Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

FNAF: Formy życia - V - Wieża Babel

Obudził się i poczuł... Poczuł, że jest sam. Prawie. Świadomość Coleen skuliła się w metaforycznym kącie i siedziała tak cicho, że musiał się wysilić, aby ją wyczuć. To było dziwne. Wspaniałe. I straszne...

Uderzyło go, jak mało wie o swojej nosicielce. O jej życiu. Za niecały miesiąc zaczynał się rok szkolny, a nie miał pojęcia, kim są jej szkolni koledzy, nauczyciele, jak wygląda dzienna rutyna. Co mówić doktor Taylor na terapii. Jak udawać, aby nikt się nie zorientował, że w Coleen zaszła zmiana. Że ktoś zajął jej miejsce.

Przeklął siebie w myślach, siadając na łóżku. Zafiksowany na swoim celu nie pomyślał. Znowu. Mógł dłużej pozostać biernym, milczącym. Chociażby na tyle, aby zaliczyć pierwszych kilka tygodni szkoły. Albo spróbować porozumieć się z nią przed tym... Wszystkim. Chociaż z drugiej strony, biorąc pod uwagę charakter i stan psychiczny nastolatki, porozumienie mogło w ogóle nie być możliwe.

- No, teraz to na pewno nie jest – mruknął do siebie i wzdrygnął się słysząc głos. Odzwyczaił się od tego, że może wydawać dźwięki. Mówić.

Pokręcił głową, zastanawiając się, co też wczoraj odbiło Coleen, że ot tak zdała mu władzę nad swoim ciałem... A właściwie nad całym życiem. Owszem, zapewne miała trochę nie po kolei – sam też miał – od lat chodziła na terapię, zaliczyła próbę samobójczą i nie wykluczone, że leczyła się psychiatrycznie, ale...

Ale jakoś nie widział w niej zwykłej wariatki. Chociaż chciałby. Chciałby uznać, że mała sfiksowała, bo wtedy mógłby sobie wmawiać, że przejmując kontrolę nad życiem dziewczyny, wyświadcza jej przysługę.

- Dobra, domniemania domniemaniami, ale zaraz masz dyżur w schronisku, prawda? – mruknął do siebie. – Tatusiek go nie podaruje, a Coleen, chociaż tatuśka najchętniej zrzuciłaby ze schodów, jest grzeczną dziewczynką.

To dziwne, ale chociaż zyskał młode, zdrowe ciało, poranna rutyna, drażniła go jak za życia... Znaczy za czasów po wypadku Normana. Wcześniej, nim jego rodzina rozsypała się jak domek z kart, miał motywację, żeby wstawać. Zrobić wszystkim śniadanie, wyprawić dzieciaki do szkoły, a potem biec do pracy. Pracy, którą naprawdę lubił, do szefa, a zarazem przyjaciela będącego dla niego jak brat. Nie potrafił pojąć, jak to wszystko mogło...

Westchnął. Nie. Przeszłość zbyt bolała, żeby ją wspominać. Minione zdarzenia przeplatały śmiech i słodycz z żelazistym smakiem krwi, krzykiem i łzami.

Mycie, ubieranie, a to wszystko prawie bez patrzenia na ciało... W ciągu pół godziny był gotowy. Potem zjadł szybko śniadanie – przyszykowane przez panią Q kolorowe kanapki – i popędził na autobus do schroniska. Tam szybko zabrał się za obowiązki dziewczyny.

Najpierw wszystko szło dobrze. Naśladując zwyczaje swej nosicielki, porozmawiał z pracownikami przybytku uprzejmie, ale powierzchownie, prędko ich zbywając. Niestety potem zaczęły się schody.

Psy wyczuły, że ich opiekunka nie jest taka sama jak przedtem. Niektóre zaczęły się zachowywać przyjaźniej niż wcześniej: obwąchiwać go, merdać ogonami, łasić. Inne... Inne stanowiły problem. Może przesadą byłoby nazwać ich zachowanie agresywnym, ale jedne usiłowały go zastraszyć, a reszta przechytrzyć bądź zdominować. Pierw próbował ustawić je metodami Coleen, niestety nie podziałało. Psy wiedziały, że udaje. W dodatku wszystko pogarszało to, że przebywał w ciele dziewczyny o niezbyt rozwiniętej masie mięśniowej, więc nawet fizycznie nie mógł się w ich obecności poczuć pewnie. Co innego, gdyby ponownie był wysportowanym czterdziestoczterolatkiem – wtedy czworonogi nie sprawiłyby mu większych kłopotów. Niestety siedząc w nieswoim ciele, przebywając na nieswoim terenie, musiał włożyć niemało wysiłku, aby sobie z nimi poradzić.

Pod koniec zmiany czuł się jak wyżęta ściera, zarówno pod względem psychicznym jak i fizycznym. Naprawdę coraz bardziej podziwiał, jak Coleen potrafiła podporządkować sobie lokatorów schroniska, mimo fobii. Chciałby, żeby powiedziała mu, jak to robi, ale niestety... Na to raczej nie było wielkich szans. Co prawda mógł spróbować podpiąć się do konsoli NVR i wciągnąć dziewczynę w wirtualną rzeczywistość, ale po głębszym zastanowieniu stwierdził, że lepiej będzie, jeżeli zostawi ją w spokoju przez co najmniej kilka dni. Tak, żeby się wyciszyła i może przemyślała parę spraw, bo ewidentnie tego potrzebowała.

On zaś potrzebował... Wielu rzeczy. W większości niemożliwych do osiągnięcia. Natomiast jeżeli chodzi o możliwe, to przede wszystkim zamierzał się skupić na odnalezieniu wrogów. Czaili się gdzieś tam... Wśród personelu Fazbear Entertainment i Afton Robotics. Nie miał pojęcia, kim są ani ilu ich jest. Co prawda tożsamość jednego – tego, który pchnął go ku otchłani – znał, ale przypuszczał, że już dawno ją zmienił, podobnie jak powierzchowność. W końcu „zaginął" jeszcze za czasów, kiedy on sam tkwił w formie Springtrapa. Fazbear Fright przeżyło dzięki temu zdarzeniu prawdziwy nawał zwiedzających. Plotkujących, wymieniających się teoriami, a on słuchał. Może i za dnia nie potrafił samodzielnie poruszyć chociażby palcem, ale doskonale wszystko widział i słyszał. No i nade wszystko prawie zawsze był wtedy w pełni świadomy. Nie to co nocą, kiedy...

Nie. Naprawdę wolał o tym nie myśleć.

Duża dawka stresu i zmęczenia w dość przygnębiającym otoczeniu, nie podziałała na niego kojąco. Idąc na przystanek autobusowy marzył, aby olać sprawę i przejść się kawałek albo po powrocie zahaczyć o park lub jakąś przyjemną kawiarenkę, ale poczucie obowiązku mu nie pozwalało. Obiecał sobie z tym wszystkim skończyć, przynajmniej w części naprawić winy, więc nie zamierzał marnować czasu na drobne przyjemności. Nawet, jeżeli rozpaczliwie za nimi tęsknił.

Po powrocie do domu i zjedzeniu lekkiego obiadu – naleśników z warzywami – wzorem Coleen zasiadł do komputera, jednak nie po to, aby grać. Potrzebował informacji.

Znał hasła, loginy i wiele sekretów Fazbear Entertaintment, ale nadal było to zbyt mało. Zbyt mało. W formie elektronicznego kodu nie miał dostępu do wielu zakamarków fazberowskiej sieci, nie wspominając o potężnych serwerach Afton Robotics, gdzie – jak przypuszczał – kryło się najwięcej potrzebnych mu informacji. Swoją drogą to ironia, że firma nosząca jego nazwisko, stanowiła siedzibę tych piekielnych... tych...

Nekromantów. Słowo być może brzmiało irracjonalnie, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. W końcu to nekromanci nie pozwalali umrzeć tym, którzy teoretycznie dawno powinni być martwi, prawda? A oni to robili. Wskrzeszali. To z ich winy tyle lat spędził jako Springtrap, a tamte dzieciaki...

Poczuł jak ogarnia go wściekłość. Zamknął oczy, zaczął robić głębokie wdechy i powolne wydechy. Gniew. Po tym... Po tym jak Norman zmarł, a on sam zaczął coraz częściej sięgać po butelkę, gniew stał się poważnym problemem. Co prawda nigdy nie podniósł ręki na żadne ze swych dzieci ani nigdy przy nich nie wybuchnął, ale zdarzyło mu się zdemolować kuchnię i biuro, o słownej przemocy wobec współpracowników nie wspominając. Mało tego. Kiedyś rzucił się z pięściami na ekspedienta stacji benzynowej, a raz nawet na Henry'ego. Znowu jako Springtrap... To coś w jego głowie, to co nie pozwalało mu się poruszać za dnia i odbierało jasność myślenia nocą... To żerowało na jego gniewie, wyzwalając agresję. Bezmyślną żądzę krwi, napędzana przez ból i poczucie bezsilności.

Niemal zupełnie spokojny, wypuścił głośno powietrze, kładąc dłonie na klawiaturze. Ostatnio zaczął przeszukiwać sieć pod kątem nieprzychylnych Fazbear Entertainment i Afton Robotic nowinek i skandalów. Miał nadzieję, że odkryje w nich coś interesującego. Niestety niczego takiego nie znalazł. Wyraźnie nekromanci nauczyli zacierać się za sobą ślady, nie tak jak za jego czasów. Nie znaczyło to jednak, że nie natrafił na żaden trop.

„Pakiet Dźwiękowy Archanioła", który ściągnęła Coleen. Głos przypisany Glitchtrapowi był jego głosem. Jego prawdziwym, ludzkim głosem. Głosem, który mógł zostać zapisany tylko w jednym miejscu.

- Archanioł... Doprawdy zabawne – mruknął zjadliwie, przeszukując historię wyszukiwania dziewczyny.

Poruszanie się po sieci sprawiało mu pewną trudność, w końcu patrzenie na coś z zewnątrz, to coś zupełnie innego niż patrzenie od środka... Szczególnie, gdy patrząc od środka, tak naprawdę nie miało się oczu. Jednak wiele razy obserwował Coleen, więc jakoś sobie radził, przy czym słowo-klucz to „jakoś". Naprawdę nastolatka przydałaby mu się teraz. Albo lepiej Tim. Być może mógłby poprosić go o pomoc, ale nie miał pojęcia czy potrafi wystarczająco dobrze udawać swoją nosicielkę, żeby się nie zdemaskować... Nie, zdemaskować to złe słowo. W końcu nikt nie uwierzyłby, że Coleen opętał prawdziwy William Afton, egzystujący przez lata jako swego rodzaju wirus komputerowy. Jednak należało pamiętać, że dziewczyna ma problemy psychiczne, a nagła zmiana osobowości jest bardzo złym objawem u takich osób. A nuż wysłano by ją... jego... ich oboje do szpitala? Poza tym nie chciał zrazić Tima. Wolał nie szukać z nim kontaktu, póki nie nauczy się pewniej poruszać w życiu Coleen... Albo dojdzie z nią do porozumienia, w co wątpił.

Po czterech godzinach ślęczenia przy komputerze dotarł do źródła pakietu danych... Do miejsca, skąd je wrzucono w cyfrowe otchłanie internetu. Owym punktem była sieć publiczna niewielkiego miasteczka w pobliżu kanadyjskiej granicy, Silverwind, zaś konto Archanioła na serwerze domeny FNaF-fanMOD nie zostało skojarzone z żadną siecią zewnętrzną czy adresem IP. Zawierało jedynie kilka paczek modyfikacji i dodatków, wszystkie zaś zostały dodane z tego samego miejsca, o tym samym czasie. Po wrzuceniu ich, właściciel konta ani razu nie zalogował się ponownie, chociaż sekcja komentarzy aż pękała w szwach.

Sekcja komentarzy...

William położył dłonie na klawiaturze, zastanawiając się czy nie napisać czegoś. Czegoś, co sprowokowałoby wrogów do ujawnienia się, do wykonania kroku. Chciał jak najszybszej konfrontacji... Jednak nie mógł sobie pozwolić na błąd. W końcu zawładnął ciałem siedemnastoletniej dziewczyny, która niewiele mogła, prawda? Owszem, była córką prokuratora, bogatego człowieka posiadającego dobrą ochronę i lokaja wyglądającego jak zawodowy morderca. Niestety sama nie miała ani pieniędzy, ani ochrony, ani służby. Dostawała wyliczone kieszonkowe, mało tego, ojciec kontrolował jej wydatki, a służba i ochrona spełniały tylko jego polecenia. Dlatego też nieostrożną prowokacją mógł tylko narazić i siebie, i Coleen.

- Nim cokolwiek zrobię, muszę się jakoś przygotować... - westchnął, bezwiednie odchylając się w fotelu dokładnie tak samo, jak robiła to jego nosicielka. Mięśnie i ścięgna działały same, pamiętając ruchy umożliwiające im zajęcie wygodniejszej pozycji. – Nie wiem, zdobyć broń? Może. A potem...

Zabębnił palcami o oparcie fotela. No właśnie, co potem. Do tej pory jego główny cel stanowiła ucieczka z cyfrowego świata, nie obmyślił żadnego dokładnego planu. Potrzebował informacji, to przede wszystkim. Informacji i wiedzy, gdzie te informacje zdobyć. Poszlak. Na ewentualną prowokację jeszcze przyjdzie czas – póki co anonimowość i niewinna, dziewczęca powierzchowność stanowiły jego największe atuty. Może nawet, jeżeli wszystko dobrze rozegra, obędzie się bez walki. Może załatwi wszystko... Może załatwi wszystkich po cichu.

Co nie zmieniało faktu, że broń bardzo by mu się przydała. Jeżeli nie teraz to potem. Hm... Córce prokuratora powinni wydać zezwolenie na broń bez większego problemu, prawda?...

O cholera, nie. Przecież Coleen ma problemy psychiczne. Szlag by to. W dodatku za pięć dni miała spotkać się po raz kolejny z psychologiem.

Cholera by to wzięła.

Bał się tego. Spotkania z doktor Taylor. W końcu kobiecie płacono za to, aby znała ludzi lepiej niż oni znają siebie samych. Wiedział, że na pewno coś zauważy. Pytanie tylko, jak wielkie coś. I co z tym zrobi.

- Problemy, problemy, problemy... Jak nie jeden to drugi.

Potrząsnął głową. Na panią psycholog nie mógł wiele poradzić, zatem powinien skupić się na sprawach bieżących. Informacje – gdzie mógłby je zdobyć?

Odpowiedź była prosta. W rozsianych po całym kraju filiach, fabrykach i siedzibach Fazbear Entertainment oraz Afton Robotics. Szkoda tylko, że nie miał pojęcia dokładnie, w których.

Marszcząc czoło, zaczął wpisywać odpowiednie hasła do wyszukiwarki internetowej. Westchnął ciężko. Samych filii Afton Robotics było ponad pięćdziesiąt, a Fazbear Entertainment z dwa razy tyle, nie licząc restauracji. W sumie sto sześćdziesiąt jeden lokacji.

- I jak ja mam to ogarnąć? – jęknął. – To mi zajmie miesiące, może lata, a nie wiem czy mam tyle czasu.

Musiał zrobić przesiew, ale pod jakim kątem? Co mogłoby mu pomóc odrzucić część lokacji, jakie kryteria? Pojęcia nie miał. Tyle dekad egzystował oderwany od rzeczywistego, nieustannie ewoluującego świata, uwięziony kolejno w piwnicy, Fazbear Fright, a potem cyfrowej otchłani, że nie miał pojęcia jak funkcjonują współczesne przedsiębiorstwa. Na czym opiera się ich struktura, gdzie mogą być przechowywane najważniejsze dane, gdzie są archiwa. W dodatku wszystko komplikował fakt, że nie wiedział, jaką funkcję w nich pełnią jego wrogowie. Są członkami zarządów, którzy wszystko kontrolują? A jak kontrolują to jedną czy obie firmy? A może to pracownicy średniego szczebla bądź szaraczki? Gdyby pierwsza ewentualność była prawdziwa, logika kazałaby mu odwiedzić centrale, najlepiej położone w pobliżu metropolii. Gdyby druga... W takiej sytuacji większe, ale położone na uboczu, rzadko kontrolowane jednostki wydawałyby się trafnym wyborem.

Ogarnęła go frustracja. Tyle osiągnął, a nadal tkwił w miejscu. Nadal za mało wiedział, za mało mógł, za mało potrafił. Tak bardzo chciałby z kimś porozmawiać, zwierzyć się, skonsultować. Dawniej, całe dekady temu, zwierzał się z prawie wszystkiego Henry'emu. Owszem, Henry był blisko dwadzieścia lat młodszy, ale miał zdolność patrzenia na sprawy pod zupełnie innym kontem niż wszyscy. Znajdowania rozwiązań problemów pozornie nie do rozwiązania. To oraz optymizm, samozaparcie i łatwość w nawiązywaniu kontaktów sprawiły, że tak szybko jego pomysł z restauracją rozwinął skrzydła. No, nie tylko to. Spadek po ojcu i teściach również pomogły.

Teściach... Henry był jeszcze dzieciakiem, kiedy został ojcem. Miał wtedy ledwie siedemnaście lat, ale nie zamierzał zostawić ani ukochanej, ani córeczki – Mary – chociaż jego niedoszli jeszcze wtedy teściowie, nie patrzyli na niego łaskawym okiem. Nie mógł też liczyć na wsparcie swoich rodziców – matka zmarła parę lat wcześniej, a ojciec hulał po świecie, nie przejmując się synem. Jednak jakoś udało mu się przeczekać, a gdy on i Isabel – matka jego córeczki – osiągnęli magiczny wiek osiemnastu lat, wzięli ślub. Niestety ledwie dwa lata później Isabel zachorowała. Nieoperacyjny rak mózgu, bardzo paskudny przypadek. Guz pokonał ją w zaledwie czternaście miesięcy, wcześniej zmieniając w obłąkana upiorzycę.

William uśmiechnął się gorzko. To właśnie dzięki chorobie Isabel się poznali. Wpadli na siebie w szpitalu, na oddziale neurologicznym, gdzie regularnie chodził z Normanem na kontrole – chłopiec cierpiał na łagodną formę dziecięcego porażenia mózgowego objawiającą się nieznacznymi problemami z koordynacją ruchów. Szczęśliwie wcześnie wykrytą – jego synek nie miał nawet roku, gdy postawiono diagnozę. Pamiętał swoje przerażenie, gdy ją usłyszał. Brzmiała jak wyrok. Jednak, jak się okazało, wcale wyrokiem nie była. Wystarczyła odpowiednia rehabilitacja i problemy Normalna niemal zupełnie zniknęły. Owszem, był trochę niezgułowaty, ale nie bardziej niż zdrowe niezguły...

Tak, on i Henry poznali się szpitalu. Pamiętał jak dzisiaj dzień, kiedy po raz pierwszy go zobaczył – dwudziestoletniego bruneta o potarganych włosach. Bladego jak ściana, przerażonego i bliskiego płaczu. Bezradnego dzieciaka, którego jego własna, trzyletnia córeczka usiłowała pocieszyć, chociaż nie za bardzo wiedziała jak. Widząc to, po prostu nie potrafił się nie zatrzymać i nie zapytać, co się stało i czy może jakoś pomóc. Wtedy Henry zupełnie się rozkleił. Łkając opowiedział mu o swojej sytuacji. Nieprzychylnych teściach, żonie pożeranej przez raka, która na dniach zmieniła się z prawdziwego anioła w plującą jadem, złośliwą demonicę wyzywającą od najgorszych własne dziecko. Potrzebował kogoś, kto by go zrozumiał, pomógł, powiedział co zrobić. No i cóż... Znalazł, bo William ledwie trzy lata wcześniej znajdował się w bardzo podobnym położeniu. Nie, jego żona nie umierała na raka, ale cierpiała na schizofrenię... i parę pomniejszych, towarzyszących zaburzeń. Choroba ujawniła się dopiero, kiedy Michael miał dwa lata i początkowo wydawała się niegroźna. Niestety po urodzeniu Olivii zaczęła przybierać na sile, a gdy przyszedł na świat Norman... To była szybka prosta do piekła. Kobieta w ciągu kilku miesięcy przeobraziła się w wariatkę, którą trzeba było odseparować od dzieci, żeby nie zrobiła im krzywdy. Którą trzeba było wiązać, żeby nie zrobiła krzywdy sobie. Na dniach został zmuszony do oddania jej do zakładu zamkniętego, jednak koniec końców kobieta nie spędziła ani dnia w szpitalu. Wyrwała się prowadzącym ją do karetki pielęgniarzom i wbiegła wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Nie był to ładny widok.

Jego i Henry'ego połączyły wspólne doświadczenia... i dzieci. Bycie samotnym rodzicem to nie proste zadanie, dlatego tak cennym jest posiadanie kogoś, kogo można poprosić o przypilnowanie pociech, zrobienie zakupów i tym podobne. Szczęśliwie się złożyło, że mieszkali w sąsiednich dzielnicach i mogli na co dzień wyświadczać sobie drobne przysługi. I nie tylko. Kiedy William stracił pracę w firmie budowlanej, Henry pojawił się jak dżin z lampy i zaproponował wspólny biznes – rodzinną restaurację ze śpiewającymi robotami. Czyste szaleństwo, ale w szaleństwie Rozenberga zawsze była metoda. Zresztą sam los zdawał się sprzyjać planom Henry'ego. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej w katastrofie lotniczej zginęli jego teściowie, zostawiając cały majątek swej jedynej wnuczce, a kilka miesięcy przedtem ojca-hulakę pożarł na bagnach Luizjany aligator. W dodatku w okolicy stał budynek idealny pod budowę restauracji – przestronny, solidny, a jednocześnie tani.

Tak to się zaczęło. Pierw zostali przyjaciółmi, potem wspólnikami, a w końcu zaczęli traktować się jak bracia. Jak rodzina. Biznes kwitł, przyszłość malowała się w radosnych, jasnych barwach. Gdyby wtedy wiedział, jak to się skończy...

Gdyby wiedział, nigdy nie spuściłby wzroku z Michaela, nawet na chwilę.

Ponownie poczuł, jak ogarnia go gniew... I żal. Potrząsnął głową usiłując odgonić od siebie te uczucia, ale nie potrafił. Ani ich, ani coraz bardziej dokuczających mu tęsknoty i samotności. Naprawdę brakowało mu Henry'ego.

Po chwili wahania wpisał w wyszukiwarkę internetową hasło „Henry Rozenberg". Liczył, że może znajdzie informację, gdzie ten został pochowany i – jeżeli los pozwoli – kiedyś odwiedzi grób, aby pożegnać się z przyjacielem... Przeprosić go. Oddać mu hołd. Jednak to, co znalazł przeszło jego najśmielsze oczekiwania.

„Pan Henry Rozenberg, znany wszystkim pan Fazbear, założyciel Fazbear Entertainment, obchodzi dziewięćdziesiąte czwarte urodziny. Wszystkiego najlepszego" – głosił tytuł jednego z pierwszych odnośników, jakie mu się ukazały.

Zdumiony rozwarł usta.

- A-ale jak to... Przecież... Przecież on popełnił samobójstwo. Znaczy zamierzał... Znaczy...

Ukrył twarz w dłoniach i zamknął oczy, usiłując sobie przypomnieć wydarzenia z Pizzerii Freddy'ego Gwiazdy Rocka. Tyle wtedy się działo, a wszystko zlewało się ze sobą. Pożar, roboty, krzyki, nagranie... Nagranie, a na nim głos Henry'ego. Nie pamiętał już, co dokładnie mówił, poza tym, że to pułapka i że wysyła go do piekła, ale... Ale to wszystko brzmiało jak pożegnanie. Nie tylko z nim – Williamem Aftonem, mordercą, którego wreszcie schwytał i zamierzał raz na zawsze usunąć – ale z całym światem. Jak list samobójcy.

Drżącymi rękoma wpisał kolejną frazę „Henry Rozenberg samobójstwo". Okazało się, że miał rację. Henry istotnie popełnił samobójstwo... A przynajmniej próbował popełnić. Strzelił sobie w głowę, ale jakimś cudem przeżył. Niestety kula dokonała poważnych zniszczeń, w efekcie czego Henry stracił władzę w lewej części ciała i od tamtej pory poruszał się na wózku.

Henry Rozenberg żył... Naprawdę żył.

Uderzony przez niespodziewane wzruszenie i radość William w pierwszym odruchu chciał się z nim czym prędzej skontaktować. Przeprosić, spróbować wszystko wytłumaczyć, poprosić o pomoc. Jednak, gdy tylko się opanował, zastanowił, natychmiast odrzucił ten pomysł. Nawet gdyby jakimś cudem Henry mu uwierzył i wybaczył, gdyby zdecydował się udzielić mu wsparcia... Nawet wtedy jego wizyta otworzyłaby na nowo zabliźnione już rany i zaburzyła spokój starego, schorowanego człowieka, którego tak bardzo skrzywdził.

Przypomniał sobie Henry'ego takiego, jakim ostatnio go widział – smutnego, wychudzonego właściciela wiecznie potarganej czupryny, o szaroniebieskich oczach, w których lśniła ta dziecięca naiwność. Niewinność. Jeżeli ktokolwiek zasługiwał na spokój to Henry Rozenberg, facet, który pragnął jedynie dawać innym radość.

Nagle ogarnęło go zniechęcenie. Czuł się stary, samotny, zmęczony i bezradny. Na każdy rozwiązany problem, przypadało dziesięć nowych. Jednak nie mógł się poddać. Nie, gdy po latach uwięzienia, po latach PIEKŁA ponownie egzystował w realnym świecie. Nie, kiedy wreszcie mógł jasno myśleć.

Zerknął na listę. Jedna z fili Fazbear Entertainment znajdowała się całkiem blisko, w sąsiednim mieście. No, może nie CAŁKIEM blisko – w końcu godzina jazdy autobusem, do tego pospiesznym, to nie mało – jednak wystarczająco blisko, aby odwiedzić lokację przy najbliższej, nadającej się okazji.

- Dobrze, to może teraz nieco z innej strony – mruknął do siebie, jednocześnie zerkając na zegar w rogu ekranu. Do obowiązkowej, rodzinnej kolacji z panem prokuratorem miał jeszcze trochę czasu.

W pole wyszukiwania wpisał „zaginieni nieletni". Z góry wiedział, że wyników będzie cała masa, jednak liczył, że coś zauważy. Jakieś powiązanie. Zresztą i tak nie miał nic lepszego do roboty...

 

***

 

Okazja do odwiedzin w najbliższej fili Fazbear Entertainment trafiła się już trzy dni później. Schronisko zorganizowało dzień otwarty mający za cel zachęcić do adopcji jego podopiecznych. W czasie wydarzenia nad zwierzętami mieli mieć pieczę tylko wykwalifikowani behawioryści, a co za tym idzie William i Coleen mieli wolne. Znowu pan prokurator od rana siedział w sądzie i miał tam siedzieć co najmniej do dziewiętnastej - ryzyko oporu z jego strony zostało praktycznie rzecz biorąc zażegnane.

William bębnił palcami w blat biurka wbijając spojrzenie w torbę Coleen. Dziewczyna nosiła w niej prawie wszystko, co mogłoby się przydać. Prawie. On sam uzupełnił ten zestaw o scyzoryk z wszystkimi możliwymi końcówkami, niewielki zestaw śrubokrętów, WD 40, puder z pędzlem i... luminofol, który nie wiedzieć czemu dziewczyna trzymała wraz z niewielkim zestawem rzeczy do sprzątania. Co prawda nie miał pomysłu do czego ten mógłby mu posłużyć, w końcu nie zamierzał szukać śladów biologicznych, ale wziął go tak na wszelki wypadek.

- Co jeszcze? – zapytał sam siebie.

Nie miał pojęcia, bo też nie do końca znał obecny świat. Gdyby chodziło o włamanie się gdzieś w latach osiemdziesiątych, nie byłoby problemu, ale teraz... Teraz wszystko opierało się na tej przeklętej elektronice. Owszem, w trakcie swej cyfrowej egzystencji wiele się też nauczył, ale nadal... Nadal był kimś urodzonym w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Kimś, komu na słowo „włamanie" przychodzi na myśl łom, a nie hakerskie sztuczki, kodowania i inne komputerowe „czary".

- Właśnie komputery... Nośniki danych! Idiota! - pacnął się w czoło.

Kompletnie o tym zapomniał. Zgarnął z biurka płytki pamięci oraz kabel bezpośredniego łącza i wrzucił je do torby. Potem skupił się na tablecie, który miał w teorii pełnić rolę łamacza kodów oraz urządzenia hakującego zamki elektroniczne. Spędził pół nocy, buszując po nie do końca legalnych stronach, aby znaleźć odpowiednie oprogramowanie. Oczywiście naściągał przy tym multum wirusów. Szczęśliwie te okazały się nie być dużym wyzwaniem dla zainstalowanego na maszynie antywirusa.

Sprawdził czy bateria tabletu jest w pełni naładowana i na wszelki wypadek przetarł obiektyw aparatu. Wszystko wyglądało w porządku. Szkoda tylko, że urządzenie miało takie gabaryty... Wolałby się posługiwać komórką, o wiele zgrabniejszą, lżejszą i mniej rzucającą się w oczy, jednak ta, jak na obecne standardy, była nieco staroświecka. Wolna, o słabej pamięci i ograniczonej łączności satelitarnej. Wyraźnie Coleen nie zaliczała się nastolatków uzależnionych od swych telefonów. Szczęśliwie tablet, jeżeli chodzi o kwestie techniczne, wypadał o wiele lepiej. Po pierwsze dlatego, że tablety wyjściowo są nieco mocniejsze od telefonów, po drugie należał do urządzeń z wyższej półki. Może nie tej najwyższej, ale stanowczo wychodził ponad przeciętną.

Ostrożnie wsunął tablet do futerału i wrzucił do torby.

- Teraz chyba wszystko. – Zapiął torbę i westchnął ciężko. – Cholera... Szykuję się jak na nie wiem co, a to ma być tylko wstępny rekonesans.

Tak, rekonesans. To właśnie zakładał, chociaż liczył na coś więcej. Na to, że dostanie się do środka i chociaż trochę rozejrzy. A może nawet coś znajdzie? W końcu o to chodziło – żeby coś znaleźć. Jakąś wskazówkę, cokolwiek. Ruszyć na przód.

- Alkoholik, zabójca i złodziej ciał w roli detektywa, to może być ciekawe – mruknął do siebie, wychodząc z pokoju.

W hallu spotkał obserwującego go, niczym jastrząb ofiarę, Freda. Wyraźnie podejrzliwy lokaj nie omieszkał przypomnieć mu, że ma wrócić do domu przed dwudziestą. Był przy tym tak chłodny i surowy, że brzmiało to jak groźba. William, woląc się nie wdawać w zbędne dyskusje i czym prędzej zniknąć z oczu mężczyzny, tylko skinął głową. Chwilę później był na dworze.

Spojrzał niepewnie na osnute szarymi chmurami niebo. Co prawda prognozy nie przewidywały burz, jedynie przelotne deszcze, jednak niezbyt ufał pogodzie. Tym bardziej po tym, czego się nasłuchał o zmianach klimatu, jakie zaszły od jego „śmierci". Pożary, huragany, tornada i śnieżyce już dawno przestały być rzadkością.

- Dobrze, że mam autobus praktycznie pod sam punkt – mruknął i szybkim krokiem ruszył w stronę przystanku.

Zmiany. Technologia, klimat, a nawet coś takiego jak przejażdżka komunikacją miejską, wszystko uległo zmianie. Autobusy już nie przypominały żółtych puszek, tylko statki kosmiczne na kołach. Do lamusa odeszły też papierowe bilety. Zamiast tego na kasownikach odbijało się specjalne, przypominające breloczki płytki bądź – jak w przypadku Coleen – telefony, na których zapisywano bilety w formie pliku. Planując podróż prawie osiwiał, nim do tego doszedł – niestety za czasów swej cyfrowej egzystencji, nie miał okazji zetknąć się z elektronicznymi niuansami obsługi komunikacji miejskiej.

Przystanki też się zmieniły, przybierając postać bud ze szkła pancernego i stali, na których połyskujących ścianach nieustannie wyświetlano reklamy. No i rozkład jazdy, wedle którego, autobus Williama miał odjechać równo za pięć minut.

Usiadł na ławeczce, położył torbę na kolanach i wbił spojrzenie w stopy, usiłując nie gapić się na innych oczekujących, w szczególności na pokrytego kwiecistymi tatuażami, wielkiego, łysego mięśniaka w jaskraworóżowej mini. Facet wyglądał, jakby bez trudu mógł zawiązać człowieka na kokardę. Nietypowy strój, zafarbowana na liliowo broda i damski makijaż zdawały się być prowokacją, jednak ciężkie, przypominające kastet pierścienie stanowiły więcej niż ostrzeżenie.

Swoją drogą to ciekawe... Czasy tak bardzo się zliberalizowały czy może wszyscy wykazywali zdrową dawkę instynktu samozachowawczego, że nikt nie zwracał uwagi na sfeminizowanego wielkoluda?

Autobus – wielki i srebrzysto-niebieski – podjechał na przystanek. Rozwarły się elektroniczne drzwi, a William czym prędzej wszedł do środka i zatopił się w jednym z miękkich, szaroniebieskich foteli. Ekstrawagancki wielkolud, wyraźnie również zmierzający do Rustplain, zajął miejsce tuż za nim. Nie podziałało to kojąco na jego i tak napięte nerwy. Nie, żeby miał coś przeciw niemu jako takiemu, ale... Cóż, wychował się w o wiele mniej liberalnych czasach, do tego większość swego życia spędził w niewielkich miasteczkach i na przedmieściach, gdzie ludzie miewają dość skostniałe poglądy. Dlatego teraz niezbyt wiedział, gdzie sobie ulokować równie niepospolite i barwne zjawisko...

O ile mężczyzna był niepospolitym zjawiskiem. W końcu Coleen nie oddalała się zbyt mocno od domu i nigdy nie wchodziła po dwudziestej, więc tak naprawdę nie do końca wiedział, czego może spodziewać się po obecnym społeczeństwie. Tym bardziej, że Tim bez oporów przyznał się, że jego babcia kupuje od lokalnego dilera marihuanę. Może obecne babunie piekły swym wnusiom haszyszowe pierniczki?

„William, przejmujesz się tym facetem, a przecież sam jesteś dorosłym mężczyzną w ciele nastoletniej dziewczyny. I to dosłownie" – napomniał siebie. Z drugiej jednak strony wiedział, że mięśniak w spódniczce, to tylko swego rodzaju temat zastępczy. Tak naprawdę denerwował się podróżą i możliwymi komplikacjami na miejscu.

Autobus powoli ruszył, a podenerwowany William oparł głowę o szybę, bez większego zainteresowania obserwując powoli przesuwające się za nią krajobrazy – pierw szare budynki miejskie, potem widniejące tu i ówdzie nieduże farmy, a w końcu jednolite pasmo traw tylko gdzieniegdzie urozmaicone drzewami, samotnymi domami bądź stacjami paliw. Uparcie szukał czegoś, co pomogłoby mu odwrócić uwagę od targających nim obaw, ale bezskutecznie. A bał się wszystkiego: że coś znajdzie, że niczego nie znajdzie, że go złapią, że się zgubi, że zostanie napadnięty... No bo w końcu znajduje się w ciele grzecznie ubranej nastolatki, a takie wydają się łatwym celem. Owszem, w porównaniu do zamknięcia w skorupie Springtrapa, a potem w cyfrowej przestrzeni, jego lęki zakrawały na kiepski żart. Rzecz w tym, że teraz, trafiwszy do realnego, materialnego świata, po raz pierwszy mógł coś zrobić. Znaleźć ich. Dorwać. Zniszczyć. Wiedział, że nie może naprawić tego, co już się stało, ale mógł dopilnować, żeby to się nie rozprzestrzeniło. Skończyć z tym. Naprawdę mógł to zrobić... I cholernie nie chciał tego spieprzyć. A mógł. Miał niesamowity talent do pieprzenia wszystkiego, czego się tknął. W końcu perfekcyjnie spieprzył życie sobie, swoim bliskim, najlepszemu przyjacielowi i tamtym dzieciakom... oraz ich rodzinom. Poza tym musiał pamiętać o Coleen. Narażając siebie, narażał i ją. Owszem, gdyby sytuacja tego wymagała, prawdopodobnie poświęciłby dziewczynę, ale naprawdę wolał nie rozważać takiej ewentualności, póki nie musiał. Miał dość krwi na rękach.

W końcu dotarł na miejsce – do Rustplain. Niedużego, szarego miasteczka, które wzięło nazwę od znajdującej się na obrzeżach miasta, zamkniętej już huty żelaza i rdzawego koloru cegły, z których pierwotnie wznoszono tu budynki. Filia Fazbear Entertainment znajdowała się w jednym z takich starych budynków. Niedużym, wciśniętym pomiędzy dwa szare bloki, w którym – tak na oko – znajdowały się głównie biura. Zupełnie różnym od barwnych, połyskujących pizzerii. Nawet charakterystyczny szyld firmy zdawał się wyblakły i dziwnie szarawy.

Wokół budynku kręciło się sporo młodych, obarczonych ciężkimi torbami osób. W pewnym momencie gwałtowny podmuch wiatru wywiał z jednej z toreb niewielką karteczkę. William podniósł ją i uniósł brwi. Ulotka. Dość blada wydrukowana na tanim papierze, ale zauważył, że teraz rozdawano tylko takie. Prawdopodobnie chodziło o coś związanego z ochroną środowiska.

Otwarte drzwi, mnóstwo nastoletnich roznosicieli ulotek, wszyscy zajęci sobą. Okazja, której nie mógł przepuścić, nawet jeżeli niosła za sobą nieco ryzyka.

Zebrał się w sobie i pewnie wszedł do środka.

Znalazł się w niezbyt szerokim, pomalowanym na wyjątkowo paskudny odcień żółci korytarzu. Z wolna ruszył dalej. Nikt go nie zatrzymał. Minął recepcję i skierował się w głąb budynku, nie budząc niczyjego zainteresowania... No prawie. Jeden z pracowników biurowych – młody, chudy jak śmierć czarnoskóry mężczyzna wyglądający, jakby nie spał od kilku miesięcy – poczęstował go ponurym spojrzeniem, gdy zagrodził mu drogę do dystrybutora z kawą. Poza tym wszyscy zdawali się mieć jego istnienie w głębokim poważaniu. Łącznie z drzemiącym na zdezelowanym krzesełku ochroniarzem.

Wychodząc z założenia, że pewność siebie jest kluczem do sukcesu, William przybrał wyraz twarzy „mam prawo tu być i wiem po co tu jestem", po czym skierował się w kierunku piętra. Unikając patrzenia w kamery, niezatrzymywany przez nikogo dotarł na miejsce, gdzie schronił się w toalecie. Kryjąc się za drzwiami łazienki, czujnie obserwował korytarz i znajdujące się nieopodal, niewielkie, bo mieszczące ledwie dwa oddzielone od siebie półścianką stanowiska, biuro. Przez przeszklone drzwi doskonale widział, co się dzieje wewnątrz.

Po około dwudziestu minutach pełnego napięcia oczekiwania, jeden z urzędujących w pomieszczeniu pracowników – ten znajdujący się bliżej wejścia – zgarnął z blatu paczkę papierosów i wyszedł na dymka. Drugiego w tym czasie całkowicie absorbował ekran monitora, w który spoglądał niemal nie mrugając. William nie miał pojęcia, co tak zafascynowało mężczyznę i nie wiele go to obchodziło. Fakt, że taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Niezauważony, szybko przemknął do biura, gdzie natychmiast podłączył naszykowany już wcześniej tablet do intensywnie pracującego komputera. Szczęśliwie pracujący na stanowisku mężczyzna nawet nie raczył się wylogować z systemu, dzięki czemu kradzież danych nie wymagała żadnego hakowania. Po prostu skopiował wszystko, co mógł – naprawdę wszystko – i czym prędzej schował tablet powrotem do torby. Dopiero, kiedy już miał wychodzić coś, prawdopodobnie ruch, przykuło uwagę siedzącego w biurze pracownika.

- Przepraszam bardzo... A co ty tu robisz?

Szczęśliwie William przygotował kłamstwo na okoliczność bycia zauważonym.

- Przyszłam zapytać o pracę w ulotkach – odpowiedział błyskawicznie. – Na dole nikt nie zwracał na mnie uwagi... Chciałam zapytać ochroniarza, ale spał.

- A tak, Bert... Tak się zastanawiam czy to zwykłe lenistwo, czy może śpiączka cukrzycowa – mruknął. – Z tego, co wiem, na chwilę obecną nikogo nie potrzebujemy, przykro mi. Ale spróbuj w lokalnym szmatławcu, jak mu tam... Zardzewiałe Wieści? Nowiny? Szukają kogoś do roznoszenia.

- Na pewno sprawdzę. Dziękuję bardzo.

Odwrócił się na pięcie i czym prędzej, pilnując się, żeby nie biec, opuścił budynek... a potem ulicę. I dzielnicę. Dopiero wtedy pozwolił sobie przystanąć.

Serce biło mu jak oszalałe. Dłonie kurczowo zaciskały się na torbie z tabletem, a umysł wypełniała jedna, powtarzana w kółko myśl: udało się. Naprawdę nie mógł w to uwierzyć. Naprawdę się udało. Miał informacje. Prawdopodobnie niezbyt ważne, ale tak czy siak dokonał tego. Zrealizował cel. Posunął się do przodu. O milimetr, ale zawsze.

Sukces, chociaż niewielki dodał mu skrzydeł, jednak nie ogłupił – nie zamierzał świętować, czy snuć planów nad wyrost. Tym bardziej popadać w beztroskę. Ściskając torbę, żeby mu nikt jej nie ukradł, ruszył do przystanku, mając nadzieję jak najszybciej wrócić do domu i przejrzeć zdobyte dane. Niestety, jak na złość, najbliższy autobus odjeżdżał dopiero za dwie godziny. Po dłuższej chwili walki ze sobą, postanowił ten czas spędzić w pobliskiej knajpie z burgerami – minął go lunch, na obiad też raczej nie miał co liczyć, a żołądek zaczynał się powoli dopominać o codzienną dawkę kalorii.

Bar nie wyglądał obskurnie, ale jego wnętrze wręcz błagało o chociaż pobieżne malowanie, a klienci – głównie pracownicy pobliskiego placu budowy – o prysznic. Burger okazał się średni, zaserwowane do niego frytki podobnie. Jednak obsługa była w miarę uprzejma, zaś stołujący się w knajpie mężczyźni zbyt zmęczeni albo zbyt dobrze wychowani, żeby zaczepiać samotną dziewczynę. Mimo to posiłek stanowił zawód. Nie ostatni tego dnia jak się okazało.

Kolejny zawód spotkał go w drodze do domu.

Na głównej drodze wylotowej zderzyły się dwie ciężarówki. Jedna transportująca żywe świnie, druga – o ironio – odpady z rzeźni. Szczęśliwie los oszczędził Williamowi widoku wypadku, ale za to uwięził go w autobusie na przeszło cztery godziny, kiedy to służby sprzątały powstały w efekcie zderzenia bałagan. Właściwie to sprzątały bałagan i usiłowały uspokoić wściekłych kierowców, odpierając jednocześnie atak obrońców praw zwierząt. W efekcie wrócił do domu dopiero po dwudziestej pierwszej, czyli długo po wyznaczonej przez pana prokuratora godzinie.

Na ojca Coleen natknął się tuż przy wejściu, gdzie mężczyzna czatował na córkę. Już na pierwszy rzut oka poznał, że ten był wściekły. Co prawda Lesinsky nawet nie zmarszczył brwi, a na jego twarzy jak zawsze widniał wyraz łagodnej dobroduszności niczym u świętego Mikołaja, ale coś w postawie mężczyzny mówiło, że najchętniej urwałby córce głowę.

- Dzień dobry moja droga – przywitał Williama, czy też raczej „Coleen", a jego głos wręcz ociekał fałszywą słodyczą. – A kto to się szwenda o tak późnej godzinie po mieście, hm?

- P-przepraszam, ale był korek i...

- Wiem o tym – przerwał mu Lesinsky, a w jego oczach pojawił się zimny błysk. Zwykle otaczająca mężczyznę aura łagodności i ciepła jakby wyparowała. – Jednak korek nie byłby problemem, gdybyś nie opuszczała miasta, tak jak ci przykazałem, prawda? Tymczasem szwendałaś się po Rustplain.

William zamrugał zaskoczony. To Coleen nie mogła opuszczać miasta? A-ale czemu? I tak właściwie, skąd Lesinsky w ogóle wiedział, że w była w Rustplain? Była? Był? Byli...? Nieważne. W każdym razie, wspomniał o korku, owszem, ale przecież wypadek przyblokował ruch w obu aglomeracjach, więc jak...?

Nie podobała mu się ta sytuacja. Cholernie mu się nie podobała.

- P-prawda – wydukał, bo też nie miał pojęcia, co innego mógłby powiedzieć.

- Jako, że jest późno, a mam własne sprawy, daruję sobie pytanie, czemu złamałaś zakaz. Zresztą pewnie i tak skłamiesz. - Mężczyzna skrzyżował ręce na piersi. – Twoje szczęście, że ostatnio, byłaś grzeczna. I że Fred wstawił się za tobą. Tylko dzięki temu nie otrzymasz surowszej kary. A właśnie, co do kary... Po pierwsze odcinam ci na tydzień zasilanie w pokoju. Koniec z komputerem, internetem, grami, filmami i czytaniem do późna. Będziesz chodziła spać razem z kurami. Może, kiedy mózg ci odpocznie od tych wszystkich, płytkich rozrywek, przyjdziesz po rozum do głowy. Po drugie jutro sprzątasz piwnicę... Akurat ostatnio trochę w niej nabałaganiłem, więc się przydasz. I nawet nie próbuj się krzywić, zrozumiano? Pamiętaj, że zawsze mogłaś pomagać w plewieniu chwastów.

Lesinsky spojrzał na niego wyczekująco, na co William powoli skinął głową. Po prawdzie nie miał bladego pojęcia, co mógłby innego zrobić lub powiedzieć. Oczywiście już w autobusie spodziewał się, że dostanie po pogłowie za późny powrót do domu, ale mimo to sytuacja go zaskoczyła. Władcza, nie uznająca sprzeciwu postawa prokuratora, ukryta w jego zachowaniu groźba, ten dziwny zakaz wyjeżdżania z miasta. Zupełnie jakby Coleen była przestępczynią. Może, po próbie samobójczej Coleen, Lesinsky bał się, że ta znowu spróbuje zrobić sobie coś złego? Albo ucieknie? Chociaż to nie wyjaśniało, skąd wiedział o tym, że opuściła – czy też, technicznie rzecz biorąc, że jej ciało upuściło – miasto?

Szczęśliwie skinięcie głową starczyło prokuratorowi, który natychmiast uśmiechnął się ciepło. Zmiana postawy mężczyzny była tak nagła i zaskakująca, że William niemal się wzdrygnął.

- Dobrze, to szybko biegnij na górę myć się i spać. Raz-raz. Jutro znowu pracujesz w schronisku, więc musisz być w formie.

Skołowany i dręczony przez niezbyt przyjemne przeczucia William zaczął wspinać się po schodach. Miał nieodparte wrażenie, że czegoś nie wie albo nie rozumie. Nie podobało mu się to wszystko...

A na pewno nie podobał mu się zakaz opuszczania miasta, mocno kolidujący z jego planami. W dodatku nie miał pojęcia, jak go obejść, tym bardziej, że nie miał pojęcia, skąd Lesinsky wie o jego eskapadzie. Czy też – jak widział to prokurator – o eskapadzie Coleen. Śledził go? Nie... To chyba niemożliwe. Miał wgląd w zakupywane przez córkę bilety? Hm... Tak, to już prędzej...

- Masz ciężki orzech do zgryzienia, co William? – mruknął pod nosem, wchodząc do sypialni Coleen.

Odruchowo namacał włącznik światła i nacisnął. Bez efektu. Najwyraźniej Lesinsky nie żartował z tym wyłączeniem prądu w pokoju.

„Brak prądu przez tydzień, sprzątanie piwnicy... Cóż, pewnie mogło być gorzej" – pomyślał, zastanawiając się przelotnie, jakieś to inne, „straszne" kary mógłby mu zadać Lesinsky. Pielęgnowanie ogrodu? W końcu coś wspominał o wyrywaniu chwastów.

 

***

 

William coraz lepiej radził sobie z podopiecznymi schroniska, chociaż nie tak dobrze jak Coleen. Głównie dlatego, że nie mógł sobie pozwolić na naturalne odruchy wobec psów, chociażby radosne powitanie czy pogłaskanie. W końcu musiał udawać swoją nosicielkę, „panienkę Lesinsky", a ta psów się bała. Mimo to potrafił już odbębnić sześciogodzinną zmianę bez zbędnego stresu. Dlatego też w domu zjawił się we względnie dobrym nastroju, mimo czekającego go karnego sprzątania piwnicy i tymczasowego odcięcia od mediów. Oczywiście i ten dobry nastrój musiał ukrywać pod zblazowaną, przyozdobioną krzywym uśmiechem maską dziewczyny.

Niestety dobry nastrój prysnął niemal zaraz po tym, jak przekroczył próg domu Lesinskych. Powodem był czekający na niego z niewesołą miną Fred, trzymający w ręku szary kombinezon przypominający nieco uniformy deratyzatorów.

- Panienka przebierze się szybko i zejdzie na dół, to otworzę jej piwnicę – mruknął lokaj, wciskając mu w ręce ubranie. – Tym razem naprawdę... Naprawdę wygląda tam paskudnie. Lepiej mieć to jak najszybciej za sobą.

Przez chwilę dostrzegł na obliczu oschłego służącego przelotny wyraz odrazy. Właśnie wtedy po raz pierwszy zapaliła się mu metaforyczna czerwona lampka.

Kolejna rozjarzyła się, gdy Fred zaprowadził go nie do piwnicy, tej oficjalnej, tylko do pralni. Bardzo przestronnej, której ściany pokrywały szerokie panele z udającego drewno tworzywa. Do lampek dołączył alarm dźwiękowy, kiedy lokaj wstukał na elektronicznej konsoli teoretycznie mającej nadzorować cyrkulację powietrza w domu, kod i jeden z paneli odskoczył ukazując masywne, metalowe drzwi. Grube i dźwiękoszczelne.

Obarczony ciężkim, zawierającym rozmaite środki czystości, szczotki i rękawice wiadrem oraz mopem William schodził po wąskich schodach, mając coraz gorsze przeczucia. Jednak cały czas, niemal do samego końca, usiłował się oszukiwać, że to wszystko jakieś nieporozumienie. Że to wszystko da się jakoś logicznie wyjaśnić.

Przestał, gdy w nozdrza uderzył go znajomy zaduch. I żelazisty zapach rzeźni.

Ujrzał średniej wielkości, pomalowane białą, plamoodporną farbą pomieszczenie. Na jego środku stało krzesło. Solidne, metalowe, wyposażone w pasy unieruchamiające kończyny, głowę i tors. Przypominało nieco pierwsze krzesła elektryczne, chociażby to znane z Sing-Sing. Tuż zanim stał metalowy stolik, na którym w równym rzędzie leżały chirurgiczne, strzykawki, a także kastety, różnych wielkości młotki, wiertła i obcęgi. Zarówno je jak i krzesło, śnieżnobiałe ściany oraz podłogę pokrywała krew. Krew, skrawki ciała, włosy...

Kurwa. Dlatego Coleen...

- Wiesz, co robić – głos lokaja nieznacznie, niemal niezauważalnie zadrżał, a on sam wyglądał na nieco bledszego niż zwykle. – Wszystko do czysta, pierw normalnie, potem wybielaczem, a na koniec wodą utlenioną. Po wszystkim sprawdzasz czy coś zostało luminoforem. Wodę, włosy i większe organiczne resztki idą do zlewu – wskazał na róg pomieszczenia gdzie stała wielka, bieluteńka, zlewająca się z ścianami umywalka. – Zlew myjesz, a potem rury zalewasz roztworem wodorotlenku sodu. Wrócę tu za trzy godziny sprawdzić czy już gotowe.

William skinął głową, ale tym razem nie tylko dlatego, że nie wiedział, co powiedzieć. Zwyczajnie żołądek podszedł mu do gardła i bał się, że lada moment zwymiotuje. Tym bardziej, że zalegające w komnacie tortur „resztki" nie były pierwszej świeżości. Musiały tu leżeć co najmniej dwa, trzy dni – krew zdążyła już przyschnąć, a inne... organiczne kawałki wejść na kolejny etap rozkładu.

Fred wyszedł i zamknął za sobą drzwi, zostawiając Williama uwięzionego w prywatnej komnacie tortur szacownego pana prokuratora.

„Tortur i egzekucji" – sprostował William, przyjrzawszy się dokładniej rozbryzgowi na jednej ze ścian. Wśród krwi dostrzegł wyraźne fragmenty mózgu, a także nieco skóry i włosów. Nie musiał być geniuszem, aby domyślić się, że komuś strzelono tu w głowę.

Przełknął ciężko.

Jak w transie, zdjęty grozą, chorą fascynacją i obrzydzeniem, ruszył w stronę krzesła. Im bliżej niego był, tym bardziej przez żelazisty zapach krwi przebijała się ostra woń moczu... i nie tylko. Wyraźnie niektóre z ofiar prokuratora nie wytrzymały zadawanych im cierpień.

Nie licząc wyraźnych śladów na siedzisku, samo krzesło wydawało się niemal czyste, za to wszystko wokół... Podłogę zaścielały rozbryzgi krwi, kępki wyrwanych wraz z skórą włosów i zerwane, przypominające rozsypaną rybią łuskę paznokcie. Znalazło się też kilka zębów, a nawet odgryziony fragment języka.

Poczuł, że na coś nadepnął. Ostrożnie podniósł stopę, po to by zobaczyć zgniecioną gałkę oczną. Zacisnął powieki i wziął głęboki wdech.

Cholera. Przecież powinien być przyzwyczajony do tego typu rzeczy. W końcu spędził wiele lat jako Springtrap, który stanowił nic innego jak mieszaninę metalu, elektroniki i gnijącego mięsa. Przynajmniej na początku. No i zwłoki tamtych dzieciaków... Topił je na bagnach, ciało za ciałem.

„No tak, ale być pozbawioną powonienia kupą gnijącego mięsa to jednak zupełnie coś innego, niż być żywą, cielesną istotą patrzącą na coś takiego. Na fragmenty innych ludzi. A topiąc trupy porzygałeś się dwa razy. I niemal dostałeś ataku histerii. A potem chlałeś całą noc, póki nie urwał ci się film" – pomyślał, jednocześnie przypominając sobie, ile śmierci przypisywały mu te cholerne fazberowskie gry. Czysta ironia, biorąc pod uwagę jak fatalnym był zabójcą.

Otworzył oczy i potoczył spojrzeniem dookoła, po raz kolejny omiatając wzrokiem zakrwawione powierzchnie. Krzesło tortur. Stolik dźwigający oblepione posoką i Bóg wie czym jeszcze narzędzia.

Ten... Ten cały syf był robotą Lesinkego. Prokuratora. Faceta, który uważał, że odpowiednią karą dla jego córki będzie klęczenie godzinami we krwi i szorowanie na błysk jego małej, prywatnej komnaty tortur. Mało tego, uważał to za umiarkowanie łagodną karę. Naprawdę, William wolał nie wiedzieć, co skurwysyn miał na myśli przez „plewienie chwastów".

„A ja uważałem, że to z nią jest coś nie tak, bo traktuje ojca jak... Kurwa, tak się pomylić."

- To dlatego chciałaś się zabić. I dlatego nie możesz wyjeżdżać z miasta – mruknął pod nosem, zaciskając dłonie w pięści, aż pobielały mu kłykcie. – Naprawdę bardzo bym chciał, żebyś mi wyjaśniła, co tu się odpierdala...

Wziął głęboki wdech, po czym, przełamując wewnętrzne opory, sięgnął po wiadro. Wiedział, że musi posprzątać piwnicę... zatrzeć ślady. Dokładnie. W przeciwnym wypadku prokurator mógł zaangażować go w to całe „plewienie chwastów" albo... Albo stać się kreatywny.

 

***

 

William musiał przyznać Fredowi, że ten ma doskonałe wyczucie czasu. Trzy wyznaczone przez lokaja godziny – dokładnie tyle zajęło mu uprzątnięcie piwnicy. Zmycie krwi, zeskrobanie kawałków ciała, zatarcie śladów. Po wszystkim czuł się wycieńczony psychicznie, fizycznie i brudny. Brudny w sensie zarówno dosłownym, emocjonalnym jak i moralnym. Niestety tylko na pierwszy rodzaj brudu mógł cokolwiek poradzić. Dlatego też, zaraz po oswobodzeniu się z ochronnego kombinezonu, pobiegł pod prysznic i odkręcił gorącą wodę.

Słuchając szumu wody, ze wzrokiem wbitym w czarną ścianę natrysku intensywnie myślał. Jego sytuacja była fatalna, o ile nie tragiczna. Szanowny pan prokurator, a zarazem ojciec Coleen okazał się pieprzonym psychopatą. Świrem mającym pod podłogą pokój do tortur. Pewnie do tego kręcił jakieś lewe interesy, bawił się w mafię czy coś... W końcu w tym swoim uroczym, podziemnym pokoiku, na uroczym, metalowym krzesełku raczej nie męczył przypadkowych osób, prawda? No i Fred... Facet nie wyglądał na takiego, co pracuje dla zwykłych psycholi. Chociaż, z drugiej strony, tam w piwnicy sprawiał wrażenie, jakby chciał się czym prędzej znaleźć gdzieś daleko...

William rozumiał go. Sam chciałby tego samego, niestety ucieczka raczej nie wchodziła w rachubę, skoro Lesinsky wiedział, o wycieczce do Rustplain.

Ech... Gdyby chociaż wiedział, jak sukinsyn go namierzył...

Kurwa! Dekady spędzone w mechanicznej skorupie, potem lata uwięzienia w cyberprzestrzeni i po co to wszystko? Po to, żeby stać się więźniem świra o twarzy dobrodusznego wujaszka? Przecież był tak blisko... Uwolnił się, zyskał ciało.

Ze złością uderzył w ścianę prysznica. Miał dość. Naprawdę miał, kurwa, dość. Cokolwiek by nie robił, zawsze lądował w szambie.

Do pokoju Coleen wrócił pełen desperacji. Zamknął za sobą drzwi, wsparł dłonie o komodę i spojrzał w lustro. Mokre włosy opadały na czerwoną od gorąca, dziewczęcą buzię, czoło przecinała zmarszczka gniewu, szczęka drżała, a szaro-brązowe oczy wypełniał trudny do określenia wyraz. Jego emocje, nie jego twarz.

- Jesteś tam, prawda? – mruknął, wbijając spojrzenie w oczy odbicia. – Kulisz się, odwracasz wzrok, ale wiesz, co się dzieje. Sam cholernie chciałbym wiedzieć, co się dzieje. Kim jest twój ojciec? Co on odpierdala? Czemu nie uciekłaś, nie powiadomiłaś kogoś?

Odbicie nie odpowiedziało. Nie wyczuł też obecności Coleen, jej emocji, chociaż miał wrażenie, że dziewczyna słucha.

- Jasna cholera, nie jestem twoim wrogiem. Nie chcę cię skrzywdzić. Potrzebuję tej postaci tylko po to, żeby załatwić pewne sprawy... Naprawić parę rzeczy. Trudno to wytłumaczyć, ale... Ale naprawdę nie chcę niczego złego. I PRZYSIĘGAM, że to, o czym opowiadają te pieprzone gry to nieprawda. A przynajmniej nie do końca.

Patrzył wyczekująco na odbicie. Bez efektu. Właściwie sam nie wiedział, na co liczył. Że dziewczyna wyjdzie z lustra i z nim porozmawia?

- Proszę. Może będziemy mogli jakoś pomóc sobie nawzajem. Jesteś w parszywej sytuacji, więc ja, siłą rzeczy, również. Obojgu nam zależy, żeby wydostać się z tej kloaki. Dlatego powiedz coś. Wyjaśnij, co się tu dzieje.

Cisza. Żadnego efektu.

- Kurwa mać! – syknął, uderzając z całej siły pięścią w komodę. Mebel zadrżał, a fala gorącego bólu rozlała się po ręce jego nosicielki aż po łokieć. – Chcę tylko wiedzieć, gdzie trafiłem! Co się dzieje, czy to tak wiele? Tyle chyba możesz mi dać, prawda?

Poczuł to. Obecność Coleen, jej emocje. Nieprzyjazne, pełne swego rodzaju wzgardy. Mentalny odpowiednik wrogiego, cynicznego uśmiechu.

Chwilę potem uderzyło go wspomnienie:

 

„Słysząc wchodzącego do kuchni tatusia, ze zgrozą spojrzała na trzymane w ręku ciasteczko, jednocześnie oblizując umazane czekoladą wargi.

Pani Malloy dała jej ciastko, chociaż nie powinna. Tatuś nie lubił, kiedy jadła słodycze. Wiedziała, że jeżeli ją zobaczy to zarówno ona jak i niania będą miały kłopoty. Lubiła panią Malloy i nie chciała, żeby tatuś się na nią gniewał. Tym bardziej, że pani Malloy lubiła ją. A przynajmniej tak się zachowywała – bawiła się z nią, śpiewała jej, chodziły razem do parku i zoo. Z nianią zawsze było fajnie. Nie tak jak z tatusiem i mamusią. Mamusia wolała swoje koleżanki i te kolorowe cukierki, po których się śmiała albo długo spała. A tatuś jej nie lubił. Niby się uśmiechał i mówił miłym głosem, ale kiedy myślał, że nie widzi, patrzył na nią jakby zrobiła coś... Złego? Nie, nie tak. Patrzył jak na prezent, który miał być fajny, a okazał się bublem.

Wepchnęła resztkę ciasteczka do buzi i usiłując zetrzeć czekoladę z buzi, zanurkowała za wyspę kuchenną, po czym schowała się do szafki pod zlewem. Tatuś nigdy tam nie zaglądał.

Usłyszała jak tata dzwoni do kogoś.

- Mam małym kłopot i liczę, że mi pomożesz. Debra. Zaczyna sprawiać problemy, ostatnio na przyjęciu u burmistrza prawie narobiła mi wstydu. Trzeba się nią zająć raz, a dobrze...

Nie miała pojęcia, jak tata chce się zająć mamą, ale nie brzmiało to miło. Ani to, ani to, co mówił potem. O jakichś wadliwych genach i... złej krwi, z której musi wyczyścić rodzinę? Wymienił też parę razy jej imię – Coleen. Nie miała pojęcia, co to wszystko znaczy, ale... Ale zaczęła się bać. Tata zawsze sprawiał, że troszkę się bała. Teraz to „troszkę" urosło. Bardzo.

Ogarnęło ją uczucie, że stanie się coś złego i że nic nie może na to poradzić.

Obejmując ramionami kolana, wtuliła buzię w nogi i zadrżała."

 

Zmarszczył brwi, chciał o coś zapytać, lecz nim zdążył wyartykułować chociażby jedno słowo, jedną literę, nadeszło kolejne wspomnienie... Czy raczej jego urywki:

 

„ Mężczyźni plądrujący dom. Mężczyźni gwałcący jasnowłosą kobietę. Pobita kobieta leżąca we krwi, niezdarnie próbująca unieść się na rękach. Patrząca ze zgrozą na rosnące płomienie. Hucząca ściana ognia. Pożerające wszystko wokół płomienie. Głośne wrzaski, niemal ogłuszający dźwięk alarmu, smród palonego ciała. Po chwili wypełniona hukiem ognia cisza, potworny ból i płomienie...

Płomienie pożerające wszystko, co złe i plugawe."

 

Wzdrygnął się. Wspomnienie było niekompletne i potwornie chaotyczne, ale tak przepełnione emocjami, że wytrąciło go z równowagi. Te przerażenie, wrażenie lepkiej, przylegającej do ciała ohydy, gniew, bezradność... i fascynacja. Podziw dla żywiołu, ściany płomieni, która zakończyła to wszystko.

Niestety nie zdołał się otrząsnąć, bo nadeszło kolejne wspomnienie... Czy raczej urywki wielu wspomnień stanowiące swego rodzaju streszczenie tego, co działo się potem. „Dziwne" zachowania ojca, które Coleen obserwowała latami. Tajemniczy ludzie odwiedzający jego dom. Lęk i nerwowość, jakie wzbudzał u osób, wobec których teoretycznie powinien czuć respekt. Jej podejrzenia, a potem pozbawiona dowodów pewność, co do natury tego człowieka. W końcu moment kulminacyjny – śmierć komendanta policji, w trakcie awantury w salonie. Egzekucja wykonana przez Freda na rozkaz prokuratora. A potem...:

 

„ - Morderca! Oszust, morderca i...– zakrztusiła się i rozkaszlała. Cios ojca powalił ją i odebrał oddech. Rzężąc z trudem wciągała powietrze, spoglądając na niego spode łba oczyma pełnymi łez.

Prokurator patrzył na nią z wyższością i pogardą, a w jego oczach szalała z trudem trzymana na wodzy furia. Był to wzrok kapłana... Nie, nie kapłana. Samego Boga, spoglądającego na najgorszego z bluźnierców.

Spojrzenie szaleńca.

- Jestem panem tego miasta. Jego SPRAWIEDLIWOŚCIĄ – oświadczył pozornie spokojnym, ale nabrzmiałym wewnętrznym żarem głosem. – Tylko dzięki mnie praktycznie nie ma tu przestępczości, ludzie pozwalają sobie zostawiać niezamknięte drzwi na noc, a dzieci bez obaw mogą się bawić na placach zabaw. Wiesz dlaczego? Bo napuszczam te gnidy na siebie. Daję im broń i swobodę działania, kierując nimi tak, aby wytłukli się nawzajem... Przy okazji oczyszczając miasto z ćpunów, dziwek, zboczeńców, bezdomnych i reszty plugastwa.

- Nie wiedziałam, że bycie bezdomnym to przestępstwo... Albo bycie dzieckiem przeszkadzającej panu prokuratorowi ćpunki – rzuciła mimo strachu... A może właśnie ze względu na niego.

Ojciec uśmiechnął się uśmiechem ponurym, pełnym wyższości i wzgardy.

- Aby zachować czystość w domu, trzeba usunąć szkodniki. Żeby stado było silne i zdrowe, słabi, chorzy i zdeformowani muszą zginąć. Zła krew musi zostać wytępiona. Tak było zawsze. Tak ten świat został stworzony przez samą naturę. Od zawsze się dzieli na panów, ludzi wartościowych, nad którymi panowie trzymają pieczę i tych, którzy powinni zostać usunięci. Ja po prostu jako jeden z nielicznych mam odwagę to przyznać.

Chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła. Ojciec kucnął obok niej i przesłonił jej usta dłonią, wbijając wypielęgnowane palce boleśnie w twarz. Nachylił się tak mocno, że jego gorący, miętowy oddech, owiewał jej twarz. Spojrzała wprost w błękitne oczy, z których wylewało się szaleństwo.

- Twoja matka wydawała się partnerką idealną... Inteligentna, dobrej budowy, zdrowa, przyjemna na oka. Doskonała klacz rozpłodowa. Niestety okazało się, że ukrywała przede mną brud. A z ukrywaniem brudu jest jak z malowaniem rdzy: po pewnym czasie farba zaczyna odchodzić. – Skrzywił się, jakby patrzył na coś plugawego. – Jesteś brudna po niej. Nie tak bardzo jak ona, ale jednak. W zamian za to, że toleruję taki brud w swoim domu, powinnaś okazać mi wdzięczność, prawda? Cześć i POSŁUSZEŃSTWO jakie każda dobra córka powinna okazywać swemu ojcu. Dlatego radziłby ci je okazywać... i nie rozpowiadać o naszych rodzinnych sprawach. W przeciwnym razie konsekwencje będą fatalne, nie tylko dla ciebie. Jeżeli zrobisz się niegrzeczna albo gadatliwa, może ucierpieć ktoś, kogo lubisz. A na wypadek, gdybyś miała głupie pomysły, nie łudź się, że eliminacja mnie kogokolwiek uratuje. Mam apostołów, którzy z radością wykonają wyrok za mnie..."

 

Po wspomnieniu nastąpiła kolejna seria urywków, pokazujących, że pan prokurator nie blefował. Śmierć rodziców najbliższej koleżanki Coleen była zaledwie początkiem. Niedługo potem młodszy syn pani Malloy miał wypadek i skończył na wózku. Żona pobliskiego sklepikarza – przemiłego starszego pana – została zgwałcona i pobita niemal na śmierć. Jednak to wszystko okazało się niczym, przy tym, co nastąpiło później:

 

„- Zupełnie jak twój ojciec. Tajemnice, brudne interesy. Z tym, że on DBAŁ o rodzinę! A ty co robisz?! To nie jacyś ludzie znikąd, napadli na twoją żonę, prawda? Chciałeś się pozbyć jej i Coleen, tak? Jeszcze, że chciałeś usunąć tą ćpunkę, zrozumiałabym, ale swoją własną córkę?! To krew z twojej krwi! Jak możesz!

Z fascynacją i grozą patrzyła na swoją babkę. Wyprostowaną jak struna, siwowłosą Nemezis, ciskającą pioruny samym spojrzeniem. Gniew przyodziany w elegancka garsonkę i przyozdobiony pewnością siebie oraz sznurem pereł.

Ojciec uśmiechnął się łagodnie, na co zadrżała, zaciskając palce stóp. Wiedziała, co to znaczy. Chciałaby móc powiedzieć babci, żeby się wycofała, odpuściła, przeprosiła tego potwora. Żeby ratowała siebie. Niestety, gdyby się odezwała, chociażby pisnęła, pogorszyłoby to tylko sprawę.

- Czyżby moja latorośl miała zbyt długi język? – mruknął znad tabletu, na którym przeglądał poranne wiadomości. Popijając kawę z eleganckiej filiżanki nie sprawiał wrażenia nazbyt zainteresowanego rozmową.

- Nie Owen. Bo cię znam. W końcu urodziłam cię i wychowałam, prawda?

- Można tak powiedzieć.

- Po za tym nie jestem ślepa ani głupia i widzę, co się dzieje. Potrafię łączyć fakty. Dlatego byłabym zobowiązana, żebyś nawet nie próbował robić ze mnie idiotki. I patrz na mnie jak do ciebie mówię!

Ojciec niespiesznie odłożył tablet i spojrzał babci w oczy. Wyglądał, jakby zastanawiał się nad czymś. Widok sprawił, że serce Coleen przyspieszyło. Znała ten wyraz twarzy. Wiedziała, że zaraz stanie się coś paskudnego. Jej instynkt samozachowawczy wrzeszczał, by czym prędzej uciekała ze salonu, z domu i biegła póki starczy jej sił, nie odwracając się za siebie. Jednak rozsądek trzymał ją na miejscu. Ucieczka niczego by nie rozwiązała. Ojciec i tak by ją dopadł, a potem...

- To czego ode mnie oczekujesz? – zapytał.

- Żebyś zaczął się zajmować rodziną, a jeżeli nie potrafisz, pozwolił zrobić to innym, którzy wiedzą jak. – Babcia skrzyżowała ręce na piersi, patrząc srogim wzrokiem na swego syna. – Czegokolwiek nie robisz, Coleen nie musi być w to uwikłana. Oddaj mi ją na wychowanie. Będzie miała normalne życie, a ty... Ty będziesz mógł w spokoju zająć się swoimi sprawami.

- Przykro mi, ale sądzę, że mogłabyś mieć na nią zły wpływ.

Babcia spiorunowała ojca wzrokiem, a Coleen głośno wciągnęła powietrze, bojąc się tego, co lada moment nastąpi.

- Nie bądź bezczelny!

 

- Nie jestem. Za to ty masz zbyt silny charakter, jak na mój gust i boję się, że mogłabyś wbić Coleen do głowy parę głupstw. Sprawić, że stałaby się nieposłuszna. Zbyt pewna siebie – powiedział to lekko, zarzucając nogę na nogę i odchylając się w fotelu. – Oczywiście mógłbym pójść ci na rękę i wysłać ją do szkoły z internatem, co, przyznaję szczerze, i mnie ułatwiłoby wiele rzeczy, ale... Niestety Coleen zbyt wiele wie...

- Nieposłuszna, zbyt pewna siebie... Nie masz w stosunku do tego dziecka żadnych uczuć rodzinnych, nie chcesz jej przy sobie. Po co ci jej posłuszeństwo?

- Bo chociaż jej nie chcę, to jej potrzebuję – mruknął. – Podobnie jak potrzebuję większego poparcia opinii publicznej. A na poparcie opinii publicznej bardzo dobrze działają rodzinne tragedie. Na przykład, gdyby jakiś bliżej nieokreślony bandyta napadł moją szacowną i powszechnie lubianą matkę, i poderżnąłby jej gardło, to natychmiast poszybowałoby do góry.

Coleen zrobiło się niedobrze. Już nawet nie usiłowała powstrzymać drżenia. Spojrzała z rozpaczą na babcię, ale ta tego jakby nie widziała. Mało tego, słowa ojca w ogóle jej nie wystraszyły, jedynie rozgniewały jeszcze bardziej.

- Ty rozpuszczony bachorze! Nie waż się mi grozić!

- A ty nie waż się wtrącać do mojego życia... Fred.

Ze grozą patrzyła, jak ociec przesuwa palcem po gardle, wymownie spoglądając na lokaja. Jednak ten nawet nie drgnął, zdezorientowany. Wyraźnie nie mieściło mu się w głowie, że można od tak wydać wyrok na własną matkę. Dopiero, gdy drugi raz padło jego imię – wypowiedziane stanowczo, ze zniecierpliwieniem – ruszył w stronę w stronę swego celu.

Bezradna, zbyt przerażona, aby chociażby pisnąć, biernie patrzyła, jak mężczyzna podchodzi do babci, chwyta za srebrzyste włosy i jednym, sprawnym ruchem unieruchamia ją, jednocześnie wyciągają zza pasa nóż. Oczywiście babcia walczyła jak mogła, jednak nie wiele jej to dało. Po chwili lśniące ostrze przesunęło się po wątłej, pomarszczonej szyi. Trysnęła krew. Rozbrzmiał zduszony, przypominający westchnienie krzyk.

Babcia przycisnęła wypielęgnowane dłonie do rany, jednak to nie powstrzymało buchającej krwi, która przeciekała przez szczupłe palce, znacząc jasną skórę i drogie pierścienie czerwienią. Oczy rozszerzyły się, spoglądając na wyrodnego syna, który obserwował całą tę sytuację ze stoickim spokojem. Kobieta poruszyła bezgłośnie pobladłymi ustami, robiąc krok na przód. Wyciągnęła zakrwawioną dłoń przed siebie, ku niemu. Zachwiała się... Upadła.

Miękki dywan powitał powoli wiotczejące ciało. Delikatne, śnieżnobiałe włókna chciwie chłonęły sączący się z rany szkarłat. Na arystokratycznej twarzy staruszki zastygł wyraz niedowierzania, zupełnie jakby kobieta uważała śmierć za niedogodność mogącą przytrafić się innym, nie jej.

Coleen z rozpaczą przyglądała się konającej babci. Nie wydała z siebie nawet jednego westchnienia, pojedynczy szloch nie opuścił jej zaciśniętego gardła, ale strugi łez spływały potokiem po policzkach. Wiedziała, że babcia nie była dobrą osobą. Wiedziała, że robiła wiele złych rzeczy, a także akceptowała to, co robili ojciec, a wcześniej dziadek. Jednak jako jedyna osoba z rodziny okazała jej serce. Troskę. Dbała o nią. Może nawet kochała. I próbowała ochronić, co przypłaciła życiem.

Ojciec wstał, spoglądając na ciało swej matki z wyraźnym niesmakiem.

- Cholera, dywan za pięć tysięcy. Starucha zawsze wchodziła mi w szkodę – mruknął pod nosem. – Fred, zadzwoń po ludzi, żeby zabrali ścierwo i zaaranżował wszystko jak trzeba. I daj Coleen odplamiacz oraz inne takie... Wiesz, do czyszczenia dywanów. Narobiła bałaganu, to niech go posprząta..."

 

Uderzony siłą wspomnienia, William zachwiał się i osunął na podłogę, a to jeszcze nie był koniec...:

 

„Na krześle tortur siedział unieruchomiony szerokimi pasami, młody mężczyzna. Wiotkie, włosy otaczały szczupłą, ziemistą twarz. Spojrzenie rozbieganych, przekrwionych oczu skakało po twarzach zebranych wokół niego osób, raz po raz zawracając ku niej – jej, która nie mogła nic poradzić na jego los. Los, który sam przypieczętował.

- Teraz już wiesz, że ścierwa nie zasługują na litość ani tym bardziej pomoc, prawda? – usłyszała za sobą głos ojca.

Zacisnęła usta, ale nic nie powiedziała.

Tak... Chciała pomóc temu mężczyźnie. Słyszała, jak ojciec mówił mu, że jeżeli wytrzyma w piwnicy do końca tygodnia, to pozwoli mu żyć. Dlatego, gdy jeden z pomagierów ojca zostawił otwarte drzwi, wykorzystała okazję i przyniosła nieszczęśnikowi trochę wody oraz środki przeciwbólowe. Niestety ten, zamiast siedzieć cicho zaczął skamleć, błagać, aby go uwolniła i oczywiście zwabił tym strażnika. Tym samym skazał siebie na śmierć, a ją wpędził w kłopoty. Mimo tego, nie potrafiła przytaknąć ojcu. Najchętniej odpyskowałaby, że sam jest ścierwem i powinien skończyć na takim krześle... Albo lepiej w płomieniach. Niestety nie mogła. Nie, jeżeli nie chciała zasmakować piekła. Znowu.

Milczenie nie usatysfakcjonowało ojca. Wzdychając, skinął dłonią, na co podeszło do niej dwóch wbitych w garnitury osiłków, a dwóch kolejnych usadowiło się za krzesłem tortur. Obaj mieli na rękach grube, gumowe rękawice, a jeden dźwigał zawierającą przeźroczysty płyn butlę z grubego szkła.

- Czas, żebyś wzięła odpowiedzialność za swoje czyny – mruknął, a jeden z jego goryli odbezpieczył swoją broń i wcisnął jej do ręki. – Obecnie sytuacja rysuje się tak: albo go zastrzelisz, albo umrze w nieco mniej przyjemny i czysty sposób.

Spojrzała na ojca ze zgrozą. Ten tylko się uśmiechnął.

- No dalej, strzelaj – polecił, prostując jej rękę. – Zabij go.

Przerażony więzień wytrzeszczył na nią oczy i rozpłakał się. Zaczął błagać, bełkotać, prosić o litość...

Nie musiał. I tak nie potrafiłaby do niego strzelić.

- Nie – powiedziała drżącym, ale stanowczym głosem, oddając broń. – Nie zrobię tego. Nie zmusisz mnie.

- Jak chcesz. Chłopcy...

„Chłopcy". Więzień zrozumiał, co to znaczy. Spanikowany zaczął się szamotać i krzyczeć ile sił w płucach, ale nie wiele mu to dało. Jeden ze stojących za nim dryblasów, chwycił go za głowę, bez trudu unieruchamiając i rozwierając mu szczęki. Drugi w tym czasie ze stoickim spokojem otworzył szklaną butlę, po czym nieśpiesznie wlał jej zawartość wprost w otwarte na oścież usta.

Rozległ się syk, a przerażone wycie zmieniło się w obrzydliwy gulgot. Ciało zaczęło niekontrolowanie drżeć. Zawartość butli rozpuszczała tkanki, przeżerając wargi i policzki, wylewając się z ust, mieszając z krwią i..."

 

William chciałby odwrócić wzrok, ale nie mógł – obrazy niepowstrzymanym strumieniem wlewały się wprost do jego umysłu. Te, a potem następne. Życie Coleen wydawało się złożone z następujących jedna po drugiej traum. Dlatego, chcąc czy nie, poznał przykry los jednego z jej poprzednich terapeutów oraz okoliczności śmierci wścibskiego policjanta. Dowiedział się też, czemu psy budzą w dziewczynie tak wielki lęk... i natychmiast zapragnął o tym zapomnieć. Wymazać raz na zawsze, to, co ujrzał. Co poczuł. Niestety nie potrafił... Poza tym sam tego chciał, prawda? Chciał się dowiedzieć, na czym stoi.

Następnie został świadkiem kolejnej egzekucji z udziałem Coleen. Biedactwo nie miała wtedy nawet dwunastu lat. Jednak tym razem pociągnęła za spust. Dwukrotnie. Pierwszy raz strzelając w głowę unieruchomionego na krześle tortur mężczyzny, aby oszczędzić mu cierpień. Drugi raz mierząc w ojca, aby oszczędzić dalszych cierpień sobie. Niestety powstrzymał ją jeden z jego ludzi. W efekcie kula lewie drasnęła prokuratora... i rozjuszyła.

Wściekły Lesinsky wywlókł córkę za włosy z piwnicy, zabrał do swego gabinetu i...:

 

„Pchnął ją. Zatoczyła się do tyłu, wpadając na mahoniowe biurko i tłukąc plecy. Obolała osunęła się na dębowy parkiet. Łzy spływały jej po policzkach, jednak nie były to łzy bólu. Strachu – owszem, ale nie bólu... a przynajmniej nie tego fizycznego.

Płakała, bo zabiła człowieka. Płakała, bo gdyby tego nie zrobiła, sprawy przyjęłyby jeszcze gorszy obrót. Płakała, bo nie zdołała zabić ojca, chociaż wiedziała, że gdyby to zrobiła, sama zginęłaby jako następna. Lęk, zawód, poczucie bezradności i wyrzuty sumienia napierały na nią ze wszystkich stron. Nie miała pojęcia, co ją czeka i szczerze powiedziawszy, niezbyt się tym przejmowała... I tak nie mogła nic na to porodzić. Chciała... Chciała, żeby to wszystko się skończyło. Chciała nie musieć już więcej myśleć i czuć. Chciała móc zasnąć i już więcej się nie obudzić.

Nagle poczuła zaciskającą się wokół ramienia dłoń. Mocno, aż do bólu. Druga, wczepiła się ponownie w jej włosy, ciągnąc w górę. Ojciec zmusił ją, by wstała. Zrobiła to, chociaż nogi miała jak z waty.

Zaprowadził, a właściwie zawlókł ją pod ścianę. W miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą wisiała wielka reprodukcja Wieży Babel Pietera Bruegela. Obecnie obraz leżał na podłodze, a w jego miejscu widniało... Drzewo genealogiczne. Wzorzyste, kunsztownie namalowane na grubym płótnie i stare... Przynajmniej w części. Przypominało niezwykle zawiłą przeplatankę. Dziwaczny, nieco postrzępiony warkocz.

- Przyjrzyj się – rozbrzmiał rozkaz.

Przetarła ręką załzawione oczy i przyjrzała się... A im dłużej się przyglądała, tym większy czuła wstręt.

Z drzewa genealogicznego wynikało, że jej dziadkowie byli rodzeństwem. Przyrodnim, ale jednak. Pradziadek miał kilkoro dzieci poza małżeństwem, a jego syn, ten „legalny", dziadek Coleen, pobrał się z jedną ze swych sióstr z lewego łoża. Podobnie było dwa pokolenia wcześniej. I kolejne dwa. Od ponad stu lat mężczyźni w jej rodzinie płodzili mnóstwo dzieci, a ich potomkowie, przyrodnie rodzeństwa, zawierały kazirodcze związki. Z kolei kazirodczy synowie brali sobie niespokrewnione ze sobą żony oraz wiązali z wieloma innymi kobietami – świeżą krwią – a te rodziły im dzieci. I ponownie męski dziedzic, nie kazirodczy potomek kazirodczego syna, wiązał się ze swą przyrodnią siostrą.

Wedle drzewa genealogicznego właśnie na jej pokolenie przypadał czas kazirodztwa.

Zrobiło jej się słabo. Nie, to nie mogła być prawda. Nie dość, że tkwiła w tym koszmarze, to jeszcze... To jeszcze...

- Wiesz, co to jest? – zapytał ojciec.

- Kazirodcza przeplatanka – odpowiedziała szczerze. Była zbyt przybita, żeby zważać na to, co mówi.

- Sposób na zachowanie czystości krwi... I jedyny powód, dla którego jeszcze żyjesz. – Spojrzał na nią tak jak rolnik mógłby patrzeć na górę gnoju. Jak na coś wstęgo, ale koniecznego. – Od pokoleń moi dziadowie wybierali sobie na żony najlepsze, najczystsze kobiety, a ich synowie pobierali się z najlepszymi spośród swych przyrodnich sióstr. Dzięki temu nasz szlachetny ród, ród panów, przetrwał przez tyle pokoleń, zawsze trzymając w swych rękach władzę i pieniądze. Niestety ja zawiodłem. Okazałem się zbyt beztroski, przez co twoja matka zdołała mnie oszukać i wprowadzić brud do naszej czystej krwi. Nie byłoby to aż tak straszne, gdybym miał więcej córek. Wartościowych, zdrowych i czystych. Niestety spłodziłem tylko ciebie... I, ze względów medycznych, nie wygląda, aby miało się to zmienić. Dlatego jesteś mi niezbędna. Czy raczej niezbędna jest mi twoja macica, nie ty jako taka. Osobiście wolałbym, aby przyjście na świat mojego potomka odbyło się w klasyczny i kulturalny sposób. Ty dorastasz, kończysz szkołę, potem studia, bierzesz ślub, a potem w blasku fleszy razem z opinią publiczną witam małego Lesinskego na tym świecie. Całe miasto oddaje metaforyczny pokłon następcy tronu, zupełnie jak w tych starych opowieściach... Ale tak nie musi być. I nie będzie, jeżeli nie przestaniesz się TAK zachowywać. Masz już jedenaście lat. Za dwa, trzy lata będziesz mogła rodzić, bez większego ryzyka poronienia czy innych powikłań. Mogę śmiało upozorować twoja śmierć i do tego czasu trzymać cię zamkniętą w piwnicy, w kaftanie bezpieczeństwa. A potem... Potem oddam cię jednemu z twoich braci, aby cię rżnął dzień w dzień, póki nie urodzisz mu syna albo dwóch. Wtedy staniesz się bezużyteczna i będę mógł się ciebie wreszcie pozbyć, tak, jak pozbyłem się swojej bezużytecznej matki... To co wybierasz?

Nie odpowiedziała. Czuła się, jakby ktoś ją uderzył obuchem w głowę. Obrzydzenie, lęk i gniew przetaczały się przez jej umysł, odbierając zdolność jakiego działania. Była rozbita, rozżalona i wściekła. Wściekła na ojca, ale przede na siebie za swoją bezradność. I na świat za to, że wyprodukował takiego potwora... Taką spowitą w okrucieństwo, wielopokoleniową ohydę, która przeskakiwała z ojca na syna przez całe dziesięciolecia.

- Pytałem, co wybierasz! – krzyknął, szarpiąc ją za ramię i zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. – Będziesz grzeczna, czy może mam szykować dla ciebie kaftan?

- B-będę grzeczna – wydukała.

- Doskonale. Miło, że doszliśmy do porozumienia – mruknął.

Puścił ją i odsunął się o krok.

Dygocząc na całym ciele jak w febrze, wróciła do swojego pokoju. Tam, zbyt wyczerpana nawet na łzy, osunęła się na podłogę. Pokonana zamknęła oczy, mimowolnie przywołując wspomnienie huczącej, pożerającej wszystko ściany płomieni. Żywiołu, który pochłonął jej prześladowców. Tak bardzo żałowała, że uciekła wtedy do piwnicy, zamiast oddać się szkarłatno-złotej fali."

 

Wspomnienie wygasło, a następne nie nadeszły. Na szczęście. Skulony na podłodze, z dłońmi wczepionymi we włosy zdał sobie sprawę, że po jego policzkach – policzkach Coleen – płyną łzy. Całe potoki łez. Nawet nie próbował ich powstrzymać.

Chwiejnie wstał, usiadł na łóżku i ukrył twarz w dłoniach, pozwalając sobie na stłumiony szloch.

Rozumiał... Teraz wreszcie wszystko rozumiał. To dlatego Coleen nie miała przyjaciół i unikała zawierania nowych znajomości, skutecznie zrażając do siebie innych. Biedactwo wiedziała, że jeżeli zrobi coś, co nie spodoba się ojcu, bliscy jej ludzie staną się celem. Dzielna dziewczynka cały czas wszystkich chroniła. Znowu ta próba samobójcza, którą widział wcześnie... Wszystko musiało mieć miejsce niedługo po prezentacji drzewa genealogicznego. Chciała uciec w jedyny znany sposób, przed losem, który przyszykował dla niej pan prokurator. Natomiast jej zachowanie po uroczystej kolacji... Dwóch młodych mężczyzn wśród gości, poprzedzające wszystko zakupy i badania lekarskie, w tym ginekologiczne.... To oczywiste jak to zinterpretowała. Dlatego oddała mu swoje ciało, życie i problemy. Chciała uciec.

„Problemem jest to... Problemem jest to , że na tym zasranym świecie trafiają się rzeczy i sytuacje bardziej popieprzone niż fabuła całego FNAF'a razem wzięta. Rzeczy nie na twoje długie uszy" – przypomniał sobie jej słowa. Teraz, po wszystkim co zobaczył, musiał przyznać jej rację.

Zadrżał, zdając sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znalazł. Był we władzy psychopaty, wyzutego z zasad moralnych, morderczego efektu chowu wsobnego uważającego się za boga. Sukinsyna, który zgotował swej córce – a więc i jemu – piekło na ziemi. Który zamierzał zmusić ją do poślubienia swego brata i rodzenia dzieci... To właśnie go czekało. Przymusowy ślub z bratem Coleen, nieustanne gwałty i rodzenie. Los krowy rozpłodowej.

Uderzył go przejmujący strach. Przerażenie. Niemal tak samo wielkie jak wtedy, w schowku, kiedy uzmysłowił sobie, że nie jest już człowiekiem, że nikt mu nie pomoże. Zimne macki lęku zacisnęły się na jego piersi i gardle, dłonie zaczęły drżeć, fala mdłości szarpnęła żołądkiem. Z trudem odepchnął narastającą panikę. A kiedy ta w końcu odstąpiła, jej miejsce zajęła wściekłość. Pierw na sytuację, w którą wkopał się na własne życzenie. Potem na siebie, za swoją głupotę, bo właśnie przez nią tu trafił. W końcu na Lesinskego.

Sam oddałby życie... Oddałby DUSZĘ, byleby tylko jego dzieci żyły. Były szczęśliwe, zdrowe, założyły własne rodziny, spełniały marzenia. Tymczasem Lesinsky miał największy skarb na świecie – swoją córkę, Coleen. Żywą, zdrową, silną i inteligentną. Wspaniałą. Jednak tego nie doceniał. Zamiast ją kochać, szanować, skurwysyn traktował dziewczynę jak nieposłuszne zwierzę... Nie, gorzej. Jak buntująca się od czasu, brzydką marionetkę, która miała tańczyć do rytmu na jego sznurkach. Jak mógł... JAK ON MÓGŁ! Ten... Ten...

Ludzkość nie wymyśliła wystarczająco plugawych słów, by mógł opisać nimi prokuratora.

W końcu i wściekłość się ulotniła zostawiając po sobie uczucie pustki i bezsilności. Nie miał pojęcia, jak mógłby ocalić siebie i Coleen. Jak zakończyć to szaleństwo. Był samotny, słaby i bezradny. Dokładnie tak samo, jak przed laty.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • TheRebelliousOne 7 miesięcy temu
    Czytając Twoje opowiadanie zastanawiam się co powiedziałby Scott Cawthon, gdyby je przeczytał. Na jego miejscu, ja byłbym pod wrażeniem, choć nie interesuję się uniwersum FNAF'a tak jak kiedyś. ;) Błędów nie widzę, opowiadanie mi się podoba, więc ląduje 5. Pozdrawiam :)
  • CynicznaCecylia 7 miesięcy temu
    Dziękuję pięknie :) <3 Miodzik na moje serducho.
    A co do Scotta... Szczerze, biorąc pod uwagę, że wydane do FNaF'a "Silver Eyes" podobno były wielkim bublem, sama się nad tym zastanawiam. Szczególnie po tym, co zrobię Williamowi w przyszłym rozdziale (jestem złym człowiekiem).
  • TheRebelliousOne 7 miesięcy temu
    CynicznaCecylia Uuu, wyczuwam Bad Girl! Ty i Evelyn z mojego opowiadania miałybyście o czym gadać XD Silver Eyes nie czytałem, bo jak mówiłem, przez to ciągłe komplikowanie fabuły jakoś straciłem zainteresowanie. Mimo wszystko, chętnie czytam Twój fanfic i jestem ciekaw co spotka "biednego" Williama.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • CynicznaCecylia 7 miesięcy temu
    TheRebelliousOne Jeżeli "Bad Girl" można określić osobę myśląca wieczorami jak bardzo zniszczyć życie swoim bohaterom i ile traum im zafundować, to tak :D
  • TheRebelliousOne 7 miesięcy temu
    Już Cię lubię! Evelyn też by Cię polubiła :D
  • Bajkopisarz 7 miesięcy temu
    Wypominki

    „nie wykluczone, że leczyła”
    Niewykluczone
    „jak Coleen potrafiła podporządkować sobie lokatorów schroniska, mimo fobii.”
    Sugestia: jak Coleen, mimo fobii, potrafiła… LUB (…)schroniska, i to mimo fobii.
    „przeszukując historię wyszukiwania dziewczyny.”
    Wyszukiwarki. Jeśli jest wyszukiwania dziewczyny, to znaczy, że ktoś ją wyszukiwał.
    „tylko jego polecenia. Dlatego też nieostrożną prowokacją mógł tylko”
    2 x tylko
    „zupełnie innym kontem niż wszyscy”
    kątem
    „Henry był blisko dwadzieścia lat”
    A mi wychodzi, że sporo mniej niż dwadzieścia, bo piętnaście ledwie, a może nawet nie. Dobrze liczę?
    „Ruszyć na przód.”
    Naprzód
    „i nie wiele go to obchodziło”
    Niewiele
    „dostanie po pogłowie za późny”
    Po głowie
    „Tuż zanim stał metalowy”
    Za nim
    „Mam małym kłopot i liczę,”
    Mały
    „Po za tym nie”
    Poza tym
    „jednak nie wiele jej to dało.”
    Niewiele
    „zabrali ścierwo i zaaranżował wszystko jak trzeba.”
    Zaaranżowali
    „Jak na coś wstęgo, ale koniecznego”
    Wstrętnego
    „upozorować twoja śmierć”
    Twoją
    „którą widział wcześnie...:
    Wcześniej

    Dyrdymałki:
    1. „a to wszystko prawie bez patrzenia na ciało...”
    Jaki facet, znajdując się nagle w ciele kobiety odwraca wzrok, zamiast choćby zacząć się bawić piersiami? Dobra, sytuacja jest nietypowa, nie mówię, że miał od razu zacząć szukać punktu G, ale że się nie zainteresował i wzrok odwracał to mi się nie widzi 😊 Lepiej więc to zbyć milczeniem.
    2. Piszesz, „że przebywał w ciele dziewczyny o niezbyt rozwiniętej masie mięśniowej”. Skutkiem czego nie miał przewagi nad psami. Ale mimo to w odcinku wcześniej zdołał wraz z Coleen pokonać dwie dziewczyny z czego jedną uzbrojoną. Niekonsekwencja.

    Znów bardzo dobry rozdział. Z jednym zastrzeżeniem, mianowicie pan prokurator zrobił się jednowymiarowy Pure Evil. Takie muszą być czarne charaktery, jasne, ale bardziej przerażają, jeśli mają ludzkie odruchy.
    A Williama najlepiej podsumowują ostatnie zdania, więc pewnie jeszcze trochę będzie musiał poupadać zanim się zbierze do kupy. Co go nie zabije (a wygląda na to, że nic go nie zabija) to go wzmocni, więc będzie tylko rósł.
    Czekam na ciąg dalszy, oby niezbyt długo :-)
  • CynicznaCecylia 7 miesięcy temu
    Dyrdymałki:
    1) Willa kreuję tu z lekka na archetyp ojca, więc w Coleen nie widzi tyle kobietę, co dziecko. DZIECKO. W związku z czym Willi czuje się patrząc na Coleen tak jak normalny facet, który oglądałby pod prysznicem - dajmy na to - jedenastoletnią dziewczynkę (dlatego nawet jeżeli podświadomie jakieś zainteresowanie jest, spycha je w czeluść NOPE i wypiera). Plus jego psychika nadal pozostawała nieco odcięta od ciała, mającego nieco inny zestaw - przynajmniej jeśli chodzi o proporcje - hormonów (do tego OKRES), więc niektóre reakcje są tu zaburzone.
    2) Co do zwycięskiej bójki - nie na darmo napędziłam Coleen podwójną furią jej i Willa. Człowiek w trakcie ataku szału jest w stanie pokonać osobę teoretycznie silniejszą od siebie. Zresztą nie tylko człowiek. Miodożer afrykański spuści łomot lwu, jak się porządnie wkurzy, mój ś.p. kot zagonił owczarka niemieckiego kumpla pod łóżko. Dodatkową kartą jest tu element zaskoczenia. Przyznaję, gdyby Coleen skoczyła na wielgachnego gościa postury niedźwiedzia (gościu z Zielonej Mili <3)sprawa wyglądałaby nieco inaczej - wystarczyłby jeden porządny cios w głowę, aby ta padła ogłuszona albo skończyła złamana w pół. Jednak dwie nastolatki, przeciętnej budowy, raczej nie wytrenowane w płynnej walce w duecie, które szarpiąc się z Coleen musiały uważać, żeby sobie nawzajem nie zrobić krzywdy... Zwycięstwo nawet po niskich kosztach możliwe. (Akurat ten motyw przemyślałam :D)

    Co do prokuratora tu się zgadzam, ale powiedzmy, że jest jednym z kilku czarnych charakterów i to tym najmniej ambitnym, mającym być jedynie przyczyną traumy Coleen i tłem dla niej. Reszta będzie bardziej rozrysowana. Szczególnie jeden. Trochę będzie o nim w przyszłym rozdziale, ale (mimo pozorów) tylko pobieżnie. zaś przyszły rozdział... Jestem na etapie zasmarkania totalnego, więc musi mi się pierw mózg odetkać.
  • Bajkopisarz 7 miesięcy temu
    Napisz mi jeszcze proszę, czy dobrze liczę, że William jest starszy od Henry'ego o czternaście lat?
  • Bajkopisarz 7 miesięcy temu
    Przyjmując wyjaśnienia za wiarygodne niniejszym oskarżenia uchylam i autorkę od zarzutów uwalniam :-)
    Bardzo lubię znać motywacje działań obu stron, stąd - może przesadne - zwrócenie uwagi na prokuratora. Czasem pozornie głupi motyw nie jest taki niedorzeczny i siedzi za nim ciekawa historia. Bywa, że ciekawsza od głównego wątku (nie, to żaden przytyk, to taka luźna, ogólna uwaga).
    Czekając na ciąg dalszy zdrowia życzę.
  • Bajkopisarz 7 miesięcy temu
    Napisz mi jeszcze proszę, czy dobrze liczę, że William jest starszy od Henry'ego o czternaście lat?
  • CynicznaCecylia 7 miesięcy temu
    Bajkopisarz => Rocznikowo o 15ście, licząc miesiącami ~ 14naście. na Wattpadzie już to wcześnie poprawiłam, tu jakoś zapomniałam. Co mi się uroił z 20 nie wiem. Pewnie pisałam coś na boku, albo patrzyłam na zegar i mi coś przeskoczyło. Gorzej, że tego nie zauważyłam przy 1wszej becie. Tak jak błędu w przyszłym rozdziale z wiekiem córki Henry'ego :|
  • Bajkopisarz 7 miesięcy temu
    CynicznaCecylia No i przydaje się ta matematyka ;) Dzięki za rozwianie wątpliwości.
  • Bajkopisarz pół roku temu
    Kiedy następna część? :-)
  • CynicznaCecylia pół roku temu
    Dzisiaj. Ale poszalałam z ilością tekstu (dlatego min tak długo). Mam nadzieję, że nie przeszkadza? :D
  • Bajkopisarz pół roku temu
    CynicznaCecylia - jak dobry tekst, to im go więcej, tym lepiej :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania