Nikko [3]

Nikko Mini z trudem zwlekła się z łóżka. Odkąd zostawił ją Róde, nie było siły, która potrafiłaby ją podnieść na duchu czy też, delikatnie mówiąc, tchnąć w nią trochę życia. Wstawała rano, szła do biura kompanii, porządkowała dokumentację handlową pozostawioną w nieładzie przez nocną zmianę rozładunkową, segregowała pisma przychodzące i wychodzące, przepisywała notatki, bazgraniny, świstki, rysowała na papierowej tablicy schematy, jakie zdołała wychwycić — i wychodziła, zanim półmetek pierwszej zmiany wrócił z lunchu. Wracała do domu przez podłużny ryneczek rybny, kupowała zawinięty w papier smażony filet, jadła po drodze do domu, myła ręce i twarz i szła spać. Minęły dwa tygodnie, a ona dalej, niczym nakręcona, brązowowłosa lalka, trwała w półśnie, jakby nie było powodów do dalszego życia. Praca, sen, praca, sen. Nie pamiętała, kiedy ostatnio się myła. Pewnie przed spotkaniem, na którym Róde powiedział, że odchodzi... kiedyś tam, w poprzednim życiu.

Tchnięta impulsem, otwarła okno. Policyjny lotniak przeleciał bezszelestnie nad jej dachem, wioząc kilku mężczyzn. Jeden z nich spojrzał na nią przelotem i powiedział coś, a może i ziewnął. Mimochodem również ziewnęła, na co tamten posłał jej uprzejmy uśmiech i lotniak zniknął za budynkiem z czterema strzelistymi wieżyczkami. Z czego się tu cieszyć?, zapytała sama siebie, cynicznie próbując odtworzyć uśmiech tamtego, usiłując nadać mu kpiąco-nienawistny wyraz. Nie udało jej się — zamiast tego dostrzegła tylko odbicie kobiety z workami pod oczami i włosami w nieporządku, przepoconej koszuli i robiącej głupie miny.

— Wyglądasz jak gówno, Mini — rzekła, rzuciwszy okiem na swe odbicie również i w lustrze. W nim także, za plecami w dużej odległości, dostrzegła wiszący nad jednym punktem ciemny kształt lotniaka. Spróbowała na próbę uśmiechnąć się jeszcze raz. Wory pod oczami usiłowały wykrzesać z siebie akceptowalne minimum, ale pozbawiona wody i witamin, zaniedbana twarz nie chciała współpracować. A przecież była taka piękna. Zerknęła na zdjęcie na toaletce. Ciemnowłosy mężczyzna szczerzył się wesoło obok oszałamiająco pięknej Nikko. Kliszografię wykonano wprawdzie dobrych kilka lat temu, ale znowu nie aż tak dawno, by miała po kilku tygodniach zacząć wyglądać jak zapuszczony kocmołuch. — Wyglądasz jak gówno — powtórzyła. — Wyglądam jak gówno. I śmierdzę... Nie wyjdę tak do ludzi — dodała jeszcze i wróciła do łóżka. — Jeden dzień wytrzymają beze mnie. Biorę wolne i pierdolę ich.

Kiedy zasypiała w brudnej, śmierdzącej olejem, potem i niemytym ciałem, czuła do siebie najwyższe obrzydzenie. NIe pierwszy raz, ale było jej wszystko jedno.

***

Ze snu wyrwało ją pukanie do drzwi.

— Odejdź — powiedziała, nakrywając głowę poduszką. Za nic w świecie nie chciała teraz wstawać, ani nigdzie wychodzić. Za żadne skarby świata. Choćby się waliło i paliło.

Pukanie narastało. Najpierw po kilka uderzeń, potem po kilkanaście, potem zmieniło się w półregularne bębnienie, którego straty i opóźnienia rytmu odbijały jej się w czaszce mocniej, niż gdyby tłuczono znacznie bliżej, lecz regularniej. Ten, kto stał za drzwiami, musiał mieć niesamowity szósty zmysł, ponieważ zaczął bębnić jeszcze głośniej, i z jeszcze gorszym wyczuciem rytmu. Cała okolica musiała krzywić się z niesmakiem, myślała, na pół zjeżdżając, na pół wyczołgując się z łóżka na zasłaną brudnymi ubraniami podłogę. Kiedy tylko wyprostowała się i zaczęła iść w stronę drzwi, zdała sobie sprawę, że od pierwszej pobudki minęło zaledwie kilka godzin. Jeszcze nie było dziesiątej, odczytała z zegara wodnego — kolorowego bajeru z kamiennymi kulkami, pływającymi w różnych cyklach po drucianych orbitach. Gadżet kupiony dwadzieścia lat temu na jarmarku jakoś nie chciał się popsuć ani chociaż zacząć spóźniać. "Magia elfów", pomyślała, dochodząc do drzwi. Chciała przekręcić zamek, ale drzwi były niezamknięte.

— Jest otwart...!— zawołała, szarpiąc za gałkę. Półprzeszklone drzwi otwarły się zamaszyście, ukazując niczym nieskrępowane światło poranka, odbijające się na wyciętych z białego kamienia ścianach jej uliczki, małą stertę listów, która musiała właśnie wypaść z przepełnionej skrzynki na listy — oraz rudobrodego krasnoluda. — E.

— E? — zdziwił się gość, zatrzymany w pół ruchu, mającego najwyraźniej rozpocząć nowy epizod arytmicznego staccato. Gdyby tak biło czyjeś serce, pewnie uznałabym, że ma wyrwę w boku i dogorywa. Albo zakochany. Wywróciła oczami.

— Mówiłam, że jest otwarte. Czego chcesz?

— Kompania wstrzymała wszystkie statki — rzekł przybysz, patrząc ni to w jej oczy, ni to lustrując ją od stóp do głów. Będąc od niej prawie o połowę niższy, musiał zadzierać głowę i pewnie nie było to dla niego komfortowe. Nikko miała to kompletnie w nosie, czy jest mu komfortowo czy nie. Mógł spadać.

— Gratuluję. To wszystko?

— Musisz... to znaczy, prosimy, byś przyszła do pracy. Bardzo prosimy. — Mówił teraz głównie do jej kolan. Nie dlatego, że miał je na wysokości wzroku, ale dlatego, że prosił. Pokornie, pomyślała.

— Spadaj — rzekła, ale zawahała się przed zatrzaśnięciem tamtemu drzwi przed nosem.

Przez chwilę stali tak w zawieszeniu: on, wysoki na metr krasnolud w jasnej szacie z surowym, ale przyjemnym motywem roślinnym naszytym na rdzawoczerwoną, dosyć pstrokatą kamizelkę, usiłując pochylić się jeszcze bardziej, by nadać pokory swojej pozie... i ona. Brudna, niedomyta, bosa i śmierdząca, zawinięta w kołdrę, noszącą ślady wszystkiego, co jadła i piła przez ostatnie tygodnie. Prawdopodobnie dwa.

— Proszę — powtórzył krasnolud. — Jeśli to kwestia pieniędzy, to to nie jest kwestia pieniędzy — dodał.

— To... — zawahała się. To mogła być kwestia pieniędzy, pomyślała, ślizgając się wzrokiem po szacie i butach krasnoluda. To, co wzięła jeszcze przed chwilą za nieco nazbyt wsiową pstrokatość, zaczynało przybierać na powadze, im więcej szczegółów zaczynała zauważać. Na przykład charakterystyczne przeszycie na ramionach. Gdzieś już je widziała... — To nie tylko kwestia pieniędzy.

— A czego jeszcze? — podniósł się o odrobinę krępy rudzielec. — Powiedz. Pomożemy. Tylko wróć do pracy.

— Jestem... niegotowa.

— Pomożemy. Proszę.

Odrzucona nie tak dawno temu przez wieloletniego kochanka Nikko poczuła nagle łaskotanie na karku oznajmiające przypływ sił i autentyczną ciekawość, kiedy ten bez wątpienia ważny ktoś przybył do niej i niemal błagał o jej litość i uwagę. Prawie zrobiło jej się żal tego niskorosłego faceta, garbiącego się do jej brudnych stóp na progu jej domu.

— Na początek muszę się doprowadzić do porządku. Chociaż odrobinę — zastrzegła, zdając sobie sprawę, że od jej ostatniego spojrzenia w lustro, samoistnie nie poprawiło się nic. Samo z siebie nic się nie dzieje, pomyślała. — Poczekaj tu. Albo w środku. Gdzie chcesz.

Odwróciła się i weszła w głąb mieszkania, zrzucając wstrętną kołdrę na ziemię na środku pokoju. Półnaga, świadoma że tamten być może ją obserwuje, nabrała sprężystości kroku. Bez zapalania światła weszła pod prysznic i odkręciła wszystkie kurki, by zalały ją fale zimnej i ciepłej wody, naprzemiennie z biczem wodnym. Kiedyś uwielbiała, jak Róde... odegnała tę myśl. Mimo szumu wody słyszała, że ktoś chodzi po jej mieszkaniu i wydaje różne dźwięki, ale nie przejmowała się. Dopiero trzecie umycie włosów spłukało resztki panierki ze smażonej ryby, jej głównego pożywienia. Zajęczała głośno, kiedy z tyłu głowy, we włosach znalazła kilka kulek martwych owadów, przypuszczalnie jakiś pająk zrobił sobie z niej spiżarkę. Albo śmietnik. Albo wychodek. Albo wszystko na raz. Chciała spojrzeć na swoje odbicie w błyszczącym chromie armatury, ale na zapapranej dawno zaschłymi kroplami zroszonymi świeżą wodą powierzchni ujrzała tylko cień dawnej siebie, zmokłą kurę, w dodatku niewyraźną od starych zabrudzeń.

— AAAARGH! — krzyknęła, dając upust swojej frustracji. Była zła na siebie, na Ródego, na pająka srającego jej we włosy, na cały świat, zbudowany tak, że mężczyźni przychodzą i odchodzą, a prysznice się same nie myją. W pomieszczeniach obok ucichło. Ktoś niepewnie zapytał, ale nie słyszała kto, ani co. Z pewnością ten krasnolud panoszy się po jej domu, jakby był u siebie.

Kiedy wreszcie wyszła, wymyta, wysuszona, doprowadzona do porządku i owinięta w ręcznik, stanęła jak wryta. Odwróciła się, upewniając się czy wyszła z własnej łazienki — nie poznała swojego mieszkania! Wszystko lśniło, zastęp rudych krasnoludów w rękawicach i fartuchach właśnie zabierał worki, szczotki i odkurzacze oraz inne urządzenia nie pasujące jej kształtem choćby w przybliżeniu do czegokolwiek, co kiedykolwiek widziała. Na środku pomieszczenia stał ten sam krasnolud w liściastej kamizelce, miał zakasane rękawy, pot rosił mu czoło mimo chustki, którą się gorączkowo obcierał. Ktoś za jego plecami zwijał długi przewód i kierował się do wyjścia.

— Co to ma znaczyć? — spytała, robiąc rękami gest opasujący całe mieszkanie. Które nawet za czasów nowości nie wyglądało jak teraz: jakby ktoś naprawdę chciał, żeby było czysto i wiedział, jak to osiągnąć. Ręcznik zjechał jej do kostek. Krasnolud wybałuszył oczy i zakrył twarz chustką. Półelfka zaczerwieniła się jak dziewica przyłapana na podglądaniu i nie wiedząc, czy ma podnosić ręcznik czy uciekać, podbiegła do okna i zakryła się zasłoną. Z przerażeniem odkryła, że zasłona także jest wilgotna.

— Dlaczego ta zasłona jest mokra? — spytała, przyciskając nos do materiału. Pachniał lekko konwalią.

— Zrobiliśmy co w naszej mocy, ale nie da się tak prędko wyprać i wysuszyć zasłon, nie ściągając ich z okien. Zrobiliśmy tu trochę porządku, żeby... no, pomóc ci jakoś. Posprzątaliśmy też... no, wszystko co się dało, w tym krótkim czasie. Kiedy wyjdziemy, wrócą i dokończą, żeby było czysto jak należy.

Zdała sobie sprawę, że krasnolud uważa sprawę za załatwioną. "Przyjdą, wyjdziemy, zrobiliśmy". Język faktów, nie pomysłów. Nie idei czy możliwości. Wszystko to, co lubiła w kontaktach z tym niskorosłym, dziwnym ludem. Bez pieprzenia i owijania w bawełnę. Sto razy bardziej lubiła pracować z nimi niż ze swoimi, mimo że do łóżka chodziła wyłącznie z pełnowzrostowymi, jak zwykła żartować. Kiedyś, kiedy jeszcze wypadało śmiać się z takich rzeczy.

— Pójdę się przebrać — oznajmiła. — Nie patrz.

Nie musiała tego mówić, ponieważ krasnolud zdążył już zasłonić twarz obiema rękami, w których trzymał wystającą z każdej strony, śnieżnobiałą chustkę z monogramami w każdym narożniku.

Półelfka podeszła do swojej szafy, którą od niedawna wypełniało kłączowate tornado wszystkich możliwych szmat, które kiedykolwiek na siebie wkładała. Teraz szafa była pusta!

— Co do k...?! Opróżniliście mi szafę? — zawołała. Jeśli krasnolud coś odpowiedział, nie dosłyszała. Wyjrzała ku niemu; dalej stał w tej samej pozycji, z chustką przyciśniętą do twarzy, nieruchomy jak odwrócony bokiem posąg Wielkiego Carcassa na dawnym placu królewskim. On też nic nie widział, kiedy ulice spływały krwią, przypomniała sobie. Pewnie dlatego po wojnie go odwrócili i tak został.

— Co ja mam ubrać?

Krasnolud na moment oderwał jedną z rąk i wskazał w kierunku drzwi. Oparty o ścianę stał podłużny pakunek, zawinięty w szary papier i przewiązany sznurkiem.

— Świeże ubranie. Nie mieliśmy czasu ściągnąć dokładnej miary, ale... no, mieliśmy szczęście że krawiec... — Wzruszył ramionami. — Proszę, przymierz. Powinno pasować.

— Zwariowałeś? — Zrobiła krok naprzód w bojowym geście. Nie planowała przemocy, ale wkurzyła się nie na żarty. Co innego umyć komuś podłogę, a co innego zakosić mu majty razem z całym odzieniem. — Gdzie są moje ciuchy? Żądam ich zwrotu!

— Nie mogę ci pomóc teraz, moi ludzie piorą je i naprawiają w tej właśnie chwili. Jak wrócimy, będą na swoich miejscach.

— Ale...!

— Zwinięte w taką samą kulę, jeśli sobie tego życzysz.

Nabrała w płuca dużo powietrza, skłonna nakrzyczeć na intruza, ale wstrzymała się i westchnęła, zrezygnowana. Stała naga na środku swojego salonu, na odkurzonym i odgruzowanym dywanie, otoczona czystymi meblami bez śladu zaniedbań ostatnich miesięcy. Jej włosy, schnące i pachnące, jej skóra, czysta i sucha, zdawały się odżywać. Wszystko dzięki temu facetowi, stojącego w dalszym ciągu z zasłoniętą twarzą przy drzwiach. Ach, dobrze. Już dobrze, pomyślała, oddychając, wytracając pęd wściekłości. Zobaczę przynajmniej, co jest w pakunku. Wkurzyć się można zawsze jeszcze raz.

Już miała zawołać, że nie ma czym rozciąć sznurka, kiedy zdała sobie sprawę, że przylepiona taśmą na środku pakunku jest maluteńka koperta, ozdobiona zawijastym monogramem MD. W środku były maluteńkie, ostre jak brzytwa nożyczki, również ozdobione tym samym monogramem.

— MD?

— Moss Duvall — powiedział krasnolud obojętnym tonem. — Założyciel i główny udziałowiec domu mody Duvalla.

Kiedy ostatnie słowo przebrzmiało, Nikko akurat przecięła ostatni sznurek. Jej oczom ukazała się jasna, połyskująca na złoto w ten niemożliwy do powtórzenia sposób szata, zrobiona z dziesiątek naszytych na siebie i zszytych, przeszytych, połączonych łańcuszkami i przeplatających się w zdawałoby się niemożliwy sposób białych kwadracików przetykanych złotymi i srebrnymi nićmi. Do kompletu było kilka rodzajów bielizny i dwie pary butów, w tym jedne z gatunku takich, za które musiałaby sprzedać mieszkanie i siebie w służbę i niewolę na jakieś pięć, siedem lat. I i tak pewnie by zabrakło.

— Nie mogę tego przyjąć — powiedziała, niemalże upuszczając wszystko na ziemię. Nie wiedziała co ma począć z tymi małymi dziełami sztuki, które jeszcze przed chwilą stały zapakowane w szary papier ot, tak, w jej sieni. Gdzie jeszcze kilka dni temu, o ile dobrze pamiętała, zwymiotowała żółcią i resztkami starej ryby, którą zjadła z ziemi, po wypuszczeniu jej z otłuszczonych rąk na brudny bruk. Teraz ta podłoga lśniła.

— Dlaczego? — zapytał krasnolud. — Przecież powinno pasować. Rozciąga się tu i tam — dodał. — Pan Duvall osobiście mnie zapewnił, że będzie na ciebie pasowało.

— Pan... Duvall...? Osobiście? — To chyba jakiś żart, pomyślała.

— No, tak. — Przestąpił z nogi na nogę. — Pan Moss Duvall, nasz stały współpracownik, akurat był u nas rano, w wieży, kiedy dotarły wieści, że nie przyszłaś do pracy Otworzyliśmy twój kąt, analityk wezwał kierownika, kierownik mnie... I pan Duvall, akurat szczęśliwie na miejscu zgłosił się na ochotnika i poleciał osobiście z załogą policyjnego lotniaka żeby sprawdzić, czy w ogóle żyjesz i czy jesteś w domu, oraz, jeśliby się okazało szczęśliwie że tak, żeby sprawdzić twój rozmiar, oczywiście. — W głosie krasnoluda nie było śladu humoru, przedstawiał suche fakty w sposób, od którego chciało jej się śmiać. Powaga sytuacji, z którą jeszcze jej nie zapoznano, opuszczała ją już na starcie. Krasnolud kontynuował niewzruszony. — Nie chciał powierzyć tego nikomu innemu. Profesjonalista w każdym calu — pochwalił. — Honorowy jak nie wiem co. — Zniżył głos. — MIędzy nami mówiąc, pewnie by się pochorował, jakbyś miała włożyć jego "ciuch"... — Zrobił gest palcami jednej ręki, drugą wciąż zasłaniając sobie twarz, żeby dać Nikko jak najwięcej prywatności. -...i miałby nie pasować, bo ktoś źle zmierzył biust czy pachy. — Urwał. Widać było, że coś przepracowuje, i po chwili dodał: — Wybacz, nie chciałem żebyś poczuła się skrępowana.

Nikko walczyła ze sobą, stojąc przed lustrem i próbując nie zwracać uwagi na mankamenty swojej zaniedbanej przez ostatnie tygodnie sylwetki. Przełamała się z głośnym jękiem i wsunęła stopy w nowiutkie buty. Pasowały idealnie, choć oczywiście ich noszenie wymagało pewnej wprawy. Zdała sobie sprawę, że jej postura zmieniła się w mgnieniu oka na taką, od której nie wiało już żenadą i jej przemożne samopoczucie, że każdy przebywając z nią ma do czynienia z porzuconą dla jakiejś siksy z wyższych sfer przegraną, smutną i zdziwaczałą pipą od papierów, zaczynało blednąć. Śledząc wzrokiem feerie świateł odbijające się w niesamowitych kształtach przewieszonej przez krzesło sukni odzyskiwała pewność siebie... przynajmniej dopóki stała naprzeciwko lustra. A, jebać to, pomyślała.

— Pomóż mi włożyć sukienkę, ... — rzekła, zdając sobie sprawę, że znany jej z widzenia gość nie przedstawił jej się jak dotąd. — Yyy? — dodała, zamykając usta i karcąc się w myślach za ten pokaz elokwencji. Tyle było z konwenansów, mężczyzna stojący ze mną, nagą, w moim pokoju, nawet nie jest mi znany z imienia. Czy to oznaka niskości upadku? Czy można upaść nisko, mając dostarczone do domu cuda prosto od Duvalla? Czy mówienie, że się upadło nisko przy ewidentnie wpływowym krasnoludzie, któremu szef domu mody Duvall robi za chłopca na posyłki, nie jest przejawem nadzwyczaj niesmacznego rasizmu czy wręcz gatunkizmu? Czy kiedyś wyswobodzimy się z opresji językowej wynikającej z różnicy wzrostu między nami?

— Gnejmi — podpowiedział krasnolud w zdobnej kamizelce, przerywając jej wewnętrzny monolog. — Mam na imię Gnejmi.

— Pomóż mi włożyć sukienkę, Gnejmi — powtórzyła bez zająknięcia, zerkając na niego przez ramię, odwracając się do lustra już nie wiedząc który raz. Gnejmi?, pomyślała, nic mi to nie mówi. A jednak twarz jakby odbita z tyłu głowy. — Możesz odkleić tą chustkę z twarzy i otworzyć oczy.

Krasnolud postąpił według instrukcji, po czym nastąpiło kilka sekund intensywnego podziwiania przez niego sufitu, kiedy okazało się, że Nikko zapomniała założyć majtki.

***

— Dobrze, jestem gotowa — powiedziała, nie wierząc do końca w zjawisko, które oglądała przecież na własne oczy w swoim własnym lustrze.

— Świetnie — odpowiedział Gnejmi, głosem bez cienia znudzenia czy zniecierpliwienia. — Muszę wyjść za próg, żeby lotnik miał szansę mnie dostrzec w tym zaułku — dodał, dając komuś znaki przez otwarte drzwi. Wyglądał, jakby odczytywał znaki z nieba. — Obawiam się, że będziesz musiała przejść kilka kroków do najbliższego skrzyżowania. Wiem, że buty Duvalla nie są-

Przerwała mu.

— Są doskonałe — rzekła. Gnejmi zaakceptował to skinieniem głowy.

Nikko, podbudowana własnym widokiem i szarmanckim zachowaniem krasnoluda, wyszła z własnego mieszkania, nie troszcząc się już ani o zamknięcie drzwi, ani o nic i to on zamknął cicho drzwi za sobą i szarmancko podał półelfce rękę. Był to gest najwyższego szacunku, stosowany przez pokazujące się razem w modnych miejscach mieszane pary. Gnejmi wydawał się całkowicie wyluzowany i absolutnie niespeszony niczym, ona zaś czuła się podekscytowana niczym księżniczka z bajki zapraszana przez tajemniczego księcia na uroczysty bal. Jej rudowłosa sąsiadka pracująca, o ile Nikko pamiętała, w jakimś najnudniejszym urzędzie świata, wybałuszyła na nią gały. Gnejmi, zauważając minę kobiety, pozdrowił ją ukłonem i uśmiechem, na co tamtej dodatkowo opadła szczęka, odsłaniając zęby i czerwony język. Z jakiegoś powodu wydało się to Nikko zabawne i zaczęła się śmiać, zagłuszając tym samym stukot jej butów na dawno nie zamiatanych, szarzejących płytach.

— Rany — powiedziała, patrząc z góry na rudego krasnoluda. — Plotka o moim absztyfikancie obiegnie miasto prędzej, niżby leciał kamień z najwyższej wieży.

Gnejmi zatrzymał się, sięgając owłosionym ramieniem przed nią tak, by zatrzymała się w miejscu. Stali na środku skrzyżowania, od którego odchodziło co najmniej pięć uliczek i kilka tuneli, wydłubanych i wyciętych w białym kamieniu — zwykły widok w tej części miasta. Coś przysłoniło jej słońce, zbliżając się szybko. Uchyliła się, niczym przed drapieżnym ptakiem. Krasnolud delikatnie, lecz stanowczo ujął ją za oba uda, przytrzymując ją w miejscu, by nie poruszyła się w żadną stronę. Nawet jakby chciała, nie miała szansy. Silne ręce dosłownie wcisnęły ją w chodnik.

— Co...?

— Po prostu stój. Ja też tego nie lubię.

Cichy jak sowa lotniak zawisł nad nimi. W dół spłynęły bezszelestnie dwie połówki gondoli, tworząc wokół nich coś na kształt jaja. Gnejmi puścił NIkko, wskazał jej wyższy z dwóch czarnych foteli, samemu zasiadając na drugim, nieco inaczej zbudowanym i zdecydowanie zrobionym pod wymiar krasnoluda. Ozdobne logo podwójnego gie zamkniętego w złotym okręgu połyskiwało ze szczytu oparć obu ich foteli. Krasnolud zamknął oczy, zaciskając mocno powieki. Przez zmniejszającą się szparę wślizgnął się szczupły półelf, profesjonalnie zapiął im pasy, ukryte w fałdach materiału foteli, po czym zniknął w otworze i tyle go widzieli.

— Nie cierpię tego momentu — mruknął Gnejmi. Nikko zauważyła, że z wszystkich sił starał się nie brzmieć gburowato, nieustannie zerkając na nią z ukosa dawał jej ciągle do zrozumienia, że darzy ją najwyższym możliwym szacunkiem. — Latanie to nie jest mój ulubiony środek transportu — dodał. — Ale czasami po prostu inaczej się nie da.

— Ja zazwyczaj chodzę do pracy, to tylko kilkadziesiąt schodów i jakieś dwadzieścia minu— urwała, kiedy serce podeszło jej do gardła. Dwie połówki jajka zamknęły się z cichym klangiem, po czym lotniak zaczął wznosić się błyskawicznie. Gnejmi nie odpowiedział. Zdała sobie sprawę, że siedząca obok niej postać zaciska oczy i zęby i marszczy się cała. Po chwili lotniak przestał się wznosić i mimo, że czuli przechył i ciąg, uczucie wprawiające błędnik w stan paniki przeszło. To znaczy jej przeszło, poprawiła się, zerkając na współpasażera.

— Żadne nogi nie wniosą cię do tego biura, Nikko — powiedział nagle Gnejmi metalicznym głosem. Mimo że jajo miało półprzejrzystą, mleczną powłokę po bokach, krasnolud pogrążał się w cieniu, oświetlany jedynie czerwonymi światłami awaryjnymi umieszczonymi pod ich stopami. — Ponieważ wszystkie schody i korytarze zostały ukryte lub zamurowane i dostęp jest właściwie jedynie z góry.

Nikko nie miała pojęcia, o czym mówi ten niskorosły mężczyzna, siedzący w fotelu obok. Biuro powyżej zamurowanych korytarzy? Komu by się chciało...? Z rozważań wyrwało ją stuknięcie, potem dźwięki szurania i ledwo pierwsze promienie światła wpadły przez szparę między rozsuwającymi się kopułami, do środka wślizgnął się ten sam gość co wcześniej. Podszedł do fotela z krasnoludem, ale ten wskazał mu Nikko gestem, nakazując by zajął się nią najpierw. Ów bezszelestnie rozpiął jej pasy i stanął nad nią, całym sobą wyrażając chęć niesienia pomocy. Wykonał gest, którym prawdopodobnie chciał zasugerować jej, że może wesprzeć się na jego ramieniu przy wstawaniu, ale przy próbie energicznego uniesienia tyłka z fotela, zakręciło jej się w głowie. Półelf w czerni popchnął ją delikatnie, sugerując tym saym, by się oparła, i położył jej pod nogi wyciągniętą nie wiedzieć skąd pokaźną piłkę. Delikatnie podniósł jej nogi za kostki i oparł o piłkę, odchylając fotel.

— Nie walcz z tym — rzekł Gnejmi z fotela obok. On także odchylał się, ściskając wszystkimi czterema kończynami kolorową kulę. — Elfy tak to wymyśliły, żeby nikomu nie przyszło do głowy próbować tu dotrzeć.

— Elfy?

— Elfy — potwierdził Gnejmi, nie wdając się w szczegóły. Zaciskał ręce i nogi na piłce i wyglądał, jakby miał zwymiotować. — Cholerne, złośliwe elfy.

Nikko odwróciła od niego wzrok, dając cierpiącemu wyraźnie krasnoludowi pocierpieć po swojemu. Czuła się już lepiej; naciskanie piłki mięśniami nóg i brzucha w odchyleniu działało kojąco na jej zdezorientowany lotniczymi wygibasami błędnik. Powoli uspokajała oddech, kiedy steward wyszedł i przez chwilę byli sami wśród dźwięków, których jak dotąd nie znała. Po chwili krasnolud zaczął chrząkać, głośno mruczeć, jakby chciał wrzeszczeć do wewnątrz, a następnie wypuścił piłkę.

— Dyssa, jestem gotowy — powiedział, i w mgnieniu oka zmaterializował się obok nich ten sam gość, który przed momentem podawał im piłki. — Nikko, to jest Dyssa, mój steward i lotnik. Od teraz także i twój, tak mi się wydaje. Przynajmniej dopóki nie ustalimy wszystkich szczegółów. — Półelf skłonił jej się, uśmiechnął z wyrazem uprzejmego rozbawienia, ale nic nie powiedział. Odsłonił jedynie czubki kłów, wyjątkowo jak na mężczyznę szeroko w kącikach.

— Dyssa — powiedział, oszczędnie się kłaniając, i to było wszystko.

Nikko podała mu rękę, zręcznie odkopując piłkę spod nóg i wykorzystując jego ramię, by wstać. Ów nawet nie drgnął, jakby nie była wysoką kobietą, tylko pomniejszą gałązką bzu przewiązaną tasiemką. Obok Gnejmi rozpiął się już sam i powoli ześlizgiwał z fotela, wykonując szerokie ruchy ramion, jak gdyby szukał czegoś po omacku.

— Dopilnuj, żeby skończyli mieszkanie najdalej do zmierzchu — rzekł, wręczając Dyssie niewielki przedmiot. Lotnik schował rzecz do kieszeni na piersi, po czym roztworzył połówki kapsuły, wpuszczając do środka, zdawałoby się, całe światło świata.

Średnia ocena: 2.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania