FNAF: Formy życia - III - Podchody

Coleen spojrzała w lustro. Brązowe, wsuwane lakierki, bladoróżowa, plisowana spódnica za kolana, podkolanówki, biała, koronkowa koszula z wysokim kołnierzykiem, włosy zwinięte w grzeczny koczek na czubku głowy. Naprawdę wyglądała jak grzeczna panienka z połowy ubiegłego wieku. Śmiesznie... Aczkolwiek zauważyła, że niektórzy mężczyźni patrzą życzliwym okiem na taki ubiór. Głównie ci po czterdziestce, w okolicach pięćdziesiątki posiadający dorastające córki, którzy chcieliby, aby na zawsze zostały małymi dziewczynkami. Widzieli w niej idealną koleżankę dla swoich księżniczek, miłą, ułożoną, dobrze wychowaną, nie taką jak reszta „tych wulgarnych, wydekoltowanych pannic", które z chęcią by obmacali.

Ech, słodka hipokryzja.

Wzdychając, powoli zaczęła rozpinać bluzkę. Naprawdę nie lubiła kolacji z interesantami ojca. Tymi zakłamanymi, dwulicowymi gnojami. Dzisiaj gościli sędziego wraz z żoną, proboszcza i dyrektora lokalnego szpitala z córką. Dwie godziny obłudy, wzajemnego całowania tyłków i sztucznych uśmiechów. Naprawdę czuła obrzydzenie na myśl, że musiała brać w tym udział. Chociaż z dwojga złego wolała to, niż spotkania z...

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk przychodzącej wiadomości. Zerknęła na ekran leżącego na biurku telefonu, po czym przesunęła po nim palcem. SMS od pani psycholog. Doktor Taylor informowała, że musi odwołać jutrzejszą sesję ze względu na zły stan zdrowia. Coleen to odpowiadało. Starczyło, że dzisiaj przez dwie godziny musiała opowiadać bzdety, naprawdę wolała nie powtarzać tego jutro. Tym bardziej, że okłamywanie pani psycholog wymagało nieco więcej zaangażowania niż wciskanie kitu przydupasom ojca. Kobieta była naprawdę inteligentna i nie w ciemię bita. Na domiar złego, autentycznie chciała jej pomóc.

- Życzę zdrowia pani doktor – mruknęła pod nosem, odkładając telefon.

Wzdychając z ulgą zdjęła buty i wsunęła stopy w miękkie kapcie. Oficjalne kolacyjki oficjalnymi kolacyjkami, ale ten, kto wymyślił, żeby chodzić po domu w butach, powinien smażyć się w piekle.

Matko, jak ona nienawidziła tych lakierek.

Miękkie kapcie, luźna koszulka z krótkim rękawem, prosta spódnica. Strój równie grzeczny i kompletnie nie w jej stylu, jak oficjalne wdzianko, ale o niebo wygodniejszy. Taki, w którym mogła się chociaż odrobinę zrelaksować.

Ziewnęła. Ostatnio nie spała zbyt dobrze... Czy raczej sypiała gorzej niż zwykle. Od lat nie było nocy, żeby nie męczyły jej koszmary, ale do tego już się przyzwyczaiła. To niedające zasnąć wrażenie zagrożenia stanowiło problem. Pojawiało się względnie regularnie, raz na dwa, trzy miesiące i nie odpuszczało przez kilka dni, pozbawiając ją niemal całkowicie snu. Na szczęście potrafiła wytrzymać tydzień śpiąc ledwie dwie godziny na dobę, czasem mniej.

Potrafiła... Musiała wytrzymać. Nie miała innego wyboru. Naprawdę nie miała.

Gdyby tylko mogła usunąć przyczynę tego wszystkiego... Niestety, ta była jak złośliwy nowotwór. Samo pozbycie się guza nie rozwiązywało problemu. Trzeba było wyciąć też wszystkie okoliczne tkanki, zniszczyć każdą, zmutowaną komórkę. Bardzo trudna, rozległa operacja, której za nic nie potrafiła przeprowadzić, chociaż wiedziała, że „rak" pewnego dnia ją zabije.

Zmęczona usiadła przy komputerze i założyła na głowę kask NVR. Chciała się nieco wyciszyć, zrelaksować, ale będąc w domu, potrafiła to zrobić jedynie w wirtualnej rzeczywistości. W swym wirtualnym pokoiku. Poza tym obiecała Timowi coś sprawdzić.

Od lat regularnie odwiedzała pizzerię Freddy'ego i znajdujący się w restauracji salon gier, jednak to nie w ten sposób poznała Tima. Owszem, widywała go tam, ale nie poświęcała mu większej uwagi. Znajomość, prawdziwą znajomość, nawiązała z nim dopiero, gdy zaczęła szukać osób mogących stworzyć dla niej pewne programy komputerowe. Ludzi wykonujących zlecenia, bez zadawania zbędnych pytań. Tych, jak się okazało, nie brakowało, niestety problem stanowiła zapłata. Ojciec mocno kontrolował jej wydatki, więc w grę wchodził jedynie handel wymienny... Nie uwzględniający usług cielesnych.

Jako członkini kółka chemicznego i ulubienica prowadzącego go nauczyciela miała dostęp do pracowni chemicznej, co znów dawało jej pewne pole do popisu – narkotyki. Nie, nie produkowała ich. Nie była głupia. Wiedziała, że gra nie jest warta świeczki. Zamiast tego, pod przykrywką przeprowadzania rozmaitych eksperymentów, kradła substraty potrzebne do ich produkcji, które przehandlowywała na niewielkie ilości gotowego towaru. Wymiana amfetaminy czy speedu na usługi pokątnych programistów nie stanowiła dużego problemu. Niestety proceder nie należał do najbezpieczniejszych, dlatego też nieustannie rozglądała się nad innym rozwiązaniem. Nie szukała długo – znalazła je na jednym z forów FNAF'a.

Owym rozwiązaniem był oczywiście Tim, czy też Tomcio Grubasek, bo takim nickiem przedstawiał się w sieci. Trafiła na niego przypadkiem, czytając posty o modach, gdzie przechwalał się stworzonymi przez siebie fanowskimi gierkami i aplikacjami. W jednym z nich wspomniał, że jest namiętnym kolekcjonerem różnorakich gadżetów związanych z „Legendą Fazbeara" i ubolewał nad faztokenową polityką Fazbear Entertainment. Otóż większość kolekcjonerskich przedmiotów związanych z serią „FNAF" można było zakupić jedynie w Kącikach Nagród fazbearowskich pizzerii za faztokeny. Taki haczyk, mający nakłonić fanów Legendy Fazbeara do regularnego odwiedzania lokali. Całkiem nieźle działający. Salony gier pizzerii miały swoich stałych bywalców, a jak już ktoś wpadał pograć, to zwykle zamawiał też coś dobrego na ząb. I tak biznes się kręcił.

Nie miała pojęcia, co ją do tego pchnęło, ale skomentowała post „Tomcia", oświadczając, że jeżeli tak bardzo zależy mu na faztokenach, to ma trochę na zbyciu. Oczywiście nie za darmo. Ku jej zaskoczeniu odpisał niemal natychmiast, pytając, czego chce w zamian. Odpowiedziała... I tak to się zaczęło.

Już od dłuższego czasu nie potrzebowała usług Tima, jednak wcześniej regularnie wymieniała dostępne za faztokeny gadżety na pisane przez niego programy. Układ zadowalał obie strony, więc teoretycznie wszystko było w porządku. Mimo to Coleen nie potrafiła pozbyć się wyrzutów sumienia. Dostawała od Tima pakiety kilkudziesięciu megabajtów skomplikowanego kodu, nad którymi siedział po kilka dni, a w zamian dawała co? Plastikowe figurki, breloczki, bidony, futerały. Niezbyt uczciwe, przynajmniej według niej. Owszem, aby je zdobyć, musiała „wypracować" wiele godzin w fazbearowskim salonie gier, ale przecież i tak spędzałaby tam czas. Poza tym lubiła to. Dlatego, kiedy Tim poprosił o przysługę, nie miała serca mu odmówić. Tym bardziej, że nie prosił o wiele.

Mrowienie, wrażenie spadania i po chwili znów znajdowała się w wirtualnym pokoju. Tym razem panował w nim lekki nieporządek – na łóżku walały się podręczniki oraz rozmaite pomoce naukowe, których wirtualne wersje niedawno ściągnęła z sieci. Zwykle uczyła się w szkolnej czytelni, gdzie miała ciszę i spokój, a pokusy cyfrowej rzeczywistości nie odciągały jej od powtarzanego materiału. Niestety wraz z zbliżającym się końcem roku szkolnego, w okresie, kiedy nauczyciele robili test za testem, dyrekcja genialnie postanowiła rozpocząć remont biblioteki. Szczęśliwie od wczoraj miała spokój z testami i liczyła, że tak już pozostanie – termin wystawiania ocen semestralnych mijał za niecały tydzień.

Aby posprzątać bałagan, starczyło jej przesunąć dłonią nad materiałami szkolnymi – te natychmiast się zdematerializowały. Kolejnym ruchem ręki przywołała panel sterowania i uruchomiła otrzymaną od Tima grę, „FNAF: World Adventures", cRPG stanowiące przeznaczoną na konsolę NVR następczynię „FNAF World".

Mimo sugestywnego tytułu, gra zarówno pod względem rozgrywki jak i fabuły całkowicie odbiegała od uwielbianej przez Coleen serii, dlatego też dziewczyna nigdy nie była nią specjalnie zainteresowana. Jednak, jako że zarówno „FNAF World" jak i „FNAF: World Adventures" zdobyły olbrzymią popularność, słyszała o obydwu. O ile dobrze pamiętała „FNAF World" przenosiło gracza do cukierkowej, pozornie przyjaznej krainy zamieszkanej przez animatroniki, gdzie przeżywał rozmaite przygody, kontrolując drużynę zwierzokształtnych robotów. „FNAF: World Adventures" niewiele odbiegało od pierwowzoru, z tym że gracz nie kontrolował już całej drużyny, a jedynie swojego protagonistę: pechowego testera gier, którego wessała wirtualna rzeczywistość. Zresztą większość gier NVR dawała możliwość grania tylko jedną postacią. W końcu o to chodziło w wirtualnych rzeczywistościach, o możliwość stania się kimś innym i przeżywanie wszystkiego zupełnie, jakby działo się to naprawdę.

W każdym razie, „FNAF: World Adventures" nigdy nie wzbudziło zainteresowania Coleen – rynek oferował wiele ciekawszych pozycji. Jednak Tim nalegał, aby w nią zagrała. Dlaczego? Chciał sprawdzić, czy „błąd Glitchtrapa", który uruchamiała, znajduje się bezpośrednio w kodzie gry, czy może za każdym razem pobiera go z Internetu. Wedle jego teorii, jeżeli wolny Glitchtrap stanowił krążącego po fazbearowskiej sieci „wirusa", niewykluczone, że mógł przenikać do wszystkich produkcji NVR Fazbear Entertainment.

Wzdychając, ruszyła ku wirtualnym drzwiom. Kiedy przez nie przeszła, natychmiast znalazła się w grze – pośrodku soczyście zielonej polany. Słońce przyjemnie świeciło, wiał lekki wietrzyk, po błękitnym niebie płynęły spokojnie niewielkie, białe chmurki. Sceneria wręcz bajkowa, nie licząc unoszącego się tuż przed nią menu gry i... Glitchtrapa.

Królik sprawiał wrażenie skołowanego. Błądził dookoła wzrokiem, jakby nie rozumiał, dlaczego trafił na otwartą przestrzeń, a nie – jak poprzednio – do wirtualnej pizzerii. Jednak, gdy tylko zauważył dziewczynę, natychmiast przestał.

Coleen spojrzała na niego podejrzliwie. Ludzkie odruchy Glitchtrapa same w sobie nie niepokoiły jej tak bardzo jak to, że zdawał się chcieć je ukryć, aczkolwiek Tim twierdził, że zarówno jedno jak i drugie, to pozostałość pierwotnego programowania. Uważał, że wolny Glitchtrap jest pierwszą, niekompletną wersją Glitchtrapa, betą, która nie została wypuszczona, bo zmieniono koncepcję gry. Według niego zadaniem Glitchtrapa-bety było przeszkadzanie graczowi, gdy ten nie patrzył, poprzez np.: przekładanie przedmiotów, kradzieże czy też zwykłe przedrzeźnianie. Pod wpływem spojrzenia miał się natychmiast robić grzeczny, aby nie wzbudzać podejrzeń. W sumie miało to sens. Mimo to nie czuła się do końca pewnie w obecności wirtualnego królika. Nie tak bardzo, aby wywoływało to jakiś szczególny dyskomfort, ale wolała mieć go na oku.

Z unoszącego się przed sobą menu gry wybrała „Rozpocznij Nową Grę". Pojawił się komunikat: „AVATAR: Zachowaj Obecny, Stwórz Nowy, Wybierz z Dostępnych". Wskazała pierwszą z opcji. Jeżeli było to możliwe, zawsze korzystała ze swego standardowego, wirtualnego wyglądu. Przyzwyczaiła się do niego i to nawet bardziej niż do własnego odbicia. Na koniec dokonała jeszcze wyboru poziomu trudności, decydując się na „normalny" i mogła zacząć rozgrywkę.

Glitchtrap pojawił się, więc udowodniła już, że jest błędem krążącym po sieci i teoretycznie mogła zakończyć zabawę z „FNAF: World Adventures". Teoretycznie, bo prośba Tima, w razie manifestacji Glitchtrapa, miała ciąg dalszy. Otóż chciał, aby sprawdziła zachowanie królika w grze oraz innych programach, jeżeli będzie to możliwe. Zresztą, skoro już dostała „World Adventures" w swoje ręce, a nie miała pomysłu na lepsze spędzenie wieczoru, mogła się trochę pobawić. Tym bardziej, że wirtualne okoliczności przyrody były całkiem przyjemne.

Zerknęła na przypominający zegarek ręczny mikrotablet, który „magicznie" pojawił się na jej nadgarstku. Niewielki ekran wyświetlał tekst „Nie wiesz, co się stało. Znajdź kogoś, kto mógłby ci pomóc, ale zachowaj czujność". No tak, dziennik misji. W sumie dobre rozwiązanie.

Nie spieszyła się z zagłębianiem w grę. Wolała najpierw trochę pozwiedzać i popodziwiać widoki, a naprawdę miała co. Każde źdźbło trawy, każdy drżący na wietrze liść oddano z niesamowitą pieczołowitością. Podobnie motyle tańczące nad wielkimi, przypominającymi nieśmiertelniki kwiatami, tłuste trzmiele i rozświergotane ptaki. Owszem, wszystko zostało nieco przerysowane – murawa była zbyt zielona, niebo zbyt niebieskie, a korony drzew zbyt regularne – mimo to, wirtualna okolica cieszyła oczy.

- Przespacerujemy się? – zagadnęła Glitchtrapa, na co ten natychmiast spojrzał na nią. – Pogoda dopisuje. Zresztą, mam wrażenie, że z chęcią popatrzysz na coś innego niż wnętrze pizzerii, prawda?

Królik nie zareagował. Jego wyszczerzona w karykaturalnym uśmiechu twarz pozostała nieruchoma, ale... Odniosła wrażenie, że pojawiła się w nim jakaś niepewność. Zupełnie jakby pytanie zbiło go z tropu.

„Programy nie mają emocji, Coleen. Przez tą popieprzoną gadaninę Tima o kodowanych falach mózgowych i innych dziwactwach zaczynasz dostawać paranoi" – napomniała siebie.

Napomniała, ale nie przekonała. Lata bolesnych doświadczeń, nauczyły ją wyczuwać w innych nawet niewielkie wahania nastroju, dzięki czemu uniknęła wielu nieprzyjemnych, a nawet groźnych sytuacji. Dlatego teraz instynkt uparcie powtarzał jej, że się nie myli. Że z wirtualnym królikiem jest coś nie tak. Że jest czymś więcej niż tylko programem. Niekoniecznie czymś groźnym, ale na pewno innym.

Podenerwowana ruszyła w kierunku wirtualnego lasu, a w ślad za nią Glitchtrap.

***

- Przespacerujemy się? – zapytała z tym swoim wiecznym, pozbawionym wesołości uśmieszkiem na ustach. – Pogoda dopisuje. Zresztą, mam wrażenie, że z chęcią popatrzysz na coś innego niż wnętrze pizzerii, prawda?

Williama ścisnęło w środku. Przez ułamek sekundy, upiorną chwilę zdającą się wiecznością, miał wrażenie, że dziewczyna go rozgryzła. Że wie kim i czym jest. Ale nie. Coleen tylko popatrzyła na niego przez chwilę i ruszyła w stronę lasu. Irracjonalnie regularnego, irracjonalnie zielonego, gdzie rosły irracjonalnie duże i kolorowe grzyby. Karykatury. Ładne, ale karykatury. Jednak musiał przyznać jej rację – nawet ta karykatura stanowiła miła odmianę od wnętrza pizzerii.

Nie mając nic lepszego do roboty, ruszył za nią, ciekawie rozglądając się dookoła... I ciesząc złudnym wrażeniem bycia żywym.

Bajkowa, przesycona kolorami grafika... Znajdował się w „FNAF: World Adventures", o ile dobrze pamiętał tytuł. Parę razy, poruszając się po sieci, odwiedził tę grę, ale nie w TEN sposób, bo też nigdy wcześniej nie został ściągnięty przez Coleen do jakiegokolwiek innego programu poza „FNAF: Potrzebna Pomoc", którego element poniekąd stanowił. Dlatego też „Potrzeba Pomoc" ignorowała go, jej kod nie „interesował się" nim. Tutaj znów... Tutaj stanowił coś z zewnątrz i jak coś z zewnątrz został potraktowany...

Uznany za kolejnego gracza.

Gra nieustannie bombardowała Coleen rozmaitymi doznaniami, podobnie jak i jego teraz. Jednak dziewczyna nie odbierała ich tak jak on. Otóż Coleen miała wokół swego fizycznego ciała, realny, fizyczny świat, który nieustannie odczuwała poprzez dotyk, słuch, zapach. Te prawdziwe odczucia dominowały doznania serwowane przez program, dlatego musiała się skupić, aby wniknąć w wirtualną rzeczywistość. On znów... On istniał tylko tutaj, w wirtualnej rzeczywistości. Dlatego wszystko, co podsuwała mu gra było dla niego tak prawdziwe, jakby działo się naprawdę.

Oszołomiony delektował się miękkością trawy pod stopami, delikatnym dotykiem wiatru na twarzy, ciężkością własnego ciała. Po latach istnienia jedynie jako biały szum w chaosie niezliczonych danych, nie potrafił wyobrazić sobie czegoś cudowniejszego.

Wezbrało w nim zaprawione gorycz wzruszenie, które w normalnych warunkach skończyłoby się potokiem łez i głośnym, niepowstrzymanym szlochem. Szczęśliwie forma, którą przybrał, nie potrafiła płakać ani wydawać dźwięków. W przeciwnym razie zdradziłby się przed Coleen.

Spojrzał na nią. Dotyk, dźwięki, widoki... Wspomnienie minionego życia, tego wszystkiego, co mu tak brutalnie odebrano, umocniło go w podjętej decyzji: nawet jeżeli będzie musiał odebrać dziewczynie ciało, wróci do rzeczywistości.

Coleen... Dopiero teraz zwrócił uwagę, że zachowuje się inaczej niż zwykle. Jej ruchy były wolniejsze, plecy przygarbione, rzadko mrugała, ale jeżeli już, to bardzo długo. Sprawiała wrażenie zmęczonej. Jakby miała za sobą wiele nieprzespanych nocy. Mógł iść o zakład, że gdyby zobaczył dziewczynę „na żywo" jej oczy zdobiłby uroczy siniec niewyspania.

Pewnie zarwała parę nocy z rzędu grając w jakieś durne gry.

„Dzieciaki w tych czasach... Niedoceniają niczego. Całe dnie spędzają w wirtualnej rzeczywistości, odwracając się od świata plecami. Życie ucieka im przez palce, a one nawet tego niedostrzeganą" – pomyślał z goryczą. - „Ciekawe czy zauważy, kiedy zajmę jej miejsce."

„Kiedy zajmie", raczej „jeżeli zajmie jej miejsce", bo nadal nie miał bladego pojęcia, jak to zrobić. Czy to w ogóle możliwe. Jednak, jeżeli istniał chociaż cień szansy, nie zamierzał się poddać. Poza tym i tak nie miał nic lepszego do roboty niż próbować.

Próbować... Ostatnio Coleen rzadko grywała w „Potrzebną Pomoc", więc nie miał ku temu zbyt wielu okazji, ale mimo to udało mu się coś odkryć. Otóż potrafił wyczuć, kiedy dziewczyna wkraczała do wirtualnej rzeczywistości, nawet jeżeli nie uruchamiała żadnej gry Fazbear Entertainment. Wyglądało na to, że ma zainstalowaną na komputerze swego rodzaju wirtualną przejściówkę skojarzoną z fazbearowską siecią, chociaż bezpośrednio nie należącą do niej. Za każdym razem, kiedy ją uruchamiała – a uruchamiała ją naprawdę często – czuł jej obecność w taki sam sposób, w jaki wyczuwa się, że ktoś wszedł do pokoju, nawet jeżeli się go nie widzi ani nie słyszy. Być może, gdyby dał radę usunąć barierę, która dzieliła go od przejściówki, mógłby zdziałać nieco więcej.

Dziewczyna zatrzymała się przed gęstymi krzakami jeżyn i rzuciła mu przeciągłe spojrzenie. Po chwili wahania weszła w zarośla, chociaż mogła je łatwo obejść dookoła. Wysokie, kolczaste pędy wczepiały się w ubrania nastolatki, oplątywały wokół kończyn, szarpały za włosy. Nic dziwnego, że nim je pokonała, upłynęła dłuższa chwila. Nie miał bladego pojęcia, o co mogło chodzić, ale odniósł wrażenie, że chciała, aby za nią poszedł.

Wzdychając, ruszył w ślad za nastolatką.

Czekała na niego po przeciwnej stronie zarośli, uważnie obserwując jego przeprawę przez ostrężyny. Uważnie, ale jednocześnie bez większego zainteresowania.

- Czyli kolizje działają i na ciebie – mruknęła. – Interesujące. Chociaż jesteś tak-jakby wirusem, dostosowujesz się do programu, w którym przebywasz. Tim będzie zachwycony, kiedy o tym usłyszy...

Gdyby William mógł ruszać brwiami, uniósłby je znacząco. A więc o to chodziło smarkuli... Eksperymentowała sobie na nim. Pewnie na prośbę tego całego Tima. Nieładnie. Chociaż w sumie te ich „testy" mogły być mu na rękę. Może dzięki nim pozna pełnię swoich możliwości. Tych, które zyskiwał ściągany przez Coleen. Wiedział, na co go stać, gdy dryfował poprzez fazberowską sieć, ale kiedy go „wzywała" wszystko się zmieniało. Tutaj... Cóż, na razie wyglądało na to, że każdy program, do którego trafia za nastolatką, traktuje go inaczej, wedle własnego kodu. Jednak to „indywidualne traktowanie" musiało mieć jakieś punkty wspólne. Coś, co mógłby wykorzystać...

-...chociaż on w ogóle jest tak bardzo zachwycony tobą, że gdyby mógł, chyba by się z tobą ożenił – kontynuowała. – Wyszedł za ciebie za mąż? Nie, wolę wersję ożenił. Wizja Tima w sukni ślubnej jest zbyt przerażająca.

Mówiąc to, jej spojrzenie nieco złagodniało, a uśmiech po raz pierwszy wydał się autentyczny. Swobodny. To dziwne, ale nigdy wcześniej nie widział, aby tak bardzo zmieniła wyraz twarzy. Właściwie to już zaczynał myśleć, że albo doznała jakiegoś paraliżu i ma zaburzoną mimikę, albo jest tak zblazowana, że nic ją nie rusza.

Westchnęła, a wszelkie emocje zniknęły z jej oblicza, pozostawiając zwyczajowy, pozbawiony wesołości, „luzacki" uśmieszek na ustach.

- Dobrze, pobawimy się trochę, co ty na to? – zapytała. – Sprawdzimy, jak ci pójdzie z pływaniem, chodzeniem po różnych powierzchniach, a potem zaczniemy misje i wdamy się w jakąś bójkę. Zobaczymy, jak gra na to zareaguje. Dobrze, to gdzie by teraz...

Uśmiechnął się w głębi swoich myśli. Tak, to był dobry pomysł. Pobiega za nią, sprawdzi swoje możliwości, to, jak reaguje na niego gra. Przede wszystkim jednak przyjrzy się lepiej Coleen.

Nagle zdał sobie sprawę, że ani razu jej nie dotknął. Nawet nie spróbował, a może powinien... Może powinien...

Powoli ruszył za idącą w głąb lasu nastolatką.

***

Klatki pełne psów. Skaczących na siatki, nieprzerwanie ujadających, kręcących się niecierpliwie, czekających na żarcie. Czujących jej strach i niechęć. Małych i dużych, tych przyjaznych i tych przyjaznych tylko teoretycznie, gotowych ugryźć, jak tylko okaże słabość.

Jasna cholera, jak ona nienawidziła tego całego wolontariatu w schronisku.

Coleen nie lubiła psów. Nie znosiła. Nie, żeby miała coś przeciwko nim jako takim. Po prostu wiedziała do czego są zdolne, jeżeli służą niewłaściwym ludziom za narzędzia. Pewne obrazy zostają z człowiekiem na zawsze.

„Przyzwyczaisz się. Musisz w końcu przełamać lęk." Za każdym razem, kiedy przypominała sobie słowa ojca, ogarniał ją gniew. Trudno pozbyć się traumy, kiedy jej obiekt waży około trzydziestu kilo i skacze na ciebie. Nieważne, że z radości. Tym bardziej, jeżeli w klatce obok siedzi jeszcze większy, taki po przejściach, o którym wiesz, że może mu coś odwalić.

Niestety nie miała dużego wyboru i musiała tu siedzieć. Bo ojciec kazał. A jak tatuś każe, to grzeczna córusia robi, co jej kazano.

Westchnęła. Wzdłuż długiego, betonowego korytarza ciągnęły się rzędy boksów pełnych rozszczekanych lokatorów czekających na żarcie. Nie cierpiała karmienia psów. Wolała już wyprowadzanie na spacery... Znaczy spacery też były straszne, ale nie aż tak. Swoją drogą nie rozumiała, jakim cudem nigdy nie przydzielano jej do kotów albo – dajmy na to – gryzoni. W końcu schronisko miało mnóstwo lokatorów. Nawet świnie, kozy i konie. Jednak ona zawsze lądowała u psów. Podejrzewała, że kochany tatko maczał w tym palce.

Tak, szczerze nie znosiła wolontariatu w schronisku, ale do tej pory nie miała z nim większego problemu. Głównie dlatego, że przychodziła tylko na dwie godziny, w soboty, a przez resztę miała święty spokój. Niestety po rozdaniu świadectw sytuacja nieco się zmieniła. Wszystko przez tę cholerną historię.

Ojciec wymagał dobrych stopni z czym Coleen nie miała większego problemu. Co prawda nie była geniuszem, jednak radziła sobie. Nigdy nie schodziła poniżej czwórki, a większość przedmiotów mniej lub bardziej lubiła. Większość. Niechlubny wyjątek od reguły stanowiła historia. O ile czasy starożytne i średniowiecze potrafiły ją zainteresować, to reszta... Daty, bitwy, polityka. Zasypiała na siedząco, słuchając o tym wszystkim. A już najbardziej nie znosiła historii USA – krótkiej, brutalnej i pełnej hipokryzji. Niestety ojciec, uważając się za wielkiego patriotę, na punkcie historii miał istną obsesję. Historii i angielskiego. Już dawno oznajmił Coleen, że z tych przedmiotów ma mieć piątki i kropka. Do tej pory z trudem spełniała ten wymóg, niestety – jak się okazało – jeden z ostatnich testów poszedł jej nienajlepiej. Pomyliła parę dat i nazwisk. Najwyraźniej długotrwała bezsenność nie wpłynęła dodatnio na jej stan skupienia. W dodatku remont biblioteki, kłopoty z nauką i... Skończyła z czwórka plus z historii. Tyle wystarczyło, żeby ojciec się wściekł i załatwił jej karny wolontariat na całe wakacje. Przez bite dwa miesiące miała tyrać w schronisku po sześć godzin dziennie, dzień w dzień. Łącznie z weekendami. Jednak to nie wszystko. Na domiar złego ojciec zmusił ją do uczestnictwa w jednym ze swoich... Bankietów.

Ścisnęło ją w żołądku, kiedy pomyślała o wydarzeniach ostatniej soboty. Jednak mogło być gorzej. Mogła czyścić piwnicę. Piwnica...

Potrząsnęła głową. Nie pora na tego typu rozmyślania. Nie warto przejmować się rzeczami, których nie można zmienić.

Napełniła wielki, plastikowy kubek suchą karmą i podeszła do kolejnego z boksów. Lokatorem był amstaf. Chociaż nie lubiła psów, akurat amstafy darzyła niejaką sympatią. Głównie dlatego, że te agresywne, które trafiały do schroniska, na dniach usypiano, w skutek czego zostawały tylko łagodne. Zaś łagodne amstafy nigdy nie skakały na siatkę boksów, rzadko kiedy szczekały, nie wyrywały jedzenia. Podczas spacerów też nie sprawiały większych kłopotów.

- Cześć maleńki, jedzonko przyszło – mruknęła, a myszowaty pies zamerdał długim ogonem, cierpliwie czekając przy metalowej misce, aż ją napełni. Ani razu nie szczeknął, tylko zaskomlał cichutko.

Następny z psów, wielki mieszaniec owczarka niemieckiego, stanowił większe wyzwanie. Ujadał, kręcił się niespokojnie, a gdy tylko otworzyła drzwi boksu, spróbował na nią skoczyć. Szczęśliwie już dawno nauczyła się ignorować lęk, dzięki czemu działała szybko i sprawnie – odepchnęła zwierzę i stanowczym głosem kazała mu usiąść. To wprost nie do wiary, jak długo można żyć, olewając własne emocje, zupełnie jakby należały do kogoś innego. Doktor Taylor pewnie miałaby coś do powiedzenia na ten temat. Tego, jakie to szkodliwe. Tego, do czego może to doprowadzić.

Coleen doskonale zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę. Rzecz w tym, że brak opanowania zaszkodziłby jej o wiele szybciej i o wiele bardziej.

Przemierzając długi korytarz napełniała jedną psią miskę za drugą. Jak na złość trafiła do bloku zasiedlonego głównie przez wielkie, ruchliwe bestie. Bernardyny, rottweilery, husky, owczarki niemieckie, dogi i ich mieszańce. Bardzo dużo mieszańców. Szczególnie wielkich mieszańców owczarków niemieckich, które często okazywały się nieobliczalne. Dwa dni temu, jeden z nich dotkliwie pogryzł pracownika popołudniowej zmiany, co bynajmniej nie poprawiło jej samopoczucia. Do tego to otoczenie... Betonowy korytarz uparcie kojarzył się z więzieniem... bądź szpitalnymi podziemiami. Wyblakłe, pastelowe ściany, białe, nienaturalne światło, brak ozdób i okien, przypominające cele boksy i wyglądające z nich ślepia, uważnie obserwujące każdy jej gest, każdy ruch.

Gorzej niż w domu. Tam przynajmniej mogła czuć się względnie swobodnie w wirtualnej rzeczywistości, a tutaj... Tutaj zawsze pozostawała pod obserwacją. To psów, to pracowników schroniska.

Kiedy wreszcie sześć godzin wolontariatu dobiegło końca, była strzępkiem nerwów. Wykończonym strzępkiem nerwów. Oczywiście nikt tego nie zauważył. Nikt nigdy tego nie zauważał. Bardzo o to dbała. Ostatnim, czego potrzebowała, to niechciane zainteresowanie.

Szybka wizyta w szatni, uprzejme pożegnanie ze współpracownikami i wreszcie mogła cieszyć się tymczasową wolnością. Gdyby tylko nie ten skwar... Upały trwały nieprzerwanie od kilku tygodni, skutecznie wyganiając ludzi z ulic do domów. Co prawda temperatury już nie sięgały czterdziestu stopni, tylko oscylowały wokół trzydziestu pięciu, jednak to starczyło, żeby skutecznie zniechęcić wszystkie istoty żywe do jakiejkolwiek aktywności. Tym bardziej, że trwało to już blisko miesiąc. Narastająca duchota nie pomagała.

Coleen spojrzała na błękitne niebo, po którym swobodnie płynęły puszyste obłoczki. Wydawało się aż zbyt przejrzyste, szklane... Doskonale wiedziała, co to znaczy. Zbliżała się burza. Meteorolodzy od dłuższego czasu zapowiadali załamanie pogody, które jakoś nie chciało nadejść. Do teraz.

Napięcie dało się wyczuć w powietrzu. Pewnie dlatego psy były dzisiaj takie nerwowe, a zwierzęta na zewnątrz schroniska jakby wyparowały. Wszędobylskie miejskie gołębie, których złamać nie potrafiły nawet upały, gdzieś przepadły, a reszta istot żywych zamilkła. Jedynie niezmordowane koniki polne koncertowały w wysokich trawach.

Opuszczając betonowy prostokąt, Coleen nieco zwolniła kroku. Schronisko, jak większość tego typu obiektów, znajdowało się na przedmieściach. Dzięki temu hałasy nie przeszkadzały mieszkańcom, a zwierzakom udostępniono rozległe tereny zielone, na których mogły rozprostować łapy... Czy raczej tereny żółtawe, bo w spalonej słońcem trawie, zieleni niewiele pozostało. W każdym razie, okolica była dość ładna, ale niestety oddalona od centrum, zaś autobusy jeździły tu nie częściej niż raz na godzinę. Najbliższy odchodził za cztery minuty. Jeżeli pospieszyłaby się, zdążyłaby na niego. Jednak mogła też iść tak jak teraz i się zwyczajnie spóźnić.

Zawahała się... Maszerować blisko godzinę kurzu i upale, czy może wygodnie podjechać klimatyzowanym autobusem pod sam dom? Dom pełen niezdrowego napięcia, pogardy i niewypowiedzianych słów. Sekretów. Dom, w którym nie było nikogo, kogo chociażby lubiła. Dom, do którego nie chciała wracać.

Iść godzinę. Pal licho upał.

Wsadziła słuchawki do uszu, puszczając na telefonie ulubioną piosenkę - „Zabawa ogniem" - w pętli. Uwielbiała ją. Nieważne jak długo jej słuchała, nigdy nie miała dość. W dodatku utwór posiadał tę cudowną właściwość, że pomagał się jej wyciszyć. Uspokoić. Zaczęła cicho nucić pod nosem.

 

„...Can't help myself,

Got secrets I can't tell,

I love the smell of gasoline

I light the match to taste the heat

I've always liked to play with fire..."

 

Nigdy nie lubiła wracać do domu, a fatalny nastrój ojca, po zobaczeniu jej świadectwa wszystko pogarszał. Gdy był rozdrażniony, naprawdę wolała unikać zbędnego używania konsoli NVR, obawiając się, że wszystkie nieszczęścia świata, łącznie z nieszczęsną czwórką z historii, zrzuciłby na komputery, gry i wirtualną rzeczywistość. A wtedy niewykluczone, że pożegnałaby się ze swoją małą odskocznią od tego wszystkiego... Tego całego syfu, który prześladował ją na każdym kroku.

Inna rzecz, że kochany tatuś teoretycznie miał powody obwiniać konsolę za jej złe oceny. W końcu używała jej gdy tylko mogła. Przed testami niemal wyłącznie do nauki, ale o tym nie wiedział, a gdyby nawet mu powiedziała, pewnie nie uwierzyłby. Tak jak nie wierzył, że Internet może służyć do nauki.

Tak, Internet też stanowił problem, szczególnie że ostatnio, znaczy przed rozdaniem świadectw, była bardzo aktywna w sieci. Naprawdę wolała, aby ojciec nie sprawdził, co takiego tam robiła. Gdyby dogrzebał się do logów rozmów z Timem, mógłby uznać go za jej przyjaciela. Co gorsza za przyjaciela nieodpowiedniego dla nieletniej córeczki prokuratora, a to z kolei mogłoby być niebezpieczne. Tym bardziej, że ostatnio zdarzyło się jej spędzać z nim czas również w świecie realnym. Dlatego też kontaktowała się z komputerowcem góra raz na cztery dni. Zresztą nie miała powodu robić tego częściej – wszelkie możliwe do przeprowadzenia testy na wolnym Glitchtrapie zostały przeprowadzone, a ciekawość Tima mniej-więcej zaspokojona.

Westchnęła. Musiała sama przed sobą przyznać, że trochę żałuje... To było całkiem zabawne. Te wszystkie gry, dziwactwa, które wyczyniali, żeby sprawdzić, jak zareaguje cyfrowy królik. Pokręcone rozmowy, przytyki. Naprawdę polubiła tego faceta.

Tym bardziej nie powinna się z nim zadawać, a przynajmniej nie nazbyt często.

Przedmieścia przypominały przecięty szosą step – wysokie trawy z rzadka tylko urozmaicały niewysokie drzewa, co nieco dziwiło, szczególnie, że dawniej, nim postawiono miasto, rosły tu lasy. Gęste, ciągnące się po horyzont bory sosnowe. Jednak, nie widzieć czemu, odkąd te zginęły pod ostrzami siekier robiąc miejsce pierw na pola uprawne, a potem na urbanistyczne konstrukcje, mieszkańcy jakby unikali drzew. Szczególnie tych iglastych. Owszem w oddali widniał cienki, ciemnozielony pas, obwieszczający, że gdzieś-tam jest las, potężny las, ale trzeba było się naprawdę dobrze przyjrzeć, żeby go zobaczyć. Niestety. Coleen dałaby wiele za rosnące wzdłuż drogi drzewa, których korony chroniłyby ją przed palącymi promieniami słońca. Jednak nie narzekała – w końcu sama zrezygnowała z jazdy autobusem.

Minęło ponad pół godziny, nim dotarła do miasta, a miało upłynąć drugie tyle nim dotrze do domu. W upale. Niezbyt przyjemna perspektywa, chociaż z drugiej strony ruch pomagał rozładować stres. Zdrapać jego wierzchnią warstwę. Właściwie nawet lubiła umiarkowany wysiłek fizyczny, ale zwykle nie miała do niego okazji... Nie, to nie do końca tak. Zwykle przeszkadzali jej w nim ludzie. Okoliczne parki i tereny sportowe niemal zawsze były zatłoczone, a niezbyt potrafiła zrelaksować się w obecności innych. Znowu, jeżeli chodzi o wypady za miasto, ojciec naprawdę niechętnie tracił ją z oczu. Zwykle argumentował to tym, że jako prokurator, polityk i osoba stająca na straży prawa, ma wielu wrogów, którzy mogliby chcieć ją skrzywdzić. Jednak istniały i inne powody.

Przede wszystkim obawiał się, że mogłaby uciec.

Ludzie... Ledwie o nich pomyślała i już się na nich natknęła. I to takich, którzy ją znają. Na Ze szkoły. Na dziewczyny. I to należące do tych nielicznych osób, którym charyzma i fałszywie rozumiana odwaga przesłaniały rozsądek podpowiadający, że zaczepianie córki prokuratora to niekoniecznie dobry pomysł.

Chloe i Trish. Przyczajone w ślepe uliczce, jednej z tych zdających się być stworzonymi tylko po to, aby upchnąć w nich kontenery na śmieci i inne nieestetyczne elementy infrastruktury miejskiej.

Wbita w obcisłe czarne dżinsy i przykrótką, fioletową koszulkę z nadrukiem króliczka zombie Trish była szkolną dilerką. Jej chłopak, a zarazem brat Chloe, Jason, miał powiązania z „grubymi rybami", od których dostawali prochy. Blada jak śmierć, co podkreślała mocnym, ciemnym makijażem, z pofarbowanymi na fioletowo i ułożonymi w „artystyczny nieład" włosami przypominała, przy schludnej i dziewczęcej Chloe, nawiedzoną wiedźmę. Chloe zaś... Wielbiąca modne sukienki i pasujące do nich, drogie dodatki Azjatka wyglądała jak początkująca modelka. Umalowana, jakby wyszła z profesjonalnego salonu wizażu, o lśniących, spływających po ramionach, czarnych włosach bez trudu przykuwała pełne uwielbienia, męskie spojrzenia i wzbudzała zawiść koleżanek.

- Proszę, proszę. Kogo tu mamy, prokuratorską sucz – roześmiała się perliście Chloe, jak tylko ją zobaczyła. – Ciekawe co jaśnie hrabiankę sprowadza do ubogich części miasta, hm?

Coleen przystanęła. Nie było sensu ich ignorować, bo gdyby przeszła obok, Chloe i tak nie odpuściłaby, tylko wszczęła pościg. Była jak pies – goniła wszystko, co przed nią uciekało. W tym dysfunkcyjnym tandemie to właśnie ona pełniła rolę „tej psychicznej". Trish, chociaż swym wyglądem mogła wzbudzać pewne kontrowersje, zwykle zachowywała się względnie rozsądnie.

- Cześć Chloe. Dzień dobry Trish. Miło was spotkać poza szkołą – mruknęła, jakby nigdy nic. – Potworny upał, prawda?

Dziewczyny spojrzały po sobie nawzajem. Chloe parsknęła nieprzyjemnym śmiechem.

- No proszę, proszę. Suce zebrało się na dowcipy.

- Raczej jest pierdolnięta na mózg. – Wsparta o pokrytą graffiti ścianę Trish wyprostowała się niechętnie. – Dobrze wiesz, że to-to nawet w budzie zachowuje się, jakby nie do końca stykało jej pod tą kopułą. Ty jej „spierdalaj", a ona tobie „miłego dnia". Chyba w dzieciństwie nawdychała się za dużo dymu czy coś.

- Raczej nasz Skwarek za bardzo się przypiekł. – Azjatka spojrzała wymownie na pokrywające rękę Coleen blizny po poparzeniu. – Chciałabyś znowu się przysmażyć, Skwareczku? Wiesz, jak coś, mogę ci to załatwić.

Coleen, gdyby mogła, przewróciłaby wymownie oczami. Chloe, mimo swoich starań, nie była groźna ani straszna, jedynie żenująca. Żenująca i upierdliwa, bo przez nią musiała stać w pełnym słońcu i słuchać tych wszystkich bzdur. Naprawdę nie rozumiała, czemu Trish się z nią zadaje, tym bardziej, że dziewczyna zwykła podbierać jej towar. Chyba tylko ze względu na Jasona, który potrzebował kogoś, kto miałby oko na jego pierdolniętą, lubiąca przyćpać siostrę. Toksycznego kwiatuszka.

- Nie trzeba mnie przysmażać, Chloe – mruknęła spokojnie. – Ja wciąż płonę. Nigdy nie przestałam. Nawet na chwilę. Ale dziękuję za propozycję.

Dziewczyna zamrugała, wyraźnie nie spodziewając się takiej odpowiedzi. Jednak szybko odzyskała rezon. Uśmiechnęła się szeroko i szybkim, płynnym ruchem wyciągnęła z eleganckiej, krwistoczerwonej torebki nóż sprężynowy.

- To może ponacinamy cię jak kiełbaskę? – syknęła doskakując do niej. – Wiesz, tak żebyś upiekła się równomiernie.

Na widok broni Coleen zalała fala agresji, dokładnie tak jak przed paroma tygodniami, kiedy w wirtualnym świecie „Drogi do Wyjścia" walczyła z potwornymi animatronikami. Tym razem jednak nie mogła sobie pozwolić na uwolnienie gniewu... Chociaż bardzo by chciała. Naprawdę chciałaby pozwolić, aby świat utonął w czerwonej mgiełce furii. Wyrwać nóż Chloe, wbić ostrze w jedno z tych jej wielkich oczu po samą rękojeść, usłyszeć wrzask bólu i przerażenia... Niestety w realnym świecie czyny mają swoje konsekwencje. Konsekwencje, od których nie można uciec kasując zapis gry. Dlatego też cisnęła narastającą agresję w głąb siebie, by tam się wypaliła zduszona, tak jak robiła to wielokrotnie wcześniej.

Chloe, w przeciwieństwie do niej, nie potrafiła panować nad sobą. Była jak wściekły pies, który ujada, warczy i gryzie, jak tylko coś go rozdrażni. Na szczęście Coleen wiedziała jak postępować z psami. Wystarczyło trzymać się kilku reguł. Pierwsza i najważniejsza z nich brzmiała „nigdy nie okazywać strachu".

Chwyciła napastniczkę za nadgarstek i zrobiła szybki krok do przodu, napierając na nóż. Ostrze przebiło materiał prostej, czarnej sukienki i przesunęło się po żebrach, głęboko tnąc. Popłynęła krew. Trish wciągnęła gwałtownie powietrze, Chloe zaklęła paskudnie.

- Pociąć mnie? Proszę bardzo, ale może się to dla ciebie źle skończyć – mruknęła z udaną obojętnością, , po czym puściła Chloe i ucisnęła dłonią krwawiącą ranę. – Kiedy wrócę pocięta do domu, tatuś może zacząć zadawać pytania, a wtedy może być źle. Naprawdę źle. Jego znajomy, patolog sądowy, na pewno nie da się oszukać, że miałam wypadek. Tego typu ludzie poznają cięcia po nożu sprężynowym. Dlatego prędzej czy później dowie się, kto skrzywdził jego córeczkę, a tego byśmy nie chciały, prawda? Tym bardziej, że na pewno kilkoro ludzi zaświadczy, że wracałaś co domu w wymazanej krwią sukience.

- Wymazanej krw...?

Nim Chloe zdołała dokończyć, Coleen puściła ranę i wytarła okrwawioną dłoń o sukienkę rozmówczyni. Posoka zostawiła na jasnożółtym materiale wyraźne ślady.

- Kurwa, pojebało cię?! To nowa kiecka! – wrzasnęła Chloe, a jej piękną twarz wygiął iście demoniczny wyraz. – Powinnam ci chlasnąć gardło jebana suko!

Krzycząc ruszyła w stronę Coleen, jednak natychmiast powstrzymała ją Trish. W przeciwieństwie do przyjaciółki, doskonale rozumiała swoją niewesołą sytuację. Wiedziała do czego może doprowadzić każde złe posunięcie.

- Kurwa mać, przestań! Nie widzisz, że ona jest jebnięta?! – syknęła, odciągając Azjatkę. – Kurwa, uwierz mi, nie chcę mieć na pieńku z prokuratorem, bo jego pieprzony wypłód jest zbyt popierdolony, żeby podkulić ogon, a ty... A ty jak zwykle zawsze pierw robisz, potem myślisz.

- Musimy mieć respekt! Poza tym suka znisz...

- Pamiętasz, co mówił Jason?! – fuknęła Trish, wyraźnie tracąc cierpliwość. Bledsza niż zwykle cała dygotała ze zdenerwowania. – Mamy nie robić nic, co mogłoby zaszkodzić jego interesom, a to MOŻE ZASZKODZIĆ. Jak szlag może. Zatem weź się kurwa ogarnij, co? Zresztą co? Chcesz zadźgać laskę, bo ci sukienkę ujebała? Bo kurwa by się na tym skończyło. Chlasnęłabyś jej gardło, a wtedy już cała byłabyś we krwi i ciekawe, kurwa, jak chciałabyś to załatwić, hę? Pozbyć się trupa i śladów. To pieprzona córka pieprzonego PROKURATORA, do kurwy nędzy. Znaleźliby nas. Sorry dziewczynko, ale jak mam trafić do ciupy, to nie za pyskówkę z ta szmatą.

Chloe otwarła usta, po czym niemal natychmiast je zamknęła. I znowu. I tak jeszcze kilka razy. W końcu westchnęła i zrobiła krok wstecz, jednocześnie chowając nóż. Wyglądało na to, że argumenty przyjaciółki ją przekonały.

- Zatem rozumiem, że mogę już sobie iść, czy tak? – zapytała Coleen wyuczonym tonem grzecznej córeczki tatusia. – Bo, wybaczcie bardzo, ale mam ranę do opatrzenia. Chyba byście nie chciały, aby mój tato zainteresował się nią.

- A idź w cholerę – warknęła Trish, chwytając Chloe za przegub dłoni i ciągnąc za sobą. – Najlepiej prosto do piekła.

Wyszły z zaułka i ruszyły wzdłuż ulicy. Trish maszerowała wartko, wlokąc przyjaciółkę za sobą, jak upartego psa. Coleen przyglądała się im, dopóki nie zniknęły za najbliższym zakrętem. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na jęk bólu.

Weszła w zaśmieconą uliczkę, z której wypełzły jej szkolne „koleżaneczki" i schowała się za wielkim kontenerem na śmieci, w którym – sądząc po odgłosach – właśnie ucztowały szczury. Zdjęła górną część sukienki, aby obejrzeć dokładnie zostawioną po nożu Chloe ranę.

- Szlag by to – mruknęła wciągając powietrze.

Cięcie było głębokie. Nie dramatycznie głębokie, ale głębsze niż chciała sobie zadać. Do tego obficie krwawiło. Szczęście w nieszczęściu, że krew nie była widoczna na czarnym materiale.

Coleen lubiła być przygotowana na każdą okazję, dlatego też w obszernej listonoszce nosiła zestaw różnorakich przedmiotów mających – wedle założeń – przygotować ją mniej lub bardziej na starcie ze złym światem. W jego skład wchodziły między innymi: parasol, podpaski (co najmniej dwie sztuki), chusteczki higieniczne, chusteczki antybakteryjne, taśma klejąca, nożyczki, plastry, butelka wody, antypespirant, nóż do papieru, nieduży kłębek sznurka, notatnik, ołówek, dwa długopisy i plastry. Sporo rzeczy. Użytecznych. I to nawet w tak nietypowej sytuacji jak ta.

W ciągu dwóch może trzech minut z taśmy klejącej i podpaski powstał całkiem przyzwoity opatrunek, który z powodzeniem mógł, jeżeli nie powstrzymać krwawienie, to przynajmniej znacząco je zahamować. Po uprzednim odkażeniu cięcia chusteczkami antybakteryjnymi, zaaplikowała go na ranę. Okrwawione ręce opłukała wodą z butelki i dokładnie wytarła. Potem wystarczyło jej się na powrót ubrać i mogła wracać do domu. Nikt nie powinien nic zauważyć... Przynajmniej jeżeli nie będzie się nazbyt mocno przyglądał.

- Nie dość, że jestem zgrzana jak zaprzęgowa klacz, to jeszcze ranna – mruknęła ze złością. – Tyle przyszło mi z tej pieszej wycieczki. Trzeba było wsadzić tyłek do autobusu.

Gniew, chociaż stłumiony i zgaszony, nadal gdzieś tam w niej tkwił, tylko czekając, aby wybuchnąć świeżym płomieniem. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, podobnie jak z tego, że szybko się go nie pozbędzie. Ze wszystkich emocji to on sprawiał jej najwięcej problemów. Z lękami, fobiami i drobnymi maniami radziła sobie. Trzymała je w ryzach bez większego trudu. Jednak gniew... Lata tłumionego, niedopuszczanego do głosu słusznego gniewu, wywołanej bezsilnością i biernością agresji odcisnęły na niej swoje piętno. Pożerały ją od środka. Stanowiły pokłady skumulowanej, negatywnej energii nieustannie szukającej ujścia, tylko czekającej na chwilę jej nieuwagi. Na to, by wydostać się na zewnątrz.

Nie chcąc kusić losu, który najwyraźniej uwziął się na nią dzisiaj, przyspieszyła kroku i resztę drogi pokonała we wręcz ekspresowym tempie, mimo nieustannie dokuczającej jej rany. W domu, czy raczej przy bramie domu, pojawiła się zasapana, spocona i naprawdę zła. Nie upłynęła nawet połowa dnia, a już miała go serdecznie dość.

Do tego jeszcze ten ból... Ból nie dający zapomnieć o gniewie.

Nacisnęła przycisk domofonu, lecz nie usłyszała znajomego trzasku i głosu lokaja, tylko trzask elektrycznie otwieranego zamka. Brak weryfikacji przy wejściu oznaczał tylko jedno – ojciec był w domu.

Zaklęła soczyście w myślach, a żołądek ścisnęła jej zimna dłoń niepokoju. Tylko tego jej brakowało. Jeżeli ojciec zauważy coś dziwnego, dziurę w sukience lub wyczuje zapach krwi... Wolała o tym nie myśleć.

Dziarskim krokiem ruszyła w stronę domu. W końcu, aby nie wzbudzać zbędnych podejrzeń, najlepiej nie dawać ku nim podstaw, prawda? Ignorować lęk, ból, zachowywać się jak zwykle... Jak posłusznie wykonujący polecenia operatora, dobrze naoliwiony mechanizm.

Na ojca natknęła się tuż przy wejściu, gdzie przed wysokim lustrem poprawiał i przygładzał krawat. Zawsze bardzo dbał o prezencję, co zresztą mu się opłacało. Wyglądał jak człowiek-ostoja, ktoś, komu można powierzyć swój portfel, bez obawy, że go zwędzi. Przejrzyste, ukryte za szkłami prostokątnych okularów, błękitne oczy wydawały się wręcz emanować szczerością. Umiarkowanie przystojna, okolona perfekcyjnie przystrzyżonym zarostem twarz budziła zaufanie, podobnie jak szeroki, pełen ciepła uśmiech. Pasemko siwizny na zaczesanych do tyłu, niemal idealnie brązowych włosach dodawało mu powagi, zupełnie jakby stanowiło świadectwo nabytej wraz z wiekiem mądrości. Dobrze skrojone i porządne, lecz niekoniecznie bardzo eleganckie garnitury, sprawiały, że wydawał się osobą skrupulatną i rzeczową. Znów dzięki paru dodatkowym kilogramom – jednak nie tak wielu, by go nazwać pulchnym – wzbudzał sympatię... Większą, niż gdyby był miał sylwetkę sportowca, bądź dużą nadwagę. Wszystko doskonale wykalkulowane tak, aby stworzyć postać budzącą powszechny szacunek i zaufanie, a co najważniejsze, nie wywołującą zbyt wielu negatywnych emocji. Wielu polityków zapominało o tym, jak bardzo może zniechęcić niższe klasy widok luksusowego zegarka, spinek do mankietów czy garnituru za dziesięć tysięcy, ale nie on. Nie pan prokurator Lesinsky.

- Cześć tato – przywitała się, zamykając za sobą drzwi.

- Cześć córcia – mruknął całując ją w czoło. – Jak tam psiaki i inne stworzenia?

- Jak zwykle. Głodne i głośne, więc chyba dobrze.

- To miło – uśmiechnął się. – Wiesz, przemyślałem sobie sprawę i stwierdziłem, ze jednak z ta karą trochę się pospieszyłem. Znaczy nadal będziesz pracować w schronisku, ale tylko pięć dni w tygodniu, nie siedem.

W głowie Coleen rozbrzmiał donośny alarm. Naprawdę bała się tego, co ojciec mógł wymyśleć. Zwykle jego pomysły nie kończyły się dla niej dobrze.

- Cóż... W trakcie rozmowy z detektyw River zdałem sobie sprawę, ze prawie w ogóle nie spędzamy ze sobą czasu. W dodatku nie uprawiasz żadnego sportu i unikasz rówieśników. Dlatego postanowiłem to naprawić. W soboty będziemy grać razem w golfa. W klubie „Świt" urządzają partyjki dla ojców z córkami. Będą tam również moi wspólnicy ze swoimi córeczkami, w większości w twoim wieku, więc może się z kimś zaprzyjaźnisz...

Jej psyche wykonała mentalny odpowiednik uniesienia brwi. „Zaprzyjaźnisz się z kimś"? Nie mogła sobie pozwolić na coś takiego jak posiadanie przyjaciół i ojciec doskonale o tym wiedział.

-... to byłoby miłe, prawda? A jak nie tam, to może na lekcjach jazdy konnej, bo cię zapisałem na wtorki. Słyszałem, że kontakt z końmi to dobra terapia, więc może pozwoli ci przepracować jakoś tą twoją „traumę". No i podobno w klubach jeździeckich poznaje się przyjaciółki na całe życie. Poza tym dziewczęta lubią konie.

Coleen nie wiedziała czy lubi konie. Do tej pory widywała je jedynie z daleka. Na pewno darzyła je większą sympatią niż psy... Przynajmniej na razie. Jeżeli jakiś ją kopnie w głowę, być może zmieni zdanie na ich temat.

- Czyli sobotni wolontariat w schronisku wymieniam na golfa, a wtorkowy na jazdę konna czy tak?

- Zgadza się. Wspaniale, prawda?

Wolała pominąć „wspaniale" milczeniem. Mogła udawać grzeczną dziewczynkę, ale zgrywanie przepełnionej entuzjazmem wymagało zbyt dużo wysiłku.

- A szczegóły? – zapytała.

- Masz wszystko na mailu, żeby nie było, że o czymś zapomniałaś albo czegoś nie dosłyszałaś – mruknął, podnosząc z podłogi opasłą aktówkę. – Wyjeżdżam w interesach, wrócę dopiero w nocy. Zabieram Freda, więc byłbym zobowiązany, gdybyś nigdzie nie wychodziła, dobrze? Obiad jest w piekarniku jeszcze ciepły, a kolację masz w lodówce. Odgrzej sobie. I nie waż mi się zamawiać pizzy ani innego śmieciowego żarcia. I nie podpal niczego.

Odkąd zdiagnozowano u niej łagodną formę piromani, zawsze mogła liczyć na pożegnanie słowami „nie podpal niczego". W życiu wywołała tylko jeden, jedyny pożar i miała ku temu naprawdę ważny powód. Od tamtej pory podpalała jedynie świeczki i palniki na zajęciach z chemii. Owszem, lubiła ogień. Widok płomieni działał na nią kojąco, pomagał jej się wyciszyć, uspokajał, ale nie czuła potrzeby wzniecania ognia, gdzie popadnie... Chociaż musiała przyznać, że z chęcią zobaczyłaby jak Chloe płonie. Co nie znaczyło, że miała zamiar ją podpalić. Owszem, myśl wydawała się jej całkiem... przyjemna, jednak godziłoby to w jej poczucie moralności.

Na śmierć w płomieniach trzeba było sobie zasłużyć. Naprawdę zasłużyć.

- Bez obaw, nie mam pożaru w planach – zapewniła.

- Świetnie. To do jutra córcia. I zachowuj się. Pamiętaj, że ani mnie, ani Freda nie ma w pobliżu, nie znaczy, że możesz robić co chcesz.

- Oczywiście.

Cmoknął ją na pożegnanie w czoło, przemknął przez drzwi i ruszył ku stojącemu na podjeździe, czarnemu chryslerowi. Za kierownicą jak zwykle siedział Fred. Po jego minie Coleen bez trudu poznała, że – delikatnie rzecz ujmując – niezbyt cieszy się na wycieczkę z panem prokuratorem. Rozumiała go. Mogła nie lubić lokaja, ale musiała przyznać sama przed sobą, że z orszaku ojca to on jest ten najnormalniejszy. Najbardziej ludzki.

Silnik zawarczał, koła powoli się poruszyły, a brama powoli rozwarła wypuszczając elegancki wóz na drogę. Coleen obserwowała go, dopóki nie zniknął z pola widzenia. Dopiero wtedy pozwoliła sobie, żeby odetchnąć... A zaraz potem jęknąć z bólu.

Dociskając dłoń do rany, ruszyła po schodach do głównej łazienki, gdzie ojciec trzymał apteczkę. Wielką, zawierającą prócz standardowych środków opatrunkowych jak plastry, bandaże czy woda utleniona, specjalne kompresy medyczne na wszelkiego rodzaju urazy, morfinę, środki przeciwwstrząsowe, uspokajające czy zestaw do szycia ran. Na szczęście tego ostatniego nie potrzebowała. Na cięcia mające do pół centymetra głębokości spokojnie starczały kompresy szybkogojące, cudowny opatrunek działający antyseptycznie, sklejający krawędzie rany, przyspieszający procesy gojenia i uwalniający przez dwadzieścia cztery godziny substancje znieczulające.

Klęcząc na wyłożonej czarnymi płytkami podłodze, przetrząsała szafkę łazienkową, dziękując w duchu wszelkim wyższym instancjom, że ojciec nigdy nie wpadł na to, aby przeliczyć kompresy i opatrunki. Owszem, regularnie sprawdzał czy nie ubywa morfiny i innych substancji potencjalnie narkotycznych, ale reszta go nie interesowała.

Po chwili znalazła to, czego szukała – niewielki, niebieski pakunek zawierający cudowny kompres. Równie cudowny, co niepozorny, bo przypominający zwykły plaster rozgrzewający na bóle mięśni.

Rozerwała opakowanie, zdjęła zakrwawioną sukienkę i zerwała prowizoryczny opatrunek z podpaski, po czym przyłożyła kompres. Ulga była niemal natychmiastowa. „Czarodziejski" żel pokrywający plaster schłodził palącą ranę, zmniejszył ból oraz dał wrażenie świeżości.

Odetchnęła ciężko, siadając na sedesie i spojrzała na leżącą na podłodze sukienkę. Pranie robiła dwa razy w tygodniu pani Q, zawsze uprzejma i dyskretna – Coleen nie musiała się obawiać, że gosposia powie ojcu o rozcięciu czy krwi. To, że ojciec prędzej czy później je zobaczy to inna rzecz. Oczywiście mogłaby spróbować zaszyć dziurę, ale niestety... Od małego wychowywano ją na wykształconą, młodą damę niezdolną do zrobienia czegokolwiek praktycznego. Dlatego polegała głównie na fastfoodach, żarciu na telefon oraz obiadkach pani Q i Freda. W życiu nie zrobiła sobie chociażby jajecznicy. Szczytem jej umiejętności kulinarnych było zalanie dania instant wrzątkiem. Podejrzewała, że jeżeli uda jej się kiedyś odciąć od ojca, czeka ją bliższa znajomość z daniami z mikrofali.

Nie potrafiła szyć, a wyrzucić sukienki nie mogła – ojciec znał zawartość jej szafy lepiej niż swojej. Kwestią czasu było, kiedy poprosi, aby ubrała „tę czarną za kolana, no wiesz, tę z okrągłym kołnierzykiem". Pozostawało jej tylko jedno – gdy to nastąpi udawać głupią i uparcie twierdzić, że nie ma pojęcia skąd to rozcięcie.

Brzmiało jak plan.

- Czyli mam dom dla siebie - mruknęła, przeczesując palcami włosy. – To po ogarnięciu tego bajzlu chyba spokojnie mogę umyć się i wskoczyć w pidżamę, prawda? Prawda.

Nieobecność ojca i Freda była dla niej jak zbawienie. Miała jedną z nielicznych okazji poczuć się swobodnie we własnym domu... A przynajmniej nieco swobodniej niż zwykle. Mogła chodzić cały dzień w pidżamie (pidżamy stanowiły jedyny element jej garderoby, który względnie lubiła) oraz olać opinię „kochanego tatusia" na temat wirtualnej rzeczywistości i ponownie się w niej pogrążyć. Skoczyć w otchłań świata, który przynajmniej udaje, że ma jakiś sens.

Sprzątnęła bałagan w łazience, wrzuciła sukienkę do kosza na brudy, wzięła prysznic. Krótki, szybki i dokładny. Kompletnie nie relaksujący. Zresztą nigdy nie potrafiła odprężyć się w kąpieli. W domu nie czuła się u siebie. Nie czuła się bezpieczna. Dlatego, gdy stała naga w strugach wody, pożerający ją stres bynajmniej nie malał. Przeciwnie. Jednak istniało coś, co skutecznie pomagało rozładować jej napięcie, ukoić umysł, złagodzić ściskający wnętrzności gniew. Tym czymś był ogień.

Wbita w pidżamę złożoną z luźnych, szarych spodenek i koszulki na ramiączkach, usiadła po turecku na podłodze, trzymając w dłoniach świecę. Dużą, grubą, zieloną, osadzoną w szerokiej podstawce. Specjalną, kosztującą aż dziesięć dolarów za sztukę. Skąd ta cena? Otóż świeca paliła się niezwykle wolno, a zarazem intensywnie, dając duży, czerwony płomień i roztaczając wokół przyjemną, nasuwającą na myśl mirrę woń. Większość ludzi kupowało ją właśnie przez wzgląd na zapach, ale nie Coleen. Ją interesował płomień.

Niemal z nabożnością zapaliła knot, na którym po chwili zatańczył rubinowy język. Podziwiała jego nietrwały, zmienny kształt, rozkoszowała się żarem przysuwając dłonie jak najbliżej. Płomień... Patrzyła na niego tak długo, póki nie zmienił się we wspomnienie huczącej ściany ognia, pożerającej wszystko, co stanęło jej na drodze. Oczyszczającej świat z brudu, zła i plugastwa.

Tamtego dnia ogień co o mało jej nie zabił, ale też ją uratował. Dlatego go kochała i ufała mu, chociaż doskonale wiedziała jak bardzo jest nieprzewidywalny i niebezpieczny. Wiedziała jaki to ból, gdy płomienie trawią skórę, a do płuc wdziera się gorący dym. Wiedziała jak bardzo słabym i bezradnym wobec szalejącego żywiołu jest człowiek. Mimo to, a może właśnie dlatego ogień był jedyną rzeczą, która pozwalała się jej zrelaksować. Odprężyć. Oczyścić.

Nie miała pojęcia, jak długo wpatrywała się w świecę, jednak, gdy w końcu ocknęła się z transu, była cała zdrętwiała. Z trudem rozprostowała nogi, nie wspominając o wstaniu na nie. Mimo to czuła się o wiele lepiej niż przedtem. Świat nie napierał na nią już z taką siłą, a nieustanne zawodzenie tłumionych emocji zamieniło się w przypominające biały szum mamrotanie.

Odetchnęła z ulgą. Teraz mogła zając się sobą... Spędzeniem reszty dnia w rozkosznie nieproduktywny i relaksujący sposób.

Zaczęła od zjedzenia obiadu – pysznego, parującego gumbo prosto z Luizjany. Pani Q naprawdę świetnie gotowała, zaś gumbo stanowiło jej specjalność. Nawet w dni takie jak ten – upalne, kiedy myśl o czymkolwiek ciepłym na talerzu wręcz odstręczała, Coleen nie potrafiła sobie odmówić miski

Bez najmniejszych wyrzutów sumienia pochłonęła jedną, a potem, po wstawieniu naczyń do zmywarki, nieśpiesznie ruszyła w stronę swojego pokoju. Chciała poczytać coś lekkiego, no i może się zdrzemnąć. Co prawda bezsenność już jej nie dręczyła, ale jeszcze nie odespała tych wszystkich nieprzespanych, wypełnionych gonitwą myśli nocy.

Kupując dwa lata temu konsolę NVR zadbała, aby ta miała naprawdę długi kabel. Wydała dodatkowe dwadzieścia dolarów, ale nie żałowała – dzięki temu mogła założyć kask urządzenia na głowę i wygodnie położyć się na łóżku, dokładnie tak jak teraz. Dokładnie tak samo, jak zrobiła to chwilę później w wirtualnej rzeczywistości. W swoim wirtualnym pokoju, trzymając w dłoniach opasłą powieść grozy. Ojciec nie popierał takich lektur, uważając je za szkodliwe, dlatego w realnym świecie nie mogłaby jej kupić czy chociażby wypożyczyć. Szczęśliwie nie kontrolował nazbyt mocno, tego, co ściągała z sieci, bardziej skupiając się na tym, co w niej umieszczała.

Powoli przewracała strony wirtualnej powieści, a jej powieki stawały się coraz cięższe. Mrugała coraz częściej i dłużej. W końcu zamknęła oczy, zapadając się w rozkoszną, ciepłą nieświadomość mocnego snu.

Snu tak mocnego, tak głębokiego, że nie zakłóciły go nawet coraz głośniejsze echa nadchodzącej burzy. Burzy, która miała sprawić, że niebo zapłonie.

***

Tkwiąc w cyfrowej otchłani informatycznego szumu, William rozmyślał, a nie były to rozmyślania wesołe. Dopadła go chandra. Przez ostatnie trzy tygodnie Coleen i Tim niemal nieustannie przeprowadzali na nim testy. Niestety niewiele z tego wynikło. Owszem dowiedział się paru nowych rzeczy o sobie. O tym, jak rozmaite programy reagują na jego obecność, o tym, że może je w ograniczonym stopniu zmieniać. No i poznał Tima, kiedy w ramach jednego z eksperymentów z „FNAF: World Adventures" Coleen włączyła tryb multiplayer i zaprosiła mężczyznę do gry. Naprawdę specyficzna postać... Ewidentnie zafascynowana nim. Może nawet za bardzo.

Uśmiechnął się w głębi siebie. Podczas pierwszego pobytu we „FNAF: World Adventures", chciał koniecznie sprawdzić, co się stanie, jeżeli dotknie Coleen. Liczył, że może wtedy w jakiś czarodziejski sposób zamienią się rolami albo chociaż dowie się, co zrobić, aby tak się stało. Jednak, jako że nie miał pewności, co do skutku kontaktu fizycznego, a nie chciał przestraszyć dziewczyny, wolał jej nie obłapiać. Zamiast tego postanowił sprowokować ją do dotknięcia jego. Próbował przez półtorej godziny, bezskutecznie. W końcu Coleen wylogowała się z gry. Jednak następnym razem odniósł sukces. Poniekąd. Otóż nie kto inny jak Tim poprosił Coleen, aby go dotknęła... Tuż po tym, jak sam go wyściskał.

Pierwsza od dziesięcioleci namiastka fizycznego kontaktu z drugim człowiekiem i musiał to być grubas w kostiumie lawendowej pszczoły. Ekstrawaganckim kostiumie.

Niestety kontakt z Coleen nic nie zmienił. William nie wyczuł niczego dziwnego. Żadnej więzi, kontaktu telepatycznego czy drogi do umysłu nastolatki. Był jedynie dotykiem... Właściwie to mniej niż dotykiem. Jego wirtualną imitacją.

Jednak nie tracił nadziei – w rozmowie Tim i Coleen wspomnieli, że spróbują testu na konsoli HNVR, która, wedle tego, co udało mu się wyczytać ze strumieni danych, łączyła się z praktycznie całym układem nerwowy człowieka. Liczył, że wtedy coś się stanie. Że będzie w stanie dotrzeć do Coleen, do jej umysłu, mózgu i ciała. Niestety, jak się okazało, rozgrywka na konsoli HNVR nie różniła się dla niego niczym od tej na NVR. Neurowirtualna rzeczywistość zwykła czy hiperrealistyczna... Dla kogoś uwięzionego wewnątrz, stanowiła jedno i to samo.

Przeżył zawód. Potworny. W dodatku, jakby tego było mało, od ponad tygodnia Coleen nie używała wirtualnej rzeczywistości, odcinając go od tej namiastki człowieczeństwa, którą posiadał. Owszem, nadal mógł swobodnie przełączać się między grami Fazbear Entertainment, infekując swoją osobą każdy aktywowany wirtualny świat, ale to nie było to samo. Jedynie, kiedy Coleen go ściągała miał wrażenie, że żyje. Poza tym... Po za tym nadal jej potrzebował.

Skoro nie mógł przejąć ciała dziewczyny, musiał zwyczajnie poprosić ją o pomoc. Wątpił, żeby się zgodziła, biorąc pod uwagę to, czym się stał, to, co o nim mówiono, ale musiał spróbować. Nie mógł odpuścić. Miał sprawy do załatwienia.

Nagle poczuł to. Coleen połączyła się z wirtualną rzeczywistością. Ze swoim wirtualnym pokojem.

W trakcie minionych tygodni, odniósł jeden, jedyny sukces – udało mu się włamać do cyfrowego lokum dziewczyny. Nie miał pojęcia, przy jakiej wirtualnej zabaweczce Coleen może spędzać tyle czasu, ale ostatnim czego się spodziewał było to – pokój. Zwykły, nieduży pokoik wypełniony książkami, płytami z muzyką i rozmaitymi bibelotami. Kiedy pierwszy raz zobaczył ją tam, siedziała po turecku na łóżku, czytając zbiór opowiadań Lovecrafta i słuchając muzyki. Właściwie to nie muzyki, tylko jednej piosenki. O ogniu.

Zaczytana i zasłuchana nawet go nie zauważyła. Wykorzystał to, czym prędzej się wycofując – wolał nie sprawdzać, jak zareaguje, gdy zobaczy go tak ni z tego ni z owego. Intruza w bezpieczniej enklawie.

Oczywiście nie poprzestał na jednokrotnej wizycie, aczkolwiek nigdy potem nie wkraczał do wirtualnego pokoju w pełni... A przynajmniej nie, gdy Coleen pozostawała świadoma. Otóż odkrył, że może zatrzymać się w pół drogi, w środku cyfrowej bariery kodu i obserwować dziewczynę, pozostając dla niej kompletnie niewidzialnym. Swobodną, niczym nieskrępowaną w swoim naturalnym środowisku, jeżeli tak można nazwać przestrzeń wirtualną wygenerowaną z komputerowego kodu i fal mózgowych.

Liczył, że podglądając Coleen, dowie się czegoś o niej. Czegoś, co pozwoli mu przejąć jej ciało, lub, gdyby to nie wypaliło, zwyczajnie ją lepiej poznać. Dzięki temu mógłby nakłonić ją do pomocy. Niestety dziewczyna nie robiła w wirtualnym pokoju nic nadzwyczajnego. Oglądała filmy i kreskówki, czytała książki – zwykle albo ciężkie, albo mroczne, ewentualnie jedno i drugie – oraz słuchała muzyki. Dość różnorodnej – począwszy od klasyki poprzez elektroswing, jazz, alternatywę i dark kabaret po rock i metal. Trochę go to dziwiło, bo z tego co zaobserwował, młodzież zwykle usiłowała podpiąć się pod jeden konkretny gatunek muzyczny, a tym samym subkulturę. Tak było nawet w jego czasach. Mieszanie ze sobą różnorakiej muzyki nie stanowiło częstego zjawiska wśród nastolatków. Nie wspominając relaksacyjnym słuchaniu oper Wagnera i nuceniu „Kawalkady Walkirii" w trakcie czytania opasłego kryminału.

W każdym razie, obserwowanie dziewczyny nie pomogło mu, jedynie zaznajomiło z jej gustem literackim i muzycznym. Nie dowiedział się niczego o jej życiu prywatnym, znajomych lękach czy nadziejach. Nie poznał jej rysu psychologicznego. Chociaż samo to, że spędzała tak wiele czasu w wirtualnej rzeczywistości robiąc to, co z powodzeniem mogłaby robić w prawdziwym świecie, sporo o niej mówiło, rzecz w tym, że nie do końca wiedział co.

Przecież ona nawet tu spała. Zakładała NVR na noc i kładła się do łóżka w wirtualnej rzeczywistości. Te wszystkie razy, kiedy uprzednio myślał, że gra po dwanaście godzin w jakieś durnoty, lasując sobie mózg, ona po prostu tu spała. Dlaczego? Po jaką cholerę?

Naprawdę tego nie rozumiał. Jednak nietypowe zachowanie dziewczyny miało swoje plusy. Otóż, gdy Coleen spała, mógł swobodnie poruszać się po jej wirtualnym pokoju. Swobodnie, ale cicho i ostrożnie, żeby jej nie zbudzić. Na początku nawiedzał ją, głównie po to, aby sprawdzić, czy w trakcie snu nie będzie mógł przejąć jej powłoki. Niestety droga do fizycznego cała nastolatki nieodmiennie pozostawała dla niego zamknięta. Potem robił to tylko po to, aby móc się chociaż przez te kilka godzin snu dziewczyny poczuć żywym. Porobić normalne rzeczy. Poczytać książki, obejrzeć coś, posiedzieć w miękkim fotelu.

Był jak wirtualny dziki lokator.

Tego dnia, czując obecność Coleen, jak zwykle natychmiast skierował się ku jej wirtualnemu lokum. W pierwszym odruchu chciał wykorzystać okazję, wejść do środka i poprosić o pomoc, ale niemal natychmiast zrezygnował. Bał się. Bał się, że wystraszy ją, a wtedy ta przestanie odwiedzać wirtualną rzeczywistość, skazując go na tułaczkę między serwerami i dryfowanie w informatycznym szumie. Bał się stracić tą niewielką namiastkę życia, którą mu dała. Poza tym, nie miał pojęcia, jak się z nią porozumieć. Fazbear Entertainment nie obdarowało Glitchtrapa, a tym samym i jego, głosem. W wirtualnym pokoju nie znajdowało się nic do pisania. Migowego nie znał, zresztą, nawet jakby, to wątpił, aby Coleen potrafiła migać.

Nie, lepiej dla niego, aby poczekał, aż nastolatka wejdzie w świat jakiejś gry. Wtedy będzie miał więcej możliwości komunikacji, a dziewczyna nie poczuje się osaczona.

Przypomniał sobie, jak na początku ich znajomości – jeżeli można to tak nazwać – Coleen wywołała klawiaturę, proponując mu rozmowę. Z żalem pomyślał, że tamtego dnia, udając zwykły program, zaprzepaścił swoją jedyną szansę na porozumienie z nastolatką i ucieczkę z cyfrowego piekła.

Obserwował dziewczynę. Wygodnie rozparta na szerokim łóżku, leniwie przerzucała kartki opasłej powieści, raz po raz przeciągle ziewając. W końcu zamknęła oczy, podtrzymująca książkę dłoń opadła, oddech stał się głęboki i miarowy, a na twarzy zagościł spokój. Zasnęła zdrowym, mocnym snem.

Widząc jak śpi, odważył się wejść do środka. Obleczony w wirtualne ciało brązowego królika, usiadł na krześle obok jej łóżka. Przyjrzał się nastolatce. Jej gładkiej, odprężonej twarzy, rozchylonym ustom, skulonej przy nich dłoni. Ogarnęła go nostalgia. Poczuł się stary. Bardzo stary, zmęczony i samotny. Przypomniał sobie, jak niegdyś przesiadywał tak przy łóżku swej córki. Nie raz ani nie dwa czytał jej do późna. Podobnie jak Coleen uwielbiała straszne historie, zresztą sama wymyślała ich nie mało, a potem straszyła nimi małego Normana... Do czasu, kiedy po wypadku zaczęły go nawiedzać wizje straszniejsze od jakiegokolwiek wymysłu starszej siostry. Najpierw tylko w trakcie snu, potem i na jawie, sprawiając, że dniami i nocami na przemian płakał i wrzeszczał jak opętany.

Poczuł jak coś go ściska w środku. Gdyby potrafił, rozpłakałby się.

Ponownie spojrzał na śpiącą nastolatkę. Może tak było lepiej? Może nie powinien nawet myśleć o odebraniu temu dziecku ciała? W końcu już wystarczająco wiele istnień przez niego ucierpiało. Owszem, zamierzał wrócić między żywych, aby naprawić wyrządzone zło, ale przecież nawet nie wiedział jak to zrobić. Może oszukiwał siebie? Może powinien odpuścić i zginąć w cyfrowym szumie?

Tak bardzo chciałby odwrócić bieg historii, zmienić to, co zrobił... A przede wszystkim to, czego nie zrobił.

Delikatnie położył dłoń na głowie dziewczyny, z ojcowską czułością przeczesując jej krótko ścięte włosy...

...Nagle świat rozbłysnął przeraźliwą, bolesną bielą i utonął w eksplozji gromu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz pół roku temu
    „okolicach pięćdziesiątki posiadający”
    Wstawienie przecinka: okolicach pięćdziesiątki, posiadający
    Zmieni całkowicie sens tego zdania, mam wrażenie że na taki właśnie, o jaki Ci chodziło

    „Aby posprzątać bałagan, starczyło jej przesunąć:
    Starczyło jej = wystarczyło, tak bym sugerował

    „w nim zaprawione gorycz”
    Zaprawione o gorycz LUB zaprawione goryczą

    „tego niedostrzeganą" –„
    Nie dostrzegają

    „Skończyła z czwórka plus”
    Czwórką

    „I to takich, którzy ją znają. Na Ze szkoły. Na dziewczyny. I to”
    2 x i to
    Którzy ją znają – lepiej konsekwentnie czas przeszły
    Na Ze szkoły, - coś zostało po poprawkach chyba

    „Przyczajone w ślepe uliczce”
    Ślepej

    „partyjki dla ojców z córkami.”
    Dlaczego konkretnie z córkami, a nie po prostu z dziećmi?

    „układem nerwowy człowieka”
    Nerwowym

    Superrr. Wciąga mnie to coraz bardziej, jak wirtualny świat. Jeszcze się zdarzy, że dołączę do Williama. Bardzo dobrze to opisujesz, drobne błędy są naprawdę drobne, jakość jest na poziomie wydawniczym.
  • CynicznaCecylia pół roku temu
    Ojców i córek dlatego, że w US panuje dziwna moda na tego typu eventy. tatusiowie córeczki, mamusie z synusiami, mamusie z córeczkami, tatusiowie z synami... Najczęściej jednak ojcowie i córki (co z lekka sugeruje, ze amerykańscy tatusiowie mają tak dość swoich córek, że trzeba specjalnych eventów, aby spędzali z nimi czas). Szczególnie w tych bardziej tradycyjnych regionach, gdzie w sukience i szpilkach to na 99% mama, a nie ekstrawagancki tata. Osobiście sama ich nie rozumiem - może chodzi o to, żeby w towarzystwie tatuś/mamusia nie miała okazji do skoku w bok, a młodzież do zmajstrowania wnuków?

    "jakość jest na poziomie wydawniczym" => odprawiam mentalny odpowiednik tarzania się w tym komentarzu.
  • Bajkopisarz pół roku temu
    Proszę ostrożnie z tym tarzaniem po komentarzu, bo się literki poprzylepiają do pleców i innych miejsc :)

    Nie wiedziałem o tych eventach z USA, ale w sumie nie powinny mnie dziwić. Mają amerykańce swoje odchyły

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania