Cień Areny - AKT I, rozdział 6.
Rozdział 6
Pobudka codziennie o 5:30. Pobudka to mało powiedziane — sygnał syreny nie pozostawiał złudzeń, że dzień już się zaczął. W baraku natychmiast zapalało się zimne, jarzeniowe światło. Dwie minuty na ogarnięcie się. Dziesięć minut na toaletę. Kwadrans później rekruci stali już równo ustawieni na placu apelowym.
Szkolenie było brutalnie skondensowane. Siedem dni — tyle czasu dawało dowództwo, by z cywilnych chłopaków zrobić ludzi zdolnych przetrwać na froncie.
Pierwszego dnia wydano im mundury. Twarde, nowe jeszcze pachnące magazynem. Michał otrzymał dwie pary spodni, kurtkę z naszywkami wojskowymi, bieliznę termiczną, pas, płócienny worek z podstawowym ekwipunkiem oraz ciężkie buty marszowe, które od razu obtarły mu pięty.
— Przypominają buty po dziadku — mruknął Igor, krzywiąc się z bólu. — Tyle że mniej wygodne.
Zaraz potem rozdzielono broń. Każdy otrzymał podstawowe szkolenie z karabinem automatycznym — rozkładanie, składanie, czyszczenie, podstawowe manewry.
— Broń nie jest po to, żeby wyglądała — mówił instruktor, niski sierżant z głosem jak piła do metalu. — Broń jest po to, żeby przeżyć. I żeby wróg nie przeżył.
Kolejne dni nie różniły się od siebie zbytnio, zlewały się w szarą, ciężką rutynę. Marsze z obciążeniem, ćwiczenia taktyczne, reakcje na ogień snajpera, symulacje ewakuacji rannego, opatrywanie ran, zasady maskowania. Na wykładzie z przetrwania usłyszeli, jak unikać patrolu, co jeść w lesie, jak zbudować schronienie i jak improwizować filtr do wody.
Najbardziej zapamiętali jednak jedno zdanie instruktora:
— Jeżeli traficie do niewoli, nie jesteście już ludźmi. Jesteście materiałem do przesłuchania. Waszym zadaniem jest żyć — i czekać na moment, kiedy będziecie mogli uciec. Albo umrzeć tak, żeby nie powiedzieć za dużo.
Igor spojrzał wtedy na Michała z niepokojem.
— Wiesz,… jak na korpus pomocniczy, to coś tu jest za dużo wojska w wojsku. Za dużo musztry, za dużo karabinów, za dużo ciszy wieczorami. Jakbyśmy się jednak mieli bić.
Michał, poprawiając pas spojrzał gdzieś w bok, jakby rozważał słowa.
— Bo może nie chodzi o to, gdzie cię przydzielą. Tylko czy się utrzymasz, jak wszystko się posypie.
Zawiesił głos, a potem dodał:
— Lepiej umieć więcej i nie potrzebować… niż potrzebować i nie umieć.
Wieczorami — a raczej późnymi nocami — mieli po pół godziny dla siebie. Niewiele. Część padała od razu na łóżko, inni jeszcze siedzieli po cichu w kącie baraku. Michał z Igorem czasem wymieniali półsłówka, czasem milczeli razem. Obaj czuli, że coś się zmienia. Nie tylko w ich ciałach — coraz bardziej obolałych i zmęczonych — ale też w głowach. W sposobie patrzenia. W rytmie oddechu.
Po całym ośrodku rozbrzmiewały raporty z frontu. Głośniki podawały komunikaty: zajęcie całego terytorium Ukrainy przez Rosjan, prowokacje na granicy, formowanie nowych jednostek na Białorusi. Dowódcy nie ukrywali, że lada moment zostaną przerzuceni w pobliże pierwszej linii. Mieli nadzieję, że jeszcze dostaną czas, by „dokończyć szkolenie”. Ale coraz mniej w to wierzyli.
Jednego wieczoru Michał spojrzał w okno baraku. W oddali majaczyły światła głównej drogi — tamtędy jechały kolumny wojskowe. Ciężarówki, czołgi, transportery. Zdał sobie sprawę, że za kilka dni to on będzie w jednej z nich.
Pod koniec tygodnia tempo szkolenia jeszcze przyspieszyło. Oficerowie przestali się łudzić, że dostaną więcej czasu. Każdy dzień mógł być ostatnim przed wyjazdem.
W baraku głośnik nad drzwiami, wcześniej używany głównie do meldunków i zbiórek, teraz co kilka godzin emitował specjalne komunikaty. Komendy wojskowe. Przerwane przemówienia. Nagrania z kanałów informacyjnych.
„Rosyjskie siły pod dowództwem generała Kutuzowa zbierają się coraz liczniej wzdłuż wschodniej granicy. Sytuacja staje się niepokojąca.”
„Władze apelują o spokój i współpracę obywateli z formacjami porządkowymi. Ewakuacja ludności cywilnej z niektórych powiatów już się rozpoczęła.”
„Sztab Generalny ogłasza najwyższy stan gotowości bojowej dla jednostek rezerwy.”
„NATO rozpoczęło przerzut sił wsparcia na terytorium Polski. Część kontyngentu amerykańskiego wylądowała dziś na lotnisku w Powidzu…”
Michał słuchał tego wszystkiego z pozornym spokojem, ale w środku czuł, jak zaciska mu się żołądek. Z każdym dniem coraz wyraźniej czuł, że nie chodzi już o jakieś abstrakcyjne „przygotowania”. To się działo. Naprawdę.
Mimo tego z każdym dniem intensywnego szkolenia Radecki coraz bardziej przyciągał uwagę przełożonych. Wyróżniał się nie tylko sprawnością i zaangażowaniem, ale też rzeczowym podejściem i chłodną głową. Nie pchał się do pierwszego szeregu, ale zawsze robił, co trzeba — solidnie i bez marudzenia. W koszarach mówiono już: „Radecki? Dobry chłopak. Można na niego liczyć.”
Podczas jednych z zajęć praktycznych, kiedy część grupy bezradnie rozkładała ręce przy uszkodzonym quadzie transportowym, Michał bez większego wysiłku zidentyfikował problem i naprawił go z użyciem kilku najprostszych narzędzi. Technik nadzorujący ćwiczenia tylko uniósł brwi, po czym zapisał coś w notatniku.
— Skąd ty to umiesz, chłopcze? — zapytał.
— Dziadek uczył — odpowiedział krótko Radecki. — Lubił starą mechanikę. I las. I przygotowanie na wszystko.
W ostatni wieczór przed końcem szkolenia Igor zsunął się na ziemię przy łóżku Michała z wojskową manierką w ręce i powiedział szeptem:
— Michał… Ty czujesz to samo, co ja?
— Że zaraz się zacznie?
— Że to wszystko się dzieje… za szybko.
Michał nie odpowiedział od razu. Spojrzał na swój plecak — spakowany, gotowy. Uświadomił sobie, że nie myśli już w kategoriach szkoły, przeszłości, rodziny. Myśli w kilometrach, kierunkach, komendach. W odruchach.
— Tak — odparł cicho. — Ale nie cofnę się.
Igor skinął głową. Obaj wiedzieli, że jutro może zniknąć ostatni cień normalności.
W ostatni dzień szkolenia, zaraz po popołudniowej zbiórce, nadszedł oficjalny komunikat: przydziały. Chłopcy stali ramię w ramię na placu, słońce było jeszcze wysoko, ale wszyscy czuli napięcie w powietrzu.
Igor i Michał zostali wyczytani razem. Kompania techniczna.
— Radecki, Michał – sekcja wsparcia polowego, zaopatrzenie, sprzęt, serwis, komunikacja awaryjna. Kamiński, Igor – to samo. W razie braków – bezpośrednie wsparcie bojowe. W razie braku łączności – kurierzy. Jasne?
— Tak jest! — odpowiedzieli równo.
Stali chwilę w milczeniu, zanim się rozeszli. Michał poczuł, że coś się właśnie zaczęło. Coś większego od niego.
— No to razem, Radi — powiedział Igor z lekkim uśmiechem. — Kurde… Jeszcze nie wiem, czy się cieszyć.
Michał nie odpowiedział.
Patrzył w niebo, jakby próbował znaleźć tam jakąś odpowiedź.
Ale odpowiedź miała dopiero nadejść. Na froncie.
Komentarze (1)
Żadne szkolenie siedmiodniowe moim zdaniem nie zrobi z cywila żołnierza. Wszyscy zgodnie przyznają, że musi to być co najmniej rok, dwa. Na przykładzie policji. Ze względu na braki kadrowe skrócono czas szkolenia nowo przyjmowanych policjantów do kilku miesięcy i rzeczywistość pokazuje, jakiej jakości są ci policjanci.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania