Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Botanika cz. 3/5
– Dobra, powiem to. Jej stary zabawiał się z jednym z klientów na tej imprezie. Żeby było śmieszniej… – przerwał na chwilę. – Ja to jeszcze nagrałem.
– Mówisz poważnie? – zapytał Paweł z niedowierzaniem.
Paweł spojrzał na kumpla z lekką konsternacją i przestał bawić się szklanką.
– Autentyk, ale przecież nie będę ci tego pokazywał. Dwa dni później usiadłem przed nim w jego gabinecie, zarzuciłem nogi na biurko i odpaliłem mu filmik z telefonu. Człowieku, jaki on był blady. Mało nie spłynął z tego wielkiego obrotowego fotela. Jego żona chyba musiała się domyślać, że wali ją na boki, ale… Z typem? Pedaliada. Tu nawet nie chodziło o zdradę, ale o to nagranie, które skompromitowałoby go w oczach branży, a firma mogłaby mieć problemy. No więc umówiłem się z nim na barter, ja milczę, a on pcha mnie jak najwyżej w strukturach.
– No i co, dalej tam pracujesz?
– Oczywiście, niedawno dostałem też Rolexa za staż pracy. Wygrawerowali mi nawet jakieś gówno od dołu koperty, ale na szczęście go nie widać. No i kończąc tę historię, jestem młodszym partnerem w tej agencji. Do tego raczej niezatapialnym. Więc pracuję sobie kompletnie na luzie, zero spiny. A na co dzień to wiesz, bankiety, obiadki, śniadanka, spotkanka… Człowieku, w tym marketingu ludzie też nie mają hamulców. Wszystko tam masz, alko, dragi, leki - a najwięcej walą ci, po których byś się tego nie spodziewał. W domu żona i dzieciaki, a chłop wciska do nosa tyle towaru, co Keith Richards. No i przeważnie na tych imprezach rozstrzyga się, kto z kim zrobi dany deal. Igrzyska patologii. Nie będę też kłamał, ja się akurat tam dobrze odnajduję, ludzie mnie lubią.
– A Chantal dowiedziała się o tym, co zrobił jej ojciec? – dociekał Paweł.
– No co Ty, po co miałem jej mówić? To moje zabezpieczenie, poza tym i tak już nie jesteśmy razem. Niech dalej żyje w przekonaniu, że jej ojciec to wspaniały człowiek i poza matką świata nie widzi. Chociaż już sam nie wiem, czy ona w ogóle w to jeszcze wierzy.
– Daj mi chwilę, wezmę tylko świeżą cytrynę – przerwał dialog Paweł.
– Pewnie Pawełku, leć.
Botanik powolnym ruchem odsunął krzesło od stołu i ruszył w stronę baru. Już wcześniej zauważył na lewym nadgarstku świecący zegarek z białą tarczą. Nie był to żaden z flagowców szwajcarskiej marki, tylko “entry-level” świata luksusu. Wizyta przy kontuarze trwała kilka chwil, bo barman w moment uwinął się z pokrojeniem owoca. Wracając do stolika, widział, jak Marcel nagrywa filmik telefonem kadrując wszystko, co znajduje się na ich blacie.
– Nagrywam rolkę na insta z tej okazji, jaką masz nazwę? To cię oznaczę, kolego – rzucił Marcel.
– Nie mam tej aplikacji. – Odpowiedział obojętnie botanik.
– Jak to?
– Nie jestem fotogeniczny – odrzekł z uśmiechem.
– Zamówiłem deskę serów i wędlin, żeby było na przegryzkę.
– Dobra decyzja. To ja uzupełnię szkło.
Paweł wyjął butelkę z wiadra, wlał do obu kieliszków podobną ilość cieczy, po czym obaj wznieśli kolejny toast za spotkanie. Nie zdążyli jeszcze przełknąć substancji, a na stole pojawiły się dwa owalne kawałki drewna pokryte kawałkami serów i różnych szynek.
– Pawka, a ty masz kontakt z kimś z naszego osiedla? – zainteresował się Marcel.
– Rzadko. Czasami widuję Przemka albo Kojota i to byłoby na tyle.
– Lubiłem naszą parafię. Pamiętam te wszystkie wakacje, zero nudy, zawsze coś się działo. Zawsze. Gierki, piłka, rowery, Wisła, turnieje na konsoli… – rozmarzył się.
– No tak, jak to na osiedlach. Studnia pomysłów bez dna.
– Pamiętasz, jak pojechaliśmy całą ekipą nad Wisłę? To chyba Przemo zasnął przy ogniu i wszyscy skakaliśmy i przez ognisko, i przez tego grubasa – zaśmiał się głośno Marcel i sięgnął po kawałek chorizo.
– No tak, pierwsze poważniejsze eksperymenty z alkoholem, z resztą niedużo trzeba nam wtedy było.
– Ja to strasznie się zważyłem wtedy, za dużo polewaliśmy do tych plastikowych kubków.
A to przypadkiem wtedy nie było tej awantury, co Kojot krzyczał, że oszukujesz i żebyś nie wylewał wódki, bo tylko marnujesz? – Spytał olśniony botanik.
– On się wtedy strasznie odpalił na mnie, ale chyba też był dobrze podpięty i mu się coś ubzdurało. Wiesz, jak to jest na takich melanżach.
– Tak, wiem wiem - przyznał z uśmiechem botanik.
Paweł zdjął z deski dwa kawałki sera, i przeżuwając wrócił wzrokiem do Marcela, który nie zamierzał przerywać retrospekcji.
– Kojot w ogóle zajebiście grał w piłkę, co? Ja tak myślę, że jakby go wtedy ktoś lepiej poprowadził, to może i by coś z tego było. My w ogóle mieliśmy dobrą ekipę wtedy w tym klubie. Ty grałeś chyba w środku pomocy, nie?
– Tak, na szóstce. Kojot grał albo przede mną, albo jeszcze wyżej w ataku. – przyznał Paweł.
– Dokładnie. Pamiętam, jak byliśmy na turnieju, bodajże w Serocku. Wygraliśmy wtedy wszystkie mecze, ja byłem królem strzelców, mam chyba gdzieś jeszcze figurkę za to, muszę poszukać. Zajebiste czasy w ogóle. Ciebie chyba zawiesili wtedy, dobrze pamiętam? Tak! To ty skasowałeś tego gościa chyba z Nowego Dworu! – podniósł głos Marcel.
– Tak, a…
– On sadził się do wszystkich i grał brutalnie, a sędzia nic. Straszny aptekarz. Ja tam miałem z nim jakąś spinę i on mnie odepchnął raz i drugi, ja go tam trochę skrzyczałem. Potem też mnie wyciął równo z trawą, aż kości mi zatrzeszczały i mówiłem mu wtedy, że go dojadę. Kojotowi też chyba mocno wsadził łokieć w żebra. To był półfinał bodajże. Z resztą ten koleś z Nowego Dworu też nie dokończył.
– Tak to musiało się skończyć - wyznał obojętnie Paweł.
– No, ale ty to mu wypłaciłeś cudownie w zęby, długo się po tym zbierał. Trener był zły, bo wywalili cię przed samym finałem, ale pamiętam, że dla chłopaków to znaczyło więcej niż byś zapakował trzy sztuki.
– Tylko że po tym mnie zawiesili na dziewięć miesięcy i nie mogłem nigdzie grać. – podsumował Paweł.
– Było minęło. Wypijmy za stare czasy, polejesz Pawełku?
Paweł wyjął nadpitą butelkę i uzupełnił precyzyjnie kieliszki. Przez głowę przeleciał mu cios, o którym wspomniał Marcel. Ten grajek z Nowego Dworu grał totalnie ostro, prawie połamał żebra Kojotowi, kilka razy przejechał się po kościach kumpli z drużyny. Marcel kilka razy się z nim szczepił, pyskowali do siebie i się odgrażali, a tamten pozwalał sobie na coraz więcej. Przy kolejnym zamieszaniu, kiedy na boisku utworzył się młyn przepychających się między sobą graczy Paweł podbiegł do – o głowę wyższego – przeciwnika i przycelował mu sierpa w szczękę. Gość padł, nie stracił przytomności, ale leżał na ziemi pogrążony w cierpieniu. Wszyscy się wtedy przestraszyli, że stało się coś poważnego, ale finalnie okazało się, że miał delikatnie przestawioną żuchwę, która wróciła na swoje miejsce po interwencji medycznej. Pierwotnie zawieszenie w prawach zawodnika miało trwać 18 miesięcy, ale karę skrócono o połowę po zebraniu wywiadu środowiskowego. Wtedy jego matka powiedziała mu, że lojalność dla swoich jest ważna, ale jeszcze ważniejsze jest załatwianie spraw rozumem, a nie siłą.
– Za stare czasy – zaanonsował Marcel wyciągając dłoń z kieliszkiem w stronę rozmówcy.
– Za stare czasy – powtórzył Paweł, patrząc prosto w oczy Marcela.
– Powiem ci, że w Londynie w ogóle nie czułem takiego klimatu jak u nas na Moko. Wielkie miasto, ale taka zbieranina ogólnie. Tu Pakistaniec, tam Tadżyk, tutaj ktoś z Indii, ktoś z Jamajki albo Nigerii. Za dużo tego, ale możliwości też dużo, co prawda to prawda. Ludzi poznajesz od tego, od tamtego, można iść w wielu kierunkach tylko czasami urodzaj też bywa klęską.
– No właśnie, a ty nie mówiłeś przed wyjazdem, że będziesz tam jakieś ruchy uliczne robił z substancjami? – zapytał Paweł.
– No tak, mówiłem, bo taki był plan, ale człowieku, w Londynie nie ma żartów, nie chodzi o psiarnie, ale tam mogą cię szybko zakosować, jak sprzedasz worek krawężnik dalej, niż powinieneś. Miałem zajebiste dojścia, do teraz mam, bo wiesz, branża taka, a nie inna, tylko zabawki się zmieniają i drożeją. Wtedy mogłem mieć każdy rodzaj zioła. Jak potrzebowałem chillu, szedłem do Jamajczyka, Afrykańcy mieli głównie mózgotrzepy, Afgańcy czy tam Marokańcy haszysz i tak dalej i tak dalej. Supermarket dla zjarusów, a jak chciałeś żelki albo żywice to w 30 minut załatwiałeś sobie żelki albo żywicę. To jest Londyn. Wieża Babel, rozumiesz. Wszystko wymieszane ze wszystkim, potem rozdrobnione i rozrzucone po dwóch stronach śmierdzącej Tamizy. Dlatego dałem sobie spokój, ale powiem Ci tak szczerze – bo przepaliłem tam tego tematu na taczki. Każdy rodzaj, smak, indoor, outdoor, nigdy więcej nie paliłem tak dobrego zioła jakie było na ośce w wakacje przed moim wyjazdem do Anglii. Nie wiem stary, o co tam chodziło, ale ono smakowało jak owoc zerwany z drzewa, jak je jaraliśmy na osiedlu to czułem słońce w płucach. Wiem, że to może być też sentyment to młodzieńczych lat, ale nie, ja wiem co mówię. Weź mi przysuń tę deskę z serami, co? - poprosił Marcel.
Paweł pozamieniał umiejscowienie naczyń i desek, żeby każdy miał równy dostęp do wszystkich dóbr znajdujących się na stole.
– Proszę – powiedział Paweł przesuwając drewno pod zasięg rozmówcy.
– Dzięki, byku. W każdym razie, mieliśmy tego dość sporo na handel, ale ile tego przekopciliśmy to nasze. No mówię ci, nic wcześniej ani nic później nie smakowało jak tamto. To zioło wtedy szło na osiedlu jak wściekłe, po dwa razy dziennie do mnie ludzie wracali. W ogóle to były kozackie wakacje, zarobiłem zajebiste siano, kupowałem sobie ciuchy, zabierałem dziewczyny na sushi, jeździliśmy z chłopakami taksówkami, wieczorami do baru albo klubu. To było coś pięknego, coś zajebiście kurwa przepięknego. Pamiętasz to?
– Ja się wtedy już z wami nie bujałem. W tamte wakacje pracowałem na dziale ogrodniczym w tym markecie na Okęciu.
– A widzisz, faktycznie, to by się zgadzało – odpowiedział Marcel. – Z resztą, twój brachol to wtedy ogarnął dla nas to jaranko na pogonkę, od waszego kuzyna z Niemiec, z Düsseldorfu chyba albo z innego Hamburga, nie pamiętam już dokładnie.
– Ale my nie mieliśmy nigdy żadnego kuzyna w Niemczech, ani w Düsseldorfie ani w innym Hamburgu – skontrował z uśmiechem Paweł.
– No jak to? Przecież Piotrek sam po to był i potem dał z tego co przywiózł, a my lataliśmy z tym dalej. No przecież pamiętam – szedł na pewniaka Marcel. – A z resztą, przecież Ty – jak sam mówiłeś – nawet się wtedy z nami nie bujałeś… No i nie jarałeś…
– No nie. A czy przypadkiem nie było w tym paleniu posmaku mango? – zapytał botanik.
– Dokładnie, to było mango, zgadza się. Skąd wiesz?!
– Bo to ja je wyhodowałem te topy – odrzekł spokojnie Paweł.
– Co Ty pierdolisz?!? – Marcel zrobił wielkie oczy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania