Córka mroku 5
https://www.opowi.pl/era-zimnych-ludzi-a110122/
Tekst powyżej skieruje zainteresowanych do tekstu-genezy dla “Córka mroku”
Rozdział 5 : Buuuhigool aito!
Wampiry zbliżały się szybko. Chociaż biała pustynia wydawała się pusta, Eion czuł ich obecność jak cierpki metaliczny posmak na języku. Oddział liczył około dwudziestu jeźdźców, pędzących przez śniegi z nieludzką pewnością siebie.
– Ukryj się! – syknął Eion, rzucając się do ogniska. Jednym gwałtownym ruchem stopy rozrzucał żar, dusząc ostatnie płomienie śniegiem i piachem.
– Co ty robisz?! Coś ci dolega?! – wrzasnęła Eldiole, patrząc z przerażeniem na dymiące zgliszcza ich jedynego źródła ciepła. – Zgłupiałeś! Wiesz, jak ciężko było go rozniecić?!
Eion nie odpowiedział. Wyprostował się, zamknął oczy i wyciągnął drżące dłonie w stronę wylotu jaskini.
– Buuuhiigool aito... – wyszeptał, napinając każdy mięsień.
Cisza. Tylko konie w głębi parsknęły nerwowo. Eion zacisnął zęby, a jego twarz zaczęła oblewać się purpurowym rumieńcem. Wyglądał, jakby próbował podnieść niewidzialny głaz.
– Buuuhigool aito! – wycharczał z wysiłkiem, wkładając w te słowa całą frustrację i strach.
– Ty naprawdę uważasz się za czarodzieja?! – Eldiole prychnęła, zakładając ręce na piersi. – Wyglądasz, jakbyś miał pęknąć!
– Wyczuwam tam pierwotną nienawiść... czystą i wściekłą żądzę krwi... – wykrztusił chłopak, nie otwierając oczu.
– Czyś ty zgłupiał! To nasza jedyna szansa! Czterolicy zsyła nam wybawienie, a ty chcesz się chować?! – Królewna postąpiła krok w stronę światła dziennego. – Cheeeej tam! Cheee...
– BUUUHIGOOL AITO! – Ryk Eiona zgrał się z nagłym, potężnym tąpnięciem.
Magia w końcu zareagowała, ale nie tak, jak planował uczeń Bunholda. Zamiast iluzorycznej zasłony, strop jaskini zadrżał, a potężne lodowe sople i skalne odłamki runęły w dół. Wejście zostało całkowicie zasypane, odcinając ich od świata i słońca. W grocie zapadła absolutna, grobowa ciemność.
Rozległy się jęki Eldiole, skomlenie Bulfira i przerażony kwik koni uwięzionych w matni.
– Coś narobił, głupcze! – Głos Eldiole dobiegał gdzieś z poziomu podłogi. Słyszał, jak jej dłonie błądzą po zimnej skale. – Teraz to już na pewno po nas!
W pewnym momencie Eion poczuł w mroku jej ciepłe ciało. Zanim zdołała zareagować, sięgnął do jej boku i wyszarpnął sztylet z pochwy. W tym samym ułamku sekundy jaskinię zalało krwisto-bordowe, pulsujące światło. Ostrze jarzyło się nienaturalnym blaskiem, rzucając długie, upiorne cienie na ściany.
– Widzisz?! Sztylet działa! – Eion uniósł broń, a jego wytrzeszczone oczy spotkały się z równie przerażonym wzrokiem Eldiole.
– Mam nadzieję, że cię nie usłyszeli – dodał cicho. – Bo jeśli nas znajdą wampiry w takim stanie, zginiemy na miejscu.
– To mnie pocieszyłeś! A niby jak mamy przeżyć zasypani w tej jaskini?!
Przez dłuższą chwilę nasłuchiwali. Zza skalnego zawału dobiegał przytłumiony tentent koni – oddział zgłodniałych wampirów przejechał tuż obok, nieświadomy, że pod ich kopytami drży ziemia w ukrytej przed nimi jaskini. Wraz z oddalaniem się jeźdźców, blask sztyletu zaczął przygasać, aż w końcu ponownie pogrążyli się w mroku.
Eldiole, klnąc pod nosem, próbowała wykrzesać ogień tradycyjną metodą, ale jej palce były zbyt zmarznięte. Eion chciał pomóc. Próbował posłać magiczny promień w stronę paleniska, ale iskra odbiła się rykoszetem od kryształu lodu, niemal pozbawiając Eldiole ucha i powodując obsunięcie się kolejnych głazów.
– Przestań, bo nas zabijesz! – wydarła się w końcu, odpychając go.
Wtedy w grocie rozległ się nowy głos. Chrapliwy, słaby, ale niosący dziwny spokój.
– Spróbuj tego...
Pomiędzy saniami a ogniskiem poruszył się cień. Gjorn ocknął się i, choć wciąż blady jak śmierć, wyciągnął w ich stronę mały, skórzany woreczek. Ogar natychmiast położył pysk na jego kolanie, merdając krótko ogonem.
– To pył z ognistych mchów... – wycharczał Vilkund. – Rzuć to na węgle. Wystarczy jedna iskra.
Eldiole zamarła. Patrzyła na woreczek z mieszaniną obrzydzenia i nadziei. Jej duma mówiła: „Nie bierz nic od mordercy”, ale zimno wgryzało się w jej kości bez litości. Gwałtownie wyrwała mu zawartość i wysypała pył na dymiące resztki ogniska.
Wystarczyło jedno uderzenie krzesiwa. Pył nie wybuchł, lecz gwałtownie zapłonął zielonkawym płomieniem, który po chwili zmienił się w stabilne, gorące ognisko, rozpalając na powrót zamarznięte polana.
Eldiole usiadła przy ogniu, nie dziękując. Spojrzała na Gjorda, który znów przymknął oczy.
– Jesteśmy uwięzieni z magiem-niezdarą i rannym wrogiem – mruknęła, ogrzewając dłonie. – Jeśli to jest to „spotkanie ognia i wody”, to proroctwo ma bardzo marne poczucie humoru.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania