Łowczyni: Zmierzch wilka ✦ Rozdział 19

Rozdział 19

W ogrodach Hael było gwarno. Gdzie okiem nie sięgnąć czarno było od żałobników. Mężczyźni stali nieruchomo z kamiennymi twarzami, kobiety łkały i ocierały oczy chusteczkami. Nieliczne wśród tłumu dzieci, obserwowały dorosłych, nie do końca rozumiejąc w czym rzecz. Lecz choć zebrali się tu niemal wszyscy mieszkańcy Górnego Camoru, panowała niemal grobowa cisza.

Z grupy Opiekunów wystąpił gruby jegomość w długiej, żałobnej szacie. Na jego piersi, wyróżniający się na tle czarnego materiału, połyskiwał złoty wisior z wybitą cyfrą jeden.

– Zebraliśmy się tu – zaczął przewodniczący, Ryndel Muis, głosem równie podniosłym, co gorzkim – by pożegnać wielkiego człowieka, syna handlu i monety, Piątego Opiekuna Hael, Adlena Kyrrę. Miał smykałkę do handlu. Słynął z innowacyjności i odwagi. Nie bał się ryzyka, nie wahał się inwestować, czym nierzadko nam imponował. W pełni zasługiwał na miano Opiekuna, jednego z nas. Lecz teraz jego mieszek jest pusty.

Ryndel podszedł do stosu, na którym wśród atłasów, w złotych szatach, leżał Adlen Kyrra. Pierwszy wyciągnął z kieszeni szekla, po czym włożył go do sakiewki, spoczywającej w dłoni nieboszczyka. Zaraz po nim pojawił się Daroo Veis, Drugi Opiekun, który w ślad za poprzednikiem, również wyjął monetę i wsadził ją do trzosa. Pozostali Opiekunowie powtórzyli rytuał, żegnając towarzysza i składając mu hołd.

Gdy ostatni z nich obdarował martwego szeklem, Ryndel Muis ponownie wyszedł na środek i przyjął od służącego pochodnię.

– Oby jego dusza doczekała świtu.

– Oby jego dusza doczekała świtu – powtórzyło dziesiątki gardzieli.

Pierwszy uniósł pochodnię tak, by każdy z żałobników mógł ją dostrzec i podpalił stos. Drewno, suszone specjalnie na tą okazję, momentalnie zajęło się ogniem. Płomienie rozszarpały tkaniny, wgryzły się w Adlena, jak zdziczałe psy w kawał mięsiwa.

Dym bił aż pod niebo.

* * *

Deidree wpatrywała się w ponurym milczeniu w postać stojącą na przeciw. Kobieta o kruczych, falowanych włosach nie mogła mieć więcej, niż dwadzieścia parę lat. Odziana była w zimmeryjski pancerz, pochodzący jeszcze z czasów sprzed Wielkiej Wojny. Jako że wykonany był ze skóry raveira, cechowała go lekkość, ale i niezwykła wytrzymałość. Mało na świecie pozostało równie doskonałego rynsztunku. Spod karwaszy wypuszczone były miękkie rękawice, nabijane ćwiekami, z ramion zaś opadała czarna rewerenda z głębokim kapturem, okrywając całą postać, niby całun. Obcisłe spodnie, nieograniczające ruchu, nikły w wysokich butach o licznych klamrach. Za cholewą jednego z nich tkwił kordzik. Po obu stronach bioder zwisały pochwy, w których skryte były bliźniacze ostrza – Dzień i Noc.

– Jesteś pewna, że chcesz już wyjeżdżać?

Drana oderwała wzrok od własnego odbicia i odwróciła głowę w stronę, z której dobiegł głos Egli. Na twarzy kobiety malował się szczery smutek.

– Muszę ruszać – odparła Deidree, nie starając się ukrywać żalu w głosie. – I tak zabawiłam tu dłużej, niż planowałam.

– To tylko tydzień.

– Tylko i aż. – Dziewczyna podeszła do staruchy i położyła jej dłonie na ramionach. Ta uniosła na nią zatroskane spojrzenie starych, mądrych oczu. – Odwiedzę cię niebawem. Daję słowo.

Egla kiwnęła głową, choć nie wyglądała na przekonaną.

– Do twarzy ci w skórach i czerni – zauważyła wiedźma, lustrując łowczynię od stóp do głów.

– Wiem – odparła Deidree z uśmiechem. – Dlatego je noszę.

Kąciki ust wiedźmy uniosły się, choć był to gorzki uśmiech. Egla nie znosiła pożegnań. Zawsze, gdy drana opuszczała chatkę, starucha chodziła, jak struta, a samotność nagle zaczynała jej doskwierać, choć całe życie spędziła na odludziu. Wiedziała, że zwykle była to kwestia kilku dni, że wkrótce wszystko powinno wrócić do porządku dziennego, tak jak zawsze. Lecz tym razem gdzieś głęboko w środku czuła wwiercający się w umysł niepokój. Przeczucie, które mogło okazać się zwiastunem tragicznych wydarzeń, na które Egla nie miała wpływu. A nie mogła przecież zatrzymać dziewczyny. Nie istniały słowa ani magia potrafiące ją powstrzymać. Nie Deidree.

– Uważaj na siebie, dziewczyno – rzekła starucha, gdy tylko drana oporządziła Diabła i sprawdziła juki.

– Obiecuję. – Łowczyni podeszła do czarownicy i przytuliła ją mocno. Ta odwzajemniła uścisk, jak gdyby chciała na zapas nacieszyć się obecnością dziewczyny – jej ciepłem, zapachem, głosem. Coś podpowiadało wiedźmie, że to ostatni raz, kiedy dane jej będzie ujrzeć płonące zielenią oczy. Myśl ta przerażała pustelniczkę, sprawiała, że z trudem trzymała się na nogach.

Nawet gdy Deidree zniknęła między drzewami, Egla pozostała w tym samym miejscu nieruchoma i przygarbiona. Miała wrażenie, że jest mała, niczym dziecko, że bór przytłacza ją, pozbawiając oddechu. Z bólem zdała sobie sprawę, że jeszcze nigdy wcześniej nie czuła się bardziej bezsilna, niż w tym momencie.

– Bezpiecznej drogi – szepnęła, zaciskając kościstą dłoń na koszuli. – Obyś doczekała świtu, dziecino.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Freya dwa lata temu
    "w ponurym milczeniu w postać stojącą na przeciw." - naprzeciw
    Czytałem jakiś kawałek wcześniej, tam była opisana scena patroszenia jelonka zabitego przez twoją bohaterkę (niespodziankę albo zagadkę - chyba u sapka), koniunkcja fabularna jest oczywista.
    Jakiś nieśmiało krótki ten odcinek, byłem przygotowany na większą ilość literek :) Pozdrawiam serdecznie
  • Karawan dwa lata temu
    Na jego piersi, wyróżniający się na tle czarnego materiału, połyskiwał złoty wisior z wybitą cyfrą jeden. - imho imiesłow zbędny. Złoto na czarnym tle - to wystarcza by zbudować kontrast! Warto przebudować to zdanie.;)

    Jak widać z komentu Freyi (a i moje odczucie podobne) - Twoja opowieść wciąga na tyle, że odczuwamy krótkość stronicy. Dziękuję i, jak inni, czekam na CD. ;) 5
  • Agnieszka Gu dwa lata temu
    Witam,
    Z poślizgiem, ale dopiero teraz wyśledziłam tą część :)
    Spokojna, jak cisza przed burzą...
    Czekam zatem na cd.
    Pozdrawiam... :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania