Felifolia [2]
"Nikogo nie obchodzi jakiś cmentarz na końcu świata", pomyślała Felifolia Corral po raz nie wiadomo który, składając podpis i akceptując dziesięcioletni kontrakt. Kwoty nie wzbudzały zachwytu, ale porównując tryb pracy stróża cmentarnego z, dajmy na to, farmerem z Zawiska, gnącym kark świątek—piątek, z mozołem obrabiając brud rodzący owies, albo z drwalem, na okrągło przez rok cały harującego od świtu do zmierzchu przy zwalaniu wciąż odrastających, potężnych drzew... Za w sumie niewiele większe pieniądze.
Jej matka, Vicenna, popierała jej decyzję z ulgą. Felifolia nigdy się nie zdradziła że wie, iż to właśnie matka poprosiła w liście lokalnego przedstawiciela państwowego o wstawienie się za nią w kwestii zorganizowania jej córce przyspieszonego powołania do pracy. Czego sama nie mogła wiedzieć, to że wystawiony na widok publiczny testament Avita, jej brata i pierworodnego noszącego miano po ich ojcu, uwzględniał młodą jeszcze Fiolkę przy podziale majątku. Felifolia Corral otrzymała, oprócz pokaźnej sumki w niemałych aktywach, prawo do posługiwania się rodowym nazwiskiem samodzielnie, bez konieczności zamążpójścia i kilka innych przywilejów, o jakich większość jej znajomych mogła jedynie pomarzyć. Ale żeby móc w pełni się nimi cieszyć, potrzebowała jak najprędzej zostawić za sobą rodzinne strony. Zapoznawszy matkę i brata z kontraktem i omówiwszy szczegóły z resztą rodziny, poczęła przygotowywać się do opuszczenia domu raz na zawsze.
Pracujący w rolnictwie i leśnictwie rówieśnicy jej starszego brata nie mogli się nadziwić, że Fiolka woli wyjechać na koniec świata, by zostać "cieciem umarlaków", jak w skrócie przedstawił im to jej brat, dla którego pilnowanie cmentarza wojennego na stoku odległej o kilkadziesiąt mil góry było zajęciem uwłaczającym godności skifa z Zawiska. Mimo, że on i jego koledzy, wśród których byli i tacy, którym marzył się ożenek z Felifolią, mieli po dwadzieścia kilka lat, wyglądali wręcz na czterdziesto—pięćdziesięciolatków. I nie widzieli w tym nic dziwnego, co z kolei dziwiło nastoletnią Fiolkę, tonącą od dziecka we wszystkich książkach, jakie udawało jej się znaleźć. Odkąd sięgała pamięcią jej wuj, Avita, zawsze twierdził, że Zawisko jest za małe, by pomieścić Fiolkę. "Nie ma pewności czy jakiekolwiek miejsce w Pokonaniu pomieści Fiolkę", żartowała zgryźliwie jej matka, kiedy dojrzewająca Fiolka zaczynała nabierać kształtów.
Na pewno musiały spróbować ją pomieścić kwatery służebne cmentarza wojennego, umieszczonego na zachodnim zboczu niesławnej Regentury. Ta nazwana tak na nowo po wojnie pokryta śniegiem na szczycie samotna góra, pod którą — a raczej: o której porty i platformy — kilkadziesiąt lat temu stoczono jeden z najkrwawszych bojów w historii ich krainy, stanowiła centrum uzupełnień na powietrznym szlaku handlowym. Zaś sam cmentarz, znajdujący się na stoku znacznie poniżej wszystkiego, co ciekawe i ludne, odwiedzało od lat najwyżej kilkanaście osób miesięcznie i nie zapowiadało się na to, że ta ponura nekropolia kiedykolwiek stanie się czymś więcej niż nieciekawą ciekawostką do odwiedzenia przy okazji wizyty w pobliskiej wiosce, Nachyleniu. Mimo że pięć miesięcy zajęło półelfim lotnikom odnajdywanie zabitych, których nowopowstały Departament do spraw Ludzi na bieżąco identyfikował, by na podstawie zgromadzonych danych przez następne dwa lata kamieniarze wycinali personalia na płytach z białego kamienia. Te zaś symbolicznie wbito w ziemię w licznych szeregach, umieszczonych już na zawsze w pozycji szeregów na zboczu Regentury. I to jeszcze na tym zboczu, któego nie widać z żadnego punktu w Wielkim Mieście, czyli odbudowanych ruinach potężnej elfiej twierdzy, przy której cumowały platformy i statki, oraz otaczającej to tak zwane Wysokie Miasto Ćwiartce, czyli stale rozrastających się dzielnicach zamieszkanych przez krasnoludy. Nikt nie chciał widzieć na odległym zboczu białej plamy przypominającej o krwawej rebelii ludzi, mimo że większość tych, którzy po wojnie zamieszkali w Mieście, brała w niej udział.
Stała pensja, jeden opłacony posiłek w ciągu dnia, para butów na sezon, wielki pęk kluczy do mnóstwa zamków w tym tych w pięciu bramach, poletko z kwiatami, zielnik, wychodek, studnia z pompą, najbliższe siedlisko ludzkie oddalone o niecałą milę... i Biblioteka. Z jakiegoś powodu przed kilkudziesięciu laty zwieziono w te strony kilkanaście tysięcy tomów, postawiono podłużny barak i ulokowano tam wszystkie bez ładu i składu. Akceptując ofertę pracy, Felifolia zdała sobie sprawę że cieć cmentarny stawał się także bibliotekarzem w największej bibliotece w promieniu półsetki mil. Do której — o ile jej wiadomo — również nikt nie przychodził.
Idealne warunki dla dwudziestoletniej skifki, która chciała jak najprędzej wyrwać się z domu i okolicy bez perspektyw i może nawet odłożyć trochę grosza na przyszłość, bez konieczności ruszania majątku zapisanego jej przez ulubionego wuja.
— Nikogo nie obchodzi jakiś cmentarz wojenny, rujnujesz sobie życie — powiedziała, ocierając łzę jej matka, żegnając córkę odchodzącą wreszcie ku południu. MImo że Regentura zaczynała się wznosić zaledwie trzydzieści mil dalej, a sama droga łagodnym szlakiem na zachodni stok trwała zaledwie dodatkowe kilka dni, Felifolia miała w planach nadłożyć nieco drogi i obejść trochę górę, by przyjrzeć się z bliska dokującym powietrznym statkom i platformom ludzi.
— Będę pisała listy. A zresztą to tylko jakieś czterdzieści pięć mil, możesz zawsze przyjechać w odwiedziny. — Było od samego początku wiadomo, że matka nigdy nie przyjedzie, ale myśl, że może, że to nie tak przecież daleko, miała dodać otuchy im obu. Najważniejsze, to nie zbaczać z obranej ścieżki. Ale na to się nie zanosiło. Felifolia bowiem od kilku lat czuła mocno, że nie dla niej rola, sklep, harówka od rana do nocy, chłopaki i dziewczyny, tańce hulańce do białego rana przez dwa dni co osiem dni, aż do śmierci. Jej brat odziedziczył po ich ojcu ruderę, pole i kawał przyrzecznego, lesistego terenu, gdzie wraz z innymi posiadaczami organizowali od czasu do czasu połowy, wycieczki w górę i dół rzeki i wszelkie inne rozrywki. Bądź co bądź mało kto odwiedzał skifów w ich wioskach; półelfy i kransoludy miały swoje dzielnice w Wielkim Mieście, ludziom dostały się latające platformy po elfach i nieliczne kontrolowane tereny obrzeży, zaś skifom przypadły górzyste tereny północy, przeorane przez liczne batalie, gdzie podczas wojny ginęły dziesiątki tysięcy istot różnych ras. Niezliczone ruiny fortyfikacji, zamków i gnijących resztek wyposażenia bojowego... na wciąż zaminowanej ziemi, na której chętnie rosły głównie grzyby. Okres powojenny przetrzebił pozostałych przy życiu skifów, szukających szczęścia i łatwego zarobku na Pobojowiskach, czyli terenach opuszczonych przez niewalczące już armie. W końcu zostawiono rozległe połacie samym sobie i mało kto w ogóle się tam zapuszczał. Życie w otoczeniu dziczejących terenów pełnych śmiertelnie groźnych miejsc wypełnionych resztkami maszyn śmierci nie przeszkadzało najwyraźniej pozostałym przy życiu skifom, którzy pozostali w przylegających do Pobojowisk terenach, które nazywano Za Pobojowiskami, a potem już w skrócie: Zawiskami. Z perspektywy Wielkiego Miasta, stolicy Pokonania, Pobojowiska były pryszczem na dupie, a Zawiska... cóż, dla większości mieszkańców nie znajdowały się nawet w majtkach. Okaleczeni wyładowaniami magicznymi i innymi wojennymi sztuczkami wszystkich frakcji skifowie z Zawisk i Regentury byli pozostawieni sami sobie i mało kto z Wielkiego Miasta w ogóle interesował się ich istnieniem. I to też przygnębiało Felifolię do tego stopnia, że wykorzystała pierwszą nadarzającą się okazję, by odejść i zrobić wreszcie coś ze swoim życiem.
***
Nachylenie okazało się być wioską położoną w płytkiej, zupełnie płaskiej niecce, nieco poniżej cmentarza. Stąd Regentura widziana w kierunku wschodnim przypominała niedostępny, zimny szczyt, a gdyby popatrzeć na zachód, widziało się niekończący się zielony stok, rozlewający się po kilkudziesięciu milach kwadratowych. Dalej były już tylko dziesiątki mil półdzikiego stepu, które podobno można było w dobrą pogodę dostrzec gołym okiem... jak twierdzili przyjaźnie nastawieni i łaknący nowości miejscowi, których Felifolia spotkała w gospodzie. Fiolka chciała pokazać kobiecie zza kontuaru z piękną, okrągłą twarzą swój kontrakt, ale tamta odparła z uśmiechem, że absolutnie nie ma takiej potrzeby. Kiedy chciała wyjść i poprosiła o pomoc w dojściu, córka oberżysty, równie piękna choć nie tak okrągła jak mama wyszła wraz z nią z lokalu, by wskazać Fiolce drogę na cmentarz i do jej nowego domu.
Wydeptana w wysokiej trawie droga z wioski do jej przycmentarnej kwatery prowadziła prawie że prosto ku wysokiej skarpie, ale gdzieś w połowie zakręcała lekko w lewo. Pewnie by podejście nie było takie ostre, domyśliła się Fiolka, zdając sobie sprawę że idąc cały czas naprzód z plecakiem pewnie zmachałaby się, może nawet spadła i sturlała, i droga trwałaby pewnie trzy razy dłużej... o ile nie skończyłaby się w łubkach. Gdy wreszcie dotarła do końca ścieżki, znalazła się na skraju wyjeżdżonej niegdyś wozami kamienistej drogi biegnącej wzdłuż wysokich, białych murów nekropolii. W gospodzie poradzili jej, by udała się w lewo, prosto do kwatery, która okazała się być stojącą nieco poza wschodnią bramą, podłużną budowlą zbudowaną z tego samego białego kamienia co mur. Gdyby tak patrzeć z dostatecznie daleka, możnaby wziąć budynek za jeden z nagrobków, przewrócony na bok.
Drzwi były zamknięte jedynie na blaszany haczyk od zewnątrz, co prawdopodobnie zdziwiłoby każdego w mieście, tu zaś dawało do zrozumienia że nie ma się czego obawiać. W środku znajdowała się pokryta pajęczynami, spróchniała belka, służąca za prymitywny zamek do blokowania drzwi. Na kwaterę składało się kilka wąskich, podłużnych pomieszczeń: dwa na dole, dwa na górze, w tym spiżarnia, kuchnia, sypialnia z podwójnym, trochę twardym łóżkiem i jedno pomieszczenie niemal całkowicie puste, nie licząc potężnego stołu pod szerokim oknem i wysiedzianego, z pewnością niegdyś drogiego krzesła obok. Felifolia od razu określiła ten pokój czytelnią i ucieszyła się, że zamiast walącego się, przemakającego baraku trafiła jej się taka niemalże willa, dla niej samej wystarczająca w zupełności. Jej brat z żoną i trójką dzieci remontowali dopiero dom po ojcu i gnieździli się w piątkę na mniejszej powierzchni niż sam parter jej nowego domu. I trudno! Mogę się przestać nimi przejmować, pomyślała — oni i ich problemy należały od tej pory do przeszłości. Ona sama miała teraz na głowie cmentarz, przez ostatniego stróża w dzień przejścia na zasłużoną emeryturę zamknięty na cztery kłódki na głównych bramach, z jedną tylko wąską furtką uchyloną, by nieliczni odwiedzający mogli się przesmyknąć i odwiedzić zarastającą nekropolię. Nasyciwszy oczy widokiem przez wychodzące na zachód okna, zostawiła swój tobołek i postanowiła iść pozwiedzać swoje nowe miejsce pracy.
Półtorej godziny później, kiedy udało jej się otworzyć dwie z czterech kłód na łańcuchach spinających potężne, kute z żelaza bramy, czuła się wyczerpana bardziej, niż po ostatnich dniach wędrówki i wspinaczki. Ściekający jej na czoło pot przykleił jej włosy do czoła i policzków, a rdza z ciężkich, dawno niesmarowanych łańcuchów szybko zabrudziła jej ręce i twarz. Zdecydowała, że potrzebuje czegoś na kształt smaru, by uruchomić pozostałe dwie bramy, oraz drucianej szczotki, pędzla i farby, by choć minimalnie odświeżyć niszczejące wrota nekropolii. Mur dookoła, tak samo biały jak nagrobki i jej nowy dom, gdzieniegdzie porastał bluszcz i winorośle, ale Felifolia uznała, że w niczym to nie przeszkadza i nie ma sensu walczyć z wdzierającą się na białą ścianę roślinnością. Co innego osty, dzika róża i wszelkie chwasty, szukające szczęścia wśród nagrobków — z tymi trzeba sobie będzie poradzić czym prędzej. Na skrawku kartki nabazgrała sobie notatkę, że musi rozejrzeć się wokół kwatery, czy nie leżą tam jakieś narzędzia, może znajduje się tam jakaś komórka z mechaniczną kosiarką czy inne konserwatorskie utensylia. Bądź co bądź, gołymi rękami nie będzie rwała kolczastych łodyg róż ani rwała trawy spomiędzy tysięcy kamieni, prawda? Przewiesiła pęk kluczy przez pasek na piersi i obeszła dokładnie mur, by poszukać ubytków czy innych niedoskonałości. Znalazła wyrastający z zagłębienia szczaw i nieśmiało wyrwała kilka liści. Smakował tak samo jak ten w domu, więc uznała że jest jadalny. Czy było to zdrowe, jeść cmentarną trawę? Postanowiła nie przejmować się i jeść. Ostatecznie, tu miała pozostać na długie lata i na tym polegało teraz jej życie. A przynajmniej tak jej się zdawało.
Poszukiwania komórki w okolicy kwatery spełzły na niczym, więc zaczęła przygotowywać listę rzeczy, które trzeba będzie zapotrzebować i wysłać listem zwrotnym po otrzymaniu pierwszej wypłaty. Ukończywszy ją, oparła się o szeroki blat i spoglądała ku zachodowi, gdzie wkrótce uparte słońce przejdzie i zaleje to pomieszczenie swym jasnym gorącem. Budynek zbudowany był tak, by z okien czytelni był widok na całość nekropolii, wszystkie bramy i stojący na samym środku obelisk z zatartymi już symbolami, przywleczony tu nie wiadomo skąd i stanowiący przypomnienie o wojnach sprzed wielu wieków. Nie wiedziała nawet kiedy powieki zamknęły jej się i zasnęła, skąpana w promieniach zachodzącego słońca.
***
— Halo?
Uchyliła powieki. Półleżała na stole w czytelni, położywszy głowę na własnym ramieniu. Kiedy uświadomiła sobie gdzie jest, zerwała się jak oparzona.
— Halo? Pani Corral? — zawołał jakiś głos z dołu. — Pani Corral?
— Eee... tak? — odpowiedziała, nie wiedząc czy głos dochodzi z domu czy z podwórka. Otwarte okno potęgowało wrażenie, że obie wersje mogą być prawidłowe. Pewnie wołająca ją osoba stała w progu, pomyślała. Ja bym tak zrobiła.
— Pani Corral, przegapiła pani porę obiadową! — zawołał głos, w którym rozpoznała córkę oberżysty. — Przyniosłam pani koszyk z obiadem! Mamy dziś gulasz, chleb i trochę sera na śniadanie. Zejdzie pani, czy zostawić na progu?
Rany boskie! Zasnęłam w godzinach pracy! Miałam iść na obiad do oberży, faktycznie! Pierwszy dzień a ja nie dość że przysypiam, to jeszcze ludzie na mnie czekają, i...
— Już lecę! — zawołała i rzuciła się ku drzwiom. Po chwili przystanęła i, niepewna czy ma może zamknąć okno czy zostawić otwarte, zawróciła i przymknęła je, przekręcając klamkę. Odwróciła się i poszła, nie oglądając się za siebie.
Na dole, przy otwartych drzwiach stała znajoma skifka z jasnymi włosami, fartuszku na prostej, roboczej sukience z kolorowymi przeszyciami na brzegach i chuście w podobne wzory. Wpadające słońce oświetlało jasne plamy jej karnacji do niemalże białych, a ciemne zmieniała w granatowe, być może nawet i czarne. Naturalna plamistość skifów potraktowała ją łagodnie, nie nadając jej twarzy potwornych miejscami bąbli, brodawek i grymasów, jak to czasem bywało wśród skifów w jej pokoleniu. Wojenna klątwa, powiadają starsi, degeneruje. Za kilka pokoleń będą już tylko czyści niczym elfy i poznaczeni brodawkami, plamami, łuskami i innymi zniekształceniami. I zaczną się czystki, wygnania... albo kolejna wojna. Albo ktoś odnajdzie medykament.
— Wszystko w porządku? — zapytała córka oberżysty. — Stoi pani i ga... patrzy na mnie, jakby... zobaczyła ducha.
— Jest pani... — zaczęła Felifolia, ale głos uwiązł jej w gardle. Co, "piękna", powiem? Tak od razu? A jak ona nie jest taka? "Gładka"? trąci rasizmem. Nam, skifom wystarczy już tych podziałów i głupot. A przecież widziałam ją już wcześniej. Ale nie w tym świetle. Nie w "moich" progach.
— Jaka znowu pani, pani Corral! — zaśmiała się skifka, zakołysawszy się na piętach na boki. Felifolia zwróciła uwagę, że miała buty na obcasach. Pewnie niewygodnie jej było tu w nich popylać, pół mili w górę. Muszę coś powiedzieć, pomyślała. Nie musi się tak odświętnie dla mnie ubierać. Moje stanowisko nie jest aż takie ważne, by... — Jestem Reliya. Może pani mówić do mnie Reliya.
Felifolia zeszła po schodach, niepewna co ma począć. Dziewczyna była w jej wieku, ale lepiej odżywiona, wyższa, znacznie piękniejsza i ubrana, jakby miała iść zaraz na jarmark. Może idzie? Promień światła oślepił na moment Fiolkę, kiedy weszła w plamę słońca wpadającą przez okno.
— Ojej! Pani Corral, wszystko w porządku? — zapytała Reliya, odstawiając koszyk z glinianymi naczyniami, pewnie ciężkimi, na ziemię. Córka oberżysty podeszła do niej, obcasy zastukały na kamiennych schodach. Felifolia poczuła zapach kompotu z brzoskwiń i agrestu, kiedy tamta zatrzymała się przed nią jak wryta. Niepewnie sięgnęła ku jej twarzy.
— Co się stało? Co? — spytała Felifolia, nie mając pojęcia o co chodzi.
— Myślałam, że... — zaśmiała się szczerze tamta. — Jest pani, hihi, brudna na twarzy! Ze rdzy pewnie, ale ja głupia myślałam, że pani krwawi! — Zrobiła krok w tył i spuściła wzrok. — Barrdzo przepraszam, nie chciałam być namolna.
— Jestem brudna na twarzy? — spytała Felifolia, do której zaczęło docierać, co się właściwie dzieje. Czuła obezwładniający zapach owoców, słońca, dzikich zbóż porastających okolicę, aromat prania i nutę świeżego potu młodej kobiety stojącej tak blisko niej, jak drzwi przy framudze.
Skifka w chuście rozejrzała się dookoła w korytarzyku i pomieszczeniu obok, zawołała "Aha!" i powróciła z niewielkim lustrem w przeżartej przez korniki, ozdobnej ramie. Podała ją Felifolii, nie przestając się uśmiechać.
— Jasna cholera jego mać — zaklęła szpetnie nowa strażniczka cmentarza. — Wyglądam jakbym stoczyła nierówną walkę z jastrzębiem.
— Tu obok, w kuchni jest misa, mydło i ręczniki, pani Corral. Mogę pani pomóc się umyć... — Fiolka spojrzała na nią, i dziewczyna spłoszyła się. — Aalbo... mogę sobie iść. Nie wzięłam pod uwagę że może, eee, no, jeśli pani chce tak wyglądać.
Felifolia westchnęła żałośnie. Och, nie, pomyślała. Ma mnie za brudaskę!
— Reliya, tak? — zaczęła, usiłując nie panikować. — Możemy zacząć od początku? Ja się umyję, a potem...?
Reliya pokiwała głową niepewnie. Fiolka czekała, aż odwzajemni uśmiech, ale nagle z drugiej strony drzwi dobiegł je inny głos.
— Reliya! Reliya! Chodź, kochanie! Musimy jechać!
Felifolia poczuła zimny dreszcz na plecach. Przez cały ten czas był tam jeszcze ktoś? I widział ten mój pomazany pysk?! Zakryła rękami twarz ze wstydu. Jasna cholera! Niezły początek znajomości.
— Pani Corral? Przyjdę po koszyk jutro, dobrze? Albo odniesie pani sama, kiedy pani zgłodnieje, dobrze? Ja napr... no, muszę jechać. Przyjemnego wieczoru! — zawołała jeszcze, wychodząc, zanim Felifolia zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Strażniczce cmentarza pozostawało jedynie westchnąć ciężko. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze.
— No jasna cholera, mać.
Zachciało jej się płakać. Wyglądała naprawdę okropnie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania