Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Botanika cz. 4/5
– Co ty pierdolisz?!? – Marcel zrobił wielkie oczy – Piotrek by cię za to zabił, przecież on nawet nie chciał, żebyś ty stał w pobliżu kogoś, kto ma jointa w ręce. Nie wkręcaj. Polej i mów jak to było na serio, bo czuję, że coś motasz.
– Już leje.
Botanik złapał za butelkę i lekko potrząsnął ją nad wiadrem, żeby opadły z niej wszystkie krople wody. Nalał Marcelowi, potem sobie, a następnie wytarł chusteczką kilka kropel ze stołu zostawiając wilgotną smugę. Panowie praktycznie w równym tempie przechylili.
– No to jak było? – wrócił do tematu Marcel.
– Normalnie, z przypadku. Piotrek kiedyś zostawił kilka nasion w pudełku od dvd u nas w domu. O ile dobrze pamiętam, to był film "Rzeka Tajemnic", Sean Penn w roli głównej. No to ja wrzuciłem to ziemi po kryjomu i z trzech pestek wyrósł jeden krzak.
– Tak? I ja mam uwierzyć, że nie wiedziałeś, co to jest? – ironizował Marcel.
– No, na początku to były zwykłe pestki, nasiona jakich wiele. Nie mogłem wiedzieć, więc chciałem się przekonać i ciekawość zwyciężyła. Jak łodyga puściła liście to już wiedziałem.
– Nie wierzę – Marcel kręcił głową z niedowierzaniem – Tak czy siak, wyrosło samo dobro. Piotrek nie chciał cię zajebać za to?
– Był zły na początku, ale zajarał i powiedział, że było nawet, nawet. Po jakimś czasie przyszedł do mnie, żebyśmy zrobili mały eksperyment. No i zorganizował wszystko, czego było trzeba, a ja zająłem się roślinami. Kilka padło, ale i tak zebraliśmy z tego sporo plonów po mniej więcej trzech miesiącach.
Marcel nie patrzył na Piotrka, ale starał się filtrować zdania, które docierały do jego uszu. Żeby zająć czymś ręce zaczął bawić się wykałaczką i nakłuwał kawałek sera leżącego na skraju deski. Złapał za butelkę wódki chcąc ją odkręcić, by po chwili wrzucił ją z powrotem do wiadra i wrócił do rozmowy.
– I to było w tamte wakacje? – dopytywał Marcel.
– Tak, na przełomie wakacji osiedle pachniało naszym mango hazem.
– Czyli nie było żadnego kuzyna w Düsseldorfie czy tam w Hamburgu? Przecież pamiętam jak Piotrek mówił, że znika na dwa dni, bo jedzie do niego do reichu.
– Jeżeli reich był pod namiotem nad Zegrzem, a kuzyn z Niemiec był Darią z ciemną karnacją to wszystko się zgadza – uśmiechnął się botanik.
– A właśnie, co u Piotrka? Jak żyje ten wariat? On też się chyba ulotnił z Polski w podobnym czasie jak ja. – szybko zmienił temat Marcel.
– Mieszka w Teksasie, no będzie tak kilkanaście lat już. Ma żonę i kilkuletnią córkę.
– A czym się zajmuje?
– Ogarnia ranczo, jeździ pickupem, ale, z tego co wiem, to jeszcze nie chodzi w kapeluszach – zaśmiał się Paweł.
– Pozdrów go, jak będziesz z nim rozmawiał – poprosił Marcel i wsunął do ust dwa kawałki pleśniowego sera.
– Jasne, na pewno się ucieszy. A Ty z nikim nie utrzymywałeś kontaktu po wyjeździe? – zapytał Paweł.
– Mało z kim. Na początku coś tam z kimś pisałem, ale na odległość to wiesz jak jest. Każdy ma swój świat, a jak tych światów nie przecinasz dostatecznie często to rozłażą się jak szwy. Kilka lat temu napisał do mnie ten mój koleżka, ty też go znałeś na pewno – Ołówek. Był akurat w Londynie i się złapaliśmy na mały bankiet. Powspominaliśmy trochę, podobnie jak my teraz. Pytałem o ciebie i Piotrka. Nie wiedział w sumie co, u was, ale jak już gadamy o hodowlach… to opowiadał mi historię jak pojechał z twoim bratem pod Warszawę na jakąś działkę zniszczyć czy tam okraść jakąś uprawę, bo oni mieli mieć znowu to zioło od szwabów, więc nie chcieli konkurencji, a okazało się, że to podobno kogoś od nas z osiedla.
– A gdzie była ta działka? – zainteresował się Paweł.
– Chyba gdzieś pod Piasecznem. Jakaś taka zwykła altana, a w piwnicy kilkanaście dorodnych krzaków. Czemu pytasz? – skontrował Marcel.
– Bo nie jestem pewien, czy przypadkiem nie słyszałem tej historii o działce na osiedlu. Bez znaczenia w sumie – zakończył botanik.
– Tak, nie ma co gadać. Może to i jakaś miejska legenda była. Muszę domówić colę, bo jeszcze trochę flaszki zostało, wezmę też dla ciebie.
– Dzięki.
Marcel zawołał kelnerkę i poprosił o dwie dodatkowe butelki coli, jedną z cukrem, drugą bez, dokładnie jak poprzednio, a także zaczął pytać o kilka pozycji z karty dań. Paweł wrócił myślami do rozwalonej hodowli przez brata i Ołówka. Kiedy druga partia sadzonek była już w fazie wzrostu, któregoś dnia botanik pojechał ją podlać. Na miejscu okazało się, że wszystko zostało wyczyszczone, a wokół został straszny syf. Piotrek niedługo później wyjechał nagle, pożegnał się z nim i z matką oraz przekazał, że jedzie do Stanów, bo znajomy ma dla niego dobrą pracę gdzieś w Teksasie. Kilka miesięcy później znalazł na działce schowaną kopertę wypchaną banknotami do której była załączona krótka notatka. “Zarobiłeś. Dbaj o matkę i swoją przyszłość. P.”. Jego retrospekcję przerwała kelnerka, która skończyła krótką debatę z Marcelem, który zaczął uzupełniać kieliszki i zwróciła się bezpośrednio do botanika.
– Paweł, coś jeszcze dla Ciebie?
– Słucham... – Nie, nie. Dzięki, Marta – odpowiedział wyrwany ze wspomnień.
– Jakiś zamyślony dzisiaj jesteś. - uśmiechnęła się. – Zaraz wrócę z napojami.
– Dziękujemy.
– Za co pijemy? – zapytał Marcel.
– No to chyba za Piotrka, co? – spokojnie odparł botanik.
– Zdrowie.
Wznieśli kieliszki, szkło zadzwoniło, ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, ale Marcel szybciej odpuścił wzrok.
– Mieliśmy zajebiste dzieciństwo – zaczął dywagację Marcel. – Chyba z wiekiem staję się za bardzo sentymentalny, ale oddałbym duszę diabłu, żeby tam wrócić. Pamiętasz, jak mieszaliśmy w plastikowych jajkach saletrę z cukrem pudrem i odpalaliśmy te zasłony dymne przed kościołem? – zapytał roześmiany, przeczesując włosy.
– Tak. Dewotki myślały, że wybrali papieża. Moja mama nas przyłapała… – wspomniał botanik.
– Tak, pamiętam jak pani Helena wtedy była w szoku, na co my wpadliśmy. A właśnie, co u niej?
– Zmarła kilka lat temu – odparł Paweł.
– Co? Jak to? – Marcel wyraźnie stracił rezon.
– Miała zawał we śnie i odeszła. Bez bólu.
– Bardzo mi przykro, stary. To była wspaniała kobieta, pamiętam jak wtedy… - urwał, wypowiadając to w dużo poważniejszym tonie niż zwykł to robić przez całe spotkanie.
Twarz Marcela wyraźnie spokorniała, a wzrok błądził gdzieś po stole.
– Co wtedy? Jak zacząłeś to dokończ. Mówisz o mojej mamie, Marcel - stanowczo powiedział Paweł, przeszywając kumpla wzrokiem.
– Nie ma to już żadnego znaczenia, po prostu bardzo szanowałem twoją mamę.
– No stary, ale to nie jest teraz o szanowaniu, tylko o konkretnej sytuacji. – Paweł nie dawał za wygraną.
– Obiecaj, że to między nami, a zresztą to i tak już tyle czasu minęło, że nikogo by to nie obchodziło.
– Marcel, kurwa, do brzegu.
– No więc tak. Niedługo przed moim wyjazdem na wyspy latałem z tematem dla takiego typa, którego nagrał Ołówek. Nie mieliśmy już zioła od Twojego kuzyna z Niemiec… Czy tam od was – na chwilę przerwał swój wywód – no nieważne. Człowiek przyzwyczaja się, jak szmal szybko i łatwo wpada. Wiesz, nowe najki raz czy dwa w miesiącu, polówki z krokodylem, kino albo gokarty, gry na plejkę – no przecież idzie na to szmalu. Starzy mi wysyłali hajs z Anglii, ale dużą częścią gospodarowała babka, bo wiedzieli, że ja to przepierdolę. Więc wiesz, miałem dobrą , żeby się nie afiszować, że sprzedawałem jaranie dla chłopaków z osiedla.
– Przecież ty sam o tym mówiłeś, nie pamiętam, żebyś się z tym szczególnie krył – skontrował Paweł.
– No na osiedlu to wiadomo, ale dla sąsiadów czy nauczycieli to wiesz, oni nie kumali tego, bo myśleli, że jak rodzice pracują w Anglii to ja te wszystkie fanty mam stamtąd, że się powodzi, rozumiesz.
– Dobra, Marcel, mniejsza o to. Dlaczego wywołałeś moją mamę?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania