Brum Butterfly: Zapach Ognia . Rozdział 3: W drogę trzeba iść (część 2)
Nagle z rozmyślań wyrwało go dziwne zjawisko. Brum uniósł głowę i zmrużył oczy, próbując przedrzeć się wzrokiem przez falujące od upału powietrze. Kilkadziesiąt metrów przed nimi, na samym środku traktu, majaczył nienaturalny, ciemny kształt. Chłopak wyciągnął rękę, wskazując punkt na drodze.
– Max, patrz! – krzyknął.
– Max! Ktoś tam leży!
Brum nie czekał. Zerwał się do biegu, wzbijając butami chmury sypkiego piachu i pędząc prosto w stronę bezwładnego ciała. Starszy kowboj, widząc, jak dzieciak gna przed siebie w stronę potencjalnego zagrożenia, zaklął szpetnie pod nosem. Poprawił pas z mieczem i ruszył za nim, bacznie lustrując otoczenie.
Gdy Max dogonił chłopaka, ten stał już nieruchomo nad leżącym w pyle trupem. Ramiona Bruma drżały, a dłonie miał kurczowo zaciśnięte w pięści. Łowca głów zerknął w dół i od razu zrozumiał powód tego paraliżu – w wysuszonym piachu spoczywało zmasakrowane ciało Lodowego Szczura Mike'a.
Max zbliżył się o krok, zachowując czujność. Nie zważając na smród i palące słońce, uklęknął w kurzu i zaczął badać zwłoki dawnego renegata.
– Max, co ty robisz? Przecież on nie żyje – odezwał się w końcu Brum, a jego głos drżał. – Pewnie wykończył się po nocnej walce. Twój wiatr doszczętnie go połamał.
Starszy kowboj zignorował te słowa. Działał z chłodną precyzją łowcy głów. Chwycił szorstką rękawicą za zesztywniałą, lodowatą głowę martwego mordercy i obrócił ją na bok. Gdy piach osypał się z bladego karku, oczom wędrowców ukazał się makabryczny widok. Tuż u podstawy czaszki widniał idealnie okrągły, osmalony otwór.
Max wyprostował się powoli, a jego twarz stężała.
– Nie, Brum. To nie nasza sprawka – wycedził cicho były łowca głów, nie spuszczając oka z rany. – Ktoś mu bezlitośnie wpakował kulę w tył głowy.
Brum spojrzał na Maxa z głębokim zdziwieniem.
– Postrzelił go? – powtórzył z niedowierzaniem. – Ale po co? Przecież on i tak był już ledwo żywy.
Stary kowboj nie odpowiedział od razu. Wciąż stał nad zwłokami renegata, badając każdy detal otoczenia, aż w jego oczach błysnęło ponure zrozumienie. Spojrzał na pustą, zakrwawioną dłoń trupa, w której jeszcze w nocy spoczywała potęga mrozu.
– Zabito go dla artefaktu – stwierdził twardo Max, poprawiając pas z mieczem. – Lodowy Szczur, nawet z połamanym kręgosłupem, wciąż potrafił zabijać. Jedynym sposobem, żeby odebrać mu tę śnieżną kulę i samemu nie zamienić się w sopel lodu, było zajście go od tyłu.
Młody rewolwerowiec w lot pojął powagę sytuacji. Przypomniał sobie ostrzeżenie z saloonu – na tym szlaku ludzie zrobią każde świństwo, żeby położyć łapy na potężnej broni. Brum obrócił się i z wściekłością kopnął w rozgrzany piach. Zrobił to jednak tylko po to, by pod maską frustracji ukryć panikę. Wykorzystał ten ruch, by błyskawicznie zlustrować wzrokiem okoliczne wydmy i sprawdzić, czy snajper wciąż nie obserwuje ich przez lunetę.
Wokół panowała jednak martwa cisza. Na pustkowiu, spalonym słońcem, nie było widać żywej duszy. Zostali tylko oni dwaj, wisząca nad traktem duchota i stygnący w kurzu trup Mike'a.
– Nikogo nie widzę – odezwał się chłopak, wciąż rozglądając się wokół.
Max nie odpowiedział od razu. Stał bezruchu, wpatrując się w majaczące na horyzoncie szczyty. Na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Mruknął tylko pod nosem:
– Mmmm…
Brum zerknął na leżące w kurzu zwłoki Lodowego Szczura. Widok porzuconego trupa potężnego wojownika sprawiał, że pustynia wydała się jeszcze bardziej niebezpieczna.
– Co robimy? – zapytał cicho nastolatek.
– Idziemy dalej – zakomenderował w końcu Max. – Ale od teraz patrzysz pod nogi i pilnujesz tyłów. Rozumiesz?
Młody rewolwerowiec pokiwał głową. Dawna beztroska bezpowrotnie z niego wyparowała.
Max położył dłoń na rękojeści miecza i lekko, o zaledwie milimetr, wysunął ostrze z pochwy. Powietrze wokół nich natychmiast zasyczało od ciśnienia. Kurz i drobiny piachu uniosły się, tworząc wokół nich niewidzialną, gęstą barierę z wiatru, gotową sparować każdy niespodziewany strzał.
– Ruszamy – rzucił krótko starszy kowboj.
Nie oglądając się za siebie, osłonięci wirującym żywiołem, ruszyli twardym krokiem naprzód. Zostawili trupa Mike'a sępom.
Mężczyźni szli przed siebie przez puste, spalone słońcem pustkowie. Szli tak od wielu godzin, a droga z każdym krokiem wydawała się coraz dłuższa. Żar lał się z nieba, wysuszał gardła i odbierał siły.
W końcu chłopak odpuścił. Zatrzymał się, oparł dłonie o kolana i zaczął łapczywie łapać powietrze.
– Max... daleko jeszcze? – mruknął wykończony. – Zaraz mi nogi wejdą do dupy..
Stary kowboj też stanął. Jego buty zapadły się w rozgrzanym pyle, a wokół nóg wciąż kręcił się ochronny powiew wiatru.
– Ta droga nie ma końca – narzekał Brum, wycierając rękawem pot z oczu. – Idziemy i idziemy, a te góry nawet nie drgnęły. Jakbyśmy dreptali w miejscu.
Max zignorował narzekania. Uniósł głowę i spojrzał przed siebie.
– Brum... Spójrz w górę. Co widzisz?
Chłopak prychnął, ale posłusznie zadarł głowę, przesuwając kapelusz na kark.
– No patrzę... I co niby ma tam być?
– Przyjrzyj się – powtórzył Max, nie spuszczając oka z nieba.
Nastolatek stał z zadartą głową, wpatrując się w błękitną przestrzeń. Minuty mijały w ciszy, przerywanej tylko szumem wietrznej tarczy. W końcu twarz Bruma stężała. Źrenice mu się rozszerzyły, a serce mocniej uderzyło w piersi.
– Słońce... – szepnął, a w jego głosie strach momentalnie zastąpił zmęczenie. – Ono w ogóle się nie przesuwa.
Max uśmiechnął się pod wąsem, choć był to ponury uśmiech.
– Dokładnie, mały. Idziemy od tylu godzin, że słońce powinno już zachodzić. A ta cholerna tarcza nad nami nawet nie drgnęła.
Brum gapił się w niebo z otwartymi ustami. Czuł, jak po plecach – mimo potwornego skwaru – spływa mu lodowaty pot.
– Jak to możliwe, Max? – zawołał, a cała jego gówniarzerska pewność siebie gdzieś wyparowała. – Słońce nie może tak po prostu stanąć w miejscu. To bez sensu!
Starszy kowboj stał nieruchomo, zaparty butami w sypkim piachu. Milczał, wpatrując się w ostre szczyty przed nimi. Wyglądał, jakby sam próbował ułożyć w głowie te klocki.
– Nie wiem – odpowiedział w końcu. – Pierwszy raz widzę coś takiego.
Brumowi zabiło mocniej serce. Jeśli legendarny łowca głów nie miał pojęcia, z czym mają do czynienia, to sytuacja była naprawdę marna.
– Na początku myślałem, że kręcimy się w kółko – kontynuował były kat renegatów, a wokół jego nóg wciąż szumiała bariera wiatru. – Obwiniałem pustynię, omamy od upału. Ale w końcu spojrzałem w górę. My wcale nie błądzimy, Brum. To nie przestrzeń płata nam figle. Ten przeklęty czas po prostu stanął.
– Max... Co my teraz zrobimy? – w głosie chłopaka narastała panika.
Starszy kowboj milczał, drapiąc się po zaroście i badając wzrokiem nieruchome słońce. Wyglądał przy tym tak spokojnie, jakby w jego głowie właśnie rodził się genialny plan na oszukanie przeznaczenia. Brum patrzył na mentora z nagłą nadzieją, czekając na rewolwerową strategię. Na jego zmęczoną twarz wrócił nawet lekki uśmiech.
– Jaki masz plan, wspólniku? – zawołał, klepiąc dłonią kolbę rewolweru.
Max przeniósł na niego niewzruszone spojrzenie spod kapelusza, westchnął ciężko i rzekł z absolutnym spokojem:
– Zarządzam przerwę.
**[Od autora:** Wielkie dzięki za poświęcony czas! Cały maszynopis *„Brum Butterfly: Zapach Ognia”* jest już zamknięty i wysłany do weryfikacji w wydawnictwach fantastyki. Trzymajcie kciuki, a w międzyczasie czytajcie kolejne rozdziały. Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie po sobie ślad w postaci opinii lub oceny!**]**
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania