Poprzednie części:  Botanika cz. 1/5

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Botanika cz. 2/5

– Tak, pojechałem do staruszków do Londynu…

 

W tym momencie do stolika podeszła kelnerka i postawiła na stole srebrne wiadro wypełnione lodem, z którego wystawała szyjka owalnej butelki z niebieskim kamieniem. Po chwili wróciła z kieliszkami i butelkami gazowanego napoju oraz talerzykiem z pokrojoną cytryną.

– Masz uczulenie na gluten? – zaśmiał się botanik.

– Nie, no co ty, kocham pieczywo i pasty, a czemu pytasz? – odparł zdziwiony Marcel.

– No bo zamówiłeś gorzałę z winogron.

– O widzisz, nawet nie wiedziałem. Co to za różnica z czego jest, ważne, że wchodzi leciutko!

– To racja, też ją lubię – przyznał Paweł – ale dobra, mów co z tym Londynem.

– Nudziło mi się już w Polsce, niby było spoko i wesoło w szkole i na osiedlu, ale chciałem czegoś więcej. Sam wiesz, co robiłem osiedlowo i u Angoli też miałem to robić na szerszą skalę, ale stwierdziłem, że trzeba coś zmienić i zacząłem pomagać ojcu w firmie. Pamiętasz mojego starego nie, Mareczka?

– Tak, Marula był niezły, jak jeszcze mieszkał w Polsce to ciągle go z wędkami widziałem, myślałem, że jemu płacą za siedzenie nad Wisłą z kijem – uśmiechnął się botanik. – Sympatyczny gość. Pamiętam, że wszyscy go lubili w bloku. Czasem moja mama go prosiła, żeby nam pomógł z czymś w domu jak się zlew zapchał albo grzejniki zapowietrzyły.

 

Gdy Paweł skończył krótką retrospekcję, wyjął butelkę z wiadra i uzupełnił oba kieliszki.

– Z tym rybołówstwem to daj spokój – machnął ręką Marcel. – Pamiętam, jak kiedyś zbieraliśmy się na wesele do kuzyna i wiesz, matka odpicowana, rano fryzjer, potem paznokcie, kiecka odebrana z pralni, mnie pogania, żebyśmy się nie spóźnili, a starego nie ma. Matka za telefon, dzwoni do niego, a ten pod blokiem już bagażnik pakował i nad zbiornik chciał lecieć – mówił coraz bardziej rozbawiony. – Jolka wpadła w szał, rozumiesz, że ona mu od tygodnia o tym weselu przypominała i on powiedział, że zapomniał. Po prostu zapomniał. Pod kościół zajechaliśmy dopiero jak ryżem obsypywali nowożeńców, no komedia. Matka zła jak stopięćdzięsiąt, bo nie była na ślubie chrześniaka, a Mareczek na weselu tak dał po zaworach, że zasnął przy stole.

 

Paweł parsknął śmiechem, a po chwili podniósł kieliszek i przesunął w powietrzu w stronę Marcela, który odwzajemnił ruch. Spojrzeli sobie w oczy, a dźwięk szkła przypieczętował kolejną rundę opowieści.

– Sorry, że przerwałem, kontynuuj.

– Nie no jak, toast to toast – uśmiechnął się Marcel. – No więc do brzegu. Marula był tam już kilka lat, a matkę ściągnął, jak szliśmy do liceum. Dobrze się tam rozkręcił, to nie ma co gadać. Najpierw pracował u jakiegoś Angola i skręcali ludziom meble, wiesz, całe kuchnie, jakieś łóżka, szafy i tak dalej. Normalnie mieszkania pod klucz meblowali z tej dykty. No i w końcu ogarnął, że może robić to sam, skrzyknął kilku sąsiadów Polaczków i zaczęli sami grasować. Pokupował busy i rozszerzył ofertę o przeprowadzki, a potem jeszcze drobne remonty. No i tak się złożyło, że ja tam przyleciałem, chodziłem do szkoły, robiłem coś tam z tym i z tamtym, poznawałem ludzi, ale widziałem, że stary zgarnia poważną ciapę i mówię sobie, dobra, to chyba nie takie trudne ogarniać to, co on.

– No i co, przejąłeś firmę czy odpaliłeś swoją? – Nie ukrywał zaciekawienia botanik. – Nie wyglądasz na złotą rączkę.

– Nigdy w życiu, za żadne skarby tego świata. Stary znał sporo ludzi i ta siatka kontaktów stale się powiększała. No i w któreś wakacje robiłem tam z jego pracownikiem na tych przeprowadzkach i przerzucaliśmy klamoty do takiej kozackiej, dopakowanej willi w Essex niedaleko Londynu. Dopiero co kupił ją jakiś mega bogol, jego żona miała tyle rzeczy, że nie wiem, czy w całym Harrodsie byś to zmieścił. Ogólnie bagażu tej rodzinki to było na kontenery. No i jak się okazało, córka tego gościa miała dopilnować, żeby wszystkie pudła trafiły na miejsce. – Marcel kontynuował, a jego oczy zaczynały błyszcześć. – Ja myślałem, że to jakaś przewieziona księżniczka, poszedłem ją o coś zapytać, a ona do mnie: “Wagwan, bro”. Swój pozna swego, wiesz. No i zacząłem z nią kopcić marokańca, haszysz w sensie. Potem jeździłem już do niej w sprawach prywatnych, a że jej starzy pływali katamaranem po Saint-Barth, to mieliśmy ten cały ogromny kwadrat dla siebie. Mało tego, obsługa robiła nam szamę, jaką tylko zapragnąłęś, jak rzuciłeś ręcznik na podłogę, to za kwadrans był przyniesiony świeży, do tego idealnie złożony. No i my się świetnie bawiliśmy w każdym zakamarku tej stodoły. W ogóle, słuchaj, jaka historia – nakręcał się Marcel.

 

Paweł słuchał Marcela uważnie i z zaciekawieniem. Kontakt wzrokowy z interlokutorem stracił jedynie na moment, kiedy dolewał sobie coli.

– Ona miała w domu świnię, normalnie taką chrumkającą kurwa świnię, z którą chodziła po ogrodzie na smyczy, no tylko taka trochę mniejsza była niż normalna – opowiadał rozbawiony Marcel. – Rozumiesz to? Ja sobie wtedy myślałem, że chyba przesadziłem z ziołem albo coś, bo to jest niemożliwe. Świnie to ja widziałem u rodziny na wsi pod Garwolinem jak uwalone po oborze latały, ale nie w domu, a tym bardziej w tak dopakowanej chacie. Pytam ją, o co chodzi, a o ona do mnie mówi, że była kiedyś ze starymi na takiej wyspie na Bahamach, gdzie te świnie żyją sobie na plaży, no i zakochała się w tych śmierdzielach. No i stary obiecał na urodziny i słowa dotrzymał. To podobno jakiś udomowiony gatunek, no ale nadal. Ciekawe, czy jakby zobaczyła takiego warchlaka u mojej rodziny ze wsi to by go chciała mieć.

 

Obaj zaczęli się głośno śmiać. Paweł zakrywał nawet twarz dłonią, żeby nie wydawać zbyt głośnego dźwięku swojego rozbawienia. Marcel wtórował mu, uderzając rytmicznie w stół jakby wybijał rytm.

– Świni to ja bym też w domu nie chciał – przytaknął ubawiony Paweł. – Mówisz o jakiejś pannie, a co z tą robotą?

– No już, już, dojdziemy do tego, spokojnie. Myślałem, że skończy się tylko na wakacyjnej przygodzie, ale ona się zakochała i mi też było z nią w miarę dobrze, a na pewno wygodnie. Jej starzy wrócili, polubili mnie, a ojciec Chantal był… W ogóle wiesz, czemu Chantal? Dlaczego brytyjka ma tak dziwnie na imię? – zapytał uśmiechnięty, zaplatając dłonie za głową.

– To chyba francuskie imię – odrzekł botanik i wyciągnął oszronioną butelkę z wiadra wypełnionego lodem.

– No zgadza się. Matka jej kiedyś powiedziała, że została poczęta w Monako i na cześć tej wspaniałej chwili córka nosi francuskie imię. To dość popieprzona rodzinka, ale dojdę do tego. Pijemy?

– Pyk, twoje zdrowie – rzucił botanik.

 

Kieliszki brzdęknęły kolejny raz, a panowie nawet nie skrzywili się po konsumpcji chłodnej cieczy.

– No, więc tak. Ojciec Chantal był, a w zasadzie dalej jest partnerem w ogromnej firmie marketingowej. Z racji tego, że mi się układało z jego córką i spędzałem u nich dużo czasu, to po prostu, jak się dowiedział, że zapierdalam z kartonami to obiecał, że przyjmie mnie do roboty, żeby młoda miała perspektywicznego faceta. Mi to generalnie na początku koło końcówki latała ta cała komunikacja, branding, key visuale, wiesz… No ale jak jeździłem z Chantal do jego firmy, to zwariowałem. Oni dostawali prezenty od klientów, jeździli na loże VIP na Tottenham albo Chelsea, gale boksu czy MMA w O2 Arenie, do tego służbowe fury, budżety reprezentacyjne. Inny świat, jakbyś serial oglądał. Postanowiłem, że też chcę to mieć i będę robił, ile fabryka dała, żeby na stałe wbić się do tego ich burżuazyjnego kółka. No i uczyłem się tam, robiłem mniejsze projekty, potem coraz większe, poznawałem branżę, piąłem się konsekwentnie i dość szybko, bo z racji teścia do awansów byłem pierwszy. Sztuką jest wykorzystać szansę, a nie ją dostać, co nie?

 

Monolog Marcela przerwała kelnerka, żeby zapytać czy wszystko, w porządku i czy panom nie potrzeba nic dodatkowego, przy okazji proponując steki z wołowiny wagyu. Paweł z Marcelem grzecznie odmówili zaaferowani rozmową.

– No dobra, to przy czym pracowałeś? Jakieś konkretne marki, kampanie? - dociekał botanik.

– Powiem ci tak… Było tego trochę, ale ja i tak tego nigdy nie czułem do końca, nawet jak chciałem poczuć. Wyobraź sobie, że los przygotował mi jeszcze lepszą szansę. Kilka lat temu nakryłem starego Chantal, jak na jednym z bankietów firmowych…

 

Marcel jakby się na chwilę opamiętał. Przystanął na moment z opowieścią, ale po chwili uśmiechnął się od ucha do ucha i zaczął kontynuować.

– Dobra, powiem to. Jej stary zabawiał się z jednym z klientów na tej imprezie. Żeby było śmieszniej… – przerwał na chwilę. – Ja to jeszcze nagrałem.

– Mówisz poważnie? – zapytał Paweł z niedowierzaniem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania