Koroner Hawk (12)

– Rozgryzłam cię już dawno – podjęła po chwili, nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi ze strony mężczyzny na uprzednie przemyślenia. Maverick nie odwzajemniał jej dotyku, nie obejmował, nawet nie wysilił się, aby cokolwiek z siebie wykrztusić. Nie wynikało to jednak, mimo wszystko, z nieśmiałości czy lęku, bo nic podobnego mu nie towarzyszyło. Starał się zaś zapamiętać jej ruchy, poznać ją poprzez bierne doświadczanie, prowadził eksperyment czysto dedukcyjny, podczas gdy rudowłosa całą swoją uwagę przelała właśnie na niego. Nie mógł powiedzieć, że jej towarzystwo nie wywołuje u niego uczucia, które, z braku innych określeń, nazwałby przyjemnością. Nie, to ostatnie, czego użyłby do opisania emocji, jakie mimo wszystko pojawiały się w jego wnętrzu z powodu Daphne. Ale nie wierzył w jej szczere intencje. Natomiast zupełną oczywistość stanowiła dla niego czerń jej serca. Widział to w jej diablich oczach i czuł. Czuł, jakby sam szatan igrał z jego duszą, zabawiając się błahą cielesnością. Pochłaniały go myśli o niej i chociaż próbował skupić się na powrót całym swoim umysłem na śledztwie i rzeczach istotnych, nie potrafił.

– Dlaczego sądzisz, że mnie rozgryzłaś? Nie znasz mnie, Daphne. Ani ja ciebie, tak na dobrą sprawę. Wiem tylko o dwóch rzeczach, za którymi przepadasz do szaleństwa. Hazard i alkohol.

– Seks – powiedziała, patrząc mu w oczy. Przez chwilę myślał, że w jakiś sposób rzuciła mu tym propozycję, a wręcz wyzwanie, jednak szybko się poprawiła. – Lubię też seks, koronerze. Myślałam, że się domyślisz… Ty nie lubisz?

– To normalna potrzeba – westchnął, zmieniając pozycję na kanapie; miał na nią teraz jeszcze lepszy widok. Siedzieli w tym momencie naprzeciwko siebie, nie stykali się już ramionami. – To tak, jakbyś zapytała mnie, czy lubię jeść. Oczywiście, że tak, bo pozwala mi to funkcjonować w normalny zdrowy sposób. Tak jak oddychanie.

– Nie uważasz, że to prymitywne podejście? Istnieją ludzie, którzy nie potrzebują seksu, wiesz?

– Nie należysz do nich. Poza tym, mówię o tych, którzy jednak odczuwają pociąg. Wówczas zaspokojenie pożądania jest nieodzownym elementem poprawnego trybu życia.

– Przestań tak do mnie mówić… Chcesz mnie, tak? To weź to, czego chcesz…

Przyjrzał jej się uważnie. Każda minuta spędzona w towarzystwie kobiety zbliżała go do myśli, że coś jest z nią nie tak. Nigdy nie zachowywała się, nie mówiła w ten sposób. Nie tylko wobec niego, wobec absolutnie nikogo. Nie chodziło tu o zakochanie, nawet o seks. Coś ewidentnie stało się z Belmondeley, ale jeszcze nie był do końca pewien, co.

– Skąd masz tę pewność? – uniósł brew, udając zdziwienie.

– Kobieca intuicja, już mówiłam. Po prostu to czuję… Nie mam racji?

Zbliżył się do Daphne, dokładnie obserwując. Nagle zawisnął nad nią, a ona, doskonale to spostrzegł, wstrzymała oddech, a potem gwałtownie nabrała powietrza. Uśmiechnęła się do niego i nagle dystans, jaki jeszcze przed krótką chwilą istniał między nimi, zniknął. Dotknęła ustami jego ust. Wargi rudowłosej wydały mu się niezwykle szorstkie i chłodne, gdy poczuł je pierwszy raz, ale przy pogłębianiu pocałunku zaczynał coraz bardziej doceniać ich strukturę. Nie była delikatna, ale również nie nachalna, próbowała go dominować, a jej ruchy przypominały drapieżny akt. Nawet nie spostrzegł, gdy przesunęła się w jego stronę i objęła nogami w pasie. Ciało przy ciele, dłoń przy dłoni; poruszyła delikatnie biodrami, wydając z siebie cichy jęk, jego dłonie objęły ją w talii tuż pod piersiami. Zatracili się w swoich wargach, jakby chcąc poznać każdą ich niedoskonałość, wyróżnić temperaturę w każdym najmniejszym fragmencie, wyrównać ją i zamknąć na zawsze w diabelskim kole przyjemności.

Nie chcieli jednak na tym zaprzestać; rozkosz płynąca z pocałunków stała się stanowczo niewystarczająca, choć z każdą chwilą wzrastało ich tempo. Naturalną koleją rzeczy przyszedł moment, gdy oboje byli nadzy, upijając się specyfiką i niespotykanie intrygującą geometrią swoich ciał, nagle banalna czynność urosła pomiędzy nimi do istnego kuriozum rozkoszy. Rudowłosa położyła dłonie na barkach mężczyzny, jej biodra tańczyły w promieniu jego lędźwi, przyspieszając ruchów i analogicznie zwiększając częstotliwość odgłosów spełnienia. Ich czoła stykały się, patrzyli sobie w oczy bez przerwy, raz po raz wpijając w rozchylone usta.

Zdali sobie sprawę z tego, że mimo identycznej czynności, istotną rolę grało również miejsce, które postanowili finalnie zmienić. Stół, kuchenny blat, posadzka, schody, umywalka – wszelkie przestrzenie, które w ferworze pasji i podniecenia uznali za właściwe i hipnotyzujące, stały się subregionem ich licznych uniesień.

– Nie wiem, dlaczego… – wyszeptała pomiędzy kolejnymi spazmami euforii. – Nie wiem, dlaczego tak późno o tym pomyślałam. Zawsze cię dostrzegałam… I doceniałam, Maverick. Nadal doceniam…

– O czym pomyślałaś za późno?

– O tobie – jęknęła mu w usta.

Opadli obok siebie na łóżko, które stanowiło ich niebiańską przystań, ostateczny punkt na tej drodze zmysłów.

– O mnie?

– Tak. Zawsze… Intrygowałeś mnie w pewien sposób. Jesteś inteligentny, nawet mało powiedziane. Wszystko, każda sprawa, której się podjąłeś, była rozwiązana od początku do końca. Widzisz każdy szczegół, którego nie dostrzega nikt inny, a przy tym… Pozostajesz człowiekiem – uśmiechnęła się pod koniec.

Hawk słyszał wszystko, co do niego powiedziała, ale był skupiony już na czymś zupełnie innym. W sypialni Daphne, tuż przy łóżku, stała szafka nocna z wysuniętą szufladą. Wstał, obserwując kobietę, ale ta nie zareagowała. Podszedł do mebla i ujrzał to, czego w gruncie rzeczy się nie spodziewał. Kilkanaście opakowań amobarbitalu. Spojrzał na Belmondeley jeszcze raz. Jej rozszerzone źrenice, niewyraźne dziwne zdania, sprawiające wrażenie nieprzemyślanych. Wszystko nagle złożyło się w jedną całość. Kobieta była po prostu naćpana, ale w na tyle niewielkich ilościach, że potrafiła jeszcze samodzielnie utrzymać się na nogach i nie sprawiała wrażenia, jakby miała halucynacje.

Myślał przez chwilę, co powinien zrobić.

– Gdzie masz klucze? – odparł, siadając znowu obok kochanki. Sprawiała wrażenie trochę nieobecnej, ale rzuciło mu objawów.

– W szafce z lekami… Gdzieś idziemy? – zapytała, ciągnąc go za dłoń jak małe dziecko.

– Jeszcze się zastanawiam. Samochód jest w garażu? – w głowie koronera szybko pojawił się cały złożony plan.

– Maverick, uważaj na moją Suzan… – wydukała Daphne.

– Suzan?

– Mój samochód. Uważaj na nią, proszę…

– Postaram się... A teraz idziemy, chodź…

Tak jak sądził, poruszanie się nie sprawiało kobiecie żadnych problemów, więc nie było tak źle. Jednak ilość amobarbitalu, jaka znajdowała się w jej pokoju i fakt, że nie pierwszy raz widział u niej oznaki zażycia, nakazywały mu działać jak najszybciej. Chciał, w pierwszej kolejności, zabrać ją do siebie. I zadzwonić do Waltera Willowa. On jedyny wiedział najlepiej, jak w takich sytuacjach działać.

 

***

 

– Nieźle, Maverick. Gdzie ty ją znalazłeś w takim stanie, co?

– Zwróciłem uwagę na jej zachowanie już ostatnio, ale dziś w jej domu… Nie pytaj, czemu tam byłem. Znalazłem tam bardzo dużo pewnego leku. Z grupy barbituranów. Wiesz, jakie są objawy.

– Pracuję głównie z trupami, ale widzę, że wzięła. Co zamierzasz?

– Chciałem, żebyś skołował mi sól fizjologiczną i odtrutkę. Zostanie u mnie, dopóki nie zejdzie z niej cała substancja. Mam wrażenie, że to ma jakiś związek z tymi morderstwami.

– Właśnie, myślę, że powinieneś coś zobaczyć. Jak dzwoniłeś, pomyślałem, że wezmę kopię wyników badań tej Chivutti. Patrz.

Hawk rzucił okiem na kartkę papieru. Badania wykazały śladową obecność amobarbitalu.

– Miałem rację… Czyli Daphne może mieć z tą farsą coś wspólnego.

– Albo kupowały od tego samego dilera… – zaśmiał się Willow, ale koroner zgromił go spojrzeniem.

– Crecerella, Philomela, Daphne… Wszystkie miały, mają dostęp do amobarbitalu. To zbyt wielki zbieg okoliczności, nie sądzisz?

– To racja. Ale raczej w tym stanie nie powinieneś z nią rozmawiać. Nie wiesz, ile faktycznie to bierze. Może mieć częściowe, niewielkie zaniki pamięci. Lepiej nie utrudniać jej powrotu do pełnej sprawności umysłowej przez kilka dni.

– Obserwując ją, doszedłem do wniosku, że na pewno nie trwa to długo. Weź mi wszystko, co się przyda też do badań krwi i moczu, będę ci wdzięczny…

– Aż tak przejąłeś się tą sprawą? To przez Margot, czy jak?

– Znasz mnie, Walter, zawsze wkładam serce w to, co robię, zwłaszcza gdy jest związane z pracą. A prawie zawsze jest. Rossignol nie ma z tym nic wspólnego. To nic osobistego, przynajmniej nie już… Poświęcam się pracy.

– W końcu zaczniesz potrzebować obecności drugiego człowieka. Dodam, że żywego… Znajomi z kostnicy się nie liczą.

– Też jesteś przyjacielem z kostnicy.

– Ja przynajmniej żyję. Ale nie jestem kobietą. O, może Daphne?

– Nie… Nie ufam jej. I teraz wiem, że miałem dobry powód. Męska intuicja.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • bogumil1 2 miesiące temu
    Mam zaległości ze świąt chyba ze dwa odcinki. Wpadnę po robocie, przeczytam i odhaczę się w pozostałych zaległych częściach i pod tą. Pozdrawiam.
  • bogumil1 2 miesiące temu
    Też już przeczytałem, czyli jestem na bieżąco.
  • Drżączka 2 miesiące temu
    Cieszę się, że się podoba generalnie:) I dziękuję za komentarze, fajnie wiedzieć, że ktoś czyta i że przypadło do gustu!
  • Kocwiaczek 2 miesiące temu
    Sprawiała wrażenie trochę nieobecnej, ale rzuciło mu objawów - rzuciło?

    Nie wiesz, ile faktycznie to bierze - jak długo

    //

    Świetna puenta ;) nadrobiłam. Czekam na ciąg dalszy.
  • Drżączka 2 miesiące temu
    Wieczorem ogarnę ten błąd, dziękuję za komentarz!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania