Tilia Fuentes – Rozdział trzeci

Rozdział trzeci, w którym czytelnik podróżuje do wnętrza Bel Falcona i wraca stamtąd bogatszy o wiedzę. Rothling zaś wraca wkurzona i wskutek tego otrzymuje niemoralną propozycję z ust kogoś, kogo czytelnik o niecne zamiary zupełnie nie podejrzewał.

 

Rothling trzymała się wózka i obserwowała jak tysiące sztucznych, (jak nazywała wszelką materię nieożywioną a ruchomą), ufoludów (no, wiadomo kogo) i nielicznych ludzi wspólnie uwija się przy załadunkach, cle, rozładunkach i przeładunkach różnych statków, okrętów i czort wie jeszcze czego. Zazwyczaj nic jej nie dziwiło, wizyty na Bel Falcon kojarzyły się raczej z nudą: Lądowanie na autopilocie, dokowanie na platformie z palcem w dupie, potem żółty Noren i podróż przez niezliczone magazyny i tunele prosto do serca Bel 6, pomieszczeń osobistych Rzeźnika. Tam jeszcze chwila przyjemnej nudy, wymiana kontrabandy w kontrabandzie i powrót na statek z nowym zadaniem. Zazwyczaj.

Tym razem miała w plecaku zamówione arkturiańskie banany, zabronione przez pierdyliard konwencji o handlu międzygalaktycznym z planetami Bel. Falcon (będący właściwie niczym innym, jak obudowaną grubo metalem byłą górniczą asteroidą przekonstruowaną na węzeł logistyczny przez podobnych Rzeźnikowi watażków, którzy zaanektowali Bel ileś tam lat temu) jeśli chciał się liczyć, musiał podlegać prawom. A w tej części galaktyki, arkturiański banan był rzadkością jak dziewica na Bel Guerra, gdzie handel dziećmi był na porządku dziennym.

Noren zatrzymał wózek w połowie gładkiego i pochyłego tunelu, stając tuż przy ciemnej wnęce, gdzie w cieniu połyskiwała niewielka platforma. Rothling poklepała głowonoga po czymś, co z braku lepszego określenia można nazwać karkiem i zeskoczyła. Żółty operator bez obracania się zasalutował jej macką i odpłynął, pogwizdując wesoło jakąś skoczną melodyjkę. Uśmiechnęła się pod nosem i szarpnęła kołowy zawór, otwierając pancerne drzwi.

Pomieszczenie było bardzo duże, jak na kanciapę lokalnego watażki. Okrągła sala była niegdyś siedzibą Kompanii Górniczej z Bel 6, a jej jedyne, ogromne okno znajdowało się w “oku” litery “a” z ogromnego napisu na zewnątrz. Pusta salka mieściła ogromne, okrągłe biurko i równie wielki fotel, obecnie odwrócony.

– Ktoś zamawiał banany? – spytała wesoło, sięgając do przerzuconego przez ramię plecaka.

Poza obrys fotela wysunęła się ręka w czarnym kaftanie z długim rękawem i wskazała na niewielką puszkę na stoliku tuż obok biurka. Rox postąpiła naprzód.

– Nie mam dziś czasu, Roth – powiedział głos należący do osoby w fotelu. – Bierz puchę, zostaw banany i zwijaj żagiel. Widzimy się za miesiąc. – Do sternika “Tilii Fuentes” dotarło ciężkie westchnienie kogoś, kto ma na głowie całą planetę.

Rothling podeszła do stolika i wypakowała nań kilka sporych kiści krwawych bananów. Za samo ich posiadanie szło się tu pod ścianę. Dziękować Materii za hipokrytów na stołkach, pomyślała. Obejrzała dokładnie puszkę, schowała do zamykanej na zatrzask i pasek kieszeni plecaka. Zgarnęła też płytkę o wartości stówy.

– A gdzie moje pozostałe dziewięć setek? – spytała dźwięcznie.

– Nie ma dymania, nie ma pieniędzy, Roth.

Rudowłosa spojrzała na odbicie w szybie.

– Niepotrzebnie się podmywałam – rzekła z półuśmiechem i zaczęła powoli cofać się w stronę drzwi, którymi weszła przed chwilą.

– Rothling – odezwał się jeszcze fotel.

– Mhm?

– Uważaj tam. – W głosie, oprócz zmęczenia, pojawiła się jakby nuta troski.

– Jak zawsze – odpowiedziała zapewniająco.

– Oby. Ancilla zwiała z Asteroidy.

Rothling milczała z ręką na kole zaworu na drzwiach. Miała powody, pomyślała.

– Gdzie jest?

– Ka-Tal. Albo Dok Tanna, jeszcze nie wiem.

– Kiepsko – odparła jednooka, szarpiąc zawór.

Gdy wyszła i zamknęły się za nią drzwi, pod mini-platformę podpłynął żółty Noren.

W zamyśleniu chwyciła się nie tej poprzeczki co trzeba i byłaby poleciała na sam dół, jednak wokół jej pasa owinęła się zapobiegawczo macka żółtego kierowcy.

– Dzięki. – Mimo, że poprawiła chwyt i teraz żadna siła nie oderwałaby jej od pojazdu, kierowca zwolnił swój dopiero, gdy "Tilia Fuentes" pojawiła się w zasięgu wzroku a oni sunęli najwyżej kilkanaście centymetrów nad podłogą doku.

*

Na platformie celnej wszystko wyglądało jak wtedy, gdy ją opuszczała, jedynie Magen zniknął z pola widzenia. Pewnie się masturbuje w mojej kajucie, pomyślała z mieszaniną rozbawienia i obrzydzenia.

– Załatwione? – spytał Alt, gdy zeskoczyła obok kontrolerów celnych i pożegnała się z żółtym kierowcą po noreńsku, kliknięciem. Noren machnął macką i znikł za winklem.

– Kurwa, nie. Ancilla zwiała – powiedziała półgłosem. Miękki głos znikł bez śladu, a na jej usta wrócił twardy, saturiański akcent. – A ty jak tam?

– Załatwione. Masz chociaż puszkę?

Poklepała plecak.

– Puszkę mam, ale nie mam kasy. – Sięgnęła do kieszeni płaszcza. – Dziś tylko stówa, chyba, że znajdziesz mi kogoś konkretnego na cito. Rzeźnik był nie w nastroju.

Alt uśmiechnął się rozbrajająco, niczym ogromna ropucha w granatowym swetrze i białych okularach.

– I na to znajdzie się sposób, Roxanne. – Poklepał się po kieszeniach znacząco. Wyrżnęła mu z łokcia w brzuch. Nie dość mocno, by miał zacząć cierpieć, ale dość, by zapamiętał.

– Nie nazywaj mnie tak przy ludziach, Alt. Ostrzegałam cię.

Włożyła sobie cygaretkę do ust i poszukała zapałek w przepastnych kieszeniach swojego czarnego okrycia.

– W sumie… – Podszedł do niej z rękami wyciągniętymi w geście pojednania. Roth przysiadła na skrzyni i płaszcz spłynął jej z nóg, odsłaniając… Właściwie wszystko, co było do odsłonięcia. Odpaliła cygaretkę.

– Co “w sumie”, Alt? – Spojrzała na niego, podążyła za jego wzrokiem. W lot zrozumiała i jej oko zwęziło się agresywnie. – Jeśli myślisz, że dam ci dupy, bo masz kasę, to się grubo mylisz. – Wydmuchała dym. – I nie tylko dlatego, że jesteś pachnącą naleśnikami ropuchą, ale głównie dlatego, że to w twoim zasranym interesie jest, żebyśmy mieli kasę.

Alt nie przestawał się uśmiechać, tyle że nie patrzył już na jej nogi. Miał zamknięte oczy i chwiał się lekko na piętach.

– Sorry resory, ale choćbyś nie wiem jak się starał, dupą ci tej kasy nie pomnożę.

Milczeli oboje: ona paliła i przyciągała spojrzenia celników i załóg uwijających się przy statkach obok, on uśmiechał się głupkowato i kiwał się z rękami w kieszeniach.

– Rox? – spytał wreszcie.

– Nie dam ci dupy, Alt – odpowiedziała, patrząc na kopczyk popiołu na końcu brązowego rulonika.

– Nie, to nie to... – Przybliżył głowę do własnego ramienia i pociągnął nosem. – Naprawdę pachnę jak naleśnik?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Adam T dwa lata temu
    Dalsza cześć dlubaninki, poznajemy bohaterów, w zasadzie bohaterkę (osobowość charyzmatyczna, to fakt, samce przy niej bledną, tak myślę). Saksapil i cygaretki, małe fetyszki, ale, że tak powiem, namacalne ;) No i tajemniczy Rzeźnik, na razie dość bezpłciowy, mimo że ponoć mocarz. No nic, zobaczymy, co dalej będzie. Zapowiada się na conajmniej 300 stron, więc pospiech nie może być czymś dominującym.
    Pozdrawiaki ;)
  • Nożyczki dwa lata temu
    O, to, to!
    Co nagle, to po diable.

    300 może nie... Zobaczymy! :-)

    Pozdrowionek również.
  • Canulas dwa lata temu
    "Zazwyczaj nic jej nie dziwiło, wizyty na Bel Falcon kojarzyły jej się raczej z nudą" - 2x jej

    Nooo, ciekawe. Fajnie urwane. Masz dryg do "końcówek".
    Ten kolo w fotelu całkiem dobrze naszkicowany. Taka trochę Sheera z tej babki, tylko mniej chętnie się chce parzyć
    Pozdroxon
  • Nożyczki dwa lata temu
    Porównaniom nie będzie końca, co? ;-)
  • Canulas dwa lata temu
    Nożyczki, ajuz miałem pani, pani nożyczki pisać, że jako odbiorca nie czuję się wystarczo dopieszczony zwrotnym komentarzem. Uratowała się pan(i) w ostatnim momencie.

    No i treść. Treść ok.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania