Brama - 1 - Przyjazd na wieś

Trzymając w dłoni kubek z gorącą kawą, wyszedłem na taras, zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech. Lekkie, wiejskie powietrze było cudowne. Trawę otulała jeszcze poranna mgła, która jakby nie chciała wybudzać jej ze snu.

I pomyśleć, że jeszcze wczoraj o tej porze przebijałem się przez centrum hałaśliwego miasta, by dotrzeć do swojego biura. Tutaj nawet kawa smakowała inaczej, jakby pełniej.

– Widzisz, piesku, mamy całe dwa tygodnie urlopu. W końcu będziesz mógł się porządnie wybiegać. Ale mamy też dużo pracy!

Dwuletni beauceron natychmiast spojrzał na mnie, energicznie demonstrując gotowość do wyruszenia w drogę.

Po dokończeniu kawy załadowałem na przyczepę piłę spalinową, siekierę i rękawice, po czym ruszyliśmy na niedaleką łąkę po drewno.

W końcu jestem z dala od tego cholernego biura, korków i wiecznych problemów z parkowaniem.

Kiedy jechałem starym, należącym jeszcze do mojego dziadka traktorem, zauważyłem coś, czego tu wcześniej nie było. Na wjeździe do sąsiedniej łąki ktoś postawił starą, kutą bramę.

Rzecz wyglądała o tyle dziwnie, że zupełnie nie pasowała do zarośniętej, podmokłej polany otoczonej drzewami. Była bogato zdobiona motywem liści, zwieńczona ozdobnym łukiem. Bez ogrodzenia, bez śladów drogi wjazdowej, bez sensu. Kojarzyła mi się z wjazdem do starego dworku. Co ciekawe, brama zamknięta była na kłódkę, co dodawało temu widokowi jeszcze więcej absurdu.

No cóż, domu tu właściciel na pewno nie zbuduje, ale przynajmniej będzie miał ładny wjazd.

Skręciłem, wjechałem w głąb własnej posesji i zatrzymałem się przy gęstym skupisku drzew. Gdy zgasiłem silnik, zapanowała kompletna cisza. Czuć jeszcze było lekki chłód sierpniowego poranka, ale zapowiadał się gorący, słoneczny dzień. Gęsta trawa była jeszcze wilgotna od rosy.

Stąpając po miękkiej ziemi, podszedłem do drzew.

Tak, to będzie idealne. Po ścięciu spadnie na trawę, a nie na konary albo na stronę sąsiada.

Kiedy zdejmowałem z przyczepy narzędzia, usłyszałem głośne, niosące się echem szczekanie.

– Uspokój się, Bruno! Chodź tutaj!

Pies wyraźnie patrzył w stronę sąsiedniej łąki. Znowu szczeknął.

– Co ci tam nie pasuje? Siedź tu i ani mi się waż ganiać za dziką zwierzyną! Jeszcze jakieś wilki cię dopadną!

Spojrzałem w tę samą stronę co pies, ale widać było tylko drzewa i gęste zarośla odgradzające moją polanę od sąsiedniej.

Jednak w ciszy usłyszałem miarowy szelest, jakby w oddali ktoś delikatnie stąpał po wysokiej trawie.

Podszedłem bliżej i wtedy dostrzegłem czyjąś sylwetkę, idącą wzdłuż łąki.

Była to młoda kobieta o ciemnych włosach sięgających ramion, ubrana w zwiewną, białą sukienkę na ramiączkach. Dół sukienki był mokry od rosy.

Szła powoli i uważnie patrzyła pod nogi, jakby czegoś szukała...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania