Tilia Fuentes – Rozdział piąty

Rozdział piąty, w którym czytelnik ma niepowtarzalną szansę zobaczyć z bliska, jak w biznesie transportowym przekręt goni przekręt.

 

– Ile? – spytała kobieta, odbierając fiolkę z rąk mężczyzny.

– Razem coś koło pięciu stów – odpowiedział.

Pokiwała głową z aprobatą. Wyciągnęła rękę w jego stronę. Uniósł brwi.

– Co? – spytał.

– “Co”? Szejker! Dwa zabrałeś.

Facet w zakłopotaniu potarł nasadę nosa.

– Poszły oba. – Poskrobał się po policzku, odetchnął. – No, co? Na wszelki wypadek, żeby i budynek się zawalił. – Bez mrugnięcia okiem skłamał. Zużył tylko jeden “szejker”. Drugi spoczywał bezpiecznie w jego torbie, ale o tym nie musiała wiedzieć.

Pokręciła głową, wzruszyła ramionami, wydęła wargi i odeszła.

– Nie przesadź z dawkowaniem! – krzyknął jeszcze za nią. – Więcej tego nie będzie...

*

Na platformie ładunkowej Orviksen krzyczał na Norena, który przewrócił skrzynię, według manifestu - pełną ceramiki. W ogromnym, drewnianym pudle powstała spora dziura i każdy ciekawski mógł zobaczyć wszelkiej maści opakowane w czerwono-czarną klastrową folię kształty: garnki, pokrywki, kubki, miski, kieliszki, różnej maści talerze, dzbanki, czajniki i tak dalej.

Jeden z celników podszedł do kapitana “Tilii Fuentes” i zerknął do skrzyni.

– Oclone i opłacone to można rozjebać?! Bezcenna ceramika ze z, kurwa, z Markebu! Czternasta pozycja na manifeście! – Norman stał przy skrzyni i z namaszczeniem wkładał wypadnięte graty z powrotem, złorzecząc na nieprzejętego sytuacją Norena. – Skrzynię jeszcze rozjebał! Tak nie można! To są bezcenne, dobra, owszem, kopie, ale bezcenne! – Wydzierał się na operatora, który nic sobie z tego nie robił i ziewał. Norman zmienił front i zwrócił się do celnika. – Nie wolno ich otwierać z folii pod żadnym pozorem – ściszył głos – gdyż zrobione są ze specjalnej gliny, mieszanki powierzchni Pierwszego Marsa ze zwykłą, księżycową gliną z Syriusza i wodą z któregoś Neptuna, zresztą nieważne, którego, wszystkie są takie same. Pierwszego Marsa oczywiście już nie ma, więc ta sprawa akurat jest naciągana, ale odbiorca, magnat handlowy z Doku Tanna, zamówił i zapłacił za samo sprowadzenie i wyprodukowanie materiałów i wykonanie tego o-gro-mne pieniądze, a nam zlecił ostatni etap przywiezienia. Podatek, oczywiście, naliczony został jak za oryginały, proszę zresztą samemu spojrzeć tu. – Kapitan wyciągnął token, postukał w niego chwilę i podał celnikowi.

Tamten aż zagwizdał.

– Fiuu! Opłaca im się wysyłać to zwykłą flotą handlową? Nie boją się, że ktoś was napadnie?

Orviksen zaczerpnął tchu i zaczął mówić. Był akurat w połowie mini-wykładu zachwalającego “Tilię Fuentes” i jej niespotykane walory polegające na podrasowanych przez Łupieżców z Trumplera 16 przestarzałych technologicznie lecz zmodernizowanych i dostosowanych do odpowiednich przeciążeń układach napędowych w długim, wąskim kadłubie. Podszedł do nich pierwszy oficer Box i poprosił o wprowadzenie w temat.

– Wyobraź sobie, Box, że ten oto idiota... – Wskazał na Norena, który siedział w wózku z założonymi mackami i czekał na dalszy rozwój wydarzeń, nic sobie nie robiąc z uwag kapitana. – Ten niekomepenetentny… Nie-kom-po...pe-tentny! Nie… Niedorobiony, to chciałem powiedzieć, idiota, rozpieprzył nam skrzynię z ceramiką! Z Markebu! Czujesz, co nam grozi, jak cokolwiek z tego dojdzie rozjebane? Przecież oni nas rozniosą! Zjedzą nas!

Box uniósł wszystkie ręce.

– Po prostu ich tu i teraz, na miejscu, pozwijmy o spowodowanie wypadku – zaczął Magen i wyciągnął token, którym zaczął nagrywanie. – Ja wiem, kapitanie, że stracimy tu przez to mnóstwo czasu i prawdopodobnie niczego to nie da, ale sądzę, że warto, będziemy kryci i nikt nie powie, że niczego nie dopilnowaliśmy. Rozpakujemy wszystko w atmosferze ochronnej, wezwiemy odbiorcę i razem z przedstawicielem prawnym i ubezpieczeniowym zbadamy czy nie ma pęknięć… Mamy przecież instrukcje, co zrobić na wypadek jakich uszkodzeń i kiedy, co powinna zawierać zapieczętowana skrzynia i ile czego, prawda? – Kapitan pokiwał głową.

– Ale to czas, Box. Płacą nam ekstra za czas, którego musimy pilnować. Zanim się dotelepiemy do tutejszego laboratorium, minie mnóstwo czasu!

Magen wyciągnął z kieszeni drugi token i wyświetlił na drugim holoekranie jakiś dokument. Dostosował oba ekrany, pozostałe ręce trzymając luźno za plecami. Zaleta Magenów, pomyślał Orviksen, mogą się zawsze zatrudnić dodatkowo jako chodzące wieszaki.

– Będę cytował na potrzeby nagrania– ostrzegł. – “W przypadku uszkodzenia towaru podczas ładowania i nie z winy konwojenta, na co potrzeba co najmniej czworo świadków”... – Rozejrzał się. Z nim, kapitanem, Norenem, celnikiem, Altem, Rox i grupką gapiów-pasażerów z tankującego obok nich transportera, łącznie potencjalnych świadków było ponad osiemnaścioro, plus kilkunastu nieożywionych świadków wydarzenia. – Myślę, że to mamy załatwione… “Winę ponosi ubezpieczony lub nie właściciel portu, magazynu lub stacji przeładunkowej, na kwotę, wynoszącą sto pięćdziesiąt procent oryginalnej kwoty zakupu lub wyprodukowania przedmiotu lub przedmiotów, w przypadku zaś dzieł sztuki wartość ocenia czterech niezależnych likwidatorów plus koszta transportowe, etcetera, etcetera… – Magen zamknął token i obraz znikł. – Teraz, kapitanie, pan tu czeka, a ja idę wezwać odpowiednie władze na tę ewentualność, i robimy porządek z tym bałaganem. Nie może tak być, że ktoś powierza nam bezcenny towar, a my nie z własnej winy doręczamy im uszkodzony przez jakiegoś portowego pachoła! – Ostatnie słowa wyskrzeczał w stronę podrzemującego za sterami operatora wózka, rzekomego sprawcę całego zajścia.

Magen poszedł w stronę biura miejscowego nadzorcy, który zajmował się załatwianiem takich spraw. Gdy wrócili, cofnęli nagrania i po kilkunastu minutach opowiadania, oglądania filmów i komentarzach świadków, nadzorca, szeroki jak szafa Herknaar był już na tym samym etapie co oni. Główny celnik wiedząc, co będzie dalej, odszedł w stronę swojego posterunku.

*

– Nie dałoby się czegoś z tym zrobić, żebyście nie robili rabanu na całą galaktykę? Źle wpłynie to na wszystkie interesy Bel Falcon, a Rzeźnik… – Na samo brzmienie tego słowa zareagowali drgnięciem wszyscy. – Rzeźnik może przystać na wasze postulaty i umożliwić wam złożenie reklamacji, albo może nas wszystkich tu zebranych odstrzelić i winę zwalić na jakiś nieszczęśliwy wypadek, źle przycumowane statki, eksplozja paliwa, coś takiego i wierzcie mi, zdarzało się to już. Wszyscy podzielimy los Krateranidów. – Pokiwali głowami. – Albo… – Nadzorca uśmiechnął się znacząco, zrobił znany na cały wszechświat gest łapą.

– Albo co? – spytał Orviksen.

– Albo załatamy tę waszą skrzynię, dogadamy się pod stołem, i dopilnujemy, żeby reszta waszego załadunku przebiegła bez żadnych problemów i w trybie ekspresowym.

– Absolutnie nie! – krzyknął Magen. – Musimy to zgłosić! Mamy nagranie, zeznania! Sprawa jest wygrana!

Kapitan patrzył na wyprostowanego Herknaara przez dłuższą chwilę. Guzikowate oczy ufomorfa opalizowały zielono.

– O jakiej kwocie mówimy? – spytał wreszcie.

Nadzorca wyciągnął z kieszeni dwunastościenne kostki o bardzo wysokich nominałach. Kilka. Sięgnął po więcej do drugiej kieszeni i, wkrótce, i do trzeciej, przesypując spore ilości kostek z łapy do łapy, co chwilę dodając kolejne.

– Kapitanie Orviksen! Muszę stanowczo zaprotestować! Nasze zobowiąza… – Magen zaczął mówić, ale Norman odepchnął go obcesowo. Herknaar przestąpił z łapy na łapę.

– Spierdalaj, Box! Idź pilnować procedur... tego tam, załadunku. Czy jakichś innych. Konia zwal. Albo, nie wiem, postój w kącie. Idź sobie już. Pan nadzorca i ja mamy tu ważne sprawy…

– Racja, kapitanie – odpowiedział tamten, wygładzając wąsiska. – Chodźmy do kantorka, ee… – Zamachał niezgrabnie wielką łapą.

– Wypisać odpowiednie poświadczenia, oczywiście.

I poszli, zostawiając Magena zastygłego w geście protestu. Opadły mu ręce i po chwili już człapał smętnie w stronę statku. Po drodze minął Rothling i Alta, palących na zmianę jednego brązowego papierosa. Nie zaszczycili go nawet najmniejszym spojrzeniem, mimo że przeszedł specjalnie blisko nich.

– Jebany kapuś – rzuciła Roth dostatecznie głośno, by usłyszał. – Ciekawe, co jeszcze nagrywa?

*

Godzinę z hakiem później już lecieli.

– Mówiłem ci, że to będzie takie proste – powiedział Orviksen do pierwszego oficera, który wciąż siedział naburmuszony z faktu, że to jemu przyszło grać idiotę. – Tak się zamienia słomę w złoto! Załoga na mostek, natychmiast! – rzucił do interkomu.

– Wymieniam łożyska – powiedział spokojnie Alt. – Dajcie mi kilka godzin.

– No, dobra – zgodził się kapitan. Przyłożył dłoń do mikrofonu i zwrócił się do Boxa. – Ty, jakie on łożyska wymienia? Mamy tu w ogóle jakieś łożyska?

Magen wzruszył czterema ramionami i kliknął z głośnym westchnieniem, sugerując kapitanowi, że to, koniec końców, jego cholerny statek i on, kurka wodna, powinien cokolwiek na ten temat wiedzieć.

– Potem spytamy. – Odsłonił interkom. – Rothling! – zawołał wesoło. – Sternik, zgłoś się!

– Tera nie mogę, prowadzę – rzuciła. – Sam byś się wziął do jakiejś roboty.

– Co prowadzisz? Przecież jesteśmy już poza orbitą Bel Falcona… jak wskazują przyrządy.

– Na Wielką Lunę… Czytasz kiedyś wydruki, kapitanie Orviksen? – Ostatnie słowa zabrzmiały jak ‘tani’ ‘viks’n.

Norman spojrzał w stronę wylotu drukarki - wisiał z niej półmetrowy wydruk pełen wielkich liter. Wziął do ręki kartkę, przeczytał.

– Rothling, pojebało ich? Po co piszą, że jakaś asteroida wybuchła, kogo to obchodzi?

Magen spojrzał mu przez ramię. Wciągnął głośno powietrze.

– Nie "jakaś tam asteroida", kapitanie. – Dwiema rękami zrobił gest cudzysłowu i trzecią wskazał wyraz na początku wydruku. – Asteroida. Taka, co i w środku zdania pisana jest przez duże "A", jak tutaj. – Zaznaczył palcem ten sam wyraz, w innym miejscu.

Orviksen przejechał wzrokiem tekst jeszcze kilka razy.

Gdy w końcu do niego dotarło, usiadł z wrażenia.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas dwa lata temu
    Fajno. Z autokarka nadaję, a jak piszę, to mnie wzbiera na wymiota, więc... Fajno.
    Ciao.
  • Nożyczki dwa lata temu
    Ach, no strasznie szkoda.
  • Canulas dwa lata temu
    Tera jest przystanek. Więc... Dobre myki. Wiedziałem, że robią tych celników w chuj. Dobre patenty nie są złe.
    Ooo, ruszamy. Kaniec przekaza.
  • Nożyczki dwa lata temu
    W sensie fajno że fajno, szkoda, że krótko i w oparach czknięć od rzygowin.
  • Canulas dwa lata temu
    Nożyczki, taaaa

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania