnego gówna na co dzień. Tymczasem jej ciało spędziło całą noc grzebiąc w historii fazbearowskich firm, najwyraźniej szukając brudów i teorii spiskowych.

Jej dziki lokator... Jeżeli miała rację, co do jego tożsamości, nie musiała robić wiele, aby się z nim skonfrontować. Rzecz w tym, że opcja, iż to nie żaden mentalny pasożyt, tylko zwyczajny obłęd, pozostawała otwarta, więcej niż prawdopodobna i o wiele bardziej racjonalna od teorii o przejmującym kontrolę intruzie. Niby sprawdzenie nic jej nie kosztowało, ale... Ale nie miała siły na jakiekolwiek konfrontacje. Nie dość, że czuła się wyżęta jak ścierka po starciu z Trish i Chloe, to jeszcze pełna lunatykowania noc i ojciec. Wczoraj oznajmił, że jutro mają przyjechać na kolację SPECJALNI goście, a specjalni goście ojca nigdy nie wróżyli niczego dobrego.

Poczuła uścisk w żołądku. Miała już dość tego wszystkiego. Naprawdę chciałaby, żeby...

Rozmyślania przerwało jej raptowne pukanie do drzwi.

- Coleen zbieraj się szybko i schodź na dół na śniadanie.

W jej umyśle niemal natychmiast zapłonęła czerwona lampka ostrzegawcza. Śniadanie? Tak wcześnie? W deszczową sobotę, kiedy nie było mowy o golfie? Dziwne...

- Idziemy na golfa? Przecież pada... - zawołała, zwlekając się z krzesła komputerowego.

- Nie idziemy na golfa, ale ty masz wizytę u lekarza. Dlatego zbieraj się i bez gadania. Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą przez drzwi.

Odgłos oddalających się, ciężkich kroków oznajmił jej, że ojciec odszedł. Westchnęła głośno. Lekarz, tak? Pytanie tylko jaki i dlaczego tak znienacka. Chociaż może lepiej nie wiedzieć...

Jakieś trzydzieści minut później wyszorowana, ubrana i uczesana siedziała w jadalni, równie bezbarwnej, co reszta domu. Jasne panele zlewały się z kremowymi ścianami, na których tle rysował się wyraźnie czarny, lakierowany stół wraz z krzesłami – jedyny niemdły element wystroju. Reszta – białe ramki na zdjęcia, złocisto-kremowe zasłony, a nawet kryształowy żyrandol nadawały wnętrzu wygląd tortu waniliowego.

Dłubiąc w jajecznicy, od czasu do czasu zerkała na siedzącego naprzeciw ojca pochłoniętego elektronicznym wydaniem miejscowej gazety codziennej. Po dłuższej chwili wahania, zapytała:

- To do jakiego lekarza idę? Nie przypominam sobie, abym miała jakąś umówioną wizytę.

- Raz na rok, dwa, przydałoby się zrobić ogólny, ale dokładny przegląd, więc idziesz do wszystkich dostępnych od ręki. Lekarz ogólny, laryngolog, ginekolog, endokrynolog, kardiolog badania krwi, moczu, ogóle prześwietlenie i co tam jeszcze nie wymyślą. Skoro golf odwołany, trzeba ten dzień wykorzystać w inny sposób.

„Skoro golf został odwołany..." Skoro miała wizyty u szeregu specjalistów, musiało to zostać ustalone z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Pytanie tylko, po co? Wiedziała, że ojca nie ma sensu pytać – tylko by się zirytował, że zarzuca mu nieszczerość. Cóż, prędzej czy później się dowie, o co w tym wszystkim chodzi. Na razie postanowiła się tym nie przejmować i mieć nadzieję, że lekarze wykryją coś śmiertelnego.

Godzinę później Fred odwiózł ją do lśniącej chromowanymi i szklanymi powierzchniami, przypominającej bardziej niż szpital, biurowiec kliniki. Tam lekarze, a była ich cała rzesza, opukali i osłuchali ją ze wszystkich stron, zajrzeli w każdy możliwy otwór, pobrali wszystkie możliwe płyny i prześwietlili, co się dało. Pod koniec, w trakcie testów wysiłkowych na bieżni, Coleen zaczęła mieć wrażenie, że ojciec zamierza ją wystrzelić w kosmos, bo chyba tylko astronauci przechodzili tak szczegółowe badania.

Po ponad ośmiu godzinach lekarze zgodnie orzekli, że fizycznie jest okazem zdrowia – nawet próchnica jej nie dotknęła – i z tą informacją odesłali do domu. Tam zjadła obiad i... Wykończona badaniami oraz nieprzespaną nocą padła jak długa. Niestety pobudka następnego dnia nie należała do najprzyjemniejszych. Głównie dlatego, że nie ona obudziła się pierwsza.

Kiedy oprzytomniała, miała otwarte oczy i siedziała na łóżku. Przestraszona odruchowo próbowała wstać, ale nie mogła. To coś, co tkwiło w jej głowie, przejęło kontrolę. Spychało ją na dalszy plan. W ciemne zakamarki umysłu.

Przestraszona zaczęła walczyć z najeźdźcą. Wytężyła całą swoją wolę i zaczęła napierać, wypychając obcą świadomość. Ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Pasożyt uderzył wspomnieniem. Swoim wspomnieniem.

„Ciemność. Gęsta, lepka ciemność, z której powoli wyłaniała się świadomość. Jaźń skąpana w trudnym do opisania bólu. Wydając z siebie rozedrgany jęk cierpienia, otworzył oczy, jednak jedyne, co zobaczył, to nieprzenikniony mrok. Nozdrza wypełnił mu zapach rzeźni, wszechobecnej krwi, który wlał w jego umysł przerażenie.

Nie miał pojęcia gdzie jest, ani co mu się przytrafiło. Ostatnie, co pamiętał, to animatroniki. Jeden z nocnych stróżów zaginął i to one za tym stały. Zabiły biedaka. Wiedział to. Zabiły stróża z jego winy. Nie mógł pozwolić, aby skrzywdziły kogoś jeszcze, więc wziął siekierę i poszedł się z nimi rozprawić... Resztę spowijała ciemność zapomnienia.

Rozdzierany przez potworne cierpienie, dygocząc jak w febrze dotknął twarzy, lecz pod palcami nie wyczuł ludzkiego, miękkiego ciała tylko twardą, przyobleczoną w brezent powierzchnię... Równie twardą jak same palce. Zdjęty narastającym lękiem zadrżał.

Nadludzkim wysiłkiem, wyjąc z bólu, wstał i zaczął iść przed siebie, dopóki nie napotkał ściany. Wtedy ruszył wzdłuż niej, gładząc dłonią chropowatą powierzchnię, zatrzymując się tylko, gdy drogę zagrodziła jakaś niewidoczna przeszkoda. W końcu napotkał palcami włącznik. Rozległo się ciche „pstryk" i samotna, zwisająca z sufitu żarówka rozbłysła przymglonym światłem, ukazując wnętrze zagraconej starymi, połamanymi meblami i zniszczonymi sprzętami, niedużej piwniczki. Znał to miejsce... Znajdowało się pod pizzerią. Dawny schowek na alkohol pamiętający jeszcze czasy prohibicji. Wiedzieli o nim tylko on, Henry i parę osób z ekipy remontowej, która przygotowywała lokal. Jeżeli został tu zamknięty, nikt mu nie pomoże...

Lęk przeobraził się w panikę. Chwiejąc się na nogach, ruszył w stronę drzwi, lecz nagle błysk i ruch przykuły jego uwagę. Odwrócił się w stronę, gdzie je zobaczył i ujrzał lustro. Lustro, a w nim swoje odbicie – nadniszczonego, przesiąkniętego krwią kostiumu Springbonniego, z którego rozwartych ust wychylała pokiereszowana, ludzka twarz. Jego twarz.

Zbyt zaskoczony na przerażenie zamrugał, lecz to nie jego powieki odpadły i podniosły się, a te kostiumu. Wtedy właśnie zdał sobie sprawę, że czuje nie tylko swoje storturowane, spowite w całun bólu ciało, ale też kostium... Tak jakby stanowił część jego samego.

Wspomnienia powróciły. Były jak fala. Jak pochłaniające wszystko na swej drodze tsunami. Animatroniki... Zniszczone, ale nieoczekiwanie rzucające się na niego. Razem. Na raz. Zagoniony do składziku założył ten przeklęty kostium, a wtedy ból. Potworny, rozdzierający ból, dziesiątki metalowych części przeszywających jego ciało, krzyk usiłujący się wyrwać z podziurawionych płuc, smak krwi w ustach.

Powinien być martwy. Powinien, ale w żadnym wypadku martwy się nie czuł. Mało tego, WIEDZIAŁ, że żyje. Nie miał pojęcia, jak, ale...

W ułamku sekundy zdał sobie sprawę ze swego położenia. Był uwięzionym w zapomnianej przez świat klitce, pokiereszowanym połączeniem storturowanych zwłok i mechaniczno-robotycznego kostiumu. W niezwykły i potworny sposób żyjącym, skazanym na nieustanne cierpienie, samotność i... ciemność jak tylko przepali się wiekowa, mrugająca co jakiś czas żarówka. Śmierć w porównaniu do losu, który go czekał, stanowiła marzenie.

Panika uderzyła go z całą siłą. Nie bacząc na ból, dopadł metalowych drzwi i zaczął w nie z całych sił walić pięściami, krzycząc tak głośno, jak tylko potrafił. Wrzeszczał i wrzeszczał, chociaż jego płuca stanowiły dwa płaty poszatkowanego mięsa, chociaż nikt nie miał prawa go słyszeć. Wrzeszczał pożerany przez nieludzkie przerażenie i rozpacz."

Zamknięte we wspomnieniu emocje poraziły ją. Straciła „chwyt" i pozwoliła zepchnąć się na dalszy plan. Jej ciało ponownie należało do niego... Ale nie zamierzała się poddać. Sama miała niemałą kolekcję bolesnych wspomnień, którymi mogłaby się podzielić ze swym przeciwnikiem... Na początek wybrała lżejsze z nich. Tych mocniejszych mogła potrzebować w dalszej batalii.

Skupiła się, wydobyła z otchłani pamięci konkretne wspomnienie, usiłując przypomnieć sobie jego najdrobniejszy detal i pchnęła je w kierunku obcej świadomości.

„Stała przed wielkim lustrem eleganckiej toalety w eleganckiej restauracji, ubrana w elegancką sukienkę. Patrzyła w oczy swemu odbiciu – w puste oczy eleganckiej, jedenastoletniej dziewczynki... której życie zostało przypieczętowane w dniu narodzin. Która tkwiła w pułapce bez wyjścia.

Pozornie bez wyjścia.

Zacisnęła dłoń na czerwonym sznurze, który odwinęła z broniących wstępu do części dla personelu pachołków. Bała się tego, co miało nastąpić, ale nie tak bardzo jak bała się przyszłości.

Zerknęła na korytarz – nikt się nie zbliżał. Dobrze, mogła zaczynać. Im prędzej, tym lepiej, bo też nie miała czasu do stracenia – lada moment mógł zacząć szukać jej ojciec.

Weszła do ostatniej w rzędzie wolnej kabiny i starannie zamknęła za sobą drzwi. Opuściła klapę sedesu, stanęła na niej. Zawiązała prowizoryczną pętlę, przerzuciła ją nad przebiegająca nad toaletą rurą. Przywiązała sznur do rury, wsadziła głowę w pętlę. Dociągnęła.

Po policzkach popłynęły gorące łzy, broda zadrżał, ciało przeszedł dreszcz.

Zrobiła krok do przodu.

Pętla, chociaż prosta i zawiązana niewprawnymi dłońmi, okazała się skuteczna. Sznur zacisnął się, miażdżąc tchawicę. Płuca zapłonęły żywym ogniem, z rozwartych ust wydobył się charkot. Nogi – poruszane instynktem samozachowawczym, desperacko usiłującym utrzymać ją przy życiu – szaleńczo wierzgały, szukając podparcia... Ale nie znalazły. W końcu znieruchomiały. Świat zaszedł mgłą, a umysł powoli zaczęła ogarniać cudowna ciemność nieświadomości.

Nieświadomości, którą rozproszył czyjś dotyk, przywracając ją do świata żywych. Tuż nad sobą ujrzała młodego mężczyznę o pociągłej twarzy i błękitno-szarych, wypełnionych przerażeniem oczach. Szarpał za jej ramiona, mówił coś drżącym głosem, niemal płakał. Nagle odtrąciło go silne męskie ramię i ujrzała ojca. Poważnego, surowego, emanującego chłodem i gniewem.

Zdjęta przerażeniem jakiego jeszcze w życiu nie zaznała, odwróciła wzrok, bojąc się spojrzeć ojcu w oczy. Chciała krzyczeć, ale ze zbolałego gardła nie wydobył się nawet jęk."

Przeciwnik puścił i bez trudu wypchnęła go sprzed sterów. Drżąc, oczekiwała kontrataku, lecz ten nie nastąpił. W końcu chwiejnie wstała, ale czuła się, jakby nogi miała z waty.

„To wspomnienie... To na pewno on. Teraz naprawdę muszę z nim porozmawiać. Miejmy nadzieję, że jest o czym..."

Nagle usłyszała znajome pukanie do drzwi. Znowu.

- Coleen, ubieraj się i szybko na śniadanie – głos ojca był podejrzanie zadowolony. – Masz wizytę u kosmetyczki i fryzjera przed dzisiejszą kolacją, a potem pojedziemy na miasto kupić ci coś ładnego.

- D-dobrze... - mruknęła, przelotnie zastanawiając się, jacyż to ważni goście mają wpaść na tę nieszczęsną kolację, że ojciec czyni takie przygotowania. Jednak, pochłonięta sprawą intruza w swojej głowie, szybko porzuciła temat.

Niepewnym krokiem ruszyła w stronę łazienki.

***

William nie miał pojęcia, dlaczego jedenastoletnia Coleen chciała popełnić samobójstwo. Czuła takie lęk, rozpacz i... Beznadzieję. Tak bardzo cierpiała. Podobnie nie miał pojęcia, dlaczego tak gwałtownie zareagowała na widok dwóch młodych – mających około dwudziestu pięciu lat – mężczyzn wśród zaproszonych na kolację gości. Oczywiście zewnętrznie nie dała po sobie niczego poznać, ale wewnętrznie... Granicząca z paniką groza wypełniła ją po brzegi. Gdyby chociaż na chwilę straciła nad sobą kontrolę, zaczęłaby się trząść tak, że nie potrafiłaby utrzymać widelca w dłoni.

Niepokój dziewczyny udzielił się i jemu... Tym bardziej po wspomnieniu, którym się z nim podzieliła. Na myśl o tym, w jakim stanie się wtedy znajdowała, czuł metaforyczny uścisk w gardle. Owszem, mógł chcieć przejąć jej ciało, mógł jej nie lubić, ale nadal... Nadal był ojcem. Ojcem dzieci, które zginęły w tragicznych okolicznościach. Ona zaś była dzieckiem. Bardzo nieszczęśliwym dzieckiem. Tak – nie budziła jego sympatii i do tej pory nie miał o niej zbyt wysokiego mniemania. Jednak wspomnienie z lat dziecięcych dziewczyny wiele zmieniło. To przerażenie, jakie czuła widząc przy sobie ojca... To, że ze strachu nie potrafiła się zdobyć, aby spojrzeć mu w oczy...

Miał cholernie silne, graniczące z pewnością przeczucie, że w pozornie spokojnym domu pana prokuratora dzieje się coś niedobrego. Coś, czego wolałby nie wiedzieć, ale wiedzieć powinien. Dla swojego własnego dobra. I może dla dobra Coleen.

Zazwyczaj, gdy pożerał ją stres, Coleen przy pierwszej lepszej okazji uciekała w świat wirtualny, toteż William nie zdziwił się zbytnio, kiedy po kolacji niemal natychmiast zasiadła do komputera. Jednak tym razem nie założyła kasku NVR, tylko zaczęła buszować po sieci w poszukiwaniu fanowskich łatek i dodatków do „Potrzebnej Pomocy". W końcu ściągnęła i zainstalowała „Pakiet Dźwiękowy Archanioła", wedle zapewnień autora, w pełni kompatybilny z grą. Dopiero wtedy założyła na głowę konsolę i uruchomiła „FNaF: Potrzebna Pomoc".

Kiedy pierwszy po ich połączeniu Coleen wkroczyła do neurowirtualnej rzeczywistości, a William po raz kolejny odnalazł się w postaci Glitchtrapa, niemal spanikował. Myślał, że konsola wyrwała go z ciała, że znowu stał się więźniem cyfrowego świata, ale nie. Po zdjęciu konsoli wszystko wróciło do normy, a on do głowy Coleen... Dlatego teraz, siedząc w postaci królika na jednym z krzeseł wirtualnej pizzerii, czuł się prawie swobodnie.

Prawie.

Byłby idiotą, gdyby się nie domyślał, że Coleen dodała dwa do dwóch i powiązała atakujące ją emocje, lunatykowanie oraz artykuły o Fazbear Entertainment z nim. Być może zrobiłaby to wcześniej, gdyby nie jej stan psychiczny. W końcu ktoś, kto regularnie chodzi do psychoterapeuty, wie, że ma problemy, ale jednocześnie rozumuje logicznie, prędzej obstawia obłęd niż to, że obcy byt z gry komputerowej chce nim zawładnąć. W każdym razie, wyglądało na to, że dziewczyna chce sobie z nim porozmawiać, a biorąc pod uwagę jej stan emocjonalny, bał się tej rozmowy.

Gdy tylko ją zobaczył, zrozumiał, że słusznie, bo o ile w świecie rzeczywistym trzymała nerwy na wodzy, to w wirtualnym pozwoliła sobie te wodze puścić. Zaciskając pięści, aż jej kłykcie bielały, dygotała na całym ciele, niemal płakała, a z jej oczu wyzierały po równi złość, przerażenie i szaleństwo.

- Jesteś William Afton, prawda? – zapytała bez ogródek, piorunując go spojrzeniem.

Nie wiedząc za bardzo, co mógłby zrobić innego, skinął głową.

- Chcesz przejąć moje ciało, tak? Moje życie?

Tu odpowiedź była nieco bardziej skomplikowana. Próbował dać jej znak, żeby przywołała wirtualną klawiaturę, ale przerwała mu.

- Przestań się wydurniać. Widziałeś, że ściągnęłam moda dźwiękowego. Możesz mówić, więc skończ z tą pantomimą.

Mógł mówić? Naprawdę?

- To nie do końca tak – zaczął i wzdrygnął się słysząc swój głos. SWÓJ głos. – Nie chcę twojego życia ani ciała, a przynajmniej nie na zawsze. Po prostu muszę coś załatwić, ale...

- Nie obchodzi mnie to – wpadła mu w słowo. – Bierz ten cały syf i radź sobie. Ostrzegam tylko, że zwrotów nie przyjmuję. Od jutra moje ciało, moja chora rodzinka i reszta tego popierdolenia należą do ciebie.

Po tym oświadczeniu, wyszła, nim zdążył wykrztusić chociażby jedno słowo. A zamierzał wykrztusić ich co najmniej kilka, chociażby „Co się do cholery jasnej stało?!".

Ogarnął go palący gniew. Bezczelna, porąbana smarkula! Psycholka! Co ona sobie wyobrażała? Że może jakieś fochy mu strugać?! Że...

Nagle złość ustąpiła równie gwałtownie jak się pojawiła. Jej miejsce zajęły poczucie bezradności, zmęczenie i skołowanie. Przede wszystkim to ostatnie. Nie miał pojęcia, co się dzieje i wcale mu się to nie podobało.

Gdy Coleen zerwała połączenie z wirtualną rzeczywistością, tak jak wiele razy wcześniej, wrócił do jej umysłu. Mimo oświadczenia dziewczyny sprzed chwili, a właściwie to właśnie z jego powodu, nawet nie próbował przejąć kontroli nad jej ciałem – nie wiedział, czego może w związku z tym oczekiwać. Nie, żeby nie zamierzał zrobić tego przy najbliższej, nadarzającej okazji, ale obecnie nastolatka była zbyt wzburzona. Emocje stanowiły klucz do kontroli, ale również przeszkadzały. Poza tym obawiał się, że usiłując ją odsunąć na bok w stanie, w jakim się znajdowała, coś uszkodzi. Nie miał bladego pojęcia, czy można uszkodzić świadomość, ale wolał tego nie sprawdzać.

Tymczasem Coleen poszła do łazienki, umyła się, przebrała w pidżamę, łyknęła parę proszków nasennych i uspokajających – stanowczo więcej niż powinna, lecz nie na tyle dużo, aby zaszkodziły – i położyła się spać, chociaż nie dochodziła nawet dziesiąta. Obserwując to William miał niemiłe wrażenie, że dziewczyna ucieka. Pytanie tylko – przed czym?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania