Poprzednie częściCzłowiek — Scrutella [1]

Człowiek — Scrutella 2,5 (pomiędzy 2. a 3.)

Loso klął, wychodząc po składanym trapie wprost na płytę pokrytego ołowianą blachą dachu. Lotniak odleciał kawałek dalej, by przez specjalistyczny otwór w dachu spuścić ładunek — zwłoki odnalezionego w szczelinie człowieka — prosto w trzewia instytutu medycznego. Półelfi kapitan sam zaproponował tę placówkę, by mieszany zespół śledczych mógł przeprowadził jak najdokładniejszą analizę wszystkich okoliczności powstania problemu, z jakim musieli się teraz mierzyć. Krasnolud wzruszył ramionami, ostatecznie to, kto będzie badał trupa, nie miało żadnego znaczenia. Zdecydowanie bardziej obawiał się tego, co to wszystko jeszcze może przynieść.

Ricosea zawołał go do drzwi, prowadzących na pomalowaną na szaro klatkę schodową, skąd rozchodziły się liczne korytarze, niczym w mrowisku. Poprowadził go w prawo i w dół, w dół i w dół, więc Scrutella szedł posłusznie, zachodząc w głowę dlaczego nie mogli wysadzić go na ziemi, skoro bez wątpienia zbliżają się do poziomu gruntu; ale uznał, że pewnie mieli na to jakieś swoje powody. Ostatecznie po kilku poziomach krętych korytarzy bez żywej duszy klatka schodowa skończyła się, półelf otworzył wyglądające na losowo wybrane odrapane drzwi i gestem ręki pokazał krasnoludowi, by wszedł pierwszy.

Krasnolud zamrugał, przyzwyczajając oczy do zmiany natężenia światła. Znajdowali się w jasno oświetlonym, szerokim przedsionku, jednak to nie światło stanowiło w nim największy problem. W mig uderzył go, nie po raz pierwszy, nie ostatni zapewne, zapach kilkudniowej śmierci. Zakręciło go w nosie od tak dobrze przecież znanych treści jelit, jełczejącej krwi, zgnilizny, alkoholu we wszystkich możliwych formach i stadiach przetrawienia oraz środków konserwujących zwłoki. Oraz, oczywiście, anyżu i eukaliptusa, które potęgowały mieszaninę smrodów tworząc —zapewne specjalnie— trudny do wytrzymania, wiszący w powietrzu zapach morgi.

— Jesteśmy na miejscu — rzekł półelf, otwierając kolejne drzwi.

Loso od razu rzucił się w oczy siedzący przy biurku w kamiennej wnęce nieco z tyłu, zawinięty w bawełnianą biel od stóp do głów, że tylko oczy było widać. Mężczyzna kiwnął im głową i wrócił do swoich zajęć, czyli do patrzenia na coś przez lupę i robienia notatek. Obok, na metalowym wózku, leżał spięty pasami trup z wbitą w czaszkę bronią kombinowaną skomplikowaną do tego stopnia, że i z niej zwisało odjęte przedramię. Krasnolud uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Z drugiej strony pomieszczenia, prawdopodobnie zajmującego całe piętro, wjeżdżał właśnie wózek z zawiniętym w czarną płachtę martwym mężczyzną, pchany przez największego półelfa jakiego Loso w życiu widział. Siwiejący pasmowo na brodzie krasnolud w okularach przejechał obok na butach z kółkami i pomachał im przyjaźnie.

— Byłeś tu wcześniej, nie? — zagadał Ricosea, szukając wzrokiem składanej drabiny, których używały krasnoludy, by móc widzieć co się dzieje przy stole. Drugi półelf, ten który pchał wózek, chrząknął i wskazał palcem — opartą o ścianę przy rysunku krasnoluda w przekroju, któremu ktoś grubym czarnym pisakiem dorysował ciemne okulary i potężnego penisa. Policjant parsknął, wskazał palcem na Loso i na rysunek, więc Loso przybrał skromny wyraz twarzy i uśmiechnął się tylko nieco obleśnie. Obaj przyjaciele roześmiali się cicho, ale trzask rozpinanych pasów i szum zwijanej przez potężnego półelfa płachty sprowadził ich obu na ziemię.

— Co my tu mamy? — rzekł krasnolud w butach na kółkach, patrząc zza szkieł grubych niczym denka słoików. — Weź no, wysuń wspomagacz. Pan policjant gwizdnął mi drabinkoschody.

Potężny półelf bez słowa szarpnął za jakąś dźwignię, ustawił wózek w szynach na ziemi i nadepnął coś z siłą, która bez wątpienia zgniotłaby czaszkę na miazgę. Z podłogi po obu stronach zaczęły wysuwać się metalowe konstrukcje skręcone z rurek, na jedną z nich siwy krasnolud wspiął się zręcznie i pozwolił, by uniosła go na pożądaną wysokość, a potem poprosił o zatrzymanie. Wielkolud po prostu zdjął stopę z przycisku i z cichym trzaskiem metal zatrzymał się. Loso stał na swojej drabince z miną, jakby wszyscy wokół wylosowali złotą sztabkę, a on dostał lizaka na pocieszenie. Ricosea zauważył to i uśmiechnął się z zębami, ale drugi półelf nieświadom ich obyczaju skarcił go wzrokiem. Loso dopiero teraz, stojąc bardzo blisko niego, zauważył długą, cienką niczym pasemko włosów bliznę idącą od jednej strony czoła przez całe, przez brew i jedno nazbyt czerwone oko, policzek zygzakiem i aż ku brodzie. Jakby ktoś bawił się skalpelem na jego twarzy. Półelf zerknął na niego z ukosa i założył włosy za ucho nonszalanckim gestem, mówiąc tym jak gdyby "patrz, karzełku". Loso odwrócił wzrok, zawstydzony. Nie powinien był się gapić i wiedział o tym. Zerknął na ścianę, gdzie wisiał kalendarz ze zrywanymi kartkami, pełen rozmaitych ciekawostek, imienin, rocznic i ruchów gwiazd. Odruchowo przeczytał kartkę i zmieszał się, że najpierw popełnia takie faux pas, a potem skupia się na głupotach. Chrząknął, nie wiedząc jak z tej sytuacji wybrnąć. Z pomocą przyszedł mu starszy krasnolud, w akrobatycznej pozie odpinając jedną ręką od butów przypięte paskami platformy z kółkami. Drugą, wygiętą niemożliwie nad głową, trzymał się rurki.

— To elfy mu to zrobiły. Ludzkimi rękami, oczywiście — rzekł, przerywając niezręczną ciszę, prostując się z wygibasu. Wskazał wolną ręką bliznę na twarzy kolegi. — Kiedy go tu znalazłem, leżał nieprzytomny, a obok leżał zakrwawiony skalpel i rysunek twarzy z namalowanym czerwonym szlaczkiem. — Chrząknął. — Ktoś bardzo chciał, żeby Engrom tak wyglądał. Ale mamy świetne szwy, świetnego specjalistę, z pomocą przyszło nam wiele... Ale do rzeczy. — Opanował się, chrząknął ponownie. — Co my tu mamy?

— Człowiek, lat około trzydzieści, wzrostu około sześciu stóp, waga... — Półelf imieniem Engrom włożył sprawnie rękę pod trupa, poruszył, dźwignął. — Około osiemdziesiąt kilogramów, Siflor. Potem zważymy dokładnie.

— Przyczyna śmierci? — zapytał Loso. Krasnolud i półelf z blizną spojrzeli na niego dziwnie, jakby przerwał jakiś rytuał.

— Brak widocznych oznak walki... ale umyjmy go odrobinę — zarządził ten nazwany Siflorem. Loso znał siwego, ale nie kojarzył, żeby ów tak się nazywał. Czy kiedykolwiek się sobie przedstawiliśmy? Czy operujemy od zawsze na "doktorze-inspektorze"? — Odsuńcie się odrobinę, żeby was trupi prysznic nie obsikał.

Loso nie miał się dokąd odsunąć, więc tylko obrócił się bokiem, żeby opryskało go jak najmniej. Tisvaark dostrzegł jego zakłopotanie i poszedł mu pomóc przesunąć się razem z drabinką gdzieś indziej, ale zanim zdążyli coś wspólnie ustawić, Engrom wyłączył kurek i odrzucił szmatę do wiadra.

— Spójrzcie na to — powidział Siflor do pozostałych. — Ale dziwne.

— Czysty jak łza — ocenił Ricosea.

Siflor popatrzył na niego z oczami jak szparki zza tych swoich wielkich okularów.

— Chodziło mi o to, że gość nie tylko nie ma za wiele włosów na ciele, ale również praktycznie żadnej blizny. Ani pieprzyków. Ani nic kompletnie. Tylko te otarcia, ale te bez wątpienia powstały post mortem.

Pokiwali głowami. Engron kontynuował, wskazując na oś wzdłużną człowieka na stole. Spojrzeli, czekając na dalszy komentarz.

— Stan owłosienia: minimalny. Głowa porośnięta szczecinką, klatka piersiowa i pachy... — Engron podniósł, zbadał i opuścił ramię trupa jednym, płynnym ruchem. — Miękkie. Jak u nastolatka. Włosów na palcach u nóg i rąk nie stwierdzono. Sprawdź jego fiuta.

Siflor wskoczył na wózek, kucnął nad trupem i wyciągniętym z kieszeni fartucha ołówkiem poruszył jego penisem. — Stan dobry — zażartował. — Jeszcze by posłużył.

— Napletek?

— No, dajcie spokój — rzekł Ricosea.

— Dobra, to potem. Umieścimy to w raporcie. To i inne rzeczy. — Loso otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Siflor dostrzegł to i zwrócił się do niego, jakby czytając mu w myślach. — Do dupy też zajrzymy i też wam powiemy, co znaleźliśmy. A teraz... Obrócimy go.

Engrom obszedł wózek i wielkimi, silnymi rękami złapał zwłoki za biodra. Ricosea zajął pozycję przy klatce piersiowej, ale Siflor pokazał mu na migi, żeby raczej zajął się głową. Wspólnie przekręcili korpus na brzuch, odsłaniając gołe plecy i tyłek. W tle za ścianą, albo może i za oknem zawrzało, z wnęki za nimi dobiegło ich szuranie krzesła, i mężczyzna w bieli wyszedł. Po chwili hałasy ucichły, ale facet nie wrócił. Engrom kontynuował badanie.

— Plecy jak u niemowlaka, czyste, bez śladów po tuszu, żelazie czy magicznym numerze.

— Niemożliwe — rzekł RIcosea. — Przecież na wszystkich ludzi jest nałożone zaklęcie, że...

— Może nie na wszystkich ludzi — mruknął Loso. — Może... — umilkł.

— Moim zdaniem nasz nowy gość — rzekł Siflor, klepiąc delikatnie zmarłego po łopatce — dostał się pod działanie jakiegoś czaru. Spójrzcie: ani zarostu, ani blizn, ani urazów, kark nie przetrącony, krew nie wypłynęła, delikatne otarcia tu i tam... ale przecież podobno znaleźliście go wypłyniętego z jakiejś kamiennej podziemnej dziury. Była kartka — rzekł, wyciągając świstek papieru z kieszeni. Kliszograf musiał ją załączyć, kiedy robił odbitki i potem z kilkoma policjantami pakowali ciało. — Elfy... — splunął na podłogę. — Nie czarują już w mieście, bo gdyby wyszło na jaw, nabilibyśmy ich na pale. Ale to, co dzieje się poza Miastem, na platformach, na Pobojowiskach, których nikt nie może odwiedzać, i dalej — nie wiadomo. Moim zdaniem, o ile gość nie był jakąś seks-zabawką...

— Co sprawdzimy — wtrącił się Engrom.

— Co sprawdzimy, tak, dokładnie wzdłuż i wszerz — kontynuował krasnolud bez cienia rozbawienia. — Sprawdzimy, ale moim zdaniem jeśli nie był, jak mówiłem, seks-zabawką, to jest nie stąd, i ktoś tu nad nim czarował. Ale jeszcze poprosimy Halerza, żeby nam to sprawdził.

— Halerza? — spytał Loso. W życiu nie słyszał tego przezwiska, choć słowo było mu znane i oznaczało starą, bitą przez krasnoludy wieki temu srebrno-cynową monetkę, spotykaną jeszcze czasem w różnorakich amuletach.

Engrom pokazał głową na krzesło, opuszczone obecnie przez mężczyznę w bieli, który jak dotąd nie wrócił. Siflor zrobił gest tajemnicy i półgębkiem powiedział, że jeśli ktoś ma wyczuć czary w trupie, to Halerz zrobi to najlepiej i bez pudła.

— Skąd ma takie umiejętności? — spytał Ricosea zaintrygowany. — Siły policyjne Wyższego Miasta zapłaciłyby krocie komuś z takimi zdolnościami.

— Oj, pewnie nie chcielibyście go w swoich szeregach. Jest dosyć... osobliwy. Ale który skif nie jest?

Loso zrobił wielkie oczy, zagestykulował. — Macie tu skifa?

Engrom zesztywniał w wyczekiwaniu na dalszy ciąg wypowiedzi. Atmosfera zgęstniała nagle, jak gdyby krasnolud wyciągnął ostrze z pochwy, gdyby je miał. Siflor spojrzał na Scrutellę z ukosa, gestem dłoni ni to ostrzegając, ni to prosząc, aby kontynuował.

— Macie tu skifa? — powtórzył za nim Ricosea, powodując zamieszanie wśród patologów, bo nagle musieli patrzyć tym osobliwym wzrokiem na obu przybyszów. Trwali tak przez moment w zawieszeniu: Loso i Tisvaark po jednej stronie, plecami do ściany okien, praktycznie u stóp zmarłego, naprzeciwko nich Siflor, stojąc na konstrukcji pomocniczej, a u wezgłowia, napięty jak struna potężny Engrom, nieco sapiąc z rosnącego napięcia i, być może, ledwie skrywanych negatywnych uczuć.

— Mamy tu skifa, tak — powiedział Siflor wreszcie. — Czy to będzie jakiś problem?

Loso wypuścił powietrze. A więc o to chodziło! Zaczął się nerwowo śmiać, uderzył też lekko wierzchem dłoni Ricoseę. — Nie, panowie, nic z tych rzeczy! Nie pytaliśmy przez rasizm! Po prostu... Rzadka nacja, ci skifowie. Trzymają się na uboczu, z rzadka ich widać na ulicy. Robią swoje i nie rzucają się w oczy. Nic do nich nie mam. O, bogowie, wy myśleliście, że my... — Zamachał rękami, uniósł palec wskazujący, prosząc ich o sekundę cierpliwości by mógł zebrać myśli, wreszcie podjął. — Wojna, w której braliśmy udział, niestety, doświadczyła ich srodze. Nie, panowie, panie Engromie i ty, Siflor, również panie, choć znamy się już od dawna. Nie, nie jestem rasistą. Po prostu... skifowie nie figurują w statystykach przestępstw wcale. Są wręcz na pół legendarni. Nie ma ani jednej wzmianki w dokumentacji. Wiem, bo przechodzi przez moje ręce.

Wielki jak bochen półelf puścił uchwyt wózka, na którym pobielałe kostki jego wielkich dłoni powodowały poważne naprężenia. Jego spojrzenie rozpogadzało się z wolna i przestał wyglądać, jakby miał zaraz użyć trupa jako maczugi.

— No, bo już się prawie wkurwiłem — powiedział. — Nic mnie tak nie rozjusza, jak rasizm. To nic innego jak choroba tocząca miałkie umysły. A wy na miałkich nie wyglądacie... — zawiesił głos, przejechał wzrokiem po obu policjantach, po czym spuścił wzrok na trupa i dodał: — Najbardziej obawiam się tego, że któregoś dnia to wszystko wróci i nie tylko głupcy będą się nawzajem zabijać z nienawiści.

Loso milczał. Z pomocą przybył im lekki podmuch wiatru, odsuwając ciężkim skrzydłem okiennym podstawione pod nie książki, przez co zawisły na parapecie i nagle zaczęły spadać, jedna po drugiej, niczym koszmar ze snu bibliotekarza. Ricosea ruszył, by je pozbierać, w tym samym momencie doskoczył tam i Engrom, i dwa półelfy zderzyły się barkami, panowie się przeprosili i po chwili już w uprzejmych półuśmiechach podnosili tomiszcza medycyny sądowej i woluminy wyglądające na reprodukowane rękopisy. Ricosea wstając z kucków byłby zawadził głową o otwarte na całą szerokość już okno, ale Engrom odsunął go, niczym lodowiec przesuwający potężne głazy. Siflor również obserwował tę scenę z uśmiechem, ale kiedy Loso odwrócił się, spuścił wzrok.

— Dajcie znać, co znajdziecie — rzekł podsumowująco Scrutella, schodząc z drabinki i odstawiając ją na miejsce pod przekrojem krasnoluda. — Najlepiej wezwijcie jakiegoś konstabla i dajcie mu parę pensów albo pączka, żeby nie przyszło mu do głowy szperać w kopercie w poszukiwaniu drobnych. — Pogrzebał w kieszeni, na biurko zajmowane przez skifa Halerza odłożył kilka monet, dając im do zrozumienia, że to a conto tego, co powiedział. Odwrócił się jeszcze, żeby coś dodać, ale zrezygnował, mruknął coś niezrozumiałego i wyszedł tymi samymi drzwiami, którymi przedtem wyszedł mężczyzna w bieli.

***

Na korytarzu stało kilka osób, głównie półelfy-sanitariusze obojga płci i paru krasnoludów, wszyscy w szaro-zielonych fartuchach i w chodakach. Stali przy oknie i palili papierosy, śmiejąc się i chichocząc, ale ujrzawszy minę kapitana straży umilkli i przestali się uśmiechać. Jeden z nich uśmiechnął się przepraszająco, półelfka zamachała rękami, żeby przerzedzić dym, ale bezskutecznie. Loso nie zwrócił na nich większej uwagi, kiwnął im tylko głową i poszedł w stronę wyjścia, omijając cztery czy pięć wózków na zwłoki z przykrytymi różnymi rodzajami płacht istotami, które przeszły już ziemską drogę i miały udać się w powietrzną. Do niedawna grzebano zwłoki na platformach, ale po śledztwie okazało się, że platformy cmentarne —zamiast grzebać zmarłych i wystawiać nagrobki— wyrzucają gnijące, cuchnące szczątki nad polami i Pobojowiskami, totalnie zarzucono ten pomysł i wrócono do palenia zwłok w krematoriach. Czy spotkała kogoś za to kara — nie wiadomo.

Pchnął drzwi do korytarza głównego i niemalże zderzył się z pchającymi obok siebie dwa wózki półelfami. Pogrążeni w rozmowie i skupieni mocno na pilnowaniu, by kilka wyglądających na rzucone byle jak martwych osób nie spadło z żadnej strony, jechali całą szerokością korytarza, jakby świata nie widzieli. Zamiast się z nimi wymijać i chandryczyć, skręcił prędko w lewo i nie czekając na wolny korytarz, postanowił iść tamtędy i odbić w kolejną w prawo, ale po przejściu kilkudziesięciu czy nawet kilkuset kroków zdał sobie sprawę, że nie ma żadnego odbicia. Próbował kilku klamek, ale wszystkie drzwi po drodze okazały się zamknięte, więc parł naprzód, ani myśląc o powrocie i obraniu porzuconej drogi. Podwójne drzwi na końcu korytarza okazały się niezamknięte; trafił na nieznane sobie wcześniej przejście do pomieszczenia, gdzie karawany i karetki wypakowywały licznych zmarłych i odjeżdżały dalej, pozostawiając zwłoki w różnych stadiach pod opieką ekscentrycznie ubranej krasnoludki i półelfki w stroju, jakby miała zaraz występować w operze.

— Tędy nie można, zakaz wstępu! — zawołała półelfka, poprawiając długopisem zwisające z koka luźne strąki zakręconych na lokówce włosów. Znacznie młodsza niż początkowo przypuszczałem, pomyślał krasnolud, migając jej odznaką. Kiedy obie kobiety wiedziały już na pewno że jest strażnikiem, straciły zainteresowanie przybyszem i wróciły do przerwanej rozmowy na temat, którego nie rozumiał.

Wyszedł na trawnik, przeciął brukowany dziedziniec, przelazł pod łańcuchami i barierkami, wyminął łuk i rondko do nawracania dla bryczek i karetek i udał się pod wyjście główne. Ricosea stał tam, zdezorientowany, rozglądając się dookoła. Loso dotarł do niego i stanął obok, jak gdyby nigdy nic.

— Długo ci zeszło — rzekł po chwili, tonem jakby Ricosea spóźnił się na uroczystą kolację i przyprowadził niechcianego gościa. — Już myślałem, że nie przyjdziesz.

Półelf zaśmiał się, spojrzał przez ramię i kucnął, jak na komendę.

— Ale żeś mi numer wywinął! Ledwo się zorientowałem, że cię nie ma i wyszedłem na korytarz, jak wjechało jakichś dwóch palantów z ofiarami zawalonej wieżyczki, chyba, prawie mnie staranowali, trupy się wysypały na ziemię, sanitariusze zaczęli biegać w kółko... a ja wyszedłem, jak gdyby nigdy nic. Nie mój problem, koniec końców.

— Zawalona wieżyczka?

— Wyglądali na zmiażdżonych, w głowach tkwiły jakieś odłamki kamienia, nie przyglądałem się szczerze mówiąc. Ostatecznie nasza robota służy dowiadywaniu się na miejscu, a nie na szukaniu problemu... z czego się śmiejesz? — Półelf szturchnął przyjaciela, który uśmiechał się promiennie, kołysząc na piętach.

— Byś widział jak te głupki jechały korytarzem! Gapili się na siebie prawie tak jak ty z twoim kochasiem, wiesz... — Scrutella mrugnął porozumiewawczo i musnął swoim łokciem ramię drugiego. — Tym przystojniachą z blizną.

Tisvaark uśmiechnął się, odsłaniając zęby i wystawiając długi, czerwony język. Obok przebiegła jakaś kobieta, ciągnąc za sobą wyraźnie opornego małolata, który pomyślał chyba że to do niego, i także wystawił jęzor. Wkomponowany w krzesełko na kółkach starzec zakaszlał, charknął, wypluł flegmę prosto pod nogi idącej ku wejściu paniusi, która skrzywiła się z odrazą, na co dziad wystawił brązowy od tytoniu język i pokazał jej w niegdyś zapewne olśniewającym, dziś obleśnym uśmiechu poczerniałe resztki zębów. Siedzący obok, przywiązany smyczą do słupka pies ziewnął i również wystawił ozór. — Dzisiaj jest dzień pokazywania języka — powiedział. — Ewidentnie. Powinienem chyba wrócić i pokazać mojemu nowemu chłopakowi język.

Loso zaśmiał się. Półelf miał cięty język, humor się go trzymał mimo okoliczności i przyjemnie było na moment być niepoważnym. Choć na chwilę. — Drugi raz?

— Trzeci! — zażartował Ricosea. — Pierwszy raz od razu był i drugim. Wiesz, że nie lubię niedopowiedzeń.

— Niedolizań — mruknął Loso. Obok dziad zacharczał, splunął, przyszła krasnoludka w stroju pielęgniarki, bezceremonialnie poklepała go po plecach, aż go jeszcze mocniej zgięło, i zakręciła wózkiem, wwożąc krztuszącego się pacjenta z powrotem do szpitala. — Dzisiaj jest dzień strażaka, dwudziesta druga rocznica rzezi na Smolnej i imieniny Treflinki, Quentiny i Connielisa.

— Hę?

— A, przeczytałem… gdzieś tam. Nieważne. — Machnął ręką. — Chyba trzeba pomału się zwijać, wracać do roboty.

— Myślałem, że masz wolne i oddajesz się powrotom do ziemi, taplając się w błocie jak przystało na krasnoluda — prychnął półelf, pstrykając lekko w obręcz policyjną, zainstalowaną poniżej tej klanowej w uchu kapitana straży. — Źle powiedziałem. Jak przystało na świnię, zdrajcę swojej rasy, ludu, kopalni i... kurde, zapomniałem. Co to było?

— "Śmierdzącego obkurwieńca" — rzucił Loso, nie zwracając większej uwagi na gest przyjaciela. Gdyby ktokolwiek inny sięgnął do jego ucha i dotknął jego obręczy, krasnolud mógłby całkowicie legalnie przyfasolić mu w gębę. Ale nie towarzyszowi broni. — "Jak przystało na śmierdzącego obkurwieńca, świnię, zdrajcę swojej rasy, ludu i kopalni" — przywołał z pamięci cytat, wypowiedź usłyszaną onegdaj z ust przepełnionego nienawiścią opryszka, któremu podczas rozdzielania walczących, może nieco nazbyt ochoczo wymierzył kopniaka w żebra. Cóż, życie, pomyślał, zarówno wtedy jak i tutaj, pod szpitalem. — Mam, kurwa, dyżur. Jest sezon urlopowy, nikogo nie ma w robocie i muszę jeździć na wszystkie awaryjne sytuacje. Na ludzi martwych w rozpadlinach! Słyszałeś kiedy o podobnych przypadkach?

— Jesteś najstarszy stopniem teraz u was? — zdziwił się Ricosea. — Myślałem, że macie tam od cholery kapitanów, poruczników i całej reszty tego wesołego tałatajstwa.

— Ogólnie tak, mamy. Ale jest sezon urlopowy, większość kadry oficerskiej siedzi w górach u swoich krewnych albo wygrzewa kości... sam nie wiem, w gorących źródłach czy gdzie tam. Dość rzec że na trzy główne posterunki jest nas garstka, więc dyżurujemy na trzy zmiany. I ja jestem jedynym kapitanem. Nade mną jest tylko stary, do którego, nawiasem mówiąc, zaraz muszę iść, zameldować mu, co żeśmy tu ustalili.

— Czyli nic?

— Czyli nic, na razie. A wiesz, co się dzieje u nas pod ziemią? — Splunął. — Nie chcesz wiedzieć. Obecnie nawet nie zaczynamy tam interwencji, bo po prostu nie mamy kim. Co, pójdę pod ziemię z grupą uderzeniową złożoną z tuzina niedoświadczonych gówniarzy i jakimś sierżantem od papierkowej roboty? Bez szans. Nawet nie wiemy ilu ich tam jest... Tyle dobrze, że górnicy jeszcze jako tako trzymają tam porządek. Ale i oni święci nie są, możesz mi wierzyć. Prawo prawem, prawo górnicze swoje, my swoje, a bandyci swoje — urwał. Czuł, że mu się ulewa. Spieprzony poranek, spieprzona kąpiel, spieprzony cały dzień. A gdzie tam noc...

Ricosea ścisnął krasnoluda lekko, podniósł się z kolan, poszukał wzrokiem jakiegoś patrolu. Lotniaki co rusz przelatywały w okolicy, istniała szansa, że załapie się na podwózkę na swój komisariat. — Podrzucić cię dokądś? — zapytał, zwracając uwagę jakiegoś lotniaka, który zamigotał kolorowymi światłami i zmienił kurs, kierując się ku nim.

— Wszystko, tylko nie to. Pójdę z buta, albo złapię się jakiegoś wozu — rzekł. — O mnie się nie martw. To najwyżej pół godziny drogi stąd. Nie jest tak ciepło.

— Dobrze. To ja idę, wdrapię się na dach, żeby ten patrolniak nie musiał lądować na skwerze i wkurzać porządnych krasnoludów. Cześć, Scru. W kontakcie.

— W kontakcie — odpowiedział po chwili Loso, ale półelfa już nie było.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania