Poprzednie częściCień Areny - AKT I, rozdział 1.

Cień Areny - AKT I, rozdział 5.

Rozdział 5

 

Pociąg ruszył powoli ze stacji, szarpnął raz, drugi, a potem potoczył się równym rytmem na wschód. Michał siedział przy oknie, skulony w polarze, z plecakiem pod nogami. Myślami był gdzieś daleko. Świat za szybą przesuwał się nieśpiesznie: najpierw znajome przedmieścia, potem coraz rzadsze domostwa, pola, wioski, lasy. Na łąkach pasły się krowy, ludzie pracowali na polach, dzieci beztrosko biegały po ulicach. Jakby wszystko było po staremu. Jakby nic się nie działo.

A jednak działo się. Na każdej większej stacji widać było obecność wojska — patrole, kontrole, plakaty o obowiązku mobilizacji i biało-czerwone flagi. Ktoś z konduktorów powiedział, że w Rzeszowie stacjonują już jednostki sojusznicze, a niebo codziennie przecinają transportowce i myśliwce.

W przedziale siedziało pięć osób. Dwóch chłopaków w jego wieku, którzy rozmawiali półgłosem o tym, czy dadzą radę przejść podstawowe szkolenie. Obok Michała starszy mężczyzna w skórzanej kurtce drzemał z głową opartą o szybę, a przy drzwiach siedziała kobieta z dzieckiem — nerwowo przeglądała telefon, co rusz wzdychając przy kolejnych nagłówkach.

— Rosjanie gromadzą wojska pancerne wzdłuż wschodniej granicy Rzeczpospolitej z Ukrainą. — mruknęła, nie do końca wiadomo, czy do siebie, czy do wszystkich. — Podobno tysiące sztuk sprzętu i setki tysięcy żołnierzy.

Michał nie zareagował. Spojrzał przez okno na lasy, które przesuwały się w rytmie stukotu kół. Przypomniał sobie, jak jeszcze rok temu chodził po podobnych, tylko bliżej domu. Tamten spokój wydawał się teraz naiwnym snem.

„Sprytny jestem. Dam sobie radę” — pomyślał. — „Inni się boją, ja myślę. Przewiduję. Jak dziadek.”

I znów przypomniał sobie tamte wieczory w garażu dziadka. Zapach starego smaru, błysk chromowanej lampy, szorstki ton Romana: „Zanim coś zrobisz, pomyśl, do czego ci to potrzebne. Nie działaj odruchowo jak zwierz, Michał.”

Tam uczył się wytrwałości. Zamykania emocji. Skupienia. Teraz miał to wszystko przełożyć na zupełnie inny świat.

Dwóch chłopaków z przedziału ponownie zaczęło rozmawiać. Tym razem o możliwych punktach zbornych.

— Mówili, że Zamość albo Puławy, zależy skąd kto jedzie.

— A ty dokąd?

— Warszawa. Stamtąd ponoć kierują dalej.

Michał nie wtrącał się, ale słuchał uważnie. Coraz więcej mówiło się o grupach rozdzielanych do obrony miast, a jeszcze więcej — o tych, którzy trafiają do "specjalnych formacji rozpoznawczych". Nikt nie wiedział, co to oznacza, ale podobno nie miały nic wspólnego z rozpoznaniem. Plotki były różne.

Znowu utkwił wzrok w krajobrazie za oknem, ale nie widział już pól, drzew ani mijanych wiosek. Widział siebie — starszego o kilka miesięcy, może o rok. W mundurze, z odznaczeniem na piersi. Wracającego do domu.

W jego wyobraźni czekała na niego matka, już nie z wyrzutem w oczach, ale z czymś, co przypominało dumę. Sąsiedzi ściskali mu dłoń. Koledzy słuchali w skupieniu, gdy opowiadał, co przeżył — może przy ognisku, może na szkolnym zjeździe, może po prostu w parku, na ławce, wśród znajomych.

Nie był w tym dzieckiem. Wiedział, że wojna to nie przygoda. Ale głęboko w środku tliła się ta jedna potrzeba — poczucia, że coś znaczy. Że kiedy wróci, będzie kimś więcej niż „tym drugim synem”, „tym cichym z klasy”, „tym, który dobrze się uczył, ale...”. Będzie Michałem Radeckim, człowiekiem, który coś zrobił. Który przeszedł przez ogień.

Wiedział, że nie chce po prostu przeżyć wojny. Chce z niej wrócić jako ktoś. Albo nie wrócić wcale.

„Może mi się uda trafić do logistyki. Albo jako zwiadowca. Coś, co nie wymaga czołgania się przez błoto z karabinem w zębach” — pomyślał Michał z lekkim, sarkastycznym uśmiechem.

A może, gdzieś podświadomie, właśnie tego potrzebował — błota, walki, niebezpieczeństwa, które wreszcie nadadzą jego życiu formę ostrą jak nóż. Bez domysłów. Bez pytań.

Zamknął oczy. Obraz Sandry wrócił z całą mocą. Jej oczy błyszczące w świetle ogniska. Jej głos: „Jeśli coś cię przeraża, to właśnie tam musisz pójść.”

Zarówno ona jak i jego koledzy wybrali rolę sanitariuszy, ewentualnie logistykę — bezpieczniejsze drogi. I dobrze, ktoś musi to robić. Ale nie on. On chciał być blisko frontu. Gdzie ważą się losy ludzi, gdzie każda decyzja ma sens lub cenę. Szukał czegoś więcej — próby. Testu. Szukał pola, na którym wreszcie zamilkną wszystkie pytania. Gdzie przestanie czuć się dodatkiem do nieobecnych.

Pociąg przemknął przez most nad rzeką. W oddali majaczyły wieże miasteczka, a na drogach widać było jadące samochody. Kraj żył, ale jakby szeptem. Przed burzą.

Drzwi przedziału otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Do środka wszedł chłopak w granatowej kurtce, z plecakiem wojskowym przewieszonym przez ramię. Krótkie, jasne włosy, żywe spojrzenie. Rozejrzał się szybko i kiedy zobaczył wolne miejsce naprzeciwko Michała, uśmiechnął się lekko i usiadł bez pytania.

— Też na wschód? — zapytał, zerkając przez okno.

— Do Warszawy — odpowiedział Michał. — Do obrony.

Chłopak skinął głową z wyraźnym zadowoleniem.

— Ja też. Do jednostki na Skierskiego. Igor jestem. Igor Kamiński.

— Michał. Radecki.

Uścisnęli sobie dłonie. Michał poczuł od razu, że ten chłopak jest zupełnie inny niż większość, których znał. Otwarty, trochę gadatliwy, ale nie nachalny. W jego tonie było coś znajomego — może to to samo napięcie, które Michał próbował maskować skupieniem.

— To twój pierwszy wyjazd? — zapytał Igor, jakby rozmawiali o letnim obozie.

— No... tak. A twój?

— Mój też. Ale mój brat już jest w straży granicznej. Na wschodniej granicy. Mówi, że tam się zacznie jako pierwsze, więc lepiej być gotowym.

— Chcesz do niego dołączyć?

— Raczej mu dorównać. Zawsze był przede mną we wszystkim. Szkoła, sport, dziewczyny, no i teraz wojsko. Trochę mnie wkurza, ale... no wiesz. — Igor zaśmiał się krótko, jakby rozładowując napięcie. — Ale serio, mam dość siedzenia bezczynnie. Chcę mieć wpływ na coś. Na cokolwiek.

Michał kiwnął głową. Rozumiał to aż za dobrze.

— A ty? — zapytał Igor. — Co cię ciągnie?

Michał zawahał się przez ułamek sekundy.

— Chcę... udowodnić sobie, że potrafię.

Igor nie dopytywał. Spojrzał tylko z uznaniem i uśmiechnął się ponownie.

— Słuchaj, może będziemy się trzymać razem? W tych warunkach będzie nam raźniej.

Michał nie planował szukać towarzystwa, ale propozycja Igora wydawała się sensowna. W chaosie mobilizacji warto było mieć choć jednego kompana ze sobą.

— Jasne, spoko. — odparł krótko

Reszta podróży upłynęła im na wymianie uwag o wojsku, porównywaniu informacji o poborze i o tym, co słyszeli z wiadomości. Igor opowiadał o bracie, o tym, jak był na szkoleniu z karabinem już w wieku siedemnastu lat. Michał słuchał uważnie. Było w Igorze coś z chłopaka, który nigdy nie wątpił w swoje miejsce. Taki ktoś mógł się przydać.

Gdy pociąg wjeżdżał w przemysłowe przedmieścia stolicy, obaj zaczęli się przygotowywać. Michał poprawił pasek plecaka i spojrzał przez okno. Szare hale, ciężarówki, plakaty z hasłami mobilizacyjnymi i flagi na masztach. Ostatni przystanek przed zupełnie nowym życiem.

Wysiedli razem. Na peronie kłębił się już tłum młodych mężczyzn, niektórzy z rodzicami, inni w grupach. Michał i Igor nie oglądali się za siebie. Ruszyli w stronę autobusu z numerem jednostki: 3964. To tam mieli się zgłaszać ochotnicy.

W autobusie panował nieprzyjemny ścisk. Mimo tego wszyscy jechali w ciszy i skupieniu. Wkrótce oczom Michał ukazała się brama wjazdowa do jednostki. Próg jednostki był jak granica między dawnym a przyszłym sobą. Od tego momentu nie było odwrotu.

Panował tam chłodny porządek. Michał i Igor zostali skierowani do baraku numer pięć — długi, blaszany budynek przypominający bardziej hangar niż miejsce do życia. W środku czekały piętrowe prycze ustawione w równych rzędach, wojskowe szafki i skrzynie. Wszędzie pachniało kurzem, metalem i detergentem. Część rekrutów już się rozpakowywała — nikt nie rozmawiał głośno, jakby wszyscy próbowali zrozumieć, gdzie tak naprawdę trafili.

Michał rzucił plecak na dolne łóżko przy ścianie. Jeszcze wczoraj siedział przy biurku w swoim domu, dziś — między pryczami, wśród nieznajomych. Z boku dostrzegł jeszcze kilku chłopaków w jego wieku — może starszych o rok, może dwa. Twarze napięte, spojrzenia czujne. Igor szybko się zadomowił, rzucając suchy żart o tym, że „przynajmniej łóżko się nie rusza, jak się śpi”.

Kwadrans później przez głośnik zawieszony pod sufitem rozległ się szorstki głos:

— Uwaga, rekruci. Zbiórka na placu głównym za trzydzieści minut. Obowiązkowy udział. Strój codzienny. Sprawdzanie obecności i meldunek dowództwa. Powtarzam...

W baraku zapanował nagły ruch. Wszyscy zaczęli wkładać identyczne, ciemne bluzy z naszywką jednostki. Igor przyczepił sobie znaczek z orzełkiem do lewej piersi, poprawiając go z namaszczeniem. Michał też przygotował się szybko. Na zewnątrz powoli robiło się chłodno — słońce zachodziło za hangarami i szczytami drzew rosnących przy ogrodzeniu.

Na placu zbiórki zebrali się równo w rzędach. Ponad setka młodych twarzy, większość spięta, niepewna, część wręcz przestraszona. Michał stanął obok Igora w czwartym rzędzie. Czuł bijące od wszystkich napięcie.

W ciszy rozległ się głos trąbki. Z budynku dowództwa wyszedł pułkownik — potężna sylwetka w ciemnej furażerce, krok równy i energiczny. Mężczyzna miał może pięćdziesiąt lat, krótko przystrzyżone siwe włosy i surowe spojrzenie. Stanął przed zebranymi, poprawił kołnierz i spojrzał przed siebie z taką intensywnością, jakby chciał zajrzeć każdemu z osobna do głowy.

— Jestem pułkownik Marek Bartkowiak. Od dzisiaj odpowiadam za wasze szkolenie. — Jego głos był głęboki, chropawy, roznosił się dobrze w chłodnym wieczornym powietrzu. — Nie interesuje mnie, kim byliście tydzień temu. Kim jesteście dzisiaj. Od tej chwili każdy z was jest żołnierzem. Albo staniecie się częścią tej armii — albo zostaniecie przez nią odrzuceni.

Michał poczuł, jak napina się każdy mięsień w jego ciele.

— Czeka was wysiłek większy, niż możecie sobie wyobrazić. Pot, krew, siniaki i ból to dopiero początek. Ale jeśli przetrwacie — zyskacie coś, czego nikt wam nie odbierze: godność. Honor. I szansę, by stanąć do walki nie jako chłopcy, lecz jako mężczyźni.

Pułkownik zrobił pauzę.

— Wojna nie pyta o wasz wiek. Ona nie zawaha się was zabić. Ale jeśli nauczycie się walczyć razem — będziecie mieć szansę. A czasem to wszystko, czego potrzeba.

Milczenie, które zapadło, było pełne napięcia. Michał poczuł dreszcz. Nie wiedział, czy to strach, czy podekscytowanie. Może jedno i drugie.

— To wszystko na dziś. Jutro o szóstej rano pierwsza odprawa. Nie spóźnić się. Rozejść się.

Rozkaz padł szybko i jednoznacznie. Szereg rekrutów zaczął się rozpraszać, ale Michał przez chwilę jeszcze stał w miejscu. Obok niego Igor również wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał pułkownik.

— Myślisz, że to tylko gadka, czy serio? — rzucił Igor półgłosem.

— Myślę, że to będzie najcięższy tydzień w naszym życiu — odparł Michał.

Następne częściCień Areny - AKT I, rozdział 6.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania