Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Botanika cz. 1

Paweł wszedł do restauracji na śródmieściu, którą znał doskonale. Rozejrzał się po lokalu - miejsc było jak na lekarstwo, ale jeden stolik przy oknie stał jeszcze wolny. Odsunął krzesło, usiadł. Okulary przeciwsłoneczne schował dopiero po chwili, kiedy upewnił się, że wpadające promienie słońca nie będą mu przeszkadzać. W lokalu zaczynało robić się gwarno, ale do nocnego tumultu było jeszcze daleko.

 

Spojrzał na strelicję. Stała przy ogromnej witrynie - wysoka, solidna, wyciągnięta od światła. Jej liście były ogromne, ciężkie i wyglądały wręcz nienaturalnie, jakby ktoś powiększył je o dwa rozmiary za dużo. Przesunął wzrokiem od samej ziemi aż po wierzchołek. Intensywny, zielony kolor rośliny nadawał tropikalny sznyt wnętrzu, a jej budowa przypominała egzotyczną rzeźbę.

 

Jego zadumę zakłóciła kelnerka.

– Cześć, to co zwykle? – zapytała uśmiechnięta.

– Cześć, Marta, tak, tatar z dodatkowym pieczywem – odparł jednocześnie odrywając wzrok od zielonych pnączy. – Widzę, że roślina wam odżyła.

–Tak, powoli się odradza, chyba to słońce jej służy… no i twoje wskazówki – odparła z uśmiechem.

– Ona kocha światło.

– Rozumiem, coś jeszcze?

– No i przestrzeń, więc pamiętajcie, że jak zacznie rosnąć, to warto dać jej więcej miejsca.

– O zamówienie mi chodziło – roześmiała się. – Ale przekażę komu trzeba. Do picia cola zero z cytryną i lodem?

– Zapomniałem o colce, oczywiście! - odparł z wdzięcznością.

– Robi się. – odpowiedziała i skierowała swoje kroki w stronę baru.

 

Jadał tutaj często, tatar – którego uwielbiał – był wyrazisty i okraszony prostymi dodatkami jak posiekany ogórek, grzyby, cebula i oczywiście przepiórcze żółtko. Obsługa była uprzejma i nienachalna, dlatego rewanżował się wskazówkami dotyczącymi pielęgnacji roślin. Szczególnie upodobał sobie właśnie ogromną strelicję, bo lubił egzotyczną naturę. Tutejszej nicolai zdarzało się mieć pożółkłe liście, a czasem też wiotkie i opadające. Trik na poprawę był prosty – więcej światła i przestrzeni, bo rośliny nie można postawić tam, gdzie się chce. Roślina żyje zgodnie z naturą dopiero wtedy, kiedy miejsce będzie dopasowane do niej.

 

Z krótkiej retrospekcji wyrwała go kelnerka, która wróciła z tacą i postawiła przed nim szklankę z kilkoma kostkami lodu, talerzyk z cytryną pokrojoną w półksiężyce, nalała coli do połowy, po czym postawiła butelkę na stole. Tatar pojawił się na blacie chwilę później włącznie z dodatkowym pieczywem. Paweł nigdzie się nie śpieszył, nie miał szczególnych planów na wieczór, ani na nadchodzący długi weekend.

Wyciągnął widelec z koszyka, przysunął do siebie gładki czarny talerz i napoczął idealnie ułożony kopczyk drobno posiekanej wołowiny. Co kilka kęsów prószył resztę mięsa świeżo mielonym pieprzem i zagryzał kawałkiem swojskiego pieczywa. Jego wieczerzę zakłóciły wibracje smartwatcha, które odbijały się od siebie raz po raz. Rzucił kątem oka na stos powiadomień i wyciągnął telefon, żeby sprawdzić, kto chce mu zmącić konsumpcję. To był klient z Konstancina - wysłał mu swoje zdjęcie z ogrodu zimowego, na którym stoi obok alokazji olbrzymiej, której liście zakrywają go w połowie. Pod zdjęciem widniałl dopisek “jest piękna, dziękuję”, oraz “chciałbym coś jeszcze bardziej unikalnego, masz jakiś pomysł?”, a po chwili wskoczyła trzecia chmurka “przyjedź w poniedziałek na śniadanie, pogadamy, nie pożałujesz”. Uśmiechnął się pod nosem. Powiększał na ekranie telefonu zdjęcie z alokazją, ale ze skupienia wyrwał go nachalny ton podpitego faceta, który zaczepiał kobietę palącą papierosa przed lokalem.

 

– Kwiatuszku, no ale daj spokój, co ci zależy, jak nie będziesz chciała, to nie odpiszesz – bełkotał mocno spocony gość.

– Powtarzam to po raz trzeci, nie dam ci kontaktu – zaciekle powtarzała blondynka.

– No nie bądź taka, wiem, że się tylko droczysz.

– Ochłoń, buraku, jak jesteś pijany to taksówka i do domu, ile można powtarzać? – powiedziała wzburzonym tonem wymieszanym z bezsilnością

– Ty do mnie tak, gwiazdeczko? Chyba nie wiesz z kim…

Słysząc ten dialog, wziął ostatni kęs mięsa, wytarł usta i pewnym, acz spokojnym krokiem wyszedł przed lokal.

– Cześć kochanie, długo czekałaś? – zwrócił się do blondynki.

– Dopiero przyszłam, ale jakiś natręt się…

– Jaki natręt, Mariusz jestem, normalny chłopak z Chełmskiej – rzucił pijaczek.

– Chłopie, ty tutaj jesteś zupełnie niepotrzebny – szybko skontrował Paweł jednocześnie stając między dziewczyną a natrętem.

Kobieta uśmiechnęła się wdzięcznie, lekko zaskoczona.

– Dzięki, już zaczynał mnie irytować.

– Nie ma sprawy – odpowiedział patrząc jak pijaczyna oddala się chwiejnym krokiem.

– Jestem Anka – wyciągnęła rękę z uśmiechem.

– Paweł – uścisnął jej dłoń – Miłego i spokojnego wieczoru.

 

Już miał wracać do stolika, gdy obok nich pojawił się kolejny nieznajomy.

– Nie wierzę… Pawka, to Ty?!?! – rzucił głośno ulizany blondyn, wsuwając okulary na czubek głowy.

– Marcel? – zrewanżował się zaskoczony botanik.

– Nie wierzę, ile my się nie widzieliśmy? Od liceum?

– Jakoś tak.

– Widzę, że poznałeś już Ankę. To moja znajoma – wyjaśnił szybko Marcel.

– Tak, poznaliśmy się.

– Oj chłopaki, czuję, że będziecie mieli sobie sporo do powiedzenia. Ja już i tak zamówiłam taksówkę i chyba już właśnie czeka. Śmierdzący Prius, no bo co innego. Czekałam na Marcela, żeby się pożegnać. Lecę nad Wisłę z dziewczynami, żeby trochę potupać i zostawić trochę godności - rzuciła blondynka. - Marcel jesteśmy w kontakcie. Paweł, jeszcze raz dziękuję. Trzymajcie się, buźka.

 

Anka podbiegła do białego auta, a Marcel z Pawłem przybili piątkę i serdecznie się wyściskali. Żaden z nich nie spodziewał się, że w centrum stolicy wpadną na siebie po kilkunastu latach rozłąki.

– Marcel, ja tutaj siedzę przy stoliku, wejdźmy do środka - zaproponował Paweł.

– No raczej. Chyba się napijemy czegoś? Brachu, ale się cieszę.

– Tak, wskakuj.

 

Usiedli do stolika, z którego kelnerka zdążyła uprzątnąć wszystkie naczynia po posiłku. Paweł podniósł rękę do góry, w kierunku obsługującej, aby podeszła do ich miejsca.

– Wróciłeś ze wsparciem? – zapytała znajoma kelnerka.

– Sam tego nie planowałem - odparł z uśmiechem.

– Skarbie, poprosimy 0,7 czystej na lodzie, może być Ciroc, i coś na sprzęgło – wyrwał przed szereg Marcel.

– Na sprzęgło? - dopytała ze zmieszaną miną.

– Koledze chodziło o popitkę. Dla mnie cola zero z cytryną i lodem, a…

– Dla mnie cola bez zera i bez cytryny – wtrącił Marcel.

– Poprosimy jeszcze kartę, bo pewnie coś zjemy - i puścił oko do kelnerki jakoby chciał – rozładować tego “skarba” rzuconego przez Marcela.

 

Patrzyli na siebie jakby nie dowierzali, że to się dzieje naprawdę. Marcel zdjął okulary, położył je na stole, delikatnie poprawił zatopione w lakierze włosy i podciągnął rękawy cienkiego swetra. Lustrował Pawła, łapał z nim kontakt wzrokowy, po czym śmiało wycedził w jego kierunku:

– Za co ci Anka dziękowała? – pytał zaciekawiony Marcel.

– Za kilka minut towarzystwa.

– Dobra dziewczyna, pracujemy razem przy różnych projektach, ale czasami za mocno lubi miejski surfing – odparł śmiejąc się rubasznie.

– Każdy żyje jak chce.

– Zgadza się. Co u ciebie bracie, opowiadaj! Cały czas Warszawa? Co robisz w ogóle na co dzień? – zapytał zadowolony.

– Tak, Warszawa. Prowadzę firmę ogrodniczą – odparł ze spokojem.

– Co ty gadasz, roślinami się zajmujesz? Da się z tego wyżyć?

– No tak. Głównie egzotyczne rośliny, realizuję nietypowe zamówienia dla różnych klientów, pomagam w pielęgnacji, albo ratuję, kiedy potrzeba.

– Ciekawe. No ale to sprowadzasz im to do domów czy jak? – dociekał Marcel.

– Różnie. Czasami do domów, czasami do biur czy restauracji, ogrody też się zdarzają. Ogólnie nie narzekam, mam w planach otworzyć egzotyczną szkołę i sprowadzać okazy z całego świata. Lepiej mów, co u ciebie! Gdzie teraz jesteś? Wtedy chyba wyjechałeś do Anglii?

– Tak, pojechałem do staruszków do Londynu…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania