Brama - 5 - Co to było?!
Wieczorem dużo rozmyślałem o Elzie.
Siedziałem przed rozpalonym grillem i, popijając piwo z butelki, wpatrywałem się w rozżarzony brykiet. Jego ciepło przyjemnie kontrastowało z chłodnym, wieczornym powietrzem. W oddali, nieco po prawej, widać było las, a za nim chowało się słońce, które kolorem coraz bardziej upodobniało się do czerwonego paleniska.
Bruno leżał obok, licząc zapewne na porcję skwierczącego na ruszcie mięsa.
– Co myślisz o naszej nowej znajomej? Dziwna jest, prawda?
Wiedząc, że mówię do niego, pies podniósł głowę i pomachał ogonem.
Odczuwałem wewnętrzną pokusę, by wejść do domu dziadków, który stał kilkadziesiąt metrów od mojego. Jednocześnie jakiś dziwny niepokój powstrzymywał mnie przed tym. Może przez późną porę...
Ciekawe, gdzie naprawdę mieszka nieznajoma? Powiedziała, że jest stąd, więc raczej w żadnym z nowych domów, raczej w tej starej części wsi. Czyją jest córką albo wnuczką?
Skąd w ogóle taka dziwna pomyłka?
Próbowałem przypomnieć sobie wszystkie osoby mieszkające tu w czasach, kiedy byłem dzieckiem.
Zjadłem kolację, którą podzieliłem się z psem, dopiłem drugie piwo i, siedząc przy dogasającym ogniu, postanowiłem ulec pokusie.
– Chodź, Bruno. Rozejrzymy się po domu dziadków. Trzeba tam trochę przewietrzyć.
Mój towarzysz natychmiast wstał i, patrząc na mnie, czekał na decyzję, w którym kierunku pójdziemy.
Był to stary, może stuletni dom. Prosta, podłużna bryła pokryta poszarzałym tynkiem i wiekową dachówką porośniętą mchem. Znajdował się na tej samej działce, co mój dom.
W ciemności, bez ani jednego światła dochodzącego z wewnątrz, wyglądał ponuro.
Energicznie szarpnąłem drewniane, pokryte popękaną farbą drzwi, jednocześnie przekręcając klucz. Należało tak zrobić, bo wiekowy zamek stawiał opór. Kiedy pchnąłem je do środka, wymacałem po lewej stronie włączniki. Zapaliłem światło w korytarzu oraz niewielką żarówkę na zewnątrz, oświetlającą wejście. Czuć było chłód i charakterystyczny zapach starych ścian przemieszany z wilgocią.
– Jutro napalimy w piecu. Trzeba trochę osuszyć tu powietrze – powiedziałem do psa, który z zaciekawieniem obwąchiwał wszystko, co napotkał na swej drodze.
Mijając schody prowadzące na piętro oraz pokoje znajdujące się po obu stronach korytarza, wszedłem do kuchni. Znajdował się tam stary piec kaflowy. Usiadłem przy stole i przypomniałem sobie czasy dzieciństwa, kiedy w domu panował ruch, a babcia gotowała na ogniu zupy i wodę na herbatę.
Wyobraziłem sobie małego siebie, siedzącego po drugiej stronie stołu, jedzącego mój ulubiony chleb z powidłami...
Chłód, wilgoć i pustka okrutnie przypominały o przemijaniu. Dom, który kiedyś tętnił życiem, był martwy, jakby pozbawiony serca.
Zamknąłem oczy i... Nagle przeraziłem się. Po moich plecach przebiegł dreszcz. Poczułem, jak moja twarz gwałtownie blednie. To nie był zwykły strach. To było uczucie, kiedy człowiek chce zawyć, wyskoczyć z samego siebie i natychmiast uciekać! Nieważne dokąd, byle dalej, byle teraz!
Wydawało mi się, że poczułem... dotyk czyjejś dłoni na moim ramieniu!
Otworzyłem oczy i wybiegłem z kuchni. Zapomniałem o tym, że w starym domu drzwi były dość niskie, więc uderzyłem czubkiem głowy o framugę. Nie zwróciłem jednak na to uwagi, chciałem po prostu znaleźć się na zewnątrz. Zdążyłem jeszcze z całej siły trzasnąć za sobą drzwiami.
Zdyszany zatrzymałem się przed wejściem do mojego domu. Pies, który przybiegł za mną, stał z opuszczonym ogonem i patrzył na mnie pytająco. Serce mi waliło jak oszalałe. Dopiero teraz poczułem intensywny ból głowy.
Zerknąłem w stronę starego domu. Nikogo tam nie było. Panowała cisza, nad drzwiami nadal paliła się lampka, która słabym światłem ledwie muskała podwórze.
Czy ja oszalałem? Musiało mi się wydawać, jednak mógłbym przysiąc, że coś poczułem! Ale nie mogło tam nikogo być, przecież pies by to zauważył.
Tego wieczoru nie miałem zamiaru tam wracać. Chciałem ochłonąć i na spokojnie przeanalizować, co się właściwie stało.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania