Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Białe Światło - rozdziały 11,12,13

Rozdział 11

Zgorzkniały Starzec sapał potężnie, choć doszedł dopiero do krańca złomowiska. Co nim kierowało? Pewnego rodzaju niesmak, powiązany z przekonaniem, że ktoś z niego zadrwił. Tego nie znosił. Nie cierpiał zabaw, tym bardziej gdy to on stawał się zabawką. Pragnął dopaść złodziejaszka. Wtedy wymyśli dla niego karę. Najpierw jednak musiał go schwytać. We własne, zgrabiałe ręce. Zacisnął pięści na tę myśl. Stanął przed bramą.

– Przez ten wiatr nie widać ani nie czuć żadnych śladów. Tylko przeklęte przeciągi o smaku stęchłych szmat.

– To może by tak do domu się udać? Tutaj zimno i jakby, eee… szans na znalezienie nie widać – powiedział Franio, zgrzytając zębami.

– Myślę, że popełniłem błąd.

– Jaki, Panie, jaki?

– A taki, że zamiast nóg powinienem był urwać ci jęzor – rzekł Starzec, plując gęstą, żółtawą śliną i charcząc przy tym niczym świnia.

Franio zamilkł. Starzec wysunął język i co jakiś czas rolował nim, jakby w ten sposób usprawniał tok myślenia. Przez chwilę zastanawiał się, czy Mężczyzna mógł zostać na złomowisku. Byłoby to mało rozsądne. Ze swoimi znajomościami z łatwością by go odnalazł. Warto zasięgnąć wiadomości. Może ktoś go widział?

Przejście pomiędzy prętami nie stanowiłoby problemu, bo był chorobliwie chudy. Wstrzymał się z tym zamiarem, aby lepiej się im przyjrzeć. Obmacał zimny metal, pokryty drobnymi ziarenkami pustynnego piasku. Zmrużył rybie oczy. Spostrzegł malutki kawałek puchu, który należał do skradzionego odzienia.

„Czyli wybrał się w podróż” – pomyślał.

Nie spodobał mu się ten wniosek. Nie należał do wytrzymałych gości. Wolał tkwić w domu i grać w gry, które sam wymyślał. Gdy grał sam, zawsze wygrywał.

Przezornie zabrał ze sobą kawałek kożucha z kurtki.

– Hmm – zastanowił się. – A gdyby tak znaleźć inny sposób?

– Że co, Panie? – spytał Franio, który z zimna i ze strachu szczękał zębami.

– Ćśśś… Nie przeszkadzaj – powiedział delikatnie, jak nie on. Przesunął dłonią po pręcie. – Tak, sami sobie nie poradzimy. Nie te siły.

Spojrzał w górę, jakby chciał uzyskać odpowiedź ze skażonego nieba.

– Musimy pójść do Sprawiedliwego. – Przytaknął w zamyśleniu. – Tak, właśnie tam się udamy. Do Sprawiedliwego.

Franio wybałuszył oko, ale nadal milczał.

Starzec przeszedł między prętami i uśmiechnął się w myślach. Nagle poczuł silne pociągnięcie za plecy.

– Musi mnie Pan ściągnąć na chwilę… – stękał, rozciągnięty pomiędzy prętami.

– Ja muszę? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi. – O, nie! Ja nic nie muszę!

Uchwycił dłonie Frania i całym ciałem szarpnął do przodu. Wówczas rozległ się krótkotrwały okrzyk, a później Franio stał się cięższy.

– Zemdlał, imbecyl – westchnął. – Nie dość, że sił już brak, to jeszcze muszę wlec tego osła. Za jakie winy… Za jakie winy?

Zgorzkniały Starzec pokiwał głową i ruszył w otwarty świat. Po twarzy Frania spływała krew, a ramiona stały się jeszcze dłuższe, boleśnie przypominając o naderwanych i ledwie trzymających się stawach.

Wysoko ponad Starcem i Franiem na straży trwały istoty. Widziały wszystko i wszystkich. Jednak i tym razem nie dostały rozkazu. Czekały, obserwując.

Czekały na głos.

 

Rozdział 12

Starzec istniał w tym świecie długo, więc dobrze wiedział, że tutaj nie następują po sobie pory dnia. Zawsze panował półmrok. Nie pamiętał naturalnego światła. Tylko to, które trwało na horyzoncie i napawało strachem. Wyciągał język, rozdrabniając cząsteczki zapachu i smaku. Tak wyszukiwał okazy. Na tym świat stoi, aby znajdować najlepsze i handlować. A dlaczego nie łączyć przyjemnego z pożytecznym? Skoro już zapuścił się daleko poza przyczepę, to czy nie mógł od razu na tym skorzystać?

Zastanawiał się jak wygląda Sprawiedliwy. Opowiadano o nim wiele. Nie przywiązywał dużej wagi do tego, co mówili inni, bo wszyscy mówią wszystko. Często jest tak, że mówią tylko po to, by coś zyskać. A gdy łykniesz jedną przynętę i ta cię nie pogrzebie, może to zrobić kolejna. Dlatego Starzec nigdy nie łaszczył się na ponętnie wyglądające okazje, bo one mogły okazać się fałszywe. Tym bardziej, że był świadkiem takiego nieprzemyślanego łowu. Przypomniał sobie tę sytuację i zarżał ze śmiechu.

Dyniogłowy – wyjątkowo brzydki dziwak. Starcowi nie przeszkadzał zanadto, a to niemal równoznaczne z akceptacją. Marzeniem wielkiej, pomarańczowej bani było stanie się pięknym. Jeśli ktoś przeżył tutaj tyle czasu, co Starzec, takie marzenie w ogóle nie zaskakiwało. Większość istot dążyła do wyidealizowania swojego ciała. Nie rozumiał tej mody. Miał ją w dupie.

Dyniogłowy w swoim fachu nie miał sobie równych. Wszystko dzięki umiejętności, którą opanował do perfekcji.

– Pamiętaj – powtarzał, majstrując przy znalezionej na złomowisku stopie – gdy chcesz ściągnąć z ciała część, która cię interesuje, to pod żadnym pozorem nie rwij jej na siłę. Musisz wyczuć, gdzie kończy się nerw i stanowczo, ale też trafiając dokładnie w punkt, nacisnąć i przekręcić w prawo i lewo. Gdy poczujesz, że w środku coś puściło, to dopiero wtedy możesz pociągnąć. Inaczej rozciągniesz nerw i będziesz miał skakankę, a nie towar.

Wyjął ze znaleziska paluch.

– Widzisz – obracał trofeum w palcach – równo, schludnie przycięte. Właśnie tak powinna wyglądać ta robota. Tylko wtedy jest szansa, że paluch się przyjmie. – Skłonił się do swoich bulwiastych stóp i przykręcił zdobycz. Poruszył nim w górę i w dół, przechodząc kilka kroków. – W sam raz!

Starzec posiadł tę umiejętność, ale nie po to, by upiększyć swoje wdzięki, ale by handlować. On uwielbiał rzeczy, a żeby je zdobyć, czasami trzeba coś dać w zamian. Części ciała to towar niewychodzący z obiegu.

– Gdyby tak znaleźć dobrze utrzymaną dłoń… Ostatnio miałem takiego klienta, co źle wmontował sobie grabie… – mówił do siebie. – Miał świetny cylinder, gdyby tak…

Potrząsnął głową, bo nie lubił marzyć. Za to uwielbiał przypominać sobie zdarzenie z Dyniogłowym. On właśnie szukał pięknych uszu. Jego przypominały skorupę ślimaka. Szli razem po wzgórzu, które znajdowało się w centrum Złomowiska. Co jakiś czas wysypywano tam resztki, które skądś przywożono. Tutaj też krążyło wiele legend, ale i w tym przypadku Starzec puszczał je w niepamięć. Gdy tak szli, Dyniogłowy zauważył parę wspaniałych okazów. Znalazł je na głowie całkiem niezgorszej blondyny. Miała krostki oraz brodawki pokryte włosami, ale w ogólności nieźle się trzymała.

– Ha! Ha! Ha! – Starzec parsknął tak silnie, że Franio drygnął na jego plecach, jednak nadal się nie przebudzał.

Dyniogłowy rozanielił się i pobiegł, nie zważając na głos rozsądku. Już wyobrażał sobie siebie przeglądającego się w złotym lustrze. Widział też oczy pięknych istotek, które wraz z jego stopniową transformacją coraz śmielej spoglądały na niego pożądliwym wzrokiem. Gdy się przy niej skłonił, ocenił jej ciało. Próbował rzeczowo osądzić przydatność części, ale nie potrafił się skupić. Istota była przepiękna. Zauważył, że drżą mu ręce, a to grzebało wszelkie szanse na odpowiednie ściągnięcie uszu. Dlatego stwierdził, że spokój ciała zaspokoi dotyk innego. Trzęsącymi palcami przejechał po jej boku, kierując się w stronę piersi. Mimo krostek oraz sztywnych włosków musiał przyznać, że macanie sprawiało wielką przyjemność. Oddychał głęboko, wytrzeszczając oczy. Ciekawość palców zachłannie wchłaniała każdą cząstkę jej powabu. Gdy miał już dotknąć jej wdzięków, całe ciało wygięło się nienaturalnie niczym język lubieżnika. Nagle spod złomu wysunęła się ogromna, ropusza gęba, która wchłonęła Dyniogłowego z wszystkim tym, co wokół niego się znajdowało. Wraz z istotką będącą wabikiem.

Starzec stał na tyle daleko, by nie zagrażało mu niebezpieczeństwo, ale wystarczająco blisko, żeby zapamiętać każdy szczegół. Dziękował losowi, że mógł to zobaczyć, bo wiedział, że nigdy w życiu nie ujrzy nic śmieszniejszego.

Przy dobrych wspomnieniach czas zawsze szybko mija, a przypomniał sobie jeszcze jedną rzecz, również związaną z Dyniogłowym. Dawny znajomy – połknięty przez ropuchę – wspomniał niegdyś, że Sprawiedliwy lubi ofiary. Mówił też, że lubi je zjadać, jednak w to akurat Starzec nie potrafił uwierzyć. Lecz możliwe jest to, że rozbierał podarunki na części i nimi handlował? Kto go tam wie? Jednak, gdzie on teraz znajdzie przeklęty prezent?

Nagle zachłysnął się smrodem sfajdanej pieluchy…

 

Rozdział 13

Jeszcze niedawno Nieszczęśnik, a teraz Szczęściarz przeżuwał ostatni kęs korzenia. Podskakiwał przy tym, świszcząc jakąś pioseneczkę bez słów. Zamknął oczy, bo przecież nie ma nic piękniejszego od szczęścia. A teraz on był Szczęściarzem. Wklęsły brzuch lekko się zaokrąglił i podrygiwał z radości. Niezrozumiałe słowa przerywane były jedynie jednym z niewielu wyrażeń, które potrafił wymówić. W myślach powtarzał sobie: jeść, pić i na oba te wyrazy odpowiadał Nie.

– Pipi ripi pipi ripi… Nie. Pipi ripi pipi ripi… Nie. Pipi ripi pipi ripi pipi ripi… Nie! Pipi ripi pipi ripi pipi ripi… Nie! Pipi ripi pipi ripi pipi ripi pipi…

Kiedy już miał powiedzieć kolejne „nie”, uderzył o coś twardego. Zapomniał o pewnej ważnej zasadzie. Miej zawsze otwarte oczy. A on w tym szczęściu je zamknął.

– Nie – powiedział.

– Oj, tak – odpowiedział wąski Starzec, chwytając go w zgrabiałe dłonie.

I tak oto Nieszczęśnik stał się Szczęściarzem, aby potem znów stać się Nieszczęśnikiem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania