Kruki - prolog

Delikatne promyki słońca wpadły do przestronnej sypialni. Wiatr dostał się przez uchylone okno i musnął zdobioną, delikatną firankę, a następnie przeniósł świeże powietrze dalej, do pokoju. Przestronna sypialnia sprawiała wrażenie dużej, jednak był to mały pokoik z dwuosobowym łóżkiem, komodą, jednym oknem i kilkoma obrazami.

 

Aprylinne przeciągnęła się leniwie, zanurzając bose stopy w miękkiej pościeli. Mruknęła sennie, otworzyła oczy i usiadła, przecierając je rękoma. Zobaczyła, że miejsce obok niej jest puste, a do jej uszu dotarło wesołe gwizdanie mężczyzny, który pewnie znajdował się w kuchni na parterze. Kobieta uporządkowała łóżko i podeszła do okna. Odsunęła firankę i przysiadła jedną nogą na parapecie, podziwiając wiejski krajobraz.

 

Była zrelaksowana i spokojna.

 

Urocza zieleń lasu, na którego skraju wynajęli domek, urzekła ją od pierwszej chwili. Łagodny śpiew ptaków rozlegał się z każdego zakątka. Przymknęła oczy, wsłuchując się w szum drzew. Pozwoliła, aby wiatr dotykał jej twarzy, wnikał we włosy, mierzwiąc je delikatnie. Słońce oblało jej jasną cerę swoim blaskiem. Idealną ciszę zburzył chrzęst ciągnika, który wjechał na pole znajdujące się w okolicy ich domku. Nie przeszkadzało jej to jednak, a wręcz przeciwnie — cieszyła się, że może doświadczać nawet tak prozaicznych zjawisk. Była typowym mieszczuchem, wychowała się w betonowej dżungli jednej z większych miast Portugalii, dlatego wybierając z narzeczonym miejsce na spędzenie miesiąca miodowego nie zastanawiali się długo; wybór od razu padł na oddaloną od zaawansowanej cywilizacji, zgiełku i zanieczyszczeń małą wioseczkę, w której po przystępnej cenie mogli wynająć budynek mieszkalny.

 

Ten dzień zaczynał się idealnie. Wszystko było idealne, tak, jak sobie wymarzyła. Kochający mąż, piękna pogoda, spokój, cisza, tylko oni i nikt i nic więcej.

 

Ciągnik odjechał gdzieś dalej, zabierając ze sobą hałas burzący bezruch. Nad domkiem przeleciał ogromny ptak, zapewne zmierzając na pole w poszukiwaniu pożywienia. Dzięcioł zastukał w lesie, jakiś pies zaszczekał na sąsiadującym podwórku. Chciała zatrzymać ten moment jak najdłużej tylko mogła, rozkoszując się nim wiecznie. Czas był jednak zejść na dół, przywitać swojego małżonka.

 

Zeszła z parapetu, zamknęła przezornie okno. Poprawiła firankę i sięgnęła po szlafrok, który narzuciła na swoje szczupłe ramiona. Następnie zeszła po drewnianych, cicho skrzypiących schodach na dół. Kuchnia, pokój dzienny i wyjście na taras mieściły się na parterze, a sypialnia i łazienka na górze. Większość okien była umieszczona po stronie południowej, dzięki czemu w środku było jasno.

 

Dotykając długimi palcami rzeźbionej poręczy, postawiła stopy na kafelkach. Przeszła cichutko do kuchni, gdzie jej mąż nadal gwizdał, akompaniując melodii płynącej z radia umieszczonego na blacie. Jeśli Aprylinne miała być szczera, stanowili zgrany zespół.

 

Zbliżyła się do niego, objęła mężczyznę w pasie i przycisnęła policzek do jego pleców. Zaciągnęła się ulubioną wodą kolońską swojego wybranka, a jej kąciki ust się uniosły.

 

— Dzień dobry, kochanie — szepnęła.

 

— Wstałaś idealnie na śniadanie. — Mówiąc to, otworzył szafkę w poszukiwaniu talerzy. Przełożył na nie smażone jajka, a kiedy z tostera wyskoczyły tosty, ułożył na nich plasterki awokado i pomidora. Aprylinne odsunęła się od pleców wyższego od niej bruneta, a następnie zajrzała do lodówki, z której wyjęła sok. Nalała go do szklanek i postawiła na stole, po czym zajęła miejsce siedzące. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, widząc rozpromienioną twarz Friderica. Ten zmierzwił jej krótkie włosy dłonią. Roześmiała się, on także.

 

— Pomyślałam, że może przejdziemy się dzisiaj na spacer. Co o tym myślisz? — zapytała Aprylinne, wgryzając się w chrupkie pieczywo. Mruknęła zachwycona. — Te grzanki są obłędne.

 

— Dziękuję — odparł skromnie Frideric. — Myślę, że spacer to dobry pomysł. Szkoda siedzieć w domu, kiedy za oknem jest tak cudowna pogoda. Nic jednak nie jest tak cudowne jak ty. — Błysnął białymi zębami. Aprylinne w odpowiedzi uśmiechnęła się zawstydzona, jednak nic nie odpowiedziała. Kiedy zaczynali ze sobą chodzić, nie komplementował jej jakoś szczególnie. Wszystko się zmieniło od momentu, w którym przyjęła oświadczyny. Dopiero wtedy, paradoksalnie, zaczął szeptać jej słodkie słówka i przypominać, że to właśnie ona jest najpiękniejszą z najpiękniejszych.

 

Kiedy skończyli w miłej atmosferze śniadanie, oboje zniknęli w sypialni przebrać się z piżam w jakieś normalne ubrania. Następnie zeszli po schodach i wyszli na ganek. Frideric zamknął dom na klucz i schował go do kieszeni. Podał ramię swojej małżonce, a ta z chęcią przyjęła zaproszenie do wspólnego spaceru.

 

Pozdrowili skinieniem głowy ich sąsiadkę, która pieliła ogródek, a potem oboje weszli na leśną ścieżkę. Im bliżej byli do lasu, tym robiło się ciszej. Nie zwrócili na to uwagi, całkowicie pochłonięci sobą.

 

Może gdyby spostrzegli to wcześniej, gdyby zorientowali się, że coś z tym lasem jest nie tak, do niczego by nie doszło. Gdyby tylko na moment zamilkli i przestali wymieniać między sobą uśmiechy, byliby bezpieczni.

 

Tymczasem jednak wciąż podążali leśną ścieżką. Nawet drzewa nie szumiały. Wszystkie ptaki umilkły, część odleciała, jakby w przestrachu uciekając przed czymś, czego ludzie nie mogli dostrzec. Ogromne drzewa górowały nad młodą parą, która właśnie rozpoczęła miesiąc miodowy. Słońce przesłoniły chmury, przez co zrobiło się znacznie ciemniej i chłodniej.

 

Aprylinne potarła ramiona, czując na nich nieprzyjemne kąsanie wiatru. Wcześniej powiedziałaby, że podmuchy są delikatne i spokojne, teraz jednak odnosiła wrażenie, że chcą ją zmieść, wygnać.

 

Ostrzec, nim będzie za późno.

 

To ona pierwsza zauważyła dziwne załamanie światła, jakieś dwadzieścia metrów przed nimi. Zmrużyła oczy, przystając w miejscu. Zupełnie, jakby ktoś postawił tam nieudolną makietę terenu i poruszył nią przypadkiem. Ciemny lej chmur zebrał się nad tym miejscem, a wiatr ponownie zawiał, tym razem ponaglając ludzi, aby ruszyli w tamtym kierunku. Zupełnie jakby coś chciało, aby tam poszli. Nie odganiało ich jak wcześniej, lecz wołało niesłyszalnym głosem, wabiąc.

 

Frideric także to zauważył. Zerknął na Aprylinne, która wpatrywała się nieruchomym wzrokiem przed siebie. Następnie delikatnie wysunęła swoje ramię z jego uścisku i powoli zaczęła podążać w kierunku anomalii.

 

Ciekawość ludzka bywa zgubna.

 

Mężczyzną targnęły wątpliwości. Dopiero zdał sobie sprawę z ciszy, która otoczyła ich już jakiś czas temu. Zdał sobie sprawę, że odkąd wkroczyli do lasu, nie słyszeli już nawet odgłosów wsi: żadnego szczekania psów, małego ciągnika pracującego w polu czy nawet pozdrowień sąsiadów.

 

Mimo tego podążył za Aprylinne, nie chcąc zostawić jej samej. Zszedł za nią z leśnej ścieżki, raniąc sobie łydki ostrymi kolcami dzikich malin. Krótkowłosa brunetka odchyliła gałąź i prześlizgnęła się pod pajęczyną. Mąż podążył tą samą drogą.

 

Im bliżej byli, tym robiło się zimniej, ciemniej, mroczniej. Niepokój zaczął ściskać ich serca. Frideric złapał za przedramię Aprylinne, tym samym ściągając na siebie jej uwagę. Mruknęła pytająco.

 

— Chyba nie powinniśmy tutaj być — niemalże warknął. Spojrzała mu w oczy.

 

— Chcę tylko zobaczyć, o co w tym wszystkim chodzi.

 

— Coś nie chce, żebyśmy tu byli — odparł. Zerknął przez swoje ramię. Nikogo za nimi nie było, jedynie kolejny podmuch wiatru ponaglił ich, aby szli do przodu. Aprylinne wyrwała swoją rękę i ostatnie metry pokonała powoli. Frideric zerknął w górę. Lej ciemnych chmur znajdował się dokładnie nad ich głowami.

 

Aprylinne schyliła się, aby przyjrzeć się czemuś, co leżało w wypalonej trawie. Frideric kucnął obok niej.

 

Była to przypieczętowana księga. Skąd ona się tutaj wzięła?

 

Miała bogato zdobioną twardą okładkę. Kartki były pożółkłe. Elementem, który zwrócił ich uwagę, był żarzący się delikatnie symbol czaszki wypalony na froncie przedmiotu. Wydawało się, że spogląda na nich czarnymi oczodołami, łypiąc złowrogo.

 

— Kochanie, chyba... chyba musimy stąd iść... — zaczął niepewnie Frideric.

 

— Jeszcze chwila. Zobaczę, co jest w środku i zmykamy — szepnęła Aprylinne, zapatrzona w tajemniczy wolumin. Powoli wyciągnęła w jego kierunku rękę.

 

— Aprylinne, nie! — zdążył tylko krzyknąć mężczyzna, zanim księga nagle się otworzyła, a z jej wnętrza wysunęła się ciemna jak popiół dłoń. Złapała za przedramię młodej kobiety, chcąc wciągnąć ją do środka. W niebie rozległ się grzmot, zerwała się wichura.

 

— Frideric! — wrzasnęła przerażona brunetka, próbując się ratować. Spopielona dłoń była jednak zbyt silna i nim Frideric się obejrzał, jego żona opadła zemdlona na trawę, a z niej wyrwała się płonąca zjawa, która wniknęła między kartki z przeszywającym wyciem. Pan młody rzucił się ku małżonce, jednak ta zniknęła w mgnieniu oka. Brunet opadł na ziemię, ryjąc nosem w trawie. Podniósł się, rozejrzał, dłońmi zaczął przeszukiwać leśne podszycie, aby znaleźć jakikolwiek ślad Aprylinne. Po kilkusekundowych poszukiwaniach dotarło do niego, że nic po niej nie zostało.

 

Zdezorientowany nie zauważył, kiedy księga się zatrzasnęła, a czaszka na okładce zapłonęła. Poczuł, jak jakiś demon wnika w niego, jego dusza rozrywa się na cząstki, każdy zakątek jego ciała promieniował bólem. Wiatr zdawał się nieść raniące ostrza, które uderzały go raz po raz. Liście smagały po twarzy, powodując piekące zadrapania. Upadł. Druga zjawa pojawiła się nad umierającą ludzką skorupą, tym razem mężczyzny, a potem wniknęła w księgę, która zapieczętowała się ponownie. W momencie, w którym ciało Friderica zmazywał wiatr, gruby tom uniósł się do góry. Nastąpił wybuch tajemniczej energii, który poruszył lasem, a następnie wszystko umilkło.

 

Lej z chmur zniknął. Słońce znów zaczęło świecić. Cichutki śpiew ptaków stawał się z każdą chwilą coraz głośniejszy. Zimno ustępowało ciepłu. Wszystko wracało do swojego pierwotnego stanu. Jedyna rzecz, która była inna niż wcześniej, to wypalony krąg pomiędzy drzewami i przerażająca czaszka wymalowana krwią na pobliskiej brzozie.

 

Po Aprylinne i Fridericu nie został żaden ślad, księga zniknęła tak niespodziewanie, jak się pojawiła.

Następne częściKruki - rozdział pierwszy  

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Malanie  Reyes→Tak sobie z ciekawości zajrzałem i nie żałuję,   Niby wszystko na początku ładne i radosne, lecz wyczuwa się pewien niepokój trochę.   Później wejście do lasu i jeszcze bardziej,,, coś nie tak. Milknące wszystko.
    Stopniowanie napięcia !!! Klimat jest,  A poza tym rozdzielna forma zapisu, Też lubię.
                                Pozdrawiam→5 :)
  • Melanie Reyes ponad tydzień temu
    Serdecznie dziękuję za odwiedzenie prologu! Naprawdę, nie spodziewałam się tak pozytywnego odzewu i jest mi niezmiernie miło, że efekt, który chciałam osiągnąć, jest widoczny. Mam nadzieję, że przyszłe rozdziały również przypadną Panu do gustu. Pozdrawiam!
  • Dekaos Dondi ponad tydzień temu
    Wiesz co Malanie R. Tak ciut mi się skojarzył Twój tekst z moim tekstem,
           chociaż o innej treści. Na pewno przeczytam następne części.
                  Pozdrawiam :))
  • Cofftee 2 tygodnie temu
    Witaj, autorko!
    Tak na początek pozwolę sobie podzielić się kilkoma uwagami "tekstowymi", że tak powiem.

    "Dopiero do niego dotarła dziwna cisza" - no tutaj mi nie siedzi ten szyk. Moja estetyka podpowiada: "dziwna cisza dopiero do niego dotarła". Co w ten deseń.

    "Była to zaiste księga przypieczętowana pieczęcią" - to "zaiste" moim zdaniem troszkę niezasadne, bo wcześniej nie było mowa o żadnej książce, a "zaiste" działa chyba jak takie potwierdzenie czegoś, co już wcześniej padło. Ręki uciąć nie dam, ale tak mi się wydaje.

    "Podniósł się, rozejrzał, dłońmi zaczął obmacywać leśne podszycie" - to "obmacywać", takie 'podejrzanie' nacechowane :-P Może... Przeszukiwać? Przeczesywać? Można pomyśleć.

    Oczywiście to moje subiektywne sugestie :-)

    Co do samej treści. Bardzo spodobało mi się od razu oryginalne imię bohaterki. Nie wiem, czy wymyśliłaś je sama, jeśli tak to wielkie brawa, ogromnie doceniam kreatywność, także na polu imion. Trudno wpaść na coś, co nie brzmi dziwnie i jest przesadzone, a moim zdaniem Tobie się udało :-) Z początku troszkę dłużyła mi się codzienność bohaterów, mam także wrażenie, że nieco zbyt dużo uwagi poświęcone było na takie bardzo drobne czynności typu wyciąganie klucza, chowanie go itp., ale to moje odczucie.
    Sprawnie operujesz słowem, wiesz, dokąd chciałaś poprowadzić swój prolog, co skontrastować. Miła, ciepła relacja małżonków także mi się podobała. Bogate słownictwo, dobrze oddana delikatność w pewnych fragmentach.

    Pisz dalej! Nie ustawaj! Do boju! Może być z tego coś świetnego :-)

    Pozdrawiam,
    Kawa.
  • Melanie Reyes ponad tydzień temu
    Hej! Dziękuję za pokazanie błędów. To jest właśnie to, czego szukam w komentarzach. Nikt nie jest idealny, jestem tego żywym dowodem (mój szyk zdań czasem boli), a wszystkich błędów przecież nie da się wyłapać. Przy okazji chcę powiedzieć, że wszystko już poprawiłam.
    Co do imienia, znalazłam je jakiś czas temu i uznałam, że jest odpowiednie dla bohaterki, a odnosząc się do fragmentu z poświęceniem uwagi drobnym czynnościom — cóż, taki mam już styl, jednak w przyszłości postaram się to zmienić. Jeszcze raz więc dziękuję. :3
    Mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze Pani zawita do kolejnych rozdziałów. Pozdrawiam!
  • Karawan ponad tydzień temu
    zabierając ze sobą burzący bezruch hałas. - szyk do zmiany; zabierając ze sobą hałas burzący bezruch.
    Była to zaiste księga przypieczętowana pieczęcią - Jest w necie słownik wyrazów bliskoznacznych. Zaiste do wyrzucenia, a przypieczętowana pieczęcią... no Autorze, sam powiedz! zamknięta, zaplombowana, oznaczona i dalej jaką lakową? metalową? ryciną ?
    Resztę napisał (a) Cofftee :)
  • Melanie Reyes ponad tydzień temu
    Tak, czytałam później jeszcze raz ten prolog i zauważyłam te, prozaiczne, można by rzec, błędy. Wszystko już poprawiłam, a przynajmniej to, co zostało mi wytknięte i to, co sama przyuważyłam. Dziękuję serdecznie za komentarz, dzięki niemu mogę się doskonalić. Pozdrawiam serdecznie!
  • Kapelusznik 3 dni temu
    Ok. Fajny początek
    Duże plusy za styl i formę - widać że masz pojęcie jak pisać.
    Opisy ładne, przekonujące
    Sama fabuła jednak mnie nie przekonała - ale hej - to dopiero prolog
    Więc na razie zostawiam 5
    Pozdrawiam
    Kapelusznik

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania