Głosy Nawii Rozdział 6 - Wieczne Tsukoyomi

Oglądałem serial. Niezbyt interesujący. Pierwszy plan należał do par, rozwiązujących swoje emocjonalne problemy.

 

- Co to jest?- zapytałem

 

- Moda na sukces.- odpowiedziała Magda.

 

- Przecież to opowiada o niczym.

 

Dziewczynka krzątała się po kuchni, sprzątając pozostałości po wcześniejszej lokatorce.

 

– Kiedy w końcu zdejmiesz te chustkę? - zapytałem po chwili ciszy.

 

Dziewczynka spojrzała na mnie z wyrzutem.

 

- Dlaczego o to pytasz?

 

- Bo nie rozumiem powodu.

 

- Nie musisz- powiedziała nagle, wyraźnie przybita. Odłożyła szklankę na półkę- Idę do pokoju.

 

Westchnąłem ciężko. Dzieci..

 

Poszedłem za nią. Usiadłem na fotelu umiejscowionym obok biblioteczki pełnej książek. Pokoik był niewielki. Niebieskie ściany zdobiły wizerunki ptaków, odbitych zapewne ze szablonów. Pod oknem stało jednoosobowe łóżko, równolegle do niego fotel z biblioteczką, zaś w przeciwległym kącie biurko z komputerem. Wyglądał na opuszczony.

 

– Czemu nosisz chustkę na głowie? - ponowiłem pytanie. Usiadłem na fotelu. Nie widziałem sensu w noszeniu chustki w pomieszczeniu.

 

- Naprawdę nie wiesz?

 

- Nie wiem.

 

Dziewczynka spuściła wzrok. Powoli rozwinęła chustkę. Udałem, że nie zaskoczył mnie widok jej łysej głowy.

 

- Teraz już wiesz?

 

– Były blond? - zapytałem.

 

– Brązowe.

 

Potaknąłem.

 

- Nie musisz jej nosić.- powiedziałem tylko. Siedzieliśmy dłuższą chwilę w milczeniu.- W mojej przygodzie nie musisz się wstydzić.

 

- Naprawdę?

 

- Tak.- odparłem

 

Magda uśmiechnęła się.

 

- Będę musiał cię na chwilę zostawić- zacząłem. Moja energia była na wyczerpaniu. Już dawno powinienem regenerować siły w Nawii.

 

- Dlaczego? Dokąd idziesz?

 

Nie przygotowałem się na to.

 

- Po mapę.- odparłem z głupa.- Mapę skarbu.

 

Nie zaskoczyło jej to.

 

- Kiedy wrócisz?

 

- Gdy zdobędę mapę.

 

***

 

Wyszedłem na balkon, upewniając się, że nikt mnie nie obserwował. Wyciszyłem umysł, po czym resztą energii jaka we mnie pozostała otworzyłem portal. Dziewczynka była w swoim pokoju. Nie mogła tego widzieć.

 

Wkroczyłem w gęstą materię i od razu poczułem, że coś było nie tak.

 

Niezrozumiała siła, sprawiła, że zboczyłem z trasy. Porwał mnie wir azjatyckich rozmów.

 

Otworzyłem oczy.

 

W uszach zadudniła mi japońska, średniowieczna muzyka. Wokół mnie krążyły jak mrówki skośnoocy mieszkańcy wyspy, a sam dźwięk ich języka sprawiał, że huczało mi w głowie,

 

Kraina Amaterasu. Kobiety, która chciała powiesić moją głowę na ścianie.

 

- Chors?

 

Usłyszałem znajomy głos. Było pewne, że wyczują moją aurę. Słowianin nie przemknie obojętnie w kraju skośnokich.

 

- Tsukoyomi.- powiedziałem spoglądając w czerwone oczy japońskiego boga księżyca.

 

- Czyś ty zmysły postradał, Chors? Chcesz, żeby Amaterasu zrobiła z ciebie mozaikę?-zapytał, rozglądając się niespokojnie na boki.

 

- Wizyta tutaj nie była w moich planach. Coś zepchnęło mnie ze szlaku.

 

- Co?

 

Czerwone oczy japońskiego boga, tak jak i moje odbijały stadia Księżyca. Tyle, że jego księżyc skąpany był w kolorze krwi. Tsuki wyglądał jak jeden z buddyjskich demonów, pełniących warty przy stupach. Był niewysoki i szczupły. Jak większość bogów Księżyca.

 

- Nie mam pojęcia. To była sekunda.

 

- Jak długo chcesz tu zabawić?

 

- Jak najkrócej.

 

Tsukoyomi zastanawiał się, patrząc mi głęboko w oczy.

 

- Nie zdejmuj soczewek. Przeczekasz u mnie. Niedługo powinieneś odzyskać siły.

 

- Nie obawiasz się Amaterasu?

 

Tsuki uśmiechnął się.

 

- Czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal.

 

***

 

Tsukoyomi mieszkał w niewielkiej świątyni na obrzeżach świata japońskich bogów. Na jej peryferiach rozciągały się zielone ogrody, pełne kwitnących wiśni. Kilkanaście służek i pomniejszych boginek pielęgnowało kwiaty, nucąc sobie pod nosem pieśni ku czci swojego pana.

 

Świątynia Tsukiego była kompleksem trzech budynków. Jeden służył do modłów, drugi należał do służby, zaś w głównym, usytuowanym w centrum pomieszkiwał on sam.

 

Od skromnego i estetycznego pałacu biło bielą. Wyglądał na świeżo malowany. Tsukoyomi należał do chorobliwie pedantycznego gatunku. Nie tolerował nieporządku.

 

Weszliśmy przez metalową bramę, krocząc marmurową ścieżką ku wrotom.

 

Same wrota wykonane zostały z wysokiej jakości srebra. Miedziane płaskorzeźby na ich skrzydłach składały się w wizerunki półnagich kobiet.

 

- Dawno cię tu nie było, Chors. -zauważył otwierając drzwi. Moim oczom ukazała się wielka sala z wysokim sklepieniem i zawijane schody, prowadzące na półpiętro. Podłogę wyszorowano tak dokładnie, że mogłem dojrzeć w niej swoje odbicie. W kątach sali stały wysokie wazony prezentujące antyczną, japońską sztukę. Pismem kanji na ścianie zostały wyżłobione słowa, które wypowiedział Tsuki gdy nastąpił wybuch w Hiroszimie.

 

„My, Dzieci Księżyca piszemy swoją historię

 

My Dzieci Księżyca przeżywamy własną wojnę

 

My Dzieci Księżyca wielbiciele pól i lasów

 

Przejdziemy po wodzie, byleby nie tracić czasu."

 

- Nadal się tym chełpisz? – zapytałem, wskazując dłonią słowa pieśni wyryte na zachodniej ścianie, tak by przy każdym wschodzie padały na nie promienie Słońca.

 

- Oczywiście.

 

Poprowadził mnie korytarzem w lewo, którego ściany zdobione były zapiskami o „Wielkim Tsukoyomim". Weszliśmy do pomieszczenia, które było oddzielone od kuchni przepierzeniem.

 

Jego wyposażenie ograniczało się do kwadratowego (oczywiście białego) stolika z czterema (oczywiście białymi) krzesłami, obok w kuchni służka (oczywiście w białym fartuchu) krzątała się, zapewne udając, że sprząta.

 

- Jak mnie znalazłeś?

 

- Od razu wyczułem wrogi Księżyc w mojej krainie. Powinieneś być wdzięczny, że uprzedziłem Amaterasu.

 

- Wściekłość nieco osłabła?- zapytałem z nadzieją.

 

Pokręcił głową.

 

- Nawet na to nie licz.

 

Tsuki gwizdnął krótko, a służka, młoda boginka o jasnych włosach, pośpiesznie odnalazła wzrokiem butelkę trunku i nalała go do dwóch wąskich, wysokich literatek. Po tym pospiesznie przyniosła nam ambrozję do stolika, odchodząc zwrócona do nas twarzą.

 

– Boją się ciebie.- zauważyłem

 

- Szanują.- poprawił mnie.- Dałem im cel.

 

– Cel? Posługę tobie?

 

– To również cel. Nie zadają zbędnych pytań. Po prostu służą.

 

Uniósł literatke trunku.

 

- Za księżyc. - mruknął i jak jeden mąż wypiliśmy wszystko jednym haustem. Japoński bóg księżyca zmrużył oczy, przyglądając mi się uważnie.

 

- Co?

 

- Podobno wybiłeś wszystkich Zniczy.

 

- Nawet tutaj to dotarło?

 

- Bogowie księżyca znają wszystkie plotki. W nocy słychać najwięcej.- urwał.- Jak to zrobiłeś, Chors? Jak udało ci się, zabić dziewięciu synów Światowida? Tobie, drugorzędnemu bogowi?

 

- Musimy o tym rozmawiać?

 

Tsukoyomi wiedział co się wówczas stało. Wiedział, że opętała mnie furia.

 

- Skąd wracasz?

 

- Z Ziemi.

 

Był zaskoczony.

 

- Co ty u licha robisz na ziemi?

 

- Mam tam, sprawę do załatwienia.

 

- Jaką?

 

- Myślę, że to nie twoja sprawa.

 

Tsuki przewrócił oczami.

 

- Daj spokój, Chors. Znamy się od zawsze. To co w Księżycu, zostaję w Księżycu.

 

- Jakoś nie za bardzo wierzę w szczerość twoich intencji

 

Tsuki nie naciskał. Wiedział, że nic mu nie powiem. Wpatrywał się dłuższą chwilę w pusty kieliszek. Głowił się nad czymś.

 

- Chors... - zaczął w końcu. - Dowiedziałem się czegoś o Lokim.

 

Na dźwięk jego imienia aż coś skręciło mnie w żołądku.

 

- Lokim? - powtórzyłem bardzo powoli.- Co mogłeś się o nim dowiedzieć, skoro został strącany do Otchłani?

 

- Słyszałem plotki

 

- Plotki tej frakcji, jak ze mną i ze Zniczami?

 

- Podobnej.

 

- Mów, Tsuki.

 

Roześmiał się.

 

- Nie ma nic za darmo - powiedział z chciwym uśmieszkiem. - Informacja za informację. Zdradzę ci tajemnicę Lokiego, jeśli ty wyjawisz mi czego szukasz u ludzi.

 

Odchyliłem się na krześle.

 

- Wpierw ty. - rzuciłem niedbale.

 

- Nie ma mowy, Chors. Jakbym cię nie znał.

 

- I jakbym ja nie znał ciebie, Tsukoyomi.

 

Wpatrywaliśmy się w siebie dłuższą chwilę. W końcu japoński Księżyc uległ.

 

- Ktoś powiedział, że już kilka lat... Może kilkaset lat temu zaczął wyczuwać na Ziemi aurę różniącą się od ludzkiej. Na długi czas dał sobie z tym spokój, jednak teraz ów uczucie powróciło, a co gorsza nasila się... Zupełnie jakby istota nie pochodząca z ziemi została na niej uwięziona. Istota o spętanej mocy, którą za wszelką cenę pragnie uwolnić.

 

Szybko połączyłem fakty.

 

- Twierdzisz, że to Loki?

 

Tsuki potaknął.

 

- To niemożliwe.... - szepnąłem. - Ten skurwysyn powinien przecież się rozpaść... Rozpaść setki lat temu.

 

- To tylko plotki, Chors. Uspokój się.

 

- Czy ty wiesz, co to znaczy?!

 

- Myślałem, że zszedłeś na ziemię, żeby to sprawdzić.

 

- Jak?! Przecież nie miałem o tym pojęcia!

 

- Chors.- powtórzył starając się mnie uspokoić. - To nic pewnego.

 

Potaknąłem wolno, zaciskając szczękę. Wziąłem głęboki wdech. Loki. Myślałem, że już nigdy więcej nie usłyszę jego imienia.

 

- Jeśli to prawda... To jakim cudem potrafi żyć na ziemi? Jakim cudem, skoro wiara ludzka już nie istnieje? Jakim cudem?

 

Loki, wedle przepisów ustanowionych przez Najwyższego, dopuścił się najgorszej zbrodni - zamordował swojego brata, czyli innego boga. Zrobił to z premedytacją. A ja w odwet zrobiłem to samo z nim. Nie wiedząc jednak, czemu kara mnie nie dosięgnęła. Teraz wiedziałem już dlaczego - po prostu go nie zabiłem.

 

- Nie wiem, Chors. Nikt nie wie.

 

Przecież unicestwiłem jego ciało... Duch powinien zostać zesłany w Otchłań... Tak.. Tak mi przynajmniej powiedziano...

 

- Chors... - Tsukoyomi wyrwał mnie z rozmyślań. Spojrzałem na niego rozszalałym spojrzeniem.- Teraz twoja kolej.

 

- Przysięgnij na Księżyc, że to, co teraz powiem, zostanie między nami.

 

- Przysięgam.

 

- Usłyszałem, że w Krainie Umarłych, na Polach Elizejskich znajdują się cząstki nas.

 

Tsukiego dosłownie wmurowało w krzesło.

 

- Nas... Co? - zapytał wyraźnie, nie wierząc w to, co usłyszał.

 

- Cząstka nas. Naszej egzystencji, czy jak to ludzie nazywają Naszej duszy. Jakbyśmy kiedyś umarli. Jakbyśmy po części znajdowali się w zaświatach.

 

Tsuki nie mógł powstrzymać nerwowego mrugania.

 

- Jak?

 

- Właśnie tego chcę się dowiedzieć... Jako bogowie nie mamy tam wstępu. Tam żyją tylko dusze... Dzieciak z ziemi jest moja kartą wstępu. Musi tylko zabrać mnie ze sobą.

 

- Skąd masz pewność, że cię zabierze? I jakim prawem ludzki dzieciak, miałby być twoją kartą wstępu?

 

- Nie mam żadnej pewności. To tylko próba. To dziewczynka. Jest czysta. Dusza pozbawiona grzechu. Nie wiem, jak udało się jej przetrwać pośród tych wszystkich odpadów.

 

Tsuki zapatrzył się w swój kieliszek.

 

- Więc twierdzisz... Twierdzisz, że my... Kiedyś...

 

- Nie wiem - nie pozwoliłem mu dokończyć. - Nie wiem, Tsuki. Mnie też to dręczy.

 

Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. Dałem mu czas, by przyswoił informację.

 

- Rozumiem. Ciężki orzech do zgryzienia... Nawiasem... - spojrzał na mnie krwistoczerwonymi oczyma. Widocznie nie chciał już o tym rozmyślać. Była to bariera nie do pokonania. - Nadal władasz Totsukanotsurugim?

 

- Głupie pytanie. Totsu nie zmieni właściciela dopóki ten oddycha.

 

Tsuki uniósł kącik ust. Widziałem w jego oczach odbicie życia, którego nie mógł sobie przypomnieć. Czy my naprawdę kiedyś żyliśmy? Jak daleko w nieznane sięgała ta jedyna Prawda?

 

- Możesz się u mnie przespać. Przez noc odzyskasz siłę.

 

Uniosłem brew.

 

- Nie wydasz mnie w ręce Amaterasu?

 

- Żeby powiesiła mnie za to, że nie powiedziałem jej o tobie na samym początku? - uniósł dłoń. - Podziękuję, Chors. Wolę egzystować.

 

***

 

Zielone, wściekłe ślepia wpatrywały się we mnie z rządzą mordu. Błyskały w półmroku, a moich uszu dochodziły ciche powarkiwania. Ogarnęła mnie chęć ucieczki, jednak wewnętrzny, niezrozumiały głos nakazał mi pozostać.

 

Uniosłem dłoń w ludzkim akcie pojednania, czym przestraszyłem dzikiego zwierza. Od razu się cofnąłem. Tym razem moja dłoń powędrowała od dołu. Zapraszałem go.

 

- Nie bój się - szepnąłem, jednak ów głos zdawał się nie należeć do mnie. – Patrz - ostrożnie wyjąłem długi, złoty miecz z pochwy, kładąc go na ziemi obok siebie. - Nie zrobię ci krzywdy. Chcę ci pomóc.

 

Z mroku powoli jął wyłaniać się wizerunek lwa. Ryknął przerażająco, a ja po raz kolejny cofnąłem się o krok.

 

Był ranny. Jego przednia łapa przebita została przez kawałek ostrego narzędzia. Nie miał sposobności uciekać. Był skazany na łaskę losu.

 

- Nie ruszaj się... - szeptałem, zbliżając się do niego powoli. - To zaboli tylko przez chwilę. Nie ruszaj się - powtarzałem jakby w nadziei, że nie rozszarpie mnie na strzępy przy pierwszej lepszej okazji.

 

Drgnąłem, gdy ryknął ponownie, jednak nie zwolniłem kroku. Musiałem to zrobić. Nie wiedząc czemu, musiałem. Ukucnąłem, kątem oka obserwując, czy na pewno nie pozbawi mnie on życia.

 

Chwyciłem palcami metalową drzazgę. Wyciągnąłem ją jednym, płynnym ruchem uskakując, by uniknąć ataku.

 

Dziki kot zaryczał doniośle, po czym kuśtykając, zniknął w gęstym lesie.

 

Uśmiechnąłem się, ciskając kawałek metalu za siebie. Nie wiedziałem czemu, ale rozpierała mnie duma.

 

Lew był odwagą, której mi brakowało.

 

***

 

Obudziłem się, przeciągając leniwie. Siły wróciły. Więc ja mogłem wrócić na Ziemię.

 

- Jestem wdzięczny za gościnę.- powiedziałem, wchodząc do salonu. Tsuki wpatrywał się nieruchomo w ścianę.

 

- Nie ma za co.- powiedział przeciągle.- Chors. Jesli dowiesz się prawdy... powiesz mi o niej?

 

Zbyt długo myślałem nad odpowiedzią.

 

- Tak, Tsuki. Powiem.

 

Potaknął.

 

- W takim razie, szerokiej drogi, Chors. Portal jest w Ogrodzie.

 

- Bywaj.

 

Wyszedłem tylnym wejściem i wkroczyłem w rozległe ogrody. Wielobarwne girlandy zostały przywieszone do owocowych drzew. Ścieżki wyznaczały granicę w postaci rabatek. Większość kwiatów należała do gatunku cebulowatych. Tsuki miał do nich słabość.

 

Portal znajdował się za wysokim żywopłotem. Ten również zdążył już zarosnąć bluszczem. Zdarłem z niego pnącza, po czym wkroczyłem do środka.

 

Po raz kolejny wylądowałem w śmieciach. Uspokoiłem prędko umysł, aby ciemne, ludzkie myśli nie wtargnęły nieproszone do mojego umysłu. Otworzyłem oczy, patrząc nieruchomo w gwiazdy. Pomyślałem o czymś bardzo dziwnym. Pomyślałem o tym, że Tsuki mi pomógł. Dobrowolnie. Narażając się na gniew Amaterasu. Dlaczego to zrobił? Czyżby czuł, że tak naprawdę pragnąłem nas wszystkich uwolnić?

 

Ściągnąłem z siebie odpadki. Przypomniałem sobie o mapie, którą obiecałem dzieciakowi. Skąd ja miałem wytrzasnąć mu mapę?

 

Zacząłem grzebać w śmieciach. Cuchnęły jak diabli. Znalazłem atlas. Wyrwałem z niego mapę Egiptu.

 

- Będzie.- mruknąłem pod nosem i skierowałem się w stronę mieszkania, które podstępem zdobyłem. Przemieściłem się niczym wiatr pod drzwi. Nacisnąłem klamkę.

 

- Jestem.

 

Zmrużyłem oczy. Światła były pogaszone, a upiorną ciszę przerywało jedynie tykanie zegara.

 

- Magda? - posłałem pytanie w nicość. Nie doczekałem się odpowiedzi. Zajrzałem do wszystkich pokoi, ale nigdzie jej nie było. Gdzie się podziała? Czy uciekła?

 

Niemożliwe. Czułem ją. Tutaj.

 

Balkon? Otworzyłem oszklone drzwi. Odetchnąłem z ulgą. Była tam. Spała smacznie pod kocem, wtulona w poduszkę. Delikatnie wziąłem ją na ręce i wniosłem do pokoju, kładąc na łóżku. Patrzyłem chwilę na jej łysą głowę. Zastanawiałem się dlaczego woń śmierci sięgać mogła nawet tak niewinnych istnień. Śmierć była potężna. Dzięki ludziom.

 

Wróciłem do salonu. Usiadłem na kanapie i zdjąłem soczewki. Zapaliłem wysoką lampę. Nie minęła chwila, a drzwi do pokoju Magdy otworzyły się. Dziewczynka wychyliła zza nich łepetynę, patrząc na mnie zaspanym wzrokiem.

 

- Co się stało z twoimi oczami?

 

Zdębiałem

 

Wielce pożałowałem, że mój umysł w żaden sposób na nią nie oddziaływał. Nie była jak reszta ludzi. Była inna. Wyjątkowa.

 

- Czy to... Księżyc? - zapytała półszeptem, zbliżając się. Nie przestawała mnie świdrować brązowymi oczami.

 

- To soczewki - skłamałem, na co Magda uniosła brew.

 

- Soczewki... - powtórzyła. Była zbyt zmęczona, by o tym myśleć. Spojrzałem na zegarek. Wskazówki pokazywały trzecią.

 

- Chors.. - zapytała, ziewając. Wygrzebała z kieszeni jakiś zwitek papieru. Podeszła do mnie pokazując mi zaproszenie do cyrku. - Chciałabym tam pójść.

 

- I co to ma wspólnego ze mną?

 

- Możemy urozmaicić naszą przygodę. Masz mapę?

 

Wyciągnąłem z kieszeni pomiętą mapę Egiptu.

 

Magda spojrzała na nią, oburzona.

 

- To nie jest mapa skarbu.- obwieściła.- Widziałam tą mapę w atlasie w szpitalu. To Egipt.

 

- Bo nasz skarb jest w Egipcie.

 

Kiedyś kłamstwo przychodziło mi łatwiej.

 

- A co z cyrkiem?

 

Musiałem odpędzić obraz skatowanych, umęczonych zwierząt. Dzieciak musiał mi zaufać. Więc ja musiałem tam pójść.

 

- Pójdziemy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • stefanklakson 2 tygodnie temu
    Mi się nie chce czytać takiego długiego, ale że ktoś ma siłę tyle napisać... sztos :D
  • krajew34 ponad tydzień temu
    Zbyt długie i zbyt wiele "enterów". Fabuły nie oceniam, nie czytałem.
  • Koala ponad tydzień temu
    Tak to jest jak się nie potrafi pisać, ale się lubi ;)
    Pozdrawiam i dzięki za komentarze !;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania