Koroner Hawk (11)

Na liście, która widniała dla bezpieczeństwa jedynie w umyśle koronera, został już tylko ostatni punkt, mianowicie wizyta w apartamencie pani prokurator. Wydawało się Maverickowi dosyć zabawne, w granicach, rzecz jasna, przyzwoitości, że ma do czynienia z tak sporą ilością osób, którym nie brak pieniędzy, sam zaś żył dosyć skromnie, niczym asceta, poślubiony swojej wierze w całkowity i dogłębny sposób. Zamiast religii jednak, dla Hawka istniała jedynie praca, oddawał się jej w pełni, chociaż gdzieś na dnie jego serca tkwiło uporczywe pragnienie bliskości, tej platonicznej, emocjonalnej. Pragnienie, które czasami nie pozwalało mu spokojnie spać.

Bał się samotności, choć umiejętnie to ukrywał i raczej z pozoru nie sprawiał wrażenia kogoś, komu brakuje intymności czy romantyzmu.

Poważny, nieco zgryźliwy o kalkulującym umyśle. Nawet on sam nie podejrzewał, że kiedykolwiek do tego stopnia będzie za czymś tęsknił. Na szczęście po wielu latach nauczył się, jak częściowo wyłączyć swoje emocje, gdy tego potrzebował, a potrzebował niemalże nieustannie.

Dom, który zamieszkiwała Daphne Belmondeley, mieścił się w północnej części miasta, w, jak można się domyślać, bardzo zamożnej dzielnicy. Był to duży budynek, którego nie sposób przeoczyć – fasada z czarnego marmuru, zadbany ogród urządzony w stylu japońskim i piękny ogromny taras, na jakim również nie szczędzono grosza, na co wskazywały złote zdobienia i malutka fontanna z gładkiego kamienia wysadzanego brylantami.

Ku zdziwieniu koronera, rudowłosa stała tuż przed bramą, jakby na niego czekała. Być może ujrzała go z daleka i z jakiegoś powodu żyła pewnością, że zmierza w odwiedziny właśnie do niej. Być może spodziewała się kogoś innego, jednak wątpliwości śledczego zostały rozwiane wraz ze słowami Daphne.

– Już nie mogłam się doczekać, aż przyjdziesz, wiesz? Nie wiem, jak możesz to robić kobiecie… – powiedziała, przygryzając wargę. Próbowała go uwieść, z niewiadomych jeszcze koronerowi powodów. Jednym z nich mogło być, owszem, zwykłe zainteresowanie wizualnością, jednak wątpił, że tak sprytna osoba jak Belmondeley, która baczy na opinię, koszty i każdy szczegół, nie zauważyłaby w flirtowaniu z nim dodatkowych korzyści.

– Skąd wiedziałaś, że przyjdę?

– Kobieca… Intuicja… – oznajmiła tajemniczo, a przynajmniej taki był zamysł jej tonu. Koroner znowu zwrócił uwagę na jej dziwnie rozszerzone źrenice. Zachowywała się co najmniej nienaturalnie, ale po to tu przybył, żeby dowiedzieć się, jaki jest tego powód.

Wszedł za kobietą do mieszkania i wówczas spostrzegł, że ma ona na sobie jedynie cienki szlafrok, który eksponował jej dekolt i całą sylwetkę. Wcześniej był zbytnio zajęty jej twarzą – zawsze twarze wydawały mu się najatrakcyjniejszym elementem kobiecego wizerunku, dopiero potem skupiał się na reszcie cielesności.

Daphne była ideałem wielu mężczyzn, o czym przekonywał się wiele razy w rozmowach z aspirantami Scotland Yardu czy nawet samym inspektorem. Jednak mimo tego, że jej status cywilny od dłuższego czasu jasno dawał do zrozumienia, że nie ma ona nikogo, nikt jeszcze nie przekuł myśli w czyny. Teza koronera krążyła wokół stwierdzenia, że Belmondeley stanowiła dla większości swoich współpracowników zakazany owoc, o którego trujących właściwościach byli świadomi, choć piękno zewnętrzne zajmowało ich o wiele bardziej niżeli toksyczny miąższ. Podświadomie nie chcieli pchać się w szpony bezwzględnej modliszki, która, to pewne, spożyłaby ich przy pierwszej lepszej okazji, ale nie przeszkadzało to również w fantazjach na temat inteligentnej pani prokurator.

– Masz może ochotę na kawę, albo herbatę? – uśmiechnęła się perliście Daphne, stając tuż obok kuchennego aneksu.

– Wystarczy woda, dziękuję.

W międzyczasie, gdy kobieta krzątała się w kuchni, koroner zdążył nieco zapoznać się z wnętrzem jej apartamentu, głównie z tym, co podejrzewał, że go zaciekawi, a przy okazji przyda mu się w śledztwie. Stół był nienagannie czysty, choć zauważył, że na jego kancie widnieje trochę krwi. Dziwne, że podczas sprzątania pominęła tak widoczny szczegół.

– Proszę – Daphne postawiła szklankę z przezroczystą cieczą na meblu, któremu przyglądał się Maverick. Cisnęło mu się na usta, żeby rozwiać wątpliwości związane z krwistym śladem, ale postanowił odłożyć to na nieco później.

Kobieta usiadła bardzo blisko niego i był pewien, że nie przypadkiem, choć kreowała zaistniałą sytuację na całkowicie pozbawioną kontekstu. Musnęła go zgrabną dłonią po udzie, gdy sięgała po naczynie ze świeżo zaparzoną kawą, patrzyła na niego co chwilę z przejęciem. Nie rozumiał tego, nie potrafił wpoić sobie, że może ona czuć zwykłą potrzebę bliskości. Tak samo, jak on. Może nie chodziło o brak zrozumienia? Nie, Maverick zwyczajnie odczuwał niepokój na myśl o Daphne Belmondeley, nie ufał jej w żadnym stopniu, ale z drugiej strony też nie potrafił się oprzeć.

– Mam wiele rzeczy, Maverick – szepnęła, tym razem już bezceremonialnie kładąc rękę na jego kolanie. Bardziej niż sam ruch zdziwił go fakt, że zwróciła się do niego imieniem.

– Mam wiele rzeczy. – powtórzyła. – Pieniądze, dom, pracę, która sprawia mi przyjemność. Mam rodzinę, chociaż swojej własnej jeszcze nie założyłam, to w tej kwestii również się cieszę. Zostałam ciotką już dwukrotnie, moi rodzice, choć w podeszłym wieku, są zdrowi i w pełni sił. Moje rodzeństwo także miewa się dobrze. Mam za sobą liczne sukcesy zawodowe, jestem piękna, mądra… Wybacz za ten narcyzm, ale sam chyba to zauważyłeś. Jesteś bardzo, bardzo spostrzegawczy, Hawk… Bardzo.

Jej dłoń przesunęła się nieco w górę, bardzo powoli. Sugestywnie.

– Ty też, Daphne – odparł.

Zaśmiała się cicho.

– Widzisz więc, ja mam wszystko, Hawk, naprawdę wszystko. A przynajmniej to, czego wielu ludzi nie posiada, czego każdy tak usilnie pragnie, do czego dąży każdy człowiek. Piękno, sławę, zdrowie, rodzinę i pieniądze. Zdawałoby się, że mam wszystko, prawda? Przecież wymieniłam tak wiele rzeczy… – mówiła ściszonym głosem, wyraźnie artykułując każde słowo, drażniła jego ciało nie tylko dotykiem, ale również słowem. Mógłby zamknąć oczy i jedynie wsłuchiwać się w jej pełen namiętności i sekretów ton, i nawet wtedy potrafiłby wyobrazić sobie jej zamyślone rysy twarzy i wpatrzone w niego oczy.

– Czego nie masz? Bo do tego zmierzasz, jak domniemywam.

– Nie mam ciebie, Maverick. A tak bardzo bym chciała… Wiesz o tym?

Jej dłoń poruszała się po jego ciele w coraz mniej dwuznaczny sposób, chciała pokazać mu, że jego przeczucia nie są mylne, że ona naprawdę go pragnie i udowadniała to każdym gestem, każdym zdaniem. Nawet komunikacja werbalna w jej przypadku stawała się zbędna. Doskonale mówiła mu, czego chciała, nawet bez słów. Dlatego tak bardzo zatracił się w tej sytuacji, jego koncentracja obrała sobie nowy interesujący punkt, porzucając śledztwo na te kilka ulotnych chwil. Skupił się na Daphne Belmondeley, rzucając się w jej wir intrygi i zdradzieckiej gry, którą z nim prowadziła. Wiedział, że to on ma kontrolę, więc dlaczego miałby nie spróbować?

Następne częściKoroner Hawk (12)  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • bogumil1 2 miesiące temu
    Hm, czyli w następnej scenie należy spodziewać się scen w alkowie. Robi się coraz bardziej intrygująco:)))(
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    na jakim - na jaki nie szczędzono grosza (tak mi się przynajmniej wydaje, że być powinno) ;)

    //
    Przeczytałam nowe rozdziały. Akcja się rozkręca :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania