Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Botanika cz. 5/5
– Dobra, Marcel, mniejsza o to. Dlaczego wywołałeś moją mamę?
Marcel zgarnął ostatnie trzy plasterki salsicci i wolno przeżuwał jakby odwlekał wątek, o który tak bardzo upominał się Paweł.
– No już, już, spokojnie. Latałem z tym tematem, co nagrał Ołówek i zabrałem do szkoły piątkę, bo ktoś tam miał podbić do mnie po to. Klasyczna akcja, zrobiłem takich na pęczki. Ustawiłem się z tym ziomkiem w szatni, pamiętasz te szatnie w szkole w piwnicy, nie? On mi dał siano, ja schowałem i zacząłem szukać samarki w kieszeni. Jak ją wyciągałem z jeansów, to wypadła mi pod nogi, a w tym samym momencie otworzyły się drzwi i weszła twoja mama z dyrektorem. Ten ziomal spierdolił na momencie, z resztą on nie chodził z nami do liceum to i tak by go nie rozpoznali. Ja nawet nie uciekałem, bo twoja mama od razu mnie poznała, no i ten dyrektor, łysy chuj służbista, pamiętasz go? – kąciki ust Marcela lekko się podniosły.
– Tak, ten z tym krogulczym nosem, co nosił te marynarki z łatami na łokciach. Mów dalej.
– No i wiesz, twoja mama z tym pędzlem stoją i patrzą na mnie i na samarę na ziemi pod moimi nogami. Nie zdążyłem tego odkopnąć nigdzie, schować czy coś. Sytuacja klarowna i jasna, przypał jak malowany.
Marcel wziął swój kieliszek i nie czekając na Pawła, przechylił wódkę do ust, po czym odstawił szkło na tyle mocno, że stuknęło po kontakcie z drewnem.
– Zdrowie – powiedział botanik i wypił swoją kolejkę.
– No i dyrektor się rzucił na tę samarę. Wiesz, schował ją i zaczął coś krzyczeć do mnie, że jestem sprzedawcą śmierci, zaraz będzie policja i pójdę do kryminału i nawet Bóg mi nie pomoże. Jemu sprawiało satysfakcję to, że kogoś na czymś złapał, a jeszcze na czymś takim? Człowieku, on był w konwulsjach z podniecenia i satysfakcji. W każdym razie. Twoja mama stała obok spokojnie i nic nie mówiła i w sumie jej się nie dziwię, bo tamtego to się nie dało opanować. Ja to wiesz, trochę się bałem, bo mówię mam przejebane i trzeba będzie podjąć jakieś decyzje. Jeszcze ten cymbał popluty wydzierał mi się nad głową i nie mogłem zebrać myśli. Nie zapomnę jak wycierałem twarz z resztek jego śliny. W końcu mnie złapał za bluzę i zawlókł do swojego gabinetu, no i powiedział do pani Heleny, że będzie świadkiem i niech idzie z nami, bo on wszystko musi zrobić lege artis.
– Dalej nie wiem jak ci pomogła mama.
– Co ty się tak, kurwa, niecierpliwisz, chcę ci nakreślić całą sytuację, żebyś wszystko dobrze zrozumiał. – Marcel podniósł delikatnie głos, po czym kontynuował swój wywód. – Wchodzimy do gabinetu, on siada za biurkiem i zaczyna się bawić w jakiegoś detektywa. Ja siedzę naprzeciwko, twoja mama z boku obserwuje całą sytuację. On mnie wypytuje, kto był ze mną, macha mi tą samarą przed oczami i drze się na mnie pytając skąd to mam, ale nie daje dojść do słowa. Ja siedzę cicho, ale nie powiem, byłem w lekkim stresie, bo wiedziałem, że to się skończy na psach i żonglowałem scenariuszami w głowie jak to może się skończyć i co zrobię, żeby było możliwie bezstratnie. Wiesz, starzy w UK, trzepanie chaty, a tam babcia, zawiasy, może kryminał, ciężka sprawa. W końcu ten paparuch podniósł słuchawkę z biurka i mówi, że koniec tego i dzwoni na policję, bo on nie toleruje kryminalistów i dilerów w swojej szkole. No i wtedy twoja mama powiedziała do niego, żeby może się chwilę wstrzymać, bo Marcel to dobry chłopak i to może być pomyłka. No i wiesz, on tak się na mnie darł, że nie dawał mi dojść do słowa. Po cichu jeszcze liczyłem, że ożenię mu jakiś kit. No, ale ten kurwa dalej swoje, że ja taki, sraki, że to są narkotyki i ludzie po tym kończą w monarze, albo z okien skaczą. Jaja jak balony, kiedy o tym teraz myślę, co on gadał. Ten cały ryk przerwał dźwięk jego komórki, wiesz taki metaliczno–elektroniczny, więc popatrzył na wyświetlacz, wysunął antenę z tej cegły i wyszedł z gabinetu. Twoja mama wtedy powiedziała do mnie tak “Marcel, nie chce wiedzieć, co ty z tym robisz. Dyrektor zadzwoni na policję i wtedy będziesz musiał wszystko wytłumaczyć. Spróbuję to z nim załatwić, ale mój warunek jest taki. Jeżeli się uda, zadzwonisz przy mnie do rodziców, powiesz, co zrobiłeś, i poprosisz, żeby zabrali cię do Anglii. Tak czy nie?”. No stary, ja nie myślałem za długo. To nie był promyk nadziei, to były promienie słońca po zajebistym sztormie, który prawie wyjebał mnie z łódki. Wtedy już wiedziałem, że się uda.
– Co było dalej? – zapytał botanik
– Nie domyślasz się?
– Jak już tak obszernie opowiadasz, to dokończ.
– Przecież już wszystko jasne.
– Marcel kurwa mać, mów…
– Twoja mama też wyszła z gabinetu, a co najlepsze, ta samara z tą piątką została na biurku koło mnie. Myślałem, czy tego nie zabrać i nie wywalić przez okno czy coś, ale mówię, że jak coś pójdzie nie tak to ten łysol bankowo sprowadzi policję i jestem ugotowany. Tym bardziej, że pod oknem ktoś się kręcił. Minęło nie pamiętam ile, trzy, może pięć do siedmiu minut, wrócił dyro z twoją mamą. No i ten do mnie mówi, że ufa twojej mamie i dzięki jej wstawiennictwu nie zadzwoni na komisariat, ale mam przyjść z rodzicami i zabrać papiery ze szkoły w trybie natychmiastowym. No i że dla niego jestem skreślony na amen, a zioło on konfiskuje. Do dzisiaj myślę, co on z nim zrobił. Może sam zjarał? No i co było dalej… Czekaj… A już wiem. Zadzwoniłem przy twojej mamie do starych do UK, mama zaczęła płakać, a ojciec potem powiedział, że pogadamy jak przyleci. No i przyjechał po dwóch dniach, a potem dwa dni mi pierdolił w domu, że wybije mi gangsterke z głowy. Takiej piany dostał, że człowieku, ja nigdy go nie widziałem w takim stanie, mi łeb pękał od tego. W kółko to samo. Naświetlił mi, że ogarniamy sprawy w szkole, żeby było na czysto i lecimy do Londka. Całe szczęście udało mi się jeszcze jakoś pożegnać z chłopakami, bo Maras nie przewidywał takiej możliwości w moim terminarzu. Wyłożył mi, co będę mógł, co nie… no generalnie prawie jak areszt domowy. Ultimatum, szkoła i pomaganie w firmie, albo robota w firmie na pełen etat i chuj, koniec gadki. Do tego regulardne meldowanie się, testy na dragi. Nie żartował, choć kombinowałem, jak mogłem. Poluzował mi dopiero jak zacząłem latać do Chantal, bo myślał, że w takim towarzystwie to nie ma dragów i ona mnie sprowadzi na dobrą drogę... Wracając do pani Heleny, to wtedy… – Marcelowi zadrżał głos.
– Co wtedy? – zapytał Paweł
– Gdyby nie ona, nie wiem, jak to by się wtedy skończyło, gdyby ten zjeb zadzwonił na psiarnie – odetchnął z ulgą i wdzięcznością Marcel. – Musiałbym się chyba jakoś ratować…
– Wiesz, że mama tego nigdy nikomu nie powiedziała? A na pewno nie mi czy Piotrkowi? Mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie powiedziała nikomu – wtrącił Paweł, nie chcąc słyszeć reszty historii.
– Na pewno. Obiecała mi to wtedy – odpowiedział Marcel, spuszczając wzrok.
Paweł przez moment zawiesił spojrzenie na powierzchni stołu. Ręką strzepnął z niego okruchy pieczywa, jakby potrzebował uciec stamtąd na chwilę. Jeszcze raz spojrzał na nieobecny wzrok Marcela, otworzył delikatnie usta, jakby chciał zadać kolejne pytanie, ale po chwili zacisnął szczękę i spokojnie powiedział:
– Idę do wc.
Wstał od stołu i powolnym krokiem skierował się w stronę ubikacji. Mijał siedzących przy kontuarze ludzi i obserwował ich gestykulację. Kobiety piły drinki z koktajlówek, faceci z niskich szklanek z gruby szkłem, a obsługa uwijała się jak w ukropie. Trzech dobrze podpiętych młodziaków zgromadziło przy sobie stos pustych kieliszków i coraz głośniej artykuowali swoje myśli, co świadczyło, że wieczór wchodzi w kulminacyjną fazę. Gdy wracał z toalety, Marcel klikał coś w telefonie, a gdy Paweł usiadł na swoje miejsce i na niego spojrzał, ten odłożył telefon i powiedział:
– Pawełku, został nam rozchodniaczek, no może dwa. Ja muszę zaraz lecieć, bo jeszcze muszę się spakować, a z samego rana, a właściwie bardzo wczesnym rankiem uciekam na lotnisko i wracam na wyspy - powiedział wycierając nos chustką.
– Nie ma sprawy.
– Wiesz, trzeba ogarniać na miejscu, w Anglii nie ma długiego weekendu, a zaraz wrzesień, więc lecimy z kampaniami jesiennymi i trzeba to wszystko dopilnować. Poza tym w weekend idziemy na mecz Chelsea z klientami, bo chcą zobaczyć Palmera na żywo, także no dzieje się. Poza tym, dobrze mi się tam żyje, co mam ci powiedzieć. Wsiąkłem już, nawet ten ich wieśniacki akcent mi przestał przeszkadzać “hała ja” – zaintonował ironicznie Marcel – czy lewostronny ruch. Ja nie wiem czemu oni na siłę chcą być alterantywni. Do pogody tylko ciężko się przyzwyczaić, ale coś za coś przecież, nie? Chyba nie wrócę już na stałe do Polski… bo i po co, starzy na miejscu, więc zawsze mogę podjechać na obiad czy coś. Robota pewna i dobrze i płatna, sam wiesz - głos Marcela powoli wracał do rubasznego tonu.
Panowie szybko dopili ostatnią kolejkę i przez kilka chwil siedzieli w ciszy. Marcel, jakby chcąc przerwać to zawieszenie, nerwowo spojrzał na zegarek, w końcu wstał, wyciągnął portfel z plikim plastikowych kolorowych kart:
– Czekaj, kurwa, która to była… – mruknął zakłopotany.
– Nie szukaj, ja zapraszam – odrzekł spokojnie Paweł.
– Na pewno?
– Nie proponowałbym, gdyby nie było na pewno.
– No to dzięki, dzięki Pawka. Dobrze, żeśmy się spotkali i powspominali. Nie zmieniłeś się wiele kolego – uśmiechnął się Marcel.
– Ty też – odwzajemnił botanik.
– W ogóle, ta wielka palma co tam stoi, identyczną mamy w biurze, ale jest mniej okazała, a na pewno dużo mniej zielona. W porównaniu do tej, to wygląda jakby była na rencie.
– To strelicja. Powiedz, żeby postawili ją w dobrze nasłonecznionym, przestronnym miejscu, to może kolejny awans dostaniesz - zażartował botanik.
– I tyle? – dopytywał lekko zdziwiony Marcel.
– Tyle i aż tyle.
– No dobra, na mnie już czas.
Marcel wstał, przybił piątkę z Pawłem i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Botanik po chwili zawołał kelnerkę i uregulował rachunek za biesiadę. Zostawił na stole banknot z wizerunkiem Zygmunta Starego i spokojniee ruszył do wyjścia, zamawiając przejazd.
Stanął przed lokalem, zaczerpnął haust sierpniowego wieczoru i zamykając oczy, wypuścił powietrze. Noc była piękna, cymesik jak to mówił jego brat. Paweł patrzył w gwiaździste niebo, a przez głowę przelatywały mu obrazy. Mama z przewiązaną kolorową chustką na głowie, krojąca pomidory przy plastikowym stole, a obok kupki warzyw leżały krzyżówki panoramiczne i okulary w niebieskiej oprawce. Klnący pod nosem Piotrek przewożący taczką spróchniałe gałązki na kompostownik. Działkę otaczały burgundowe i białe róże, krótko przycięte bukszpany, słoneczniki imitujące żółto-zieloną ścianę oraz owocowe drzewka. Przed upalnym słońcem chroniły pnącza winogron oplatające drewniany szkielet przed altanką, tworząc kawałek cienia przy stole. Uśmiechał się sam do siebie i czuł, jak biega po trawie, ganiając motyle własnoręcznie zrobioną siatką.
Zegarek zawibrował wyrywając go brutalnie ze wspomnień. Spojrzał na telefon. Przejazd, za minutę, Maciej, Seat Alhambra. Po kilku chwilach kierowca stanął tuż obok chodnika i nawet nie zdążył włączyć awaryjnych, a botanik siedział już na tylnym siedzeniu.
– Pan Paweł? – zapytał kierowca.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania