Człowiek — Scrutella [4]
Scrutella wyłamywał palce w drodze do domu. Mimo, iż Ricosea zaproponował podwózkę lotniakiem, krasnolud odmówił. Nie było potrzeby niepokoić lokalnej ludności, zwłaszcza że policyjne lotniaki półelfów wysokiego miasta potrafiły poruszać się bezgłośnie, a krasnoludy nie słynęły z pogodnego i pokojowego usposobienia w sytuacji, kiedy zza węgła nadlatuje wielki kształt pełen osobników innych ras. Nie, o nie. Było więcej powodów, dla których ten problem należało rozwiązać inaczej.
Weźmy na przykład drogę służbową, pomyślał Loso. Wszystko super, trup człowieka, w zasadzie można o nim zapomnieć. Cóż kogo obchodzi martwy człowiek? Ale w sytuacji, kiedy w Ćwiartce aż wrze od plotek, domniemywań i podejrzeń, kto i gdzie ukrywa burdele pełne ludzkich kobiet wszystkich rozmiarów i kształtów, ludzki trup może prowadzić do niepotrzebnych pytań, pochrząkiwań, sztyletów w ciemnościach. A wystarczająco wielu członków jego rodziny pracowało w Straży, żeby każdy kolejny trup przybliżał go do nacisków ze strony jego własnych rodziców i rodzeństwa, by rozwiązał niektóre problemy raz na zawsze. Pytanie, czy się da? Czy jeden krasnolud potrafiłby w tak potężnym, wielopoziomowym podziemnym mieście, rozwiązać takie problemy samodzielnie? Czy w ogóle ktokolwiek by potrafił?
Loso zdał sobie sprawę, że stoi pod budynkiem, gdzie wbrew wszystkim radom, poleceniom -i okazjonalnie, groźbom— wynajmował kwaterę. Dwie ulice dalej dopiero zaczynały się tereny, z których można było dostrzec dwupiętrową wieżę posterunku. On sam wybrał ten budynek, ponieważ znajdował się poza zwyczajowymi trasami patroli, choć nie sposób było nie odczuć, że miejscowi pilnują się trochę bardziej z uwagi na niego. A może po prostu trafili mu się na sąsiadów sami praworządni obywatele? Prawie się uśmiechnął na myśl o praworządności w mieście, gdzie mieszkało dobre pół miliona dusz... Albo i więcej.
Jak na zawołanie otwarło się okno na parterze i przysadzista krasnoludka wyrzuciła przez nie chudawą brodatą postać, głową naprzód. Postać jedną ręką trzymała się za portki, drugą zaś usiłowała zamortyzować upadek. Wyszło, Scrutella oceniał, połowicznie w dwójnasób.
— I wiencej mi się tu nie pokazuj! — zawołała nosowo, spostrzegła strażnika w osobie Loso i umilkła, z pięścią wzniesioną w geście agresji przeciwko świeżo wyrzuconemu, teraz groteskowo i w drodze błyskawicznego pomyślunku, opartą o futrynę. — No, witam pana dede-dedenktywa.
— Widzę że wyrzuca pani śmieci, Kalimero — zauważył Loso, uśmiechając się na widok kuriozalnej sytuacji. — A to przecież nie dzień wywózki. — Udał, że zagląda do kieszeni, gdzie trzyma notes. — Zbierający się z ziemi ufajdany błotem z kałuży miejscowy męt, którego imienia nie kojarzył, wciąż trzymał się za na wpół zwisłe spodnie, nie śmiąc wypuścić ich z rąk. Zupełnie jakby podejrzewał, że uciekną.
— Tak, tak — powiedziała, śmiejąc się nerwowo i strzelając oczami dookoła. — Widzi pan dedenktyw, niektóre śmienci trzeba wyrzucić prendzej, żeby w domu nie zaśmiardnęło. — Spojrzała gniewnie na odczłapującego ku bocznej uliczce byłego gościa. — Straszny śmierdziel, no, sam pan dedenktyw rozumie. Nie może mi śmierdzieć w domu. Ja tu dzieci mam!
Scrutella nie dociekał, czy wspomniane dzieci to faktycznie dzieci, czy nie kolejna fala młodocianych prostytutek, uciekłych spod nazbyt czujnego oka rodziców i nieco nazbyt wyśrubowanych jak na dziejsze czasy kontraktów rodzinnych. Niemal co sezon problem się pojawiał i części takich gówniarzy nigdy nie odnajdywali... a potem podobni z wyglądu do dawnych zaginionych otwierali w innych dzielnicach sklepiki czy kawiarnie. I jakoś się to kręciło. Było społeczne przyzwolenie na takie zachowanie i jeśli władze dolnego miasta nie przeczesywały zbrojnie domów, komórek i piwnic, to znaczy że wszystko było w porządku. Oczywiście, niestety-stety zdarzały się wyjątki. I czasem, niestety, znajdywano świeże zwłoki ze śladami których wolałby więcej nie oglądać.
— Pan dedenktyw zamyślony, co? — zagadnęła go Kalimera, udając, że przeciera okna szmatą, kiedy wpatrywała się w niego czujnie, szukając być może powodów, dla których gliniarz w środku dnia stał i gapił się na zamieszkiwany przez nią samą budynek. Fakt, że sam wynajmował pokoik na jednym skośnym stryszku z oknem, również jej nie uspokajał.
— Tak — odparł Scrutella, zdając sobie sprawę z tego, że trzeci raz westchnął ciężko i w zasadzie odwleka nieuniknione. Wiedział, że spostrzegli go patrolujący dachy i najprawdopodobniej porozumieli się już a propos jego rychłego przybycia na posterunek. Pewnie w środku aż wrzało, mimo że sezon urlopowy wygnał praktycznie wszystkich wyższych szarżą na wieś i ku jeziorom na północy i rzece na południu. — Tak — dodał i odszedł, czując na plecach wzrok swojej rozmówczyni. Kalimera śledziła go wzrokiem aż zniknął w tłumie, po czym zamknęła okno i zasunęła zasłony.
Kiedy wszedł na posterunek, kilku konstabli stało już na baczność. Kapitan minął ich, machnął ręką, by wrócili do swoich zajęć i przeszedł przez odrapaną bramkę do sali głównej, gdzie wśród biurek nieliczne brodate głowy zajmowały się wszystkim: od kradzieży dżemów z lokalnej spożywki, przez narkotyki, przewinienia drogowe aż po handel ludźmi. Dziś siedział tam tylko jeden z nadających się do czegoś podoficerów, w dodatku niespokrewniony z nim cudak, farbujący włosy i brodę.
— Pinkelsing — pozdrowił go, przechodząc.
— Szevie — odparł tamten, podnosząc głowę znad portretu pamięciowego. W ustach trzymał dwa ołówki, które co chwilę wyciągał i poprawiał coś na rysunku. Obok biurka, co kapitan zauważył dopiero po chwili, siedziała dziewczynka, pocierająca co chwilę nos i zaczerwienione oczy.
— Coś ważnego? — spytał Scrutella, próbując ocenić wiek dziecka. Obręcze klanowe wyrwano dziecku z obojga uszu, do tego wyglądała jakby płakała przez większość ostatniego czasu.
— Znajda, panie kapitanie. Podjerzewamy że uciekła z któregoś burdelu, ale nie mamy pewności. Nie ma kim przeprowadzić badania, Lois poszła coś wyjaśnić z jednym z młodych i jeszcze nie wróciła.
Kapitan pokiwał głową. Oprócz nich dwóch, na sali nie było nikogo.
— Jakichś konkretnych "nas" masz na myśli, Bog?
— No ja i... — rozejrzał się, wzruszył ramionami. — Przyprowadził ją konstabl Siódemka, ale odesłałem go do innych spraw, przynajmniej, dopóki... dopóki... nie będzie mi, tego, potrzebny. Moim zdaniem dziecko porwano z domu, trzymano przez jakiś czas gdzieś, żeby zmiękła, tam też wyrwano jej obręcze, no i tego-
— Wyrwali. Nie "wyrwano", Bog. Brzmi to jakby jakaś bezosobowa siła jej to zrobiła, a nie kolejni popieprzeni zwyrodnialcy, handlujący żywym towarem. — Czyimś dzieckiem, dodał w myślach. Gdzieś tam jest mama, która odchodzi od zmysłów i tata, który na pewno nie rozstaje się z toporem lub przywiezioną z wojny hakownicą.
— Najgorsze, że to właściwie nie jest nielegalne, panie kapitanie.
— Jak, kurwa, nie jest? — Scrutella odrzucił wzięty z biurka folder ze sprawą kradzieży stu czterdziestu butów. Komu nagle potrzeba sto czterdzieści butów? Czy chodziło o siedemdziesiąt par? Czy sto czterdzieści lewych? Ktokolwiek pisał ten raport, powinien dostać po łbie.
— A kto uwierzy dziecku? Bez znaków klanowych? Przecież powiedzą, że to nie oni, dziecka nie widzieli, znajda bez obręczy pojawiła się na ich progu i dali z masłem pajdę i jak spali, uciekła z rodowymi srebrami. I jeszcze zrzucą nam na łeb jakieś idiotyzmy. Nie raz już tak było. — Zwrócił się do dziewczynki. — Jesteś pewna, że to ta osoba cię więziła?
Dziecko pokiwało głową. Mała miała czerwone, pyzate policzki i kaniony czystej skóry wyrzeźbione przez niestrudzone strugi łez w brudzie pokrywającym jej oblicze.
— Pokaż — powiedział mu Loso. Sierżant odwrócił papier tak, by kapitan zobaczył. To mogło być pięć różnych osób, pomyślał.
— Obręcze klanowe? Swoje? Czyjeś?
— Mówi, że swoich nie zna i że ciemno było. Ale zawijasy jakieś rysowała, trudno powiedzieć jakie. — Pokazał świstek z rysunkami. Scrutella wzruszył ramionami.
— Znaki szczególne?
— Niebieskie tatuaże na policzkach. Jak co drugi Podziemny gangus. Kółka, kropki, czworokąty. — Odwrócił kartkę, by pokazać kolejne nabazgrane przez dziecko niezgrabne kształty. — Trochę za mało szczegółów, co? — Pinkelsing obracał przez chwilę kartkę, jakby próbując nadać sens tym bazgrołom. Dziewczynka milczała, okazjonalnie pociągając nosem.
— Co planujesz zrobić z tym dzieckiem? — spytał nagle Scrutella, patrząc na zegar.
— Nic, czekałem aż pan wróci, żeby zdecydować.
— Ochronka? — zastanowił się na głos. — Trochę bez sensu. — Pokiwali obaj głowami. — Ale przecież tu nie zostanie.
— Myślałem, czy by nie zaprowadzić jej do mojej siostry. Może parę dni w cieple, w suchu i wśród przyjaznych twarzy odblokuje jej pamięć na tyle, że przypomi sobie jak się nazywa, gdzie mieszka, albo coś.
— Gdzie mieszka? — powtórzył za nim Loso, otwierając notes.
— Moja siostra? — Scrutella uniósł brwi. — Wie pan, gdzie są Stare Farmy? Tam, gdzie wytryskują te śmieszne kolorowe źródełka?
Scrutella znał Ćwiartkę nadziemną jak własną kieszeń. Ale znowu Ćwiartka Pod, czyli podziemne miasto, to zupełnie inna sztuka odzieży. Wspomniane Stare Farmy mieściły całe komuny lekko świrniętych odszczepieńców, którzy nie czuli się za dobrze ani pod ziemią, ani w centrum, więc hodowali zwierzęta w enklawach pełnych sobie podobnych dziwaków i byli samowystarczalni. I zazwyczaj robili na tyle niewiele przekrętów i przestępstw, że do straży niewiele docierało. KIedyś były tam wsie, w nich zaś poletka i farmy... a teraz jest oddalona od centrum milami przedmieść dzielnica świrów.
— Zostaw u dyżurnego i w raporcie namiary tak, żeby można było ją znaleźć, daj to do zrobienia Siódemce i... — Loso pochylił się nad innym raportem na swoim biurku. Tym razem któryś z sierżantów raportował o potencjalnej szajce handlarzy pepe, właściwie PeWuŁPe, Pierdolącym We Łbie Proszkiem, białawą substancją modną ostatnio wśród kransoludzkiej młodzieży. Loso zanotował w pamięci, że raportująca Liść Dyniowego Drzewa, cóż za awangardowe imię, powinna pisać nieco wolniej. Może wtedy on sam, weteran odcyfrowywania strażniczych kulfonów, spędzałby mniej czasu na dowiadywaniu się z papierów podstawowych informacji. To, albo wracam do porannych spotkań i przydzielania zadań. Tylko nie to.
Krasnolud z kolorową brodą uniósł ręce na znak protestu.
— Wolałbym jednak sam się tym zająć, panie kapitanie, jeśli można. To przecież tylko dziecko. A ja chętnie się przejdę na drugi koniec miasta. Świeże jajka prosto od kury to zawsze dobry powód, by się przejść. A od kaczki...
Ktoś wrzasnął na korytarzu, zakotłowało się, trzasnęły kajdanki i czyjaś twarz została wciśnięta w plecioną kratę aresztu, wypuszczając zduszone stosy przekleństw kogoś, kto wie, że zaraz dostanie z pały i nie zamierza sprzedać skóry za tanio. Inny ktoś wrzeszczał, że to nie tak; jeszcze inny ktoś, prawdopodobnie półelfka, stukała obcasami, rzucała się i przeklinała.
— A, dobra, rób jak uważasz. — Loso potarł potylicę, odrywając wzrok od sceny obserwowanej przez odbicie w zakurzonej szybie przepierzenia. — Myślałem, że może pójdziesz ze mną do Departamentu do Spraw Ludzi.
Kątem oka dojrzał jak Pinkelsing skrzywił się i przycisnął knykcie do policzka, jak gdyby idea ludzi jako takich sprawiała, że ropiały mu dziąsła. Trudno powiedzieć, co robił na wojnie, przemknęło mu przez myśl. Niby jest w wieku że powinien ją pamiętać, a jednak nigdy temat nie wyszedł. Może przejdę się i zajrzę do akt osobowych, jak mi się znowu zdarzy tam zawędrować w jakimś celu. Ostatecznie kto ma wiedzieć jak nie ja?, zapytał sam siebie. Wszyscy inni mają wszystko w dupie.
— Jeny, po co? — spytał młodszy z krasnoludów, przyciskając pięść do twarzy, krzywiąc się przy tym przeokrutnie. — Do Departamentu do Spraw Ludzi, łyyych! — Wydał z siebie ni to pomruk, ni to jęk. Raczej okrzyk zażenowania.
— Powiem ci jak wrócisz. Uwiniesz się przed końcem zmiany?
— Tak, na pewno tak, nie mam innego wyjścia — odparł tamten, pomagając dziecku się zebrać. Nie było dużo do zabrania, w sumie samo dziecko i worek jedzenia, który Pinkelsing pozbierał z kantyny, by mała miała co przekąsić.
— No, to do potem.
— Do potem.
— A, Bog? — zagadnął go jeszcze kapitan. Ów znieruchomiał przy wyjściu z pomieszczenia.
— Tak?
— Weźże umyj jej twarz, niech nie wygląda jakbyś to ty ją porwał. Jeszcze ktoś gotów ci wpieprzyć za żywota i na wszelki wypadek.
— A— zaczął tamten, ale Scrutella dodał tylko:
— To rozkaz. — To rzekłszy, odwrócił się plecami i wczytał w pierwszą z brzegu teczkę, opatrzoną w wielki czerwony napis "Konstabl dostał wpierdol ale przeżył", który musiał przebić z raportu medycznego Czuba Rozpruwacza, policyjnego medyka, znanego z celnych, acz nieco niepolitycznych wypowiedzi. Kiedy ważniaki z góry kręcili nosem i kazali pisać upomnienia, Loso i inni dowódcy szlifierzami bruków, palili je w umywalkach. Władza jedno, ale trzeba się nawzajem szanować.
KIedy Pinkelsing wyszedł, Scrutella tknięty jakimś impulsem spróbował otworzyć jego szufladę. Była zamknięta na klucz, którego nie znalazł nigdzie na widoku. Sprawdził biurka pozostałych — otwarte. Dziwne, pomyślał. Zanotował to w pamięci i przeszedł się po pomieszczeniu tam i z powrotem, przeglądając papierzyska na biurkach. Te same nazwiska przewijały się przy tych samych sprawach: narkotyki, prostytucja, naruszenie dóbr osobistych, pobicia, kradzieże, nieumyślne spowodowania, śmiecenie, fałszerstwa, wymuszenia i zabójstwa. Krasnoludy wciąż znajdywały powody, by robić sobie kuku i nie było na to rady. I często, oprócz powodów, wykazywały się zadziwiającą kreatywnością w wymyślaniu nowych sposobów zarówno na robienie współbraciom krzywdy, jak i na uniknięcia wpadnięcia w przepracowane łapy organów ścigania. Cóż, pomyślał Loso. Przynajmniej wiemy, że coś robią... ale czy ich złapiemy, to już inna para kaloszy.
Z filozoficznych rozmyślań na temat niekończącej się papierologii krzywd międzykrasnoludzkich wyrwał go kapral z dziennej zmiany, prosząc go do biura komendanta, który akurat postanowił zaszczycić ich swoją obecnością. Loso skrzywił się gorzko na myśl o tym, co jeszcze mu wpieprzą na łeb i ile koniec końców zasług trafi do kogoś innego. Praca pracą, wypłata wypłatą, prestiż prestiżem, ale kurewstwo było jest i będzie, myślał, wchodząc do gabinetu szefa. Zwłaszcza na wysokich stanowiskach.
***
Rozmowa ze starym przyniosła Scrutelli tylko ból głowy i poczucie jeszcze większej beznadziei niżby cała ta sytuacja była tego warta. "Idź i to załatw" było jego zwykłym sposobem działania, więc to, że stary wymyślił jakieś "delikatne podejście" czy "polityczne imperatywy zachowania status quo w niejasnych czasach", powodowało że miał ochotę wejść do wanny z błotem i zaciągnąć się najgłębiej, jak to możliwe. Nigdy nie wyjść. A jeszcze do tego trzeba było iść... tam.
Przed wojną, kiedy elfy zamieszkiwały potężne pałace zawieszone w powietrzu i dla zabawy podburzały powszechnie występujących w mieście ludzi przeciwko krasnoludom, nie spodziewały się, że wkurwione całą tą sytuacją z napięciami rasowymi półelfy staną przeciwko nim — byli przecież tacy podobni! Półelfom prawie niczego nie brakowało do elfiej perfekcji... może oprócz czystości krwi. Na której im powszechnie kompletnie nie zależało. A kiedy zaczęła się wojna, to półelfy zdobyły wysokie elfie wieże i rozgoniły elfie towarzystwo na cztery wiatry, a potem pomogły odczarowywać... lub też, raczej, minimalizować skutki opętania elfimi czarami ludzi, którzy mordowali krasnoludy w ich własnych domach.
Cóż to za idiotyczne powody do wojen!, myślał krasnolud, idąc wzdłuż potężnych głazów, stanowiących naturalną granicę między światem półelfów i krasnoludów. Oczywiście, że pomiędzy potężnymi kamieniami znajdowały się przejścia, ścieżki, drabiny, przekute chodniki, włazy, pochylnie i najróżniejsze drewniane konstrukcje mające umożliwić swobodne przechodzenie jednych do drugich — czy to do pracy, czy do domu, w celach handlowych czy innych — nie mniej jednak obie części Miasta były od siebie wyraźnie odseparowane. Dawniej, kiedy rządził Wysokim Miastem elfi oligarcha, z każdego głazu wystawały potężne kolce, a magiczne osłony i konfundujące labirynty zainstalowane wzdłuż granicy tylko dodawały poczucia odrealnienia i doprowadzonego niemal do krystalicznej czystości snobizmu elfów; wyraźnie dzieląc Miasto na dwie nierówne części. Wiszące wszędzie, niczym muchy nad krowim zadem, platformy z elfimi pałacami i zamkami, świątyniami zamieszkanymi przez całe elfie rody, odbierały światło Dolnemu Miastu, czyli Ćwiartce, ilekroć bezkarne elfy były w nastroju na psoty. Kiedy przyłożono im ostrza do gardeł, obdarto z majątków i wydalono z Miast, platformy i budynki przeistoczono w azyl dla ludzi, skazanych na reparacje szkód i powietrzną banicję. I tak powiodło im się lepiej niż tym, którzy zamieszkiwali tereny Pobojowisk.
Scrutella kopnął w puszkę po jakimś lokalnym piwsku, pozostawioną tu przez jakichś śmieciarzy. Reszta platform, zwłaszcza tych, których nie dało się ruszyć, została przerobiona na budynki użyteczności publicznej, spichlerze, gorzelnie... czy obserwatoria. On sam wiedział, że jedna czy dwie platformy mieszczą szkoły dla wyższych sfer, do których przyjmują również krasnoludy. We dwóch czy trzech są bazy policyjne półelfów, a najczęściej jedna platforma mieściła kilka, jeśli nie kilkanaście różnych przybytków. Utrzymywanie porządku i logistyki w takich miejscach było karkołomnym przedsięwzięciem i krasnolud cieszył się, że półelfy brały to na siebie. W Ćwiartce było dostatecznie dużo problemów pod ziemią, żeby angażować jeszcze wszystkich w te nadziemne cuda. Mimo, że prawie codziennie przybywali do pracy nowi konstable, straży wciąż było za mało, i pod ziemią, w kawernach i korytarzach działy się najróżniejsze okropieństwa. I żadne siły policyjne nie miały jeszcze dość odwagi, żeby się z nimi zmierzyć.
Detektyw kapitan Loso Scrutella skończył ponure rozważania na temat obecnego stanu miasta i rozejrzał dookoła; w pobliżu nie było żywej duszy. A jednak... coś mąciło ciszę tego miejsca. W oddali ktoś się śmiał, drewniany chodnik kilkanaście metrów dalej, za nim, zdradzał czyjąś obecność. Na ławeczkach, dachach i w oknach budynków, które sprytni mieszkańcy nieustannie rozbudowywali w górę i na boki, można było dostrzec okrągłe oblicza mieszkańców: półelfów i krasnoludów o najróżniejszych stopniach zarośnięcia, wszelkiej maści outsiderów wygolonych do zera i tych zarośniętych do poziomu małpy absolutnej, dziwolągów noszących srebrzyste hełmy i tyjące nie wiedzieć po jaką cholerę niewiasty, leniwie przekomarzające się na chybocących, dosztukowanych z byle jak zbitych desek i dykty balkonach. Poczekał chwilę, by usłyszeć płacz dziecka, głośne przekleństwa i szczekanie psa, czyli standardowy zestaw dźwięków dużych skupisk. Do tej kakofonii dodał wkrótce śmiech, ulgę nieodległej defekacji i, oczywiście, jęki kopulujących w pobliskiej bramie mieszkańców, z których przynajmniej jedno było płci męskiej. Po chwili ktoś beknął, i Scrutella uśmiechnął się do siebie. Oto Ćwiartka w pełnej krasie. Gdzie, jak nie w domu?
Za załomem krańcowego w tym miejscu muru mieścił się dawniej zwieńczony kopułą posterunek uzbrojonych po zęby elfich gwardzistów, dziś przemieniony na okrągłą salę pod gołym niebem, gdzie kopułę zwijano na noc, a strzegący tego miejsca półelfi posterunkowy i krasnolud z dziennej roty grali leniwie w karty. Na drugim końcu sali, na półkolistych ławach siedziało kilka osób i najwyraźniej odgrywali jakieś sceny do teatrzyku, korzystając ze świetnej akustyki i tego, że nikt im tu nie przeszkadzał. Scrutella pociągnął nosem, by strażnicy zdążyli go zauważyć i zasalutować. Była to dobra praktyka, eliminująca niepotrzebne nieporozumienia i przeprosiny. Pochłonięci grą nie zwrócili na niego uwagi, więc wzruszył ramionami i poszedł dalej. Jedna podpierająca się obiema rękami ciemnowłosa półelfka ziewała znad kartki, z której najwyraźniej nie miała za wiele do przeczytania. Scrutella mimowolnie stłumił ziewnięcie, na które odpowiedziała uśmiechem. On sam też się uśmiechnął, wyminął stertę ich toreb i plecaków i przeszedł na drugą stronę budynku.
— Ej, ty! — zawołał za nim głos.
Oho, proszę. Straże uaktywnione. Może nie będzie trzeba ich opierdalać, pomyślał. Odwrócił głowę nieznacznie na znak, że usłyszał.
— Nie masz jakichś fajek? — dodał głos, należący do kransoluda z włosami spiętymi w koński ogon wystający z kolorowej, dzierganej na ludzki sposób czapki.
Scrutella westchnął i wzruszył ramionami.
— Nie palę. — Odwrócił głowę z powrotem i szedł dalej, nienagabywany już przez nikogo.
Za budynkiem nie było już żywej duszy. Z lewej strony zaokrąglone głazy, resztka muru, z prawej rozbite cokoły po jakichś bez wątpienia efich pomnikach w stylu powszechnie występujących elfich gracji: Kurwy, Zdziry, Matki i Wszetecznicy, czyli w tym wypadku czterech ponętnych do przesady kobiet w pozach na lekkie obyczaje. Historycznie wszystkie miały każda swoją historię, nazwę i być może nawet jakieś poetyckie przesłanie — ale z racji podobieństwa jednej z posągowych bogiń seksu do matki dawnego pułkownika dziennej roty Lago "Trójzęba" Kadavera, (który podczas ostatniej wojny odłupał popiersie z jednej z przewróconych rzeźb i postawił zmarłej rodzicielce na grobie), wszystkie elfie rzeźby i statuy z tłumem półnagich kobiet nosiły bardziej lub mniej obleśne przezwiska, z jedną zawsze znaną jako Matka. Wszyscy uwielbiali tę ciekawostkę i pozostałe pomniki nosiły ślady setek graffiti z pomysłami na to, kto jest kim.
Środkiem zaś prowadziły wmontowane w szary kamień białe płyty, rozchodzące się coraz szerzej i szerzej, aż przechodzące w zawieszone nad przepaścią schody... prowadzące kilkadziesiąt metrów w górę i po skosie. I ani pół balustrady, starym elfim zwyczajem. Albo li to kwestia wyniosłości elfów, destrukcji wojennej czy relokacji dobrego materiału budowlanego przez obrotne krasnoludy — nie wiadomo.
— Kurwa, jebana mać — rzekł, sięgnąwszy ku sakwie przy boku. Oprócz odznaki i kastetu nosił tam ciemne okulary, pomagające mu zwykle w przytępianiu tej oślepiającej, wszechobecnej bieli w znośniejszą szarość. Teraz okularów nie było; przypomniał sobie, że pewnie zostały w biurze... albo w komnacie błota. Albo wypadły mu w lotniaku czy też cholera wie gdzie. Obmacał się po piersi — czasem zawieszał je na guziku koszuli, ale teraz i tam ich nie było. Rozważył nawet powrót do biura, byle nie musieć iść tym białym, kanciastym grzywaczem w pełnym słońcu. Czasami te elfie skurwysyny sprawiały, że pod nie-elfią stopą całe klatki schodowe pływały lekko, by wzbudzić w przybyszach dyskomfort. Scrutella na szczęście na takie jeszcze nie trafił, ale obawiał się, że w najmniej oczekiwanym momencie trafi się właśnie jemu ten pierwszy raz.
Z pomocą przyszedł mu duet strażniczy, który w końcu zdał sobie sprawę, że ktoś ich minął i teraz biegli w jego stronę, sapiąc ciężko. Krasnolud, którego imienia Loso nie pamiętał, nie rozpoznał go i stał tylko, dysząc, natomiast półelf, ewidentnie posiadacz lepszego wzroku i, być może, przeszkolenia — lub po prostu uprzedzony, że ktoś taki jak on, Scrutella, może tędy przechodzić, zasalutował mu.
— Panie kapitanie — rzekł półelf, przykładając rękę do czoła. Loso stał na piątym czy szóstym schodku, więc byli sobie mniej więcej równi wzrostem.
— Posterunkowy — odpowiedział uprzejmie Scrutella, nie patrząc na czarnowłosego jak i on krasnoluda, któremu było chyba wstyd, że kapitan straży przeszedł obok niego niezauważony i wspiął się na szósty schodek bez choćby głupiego "dzień dobry" z jego strony. — Konstablu... jak się nazywacie?
— Century — odpowiedział krasnolud, wbijając wzrok w stopy kapitana. — Młodszy konstabl Sufa Century.
— A wy? — kapitan przeniósł wzrok na półelfa, który odpowiedział, choć wcale nie miał wobec niego żadnych obowiązków.
— Posterunkowy Hiteus Alworl, panie kapitanie.
— W co graliście? — zapytał uprzejmie Scrutella, szukając nici porozumienia między zdezorientowanymi policjantami, którzy doskonale wiedzieli, że zawalili sprawę i należał im się solidny opieprz. Ale może nie teraz, pomyślał.
— W Wiedźmy, panie kapitanie — odparł posterunkowy, zezując znacząco na krasnoluda stojącego obok. — Konstabl Century dostawał nie lada bęcki.
Scrutella parsknął, słysząc to staromodne słowo z ust takiego gówniarza. Z uśmiechem na ustach nakazał im się rozluźnić.
— Nie wpieprzę was na żadną minę w raporcie, choć w zasadzie powinienem, ale raz, że już zapomniałem, jak się nazywacie... — Mrugnął do półelfa, krasnolud zaś stał z rozdziawioną gębą i patrzył się na niego tępo. No cóż, pomyślał. — Dwa, że nie mam ołówka, a trzy, bardzo mi się nie chce. Ale mam prośbę, zróbcie coś dla mnie. Zbliżcie się. — Kiedy tamci przysunęli się bliżej, dodał: — Potrzebuję na już ciemne okulary. Jakiekolwiek! Zapomniałem swoich, a ta wszechobecna biel przyprawia mnie o ból głowy.
— Ja swoich niestety nie mam, panie kapitanie, niestety — odpowiedział burcząco młodszy konstabl. — Mam spawalnicze, ale w szafce na komendzie, i...
— Ja nie potrzebuję, ale pójdę może zapytać tamtych dzieciaków, czy by nie pożyczyli. Bo odda pan kapitan, prawda? — rzekł posterunkowy Alworl rozbrajająco, i Scrutella uznał, że od razu go polubił. Młody krasnolud wyglądał, jakby miał się zaraz zesrać ze wstydu, więc Loso powiedział mu tylko, żeby się przykładał bardziej do pracy i może któregoś dnia nikt mu nie utrze nosa za gapiostwo... No i lepiej tak, niż gdyby naprawiał jakieś koło cięgna na dole w kopalni, prawda?
— Tak jest! — odpowiedział krasnoludzki strażnik, więc Scrutella, nie chcąc przedłużać jego agonii, nakazał mu odmaszerować na posterunek i przetasować dobrze karty, żeby mu nawet najlepszy półelf świata nie kopał bezlitośnie dupska w ulubioną grę krasnoludów. Gówniarz pewnie nie zmruży oka przez tydzień, martwiąc się jak ta interakcja wpłynie na ścieżkę jego kariery. I dobrze, niech się stresuje, może będzie czujniejszy i nikt mu nie sprzeda kosy w plecy w ciemnej uliczce.
Półelf wrócił po chwili nie sam, lecz ze znajomą Scrutelli dziewczyną. Tą, która ziewała.
— Przepraszam najmocniej, panie kapitanie, ale jedyne ciemne okulary które mamy na stanie, należą do tej młodej damy, która zgodziła się wypożyczyć swoje pod pewnymi warunkami.
— Jakimi warunkami? — zapytał Loso, sięgając do kieszeni na piersi po portfel. — Dwie dychy wystarczą?
Dziewczyna, niewiele niższa od posterunkowego, mlasnęła. — Okulary nie są na sprzedaż — rzekła. — Ale mogę ci pożyczyć, jeśli zabierzesz mnie ze sobą. Nudzi mi się — dodała, kiedy półelfi strażnik zapytał o coś cicho.
— Chcesz zostać moją gosposią, wierną mi gospodynią, która zestarzeje się wraz ze mną, by na końcu odziedziczyć moje marne grosze i cieniutką emeryturę strażniczą? — rzucił z przekąsem, usiłując ocenić, ile dziewczyna może mieć lat. KIlkanaście, może dwadzieścia kilka. W wieku córek Tita, powiedzmy. Gówniara, mówiąc obcesowo. Dziecko, mówiąc po krasnoludzku.
— Na górę — rzekła tylko. — Idziesz na górę, nie? Pójdę z tobą, zobaczę sobie jak to wygląda z góry, i wrócimy razem, i wtedy mi oddasz moje okulary.
Kapitan uśmiechnął się. Uniósł brwi, spotkał wzrok posterunkowego, który wzruszył ramionami w geście "jak chcesz" i najwyraźniej uznał, że kapitan przewyższa go szarżą i jeśli o niego, posterunkowego chodzi, to krasnolud z odznaką dowódcy straży może sobie na schodach prowadzących do departamentu do spraw ludzi urządzić dwusetne urodziny prababki i sprowadzić, dajmy na to, osiołki.
— No, to chodźmy — rzekł, wyciągając rękę do dziewczyny. Ta sięgnęła do luźnego swetra, spomiędzy warstw odzieży wyciągnęła czerwone, przyciemniane okulary z krzykliwymi skrzydełkami — ewidentnie bardziej gadżeciarskie i szpanerskie niż faktycznie przyciemniające. Ale słowo się rzekło i musiało mu to wystarczyć. Włożył je na nos, rozejrzał się dookoła, czując mimowolnie jak strach przed wysokością, oślepiająca biel polerowanego kamienia i lęk przestrzeni ustępują odrobinę. — No, tego... Chodźmy.
Dziewczyna była wyższa od niego znacznie i jej nogi pozwalałyby jej na pokonywanie znacznie większej ilości schodów na raz — ale szła tuż obok, stawiając stopy na tych samych stopniach co on, starając się go nie wyprzedzać. Grzeczny gest, choć może nazbyt teatralny z jej strony, oceniał. Ale nie brał tego do siebie. Ostatecznie byli różnego wzrostu i na to nie było rady.
— Jesteście trochę jak dzieci... — powiedziała, idąc cierpliwie obok niego. Rozglądała się na boki leniwie, jakby znała ten widok bardzo dobrze. Loso patrzył tylko na schody przed sobą i myślał tylko o schodach.
— Czyżby — rzekł, ni to pytając, ni to stwierdzając.
— Chodzi mi o to że wy, krasnoludy... Jesteście niscy, jak dzieci. I nie możecie tak szybko chodzić, bo macie krótsze nogi. Jak dzieci — skończyła.
Oboje w tym samym momencie postawili stopę na tym samym, chyboczącym się stopniu, i stracili równowagę. Krasnolud schylił się, obrócił bokiem i jedną ręką łapiąc krawędź stopnia powyżej, drugą chwycił półelfkę za rękę. Choć daleko by nie poleciała, najwyżej ześlizgnęłaby się o dwa, trzy stopnie, silne ramię krasnoluda przytrzymało ją w miejscu niczym zawieszony na maszcie żagiel. Kiedy już odzyskała równowagę, Loso wyprostował się i nie puszczając jej ręki, ruszył naprzód.
— I jesteście uparci.
-Jak osły — mruknął kąśliwie Scrutella, ryzykując spojrzenie za plecy. Przeszli dopiero jakieś dziesięć stopni, najwyżej tuzin z kawałkiem. Półelfka roześmiała się. Jej śmiech, podobnie jak zresztą i głos, podobał mu się. Jej młodość i to trudne do nazwania odczucie, kiedy spotyka się takie nieco egzotyczne stworzenie i ma szansę uczestniczyć w jego natuiralnym rytmie życiowym... było cokolwiek odświeżające. Przynajmniej pozwalało się odkleić na moment od stresu związanego z niechęcią do białej, jednolitej przestrzeni i głupich dowcipów elfich planistów przestrzeni.
— Jak dzieci! Ledwo się prawie wywaliliśmy, a ty już przesz naprzód! Jak czterolatek, który biegnie w stronę piłki. Albo cukierków.
— Gdyby to były cukierki, to zobaczyłabyś tylko kurz za mną — rzekł, pozwalając sobie na uśmiech. — Tyle byś mnie widziała. — Zamilkł. Przestąpili razem kilka stopni w ciszy. — A tak, nie spieszę się. Nie ma cukierków, kurde — dodał, trochę na pokaz.
— Nie ma co się spieszyć, y... masz jakoś na imię?
Krasnolud prychnął cicho, wspinając się na kolejny stopień.
— Co? — spytała półelfka, nie rozumiejąc.
— Ach, nic. Z jednej strony każdy ma jakoś na imię, a z drugiej...
— Z drugiej ty nie masz na imię Jakoś?
— Otóż to — rzekł, akcentując uniesionym w górę palcem wskazującym.
— To jak-
Wszedł jej w słowo. — Loso.
— To imię, czy nazwisko?
— Spytałaś o imię.
— A, tak, fakt. — Pokiwała głową. Powiew wiatru rozwiał jej włosy lekko, więc założyła je za plecy. — Ale z wami, krasnoludami, nigdy nie wiadomo.
Scrutella zastanowił się, ilu spotkała w życiu krasnoludów. Czy znała jakichkolwiek, poza punkami z pogranicza, artystami, czy innymi nierobami?
— Z nami nigdy nie wiadomo? To z wami jedna wielka niewiadoma! Wyglądacie wszyscy, jakbyście mieli po dwadzieścia lat. Cholerny elfi gen, jakbyście nie mogli po prostu wszyscy czarować...
— Uwierz mi, wolałabym czarować, zamiast wyglądać na dwadzieścia lat przez większość życia — westchnęła. — Wyczarowałabym... nie wiem, jakieś inne życie.
— Musisz być bardzo młoda...? — zaczął, zdając sobie sprawę, że ona też mu się nie przedstawiła.
— Veni Dor.
— Imię, nazwisko, czy oba?
— Imię i nazwisko.
— Wow — powiedział. Krasnoludy nieraz strzegły swoich imion i nazwisk, usiłując w anonimowości odnaleźć... różne rzeczy. Między innymi spokój. Elfy rzucały po siedem imion i cztery wieloczłonowe nazwiska i oczekiwały, że rozmówca je zapamięta. Natomiast półelfy... jedna wielka niewiadoma. — Nieczęsto się słyszy tak ochoczo wypowiedziane imię i nazwisko, kiedy się jest gliniarzem, muszę ci powiedzieć.— Najrzadziej bez “a co cię to obchodzi, glino?”, dodał w myślach.
— Nie wstydzę się swojego pochodzenia.
Krasnolud uśmiechnął się znowu. Dorów było pewnie z piętnaście różnych rodzin, przeplatających się drzew genealogicznych bez liku, od przygranicznych dolnych do sfer wyższych niż chciałbym wiedzieć, pomyślał. Równie dobrze ja mógłbym powiedzieć, że nazywam się Evo Breton. Albo Alli Solbadaer. Osiemnaście kartotek Diega Seidberendra.
— Miło mi cię poznać, Veni. Czy mam mówić Veni Dor?
— Może być tak i tak. — Półelfka potrząsnęła lekko prawicą, ściskaną przez lewą rękę krasnoluda. — Miło mi cię poznać, Loso. Masz szalone wyczucie stylu.
Loso spojrzał na siebie, na swoje spodnie, buty i koszulę, która mogłaby być nieco świeższa.
— Mam na myśli twoje szałowe okulary! — zaśmiała się dziewczyna, dotykając jego włosów. — Och, przepraszam, nie chciałam, żebyś pomyślał że ci umniejszam czy coś.
— Czy możesz mi nie umniejszać, kiedy jesteś ode mnie prawie dwa razy wyższa? Pewnie mimowolnie myślisz o mnie jako o dziecku — jak mówiłaś. Nic nie szkodzi — dodał, zerkając w górę. Bliżej niż dalej. — Przywykłem.
— Kultura wyższa nakazuje, żeby traktować was równo... ech! — uderzyła się pięścią w udo. — Nie da się tego powiedzieć, żeby nie brzmieć jak opowiadacz kiepskiego żartu. Nie gniewaj się, dobra?
— Będę się bardzo starał — obiecał. — Kiedy szliśmy razem na wojnę, mówili na nas "Niskie Wojsko", "Małe regimenty" i tak dalej. Ale nikt nie śmiał się z nas w twarz. — Przynajmniej nie długo, dodał w myślach. Dobrych kilku lub nawet kilkunastu chłopaków od nas i od nich straciło życie w wyniku zupełnie niepotrzebnych niesnasek wynikających ze zbyt gorących głów, zbyt zimnej wódki i zdecydowanie zbyt silnej potrzeby pokazania, kto jest największym kozakiem w kompanii, okopie czy na całym froncie. Teraz leżą w zbyt głębokich grobach i nie czują ciepła słońca na ogorzałych policzkach. Ciekawe, kim by dzisiaj byli, gdyby się wtedy nie pozabijali.
Półelfka mówiła coś, ale zarejestrował tylko sam koniec.
— ...i mój tata powiedział, że może wyglądacie jak brodate dzieci, ale bijecie się jak nie byle kto. Hej, Loso?
— Tak?
— Po co właściwie idziemy na górę?
— Idziemy do Departamentu do spraw Ludzi.
— To tutaj? Ja myślałam, że to u nas, w Wysokim Mieście.
Loso pokazał jej gestem, że wszystko dookoła, co widać na ich poziomie wzroku, to właściwie Wysokie Miasto. — Jesteśmy tu.
— Kurde, ale ja myślałam, że się wchodzi jakoś od Mostu Kosów, czy gdzieś stamtąd.
— Możliwe, że jest jakieś magiczne przejście, albo przelatuje tam jakiś prom... czy coś takiego. Ja wolę po krasnoludzku, na własnych nogach. — Starał się nie spoglądać w dół, ale na szczęście, miał do kogo otworzyć gębę i trochę go ta luźna rozmowa rozpraszała od problematyki białych schodów i upadku z bardzo wysoka.
Dotarli do szerokiego placyku wykładanego nierówno ociosanymi na brzegach kamieniami, wyglądającymi jak potężne lastryko. Porozwalane kartony i przeróżne śmieci budowlane walały się pod niewysokim murkiem zwieńczonym obtłuczonym grzebieniem cokołów ze zdewastowanymi posągami elfiej arystokracji w głupawych pozach. Graffiti, oczywiście, nie brakowało.
— To na pewno tutaj — powiedział Loso, przez ostatnie dwie dekady będąc tu zaledwie dwa razy, głównie kontrolnie. Teraz jednak szło o sprawę znacznie wyższej wagi. — Nikt nie chce o to zadbać. Ludziom nie wolno tu przebywać, krasnoludy nie chcą mieć z tym nic wspólnego, a półelfy najchętniej zamieniłyby tą budę na... nie wiem, może sklep wielobranżowy: miotły, szkło i byle co.
— Teatr by tu mógł być, gdyby tylko...
— No, wiem. Gdyby tylko nie to, że gdzieś musi być departament do spraw ludzi. Wszystko jasne. Wchodzisz ze mną, czy poczekasz?
— A potrzebujesz okulary do środka?
Loso niechętnie zdjął je z nosa i podał Veni, która założyła je na kołnierzu bluzki i mrugnęła do niego, pokazując mu język i kły, jakby byli starymi przyjaciółmi, a nie dopiero co poznanym kapitanem straży i znudzoną gówniarą. Krasnolud prychnął, odwrócił się i przeszedł kilkanaście zamocowanych stabilnie stopni do wielkich wrót, gdzie klamkę umocowano powyżej jego głowy.
— No chyba, kurwa, kpicie — powiedział, ale przypomniał sobie, że przecież tuż obok są mniejsze drzwi, którymi wchodził przy wcześniejszych wizytach. — Stary, a głupi! — Pchnął pociemniałe skrzydło i wstąpił w ciemność.
Komentarze (1)
No ten, długie zdania.. tylko wtedy można docenić autora 😀
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania