Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Scrutella [1]

— Świerszcze — powiedział do siebie Scrutella, powoli wślizgując się do wanny pełnej błogiego, oczyszczającego błota. Otwarte okno wpuszczało promienie zachodzącego słońca, a razem z nimi świergot ptaków, dźwięki owadów oraz wszelkiej maści dźwięki miasta. — Zawsze te cholerne świerszcze — westchnął.

Nie zdążył zanurzyć dobrze głowy, kiedy usłyszał dźwięk hamującej od strony zaplecza, czyli tuż pod jego oknem, karetki. Specjalnie zwykł wybierać to pomieszczenie z uwagi na spokój tylnej uliczki i brak bezpośredniego sąsiedztwa — tak potrzebna chwilka samotności, nie, odosobnienia w kipiącym życiem mieście. A jednak... Okute koła ślizgnęły się na zapiaszczonych płytach z szarego kamienia, którymi dawni właściele tej okolicy brukowali swoje podwórza. Komuś się nad wyraz spieszy, pomyślał, pozwalając by ciepławe błoto przesączało się powoli przez jego siwiejącą powoli brodę, masując powolnymi ruchami szyję i podbródek. Dźwięk zbliżających się szybkich kroków podkutych butów nie zwiastował niczego dobrego. Nabrał powietrza i zanurzył głowę w rdzawobrązowej, ciepłej mazi. Kiedy się wynurzył i zdjął błoto z oczu, zdał sobie sprawę że przez półotwarte drzwi stara się nie patrzyć na niego sierżant w granatowym mundurze dyżurnego roty dziennej. Scutella westchnął i zanurzył się jeszcze raz, tym razem na dostatecznie długo, by zobaczyć mroczki przed oczami. Czuł, że spowodowane kąpielą błotną uczucie ulgi zostanie zaraz przegonione na sześć wiatrów i miał ochotę wrzeszczeć.

***

Gdy dojechali na miejsce, mostek nad wyżłobioną w potężnej skale szczeliną był pusty, nie licząc kilku konstabli kręcących się tu i tam, gestykulujących na kierowców różnych zaprzęgów i pojazdów, że skoro bardzo muszą, to mają jechać szybko i się nie oglądać. Scrutella wyskoczył zwinnie, pozwalając kierującemu karetką młodemu konstablowi zamknąć za nim drzwi i zająć się swoimi sprawami. Sam udał się w stronę miejsca, gdzie obok drewnianej, wyciętej w skomplikowane geometryczne wzory barierce, znajdował się trapezoidalny, czerwony klocek opatrzony wielką białą dwójką. Spojrzał na klocek tępo. Oprócz niego samego, był to jedyny nienormalny przedmiot w okolicy. Wsunął głowę w poznaczony wiekami nieprzyzwoitego graffiti geometryczny zawijas balustrady i niemal jednocześnie zdał sobie sprawę, że i tak nic nie zobaczy na dole. Wysunąl z westchnieniem głowę i zupełnie nieprofesjonalnie — jednak po krasnoludzku — charknął, posyłając glutowatą plwocinę w dół.

— Zanieczyszczanie miejsca zbrodni, Tella? No, takiego cię nie znałem.

Scrutella bez odwracania się poznał głos. Należał do półelfa z policji Wyższego Miasta, do którego prowadziła droga wiodąca przez nieszczęsny mostek.

— Ja tu nie widzę żadmego miejsca zbrodni — odparł spokojnie Scrutella, teatralnie zasłaniając nogą czerwony trójkąt stojący obok. — Dla mnie to po prostu dzień jak co dzień.

Półelf uśmiechnął się sam do siebie. Jako znacznie wyższy od krasnoluda, musnął delikatnie dłonią jego łysiejący czubek glowy i udając, że cmoka grzebie nim w ustach, rzekł: — Ach, rozumiem. Błoto nie oddało ci jeszcze wzroku. Dajmy skorupie jeszcze chwilę, by odpaść. — Odczekał chwilę, aż krasnolud wymyśli jakąś celną ripostę, ale ów był ewidentnie myślami gdzieś indziej. — No, chodź. Uściskaj starego druha.

Detektyw kapitan Loso Scrutella oderwał wzrok od kamiennej ściany, w której oświetlony popołudniowym słońcem wystający, pokryty runami owalny głaz wgapiał się przez ostatnie kilka chwil. Wyrwany z rytuału kąpieli błotnej, zawieziony czym prędzej przez unikającego jego wzroku konstabla, z sierżantem twierdzącym tylko że "zbrodnia", i że "skandal", i "niesłychane okropności" i "polityczna katastrofa" — z całego tego bełkotu histeryzującego sierżanta wyłuskał tylko tyle, że coś nieprawdpodobnego stało się na Mostku Wysokoniskim i że najpewniej będzie z tego niezła awantura. I że jako najwyższy rangą oficer nieoficjalnie na stałym dyżurze ma się tym zająć, dopóki nie przejmie tego ktoś inny. Kto i kiedy? Nie wiadomo. Pewnie dowódca całej roty miejskiej, Adagras Arding wejdzie w ostatniej chwili cały w bieli, zgarnie medal i wspomni mimochodem o "świetnej robocie całego wydziału", kiedy on, Loso, będzie wyciągał zeznania z jakiegoś obsranego alfonsa... westchnął ciężko na myśl samą. Odwrócił się powoli, oczekując, że spojrzy prosto w krocze policjanta z Wyższego Miasta. Półelfy, jako rasa zamieszkująca znacznie wyższe geograficznie rejony, jakimi było Wysokie Miasto, sama była wysoka — przy kroasnoludach wyglądali często niemal jak olbrzymy. Ten jednak półelf nie zachowywał się jak typowy przedstawiciel swojego ludu, ponieważ kiedy tylko Loso odwrócił się, ich oczy znajdowały się na tym samym poziomie. Półelf kucnął, by lepiej widzieć oficera roty dzielnicy krasnoludów.

— Detektywie kapitanie Scrutella — rzekł oficjalnym tonem półelf, salutując.

— Kapitan podinspektor Tisvaark Ricosea — odparł krasnolud, ściskając wyciągnięte przedramię. Półelf, podobnie jak on, był w samej koszuli. — Co pana sprowadza w takie zakazane rejony?

Półelf uśmiechnął się. Stali dokładnie nad przepaścią, pęknięciem skalnym wyżłobionym przez rzekę i wodospad, oddzielającym Wyższe Miasto od Dolnej Ćwiartki, na moście na jednej z głównych arterii miasta. Do jakichkolwiek "zakazanych rejonów" było co najmniej pół kilometra w dowolną stronę powierzchniową. Co działo się pod ziemią, półelf nie wnikał, tak jak i krasnolud nie patrzył ku zawieszonym nad skałami Wyższego Miasta Wyspami Chmur, jak nazywano statki, których bezlik sunął podniebnymi szlakami, by zacumować do jednej z wielu platform przeładunkowych umieszczonych gdzieś tam, w górze.

— Wiem chyba tylko tyle co ty, Scru — odparł. — Wezwali mnie tu z przesłuchania, powiedzieli że jakaś totalna masakra się stała i tylko ja mogę uratować świat, och! — Półelf zrobił gest upadającej na ostatnim bisie gwiazdy estrady, po czym uśmiechnął się szeroko w sposób uznawany przez jego rasę za wulgarny, z zębami. Kransoludy lubujące się w kontaktach z półelfami uznawały ów grymas za zaproszenie do spółkowania albo przemocy. Nierzadko w grę wchodziło jedno i drugie. — Ale... Wiem o tyle więcej od ciebie, że widziałem przez barierkę, że naplułeś na kabinę latacza i będę musiał w imieniu służb bezpieczeństwa Wyższego Miasta wysłać na adres Straży Podmiejskiej rachunek za zdekomisjonowanie tego nie nadającego się już do użytku pojazdu latającego. No, nie patrz tak na mnie, twoja mela rozbryzgała się na całej bulbie wizjera. Lotniak na złom.

— Powiesz któremuś przydupasowi żeby to starł, to to własnym rękawem zetrze — uśmiechnął się krzywo Loso. — Założę się, że ten lotnik na dole to jakiś krewny twoich licznych posługaczy.

Półelf parsknął. — Tak jak i otaczający nas konstable to spokrewnione z tobą patałaszki, prawda? — Scrutella zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział. — Przecież widzę że noszą takie same klanowe obręcze na uszach i w brodzie jak ty, już nie strugaj wariata, kapitanie. Wszystko, co mówił półelf, wypływało melodyjnym tonem spomiędzy jego warg tak, że wyglądało jakby wcale nie ruszał ustami. Scrutella nie miał obecnie w brodzie żadnych obręczy, ale nie było to przecież ich pierwsze spotkanie.

— Aj, Tito, dobrze wiesz, że mam siedemnaście sióstr — powiedział powoli krasnolud. — Mój ojciec, Viscu, o czym też wiesz, bo go poznałeś, był zarządcą głównego chodnika i wszyscy myśleli, że wdał się w swojego brata, który nigdy się nie ożenił... jak to mówimy na tych, którzy biorą sobie mężów. — Półelf pokiwał głową. — Ale nie, wyobraź sobie. Po prostu nie podobały mu się te pannice, którymi go dosłownie zalewano przy każdej możliwej okazji... każdy magnat, kupiec i lokalny baron wręcz mu nadskakiwali, byle ojca wżenić w swoją rodzinę i pomnażać majątek już mając zakontraktowaną kopalnię przynoszącą, wyobraź sobie, niemałe zyski.

— I co?

— I moja jeszcze wtedy nie mama przekopała się przez jego zasypany chodnik, wydłubała stamtąd rubin wielkości mojej pięści, rzuciła go ojcu pod nogi, a potem dała mu do zrozumienia, że urządzi jej afront jak pierwsza ich córka nie dostanie na imię Rubin.

— I dostała? — zapytał półelf, choć słyszał tę historię w całości i od Scrutelli podczas wojny, i od którejś z jego sióstr, dużo później. Ale było w dobrym tonie spytać.

— Stary zgodził się na wszystko, ale rozmowy kontraktowe związane z pokładzinami, ślubem, pożyciem małżeńskim, zakładaniem rodziny i bezczelnością przebijającej chodnik w poprzek kransoludki, wydobywającej w absolutnych ciemnościach rubiny "na węch" w miejscu gdzie żyła przestała obiecywać, przebiegały bardzo energicznie, burzliwie i... pewnie widziałeś mojego starego i jego srebrne zęby.

Półelf rozpromienił się na myśl o ojcu przyjaciela. Stary brodacz był nie do zdarcia. — Owszem, znam pana Viscu, porządny kransolud, podpora lokalnej społeczności...

— Dobra, dobra, nie opowiadaj, taki sam brodaty bandyta jak i ja, ale rzecz w tym że wspomniane srebrne zęby, to znaczy te, które miał przedtem, wybiła mu moja matka, urządzając mu superpokładziny, ślub i pierwszą randkę, nie mówiąc o pierwszym oficjalnym i zapoznawczym spotkaniu, dając mu chyba do zrozumienia, że jeśli przeżyje, to jest godzien. Ojciec, z tego co wiem, nigdy nie miał kochanki.

—Trudno się dziwić — przyznał Ricosea. — Żona gotowa na pierwszej randce wybić ci zęby raczej nie będzie patrzyła łaskawie na męża oglądającego się za innymi.

— Otóż to — rzekł krasnolud i nieco się zasępił. Ricosea czekał, ale się nie doczekał.

— Jaki jest morał tej historii?

— Morał tej historii jest taki, Tito, że moja matka zaczęł klan, a teraz ja mam dziesiątki kuzynów którzy chcą iść w moje ślady i wstąpić w szeregi mundurowych. I część już służy w rocie dziennej i nawet, o, bogowie, nocnej... ale chleba za wiele z tej mąki nie będzie. —Wskazał skinieniem głowy wysokiego jak na krasnoluda konstabla, usiłującego jednocześnie podnieść białoczerwoną wstęgę ostrzegawczą, i ją przekroczyć. — Ech, Tito, kiedyś było prościej. Kiedyś była wojna i waliliśmy w tamtych z armat, szturmowaliśmy ich pozycje, kopaliśmy okopy... a potem wróciliśmy.

— Wróciliśmy... i oto jesteśmy. Znowu razem!

Półelf poklepał serdecznie kransoluda po ramieniu, schował zęby i przemówił jeszcze raz, normalnym tonem, ruszając ustami i szpiczastymi uszami:

— I oto jesteśmy... na zasranym przez ptaki mostku. A na dole, jeśli się nie mylę, mamy trupa. I to w dodatku takiego, którego tu rano jeszcze nie było.

— Skąd wiesz? — zainteresował się Scrutella, wyrwany z melancholii już chyba na dobre. — To znaczy... skąd wiesz, że rano nie było?

— Bo tu dzisiaj rano byłem... to znaczy mój lotniak tu dziś przeleciał, i na żadnej kliszy nic nie wystawało. A przynajmniej nic trupopodobnego. Wiesz, że sprawdzamy takie rzeczy bardzo skrupulatnie. Zwłaszcza granice, rozpadliny, nadrzeczne kamierdolce, płycizny i tym podobne.

Scutella potarł kciuki, zgiął palce kilka razy, przetarł brodę kilka razy. odrobinki zasuszonego błota sypnęły się na jego jasną koszulę i lekką kolczugę, noszoną bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. No i dlatego, że zbliżały się święta, a trzaski petard wyzwalały w nim wspomnienia salw, przemieniających dobrych chłopaków w krzyczące mięso. Nigdy nie wiadomo.

— Jak się tam dostaniemy?

— Zawołamy lotniaka — rzekł półelf, wychylając się niebezpiecznie przez barierkę. Wykrzyknął jakieś komendy w używanym przez zamieszkujące Wyższe Miasto półelfy języku. Scrutella znał trochę ich narzecze, ale wraz z Descencjami, czyli spływaniem ku Miastu wizytacji elfich statków podniebnych z całego świata i powiedzonkami handlarzy pertraktującymi z podniebnymi ludźmi, język ewoluował każdego dnia. — Zaraz będzie. Dasz sobie radę? — spytał, patrząc w dół na przyjaciela, starając się akcentować troskę, nie prześmiewczość.

— Nie cierpiałem waszego lotnictwa w boju, kiedyście zapieprzali centymetry nad ziemią. — Wzdrygnął się na samą myśl. — Myślę że wytrzymam zejście tych kilkanaście metrów w dół, żeby zobaczyć trupa. Dziennie widzę ich dziesiątki, przywykłem chyba.

— Trzymam cię za słowo. O, już jest — rzekł półelf, kiedy lotniak bezszelestnie pojawił się przy barierce.

— W ogóle nie było go słychać!

— W modelach patrolowych używamy do wnoszenia ciepłego powietrza... głównie dlatego, że tacy jak ty mają wciąż świeże wspomnienia sprzed dwudziestu lat.

— Niech zgadnę, ktoś rzucił toporkiem i trafił?

— I to nie jednym! — półelfi kapitan obnażył szpiczaste kły w geście rozbawienia. — Mamy w hangarze głównym całą gablotę poświęconą przelotom patrolowym nad Ćwiartką. — Podał Losowi ramię i na pół wciągnął, na pół wepchnął go do środka jajowatej kabiny. — Nikt się po nie nie zgłosił, więc wzięliśmy to za dobrą monetę. — Dał znak lotnikowi, żeby spływał jak najwolniej z uwagi na krasnoluda. Szczupły podoficer tylko skinął głową i delikatnie oparł dłoń na dźwigni.

Scutella zamknął oczy i zacisnął mocno powieki, kiedy szklana bulwa lotnika spływała w dół ku rozwartej szczelinie, pełnej kamieni i wystających spomiędzy nich, nierzadko połamanych drzew. Nieliczne wiewiórkopodobne stworki przebiegały z gałęzi na gałąź, z kamienia na kamień, śledzone wzrokiem przez Tito. Znał tam każdą szczelinę, każdy kamień, niemal każde źdźbło, odkąd co kilka dni uciekał z Wyższego Miasta w te strony, by w huku wodospadu i chłodzie bryzgającej wody radzić sobie ze stresem i nieustannymi wyzwaniami dnia codziennego w Wyższym Mieście, z jego niekończącymi się problemami z elfimi turystami, arystokracją, handlem i całą resztą tego unoszącego się nad ziemią wariactwa. Czasami zazdrościł kransoludowi tych jego bardziej przyziemnych problemów, ale wiedział też, że tak jak w przypadku Wyższego Miasta, tak w Ćwiartce, większość problemów nie jest widoczna gołym okiem. Westchnął.

Byli już w połowie drogi na dół, kiedy zorientował się, że Scutella jednak otwarł oczy i wpatruje się w niego.

— Nie spytałem jeszcze o twoje córki — rzekł, czekając aż Ricosea odwzajemni spojrzenie. — Nie chcą iść do policji?

— Starsza przeszła do sfery sakralnej Wyższego Miasta — rzekł półelf. — Młodsza chce zostać kapitanem żeglugi śródlądowej. Albo zwiedzać świat na pokładzie srebrzystej elfiej platformy.

— Musisz być dumny jak cholera — zaryzykował Loso. Nie miał bladego pojęcia o sferze sakralnej półelfów, ledwo co rozumiał ich sztukę wojenną, pirotechnikę, lotnictwo i inne bajery. Struktura społeczna Wyższego Miasta brzmiała dla niego pewnie tak samo skomplikowanie, jak dla tamtego kontrakt społeczno—obyczajowy w prawie kopalnianym dotyczącym rud o różnym stopniu zanieczyszczeń pierwiastkami rzadkimi. Albo coś takiego.

— Ja jestem dumny, moja żona jest dumna, ale wy byście tego pewnie nie zaakceptowali.

— My?

— Mówię o krasnoludach. Macie bardziej skomplikowane relacje... międzykransoludzkie. trwalsze relacje, ważniejsze więzi... czy coś.

— Chyba nie rozumiem — przyznał Loso.

— Słyszałeś o... prostytucji sakralnej, Scu?

Krasnolud zasępił się. U krasnoludów to było nie do pomyślenia. Ale to, czym zajmowali się jego pobratymcy w oddalonych od centrum kawernach przyprawiało o dreszcze. Ciężko było myśleć o tym, że ktoś chciałby zdecydować się na taką ścieżkę życiową z własnej i nieprzymuszonej woli. Półelf wyczytał to z jego twarzy.

— Znaczy słyszałeś. U nas to forma zwiększenia prestiżu lub też swoistej elewacji w systemie kastowym... o, już lądujemy. Opowiem ci później, jeśli będziesz nadal chciał kontynuować temat. — Scrutella kiwnął głową, i nie czekając na trap, wyskoczył na drewniany taras, zbudowany przez jakichś nieznanych zwolenników przebywania w nieustannym szumie płynącej wody. Tylko się odwrócił, a Tito wysiadł już, długimi kończynami niczym pająk zaczepiając się o ziemię i wystające elementy lotniaka. Podeszli ku spoczywającej na sporym głazie płachcie, zabrudzonej ciemną ziemią i kamieniami.

— Czemu to jest takie brudne? — spytał Ricosea drugiego półelfa, kucającego z kliszomatem przy płachcie.

Kliszograf był na krawędzi paniki.

— Panie kapitanie inspektorze, kamienie i ziemia cały czas wypływają, a raczej wypadają z tej tam jamy! — Wskazał palcem zagłębienie powyżej, z którego istotnie, wypadały co chwilę z mlaśnięciem niewielkie kamienie i z pierdnięciami gazów, czarne błoto. — Wszystko się zamazało, więc żeby nie spłynęło do końca do wody, zabezpieczyłem to naprędce płachtą, i czekałem na pana. Na panów — poprawił się, zezując na krasnoluda. — Teraz to wasz, panowie, eee, bałagan.

Ricosea spojrzał na kliszografa bez wyrazu, ale krasnolud podziękował. Półelfi kliszograf ukłonił się Scrutelli i odsunął na bok, by zrobić miejsce obu oficerom.

— No to co, odkrywamy? — zaczął kransolud, łapiąc mocno za róg ubłoconej płachty. Półelf przestąpił ostrożnie ponad płachtą i zajął miejsce po drugiej stronie. — Chwyć tam po drugiej stronie, zsuniemy chociaż tyle, żeby wiedzieć czyj to departament.

Kliszograf cmoknął dziwnie. Ricosea zgromił go wzrokiem, ale nic nie powiedział. Loso zainteresował się.

— O co chodzi? — zapytał, nie siląc się na zadzieranie głowy w górę. Spienione drobinki wody przecisnęły się już przez kolczugę i nawet pod koszulą był już cały mokry. Zatęsknił za ciepłym błotem, które wydało mu się odległe o sto lat i tysiąc mil.

— Najlepiej jak sami panowie sprawdzicie. Przepraszam że cmoknąłem, kapitanie inspektorze.

Ricosea kiwnął głową, obnażył zęby w uśmiechu zarezerwowanym dla krasnoluda i na ciche "trzy", odsunęli kawał płachty.

— Kurwa mać — powiedział kapitan półelf.

— To człowiek — dodał krasnolud. — Pieprzony, martwy człowiek.

— Ekhem — wtrącił się kliszograf.

— Hmm?

— Spójrzcie na jego plecy.

Dwaj półelfowie usiłowali odwrócić zwłoki, ale śliskie od spływającej wody, martwe ciało stawiało bierny opór. Wreszcie Scrutella odsunął ich, ujął trupa oburącz za kark i podniósł odrobinę, by Ricosea mógł zobaczyć, o co chodziło kliszografowi.

— Skurwysyn!

— Co? — Scrutella puścił zwłoki, które siłą bezwładu wróciły na to samo miejsce. Twarz trupa wyrażała absolutne nic.

— Nie ma numeru — rzekł Tito, obnażając gniewnie zęby.

— Jak to: nie ma?

— No, nie ma — odparł. Kliszograf potwierdził, kiwając entuzjastycznie głową i usiłując nie patrzeć na straszny wyraz twarzy swojego oficera.

— A to ciekawostka — podsumował Loso.

Kiedy wracali na górę, każdy zatopiony w swoich myślach, krasnolud zdał sobie sprawę, że nie słyszy już świerszczy. Przynajmniej tyle dobrego, pomyślał. A potem przemknął mu przez myśl gmach departamentu do spraw ludzi i odechciało mu się i błota, i życia, i wszystkiego. Westchnął ciężko, kiedy lotnik zapomniał o nim i na moment zawisł nad przepaścią.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • il cuore 3 godz. temu

    Jest nieustająca ingerencja w tutejszy portal osób, które zniknęły i są gdzieś Tam a jednocześnie obecne tutaj...
    Nwm czy to jest nowe, nie jestem w temacie wątku ale dobrze, że pokazałeś się tutaj.
    Przynajmniej nie muszę się bawić w korektę, gdyby gdzieś brakowało przecinka🚑
    Pozdro serdeczne

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania