Desperacja - rozdział V

To żałosne.

 

Kiedyś myślała, że treningi z ojcem były ciężkie, ale teraz zmieniło się jej postrzeganie wszystkiego. Gdy trener jednym ruchem złamał jej rękę w kilku miejscach, nie wierzyła, że taki ból może istnieć. Z dnia nadzień przekraczała kolejne granice. Wytrzymałości, wstydu, cierpienia. Czy ten proces miał się kiedykolwiek zakończyć? Właśnie po to musiała stać się silniejsza, by go zatrzymać.

 

Ból nie jest najgorszy.

 

- Ti Pring, co się tak zawieszasz?

Anola wyrwała ją z letargu podczas obiadu w kantynie. Dziewczyna powróciła do rzeczywistości i zauważyła wpatrującą się w nią z troską twarz koleżanki. Dla Ti Pring takie momenty w obłokach były jedyną formą ucieczki. Spojrzała na swe ledwo tknięte jedzenie. Chyba jako jedyna osoba tutaj pamiętała jeszcze o manierach przy stole. Inni po prostu się napychali. Nawet Anola, osoba światła, oblizywała palce z lubością. Najgorsi byli Saiyanie. Ich żołądki zdawały się nie mieć dna. Przez chwilę Ti Pring obserwowała ich z niesmakiem.

- Nasz mały rezerwat z ginącym gatunkiem – skomentowała Anola. - Kurduplowaty to saiyański książę, samiec alfa. Straszny z niego chuj, ale jak mu dasz, to reszta zostawi cię w spokoju – powiedziała to tak lekko, jakby rozmawiała o pieczeniu ciastek.

Ti Pring nie wierzyła własnym uszom. To była armia czy zoo?

- Nikomu nic nie dam – warknęła z oburzeniem.

- Nie bój, prędzej czy później ktoś sam sobie weźmie.

Dlaczego Anola musiała być taka okrutna? Ti Pring zdążyła ją na tyle poznać, by wiedzieć, że w gruncie rzeczy była inteligentną i opiekuńczą osobą. Ale czasami mówiła rzeczy, które po prostu bolały i zdawała się to wręcz robić bezwiednie, jakby to było coś naturalnego.

- Jesteś na mnie wściekła? - spytała ze spokojem medyczka i wypiła duszkiem szklankę kompotu. - Ja cię tylko próbuję oswoić z nową rzeczywistością. Pora dorosnąć. Nie będę pierniczyć bzdur „będzie wszystko dobrze”, bo mogłabyś się potem bardzo rozczarować.

A Ti Pring myślała, że już dorosła.

 

Sama da sobie radę.

 

- Chodź tu, rybko, chodź, kochanie...

- Zostaw!

Kopnęła go raz, drugi, ale Bunać nie odpuszczał. Czasami zastanawiała się, jak zdesperowani musieli być ci mężczyźni, którzy nie potrafili myśleć o niczym innym. Chyba tylko szczęście i niesamowita wola przetrwania pomagały się jej od nich opędzić. Ale nie było to łatwe, oj, nie było. Ugryzła go w rękę, którą próbował przytrzymać ją w jednym miejscu. Próbowała uciec, ale złapał ją za włosy.

- Wystarczy tej zabawy, koniec przerwy! - wrzasnął trener.

Ten jeden jedyny raz Ti Pring miała ochotę go uściskać.

 

A może nie da sobie rady?

 

Siedziała na zewnątrz. Było tu tak pusto, ciemno i zimno. Przenikliwie zimno, ale i tak tkwiła tu bez ruchu i wpatrywała się w dal, mimo że widziała tam tylko czerń.

- Ale się ciebie naszukałam. Właź do środka, bo zamarzniesz – usłyszała głos Anoli.

Ti Pring nawet nie drgnęła. Dalej siedziała, jak zahipnotyzowana. W końcu medyczka kucnęła przed nią, chwyciła ją za ręce i spojrzała jej prosto w oczy.

- Co jest grane? - spytała.

- Wysyłają mnie na pierwszą misję. Będę w grupie uderzeniowej... - wydukała dziewczyna.

- No i?

- Nie wiem, czy będę w stanie... - Słowa uwięzły Ti Pring w gardle.

- Powiedz mi, gdy podpisywałaś papier, czego się spodziewałaś? Że będziesz podawać lordowi herbatkę?

- Nie... Po prostu... Nie sądziłam... Nie wzięłam pod uwagę, że...

- Mam cię zdzielić w twarz?

Jak zwykle Anola miała brutalne lecz skuteczne metody przywracania jej do porządku. Ti Pring chciała zapłakać, ale przypomniało jej się, że miała nie okazywać słabość. Nie sądziła tylko, że to będzie tak trudne. Nie została stworzona do takiego życia, choć kiedyś myślała, że może wszystko.

- Powiedz mi, jesteś istotą rozumną, czy zwierzęciem? - spytała medyczka.

- Tym pierwszym.

- Nie. Jesteś jednym i drugim, tak jak my wszyscy. Sęk w tym, że większość z nas woli o sobie myśleć, jak o tym pierwszym, więc robimy wszystko, by to drugie zepchnąć, zamknąć i wykorzenić. Ale tak się nie da. To drugie zawsze tam jest i czeka sobie w ukryciu. A ty właśnie teraz potrzebujesz tego drugiego. Musisz wypuścić je z ukrycia i pozwolić, żeby przejęło kontrolę. Wtedy ze wszystkim sobie poradzisz. Dlatego rób swoje i nie myśl o tym, co dobre, a co złe, co właściwe, a co niewłaściwe. Jak masz rozkaz zabić wszystkich na swojej drodze, to zabijasz wszystkich na swojej drodze i nie myślisz o tym. Bo jak będziesz za dużo myśleć, to zwariujesz.

Ti Pring za żadne skarby nie chciała zwariować.

 

To drugie.

 

Nie wiedziała, z czego miejscowi pędzili ten trunek i czego do niego dodawali. Posmak miał ziołowy, wchodził jak złoto i uderzał niczym meteoryt. Wypiła już ponad pół butelki i czuła się tak cudownie. To wszystko, co się dziś wydarzyło... nie ważne. Wydarzyło się i tyle. Było dobrze, nie przejmowała się już niczym. Jej mózg automatycznie przełączył się na inny tryb i już nie myślała tyle. Piła dalej i słuchała głupich przyśpiewek dzikiej hordy.

 

Płonie kościółek w lesie

Wiatr krzyk palonych niesie

 

Rzeczywiście, paliło się. To wszystko rzucone na środek tak wspaniale podsycało płomienie, takie piękne, ogromne płomienie, które zdawały się sięgać po sam nieboskłon. Czuła to przyjemne ciepło bijące od ognia. Mogła siedzieć przed nim w samej bieliźnie i nie zmarznąć mimo zimnego powiewu od jeziora. Kolejny łyk i ta błogość. Brak wstydu i lęku, i oporów, i poczucia winy... Może to ten trunek. Jeszcze jeden łyk.

Gdzieś tam za drzewami majaczyły zgliszcza, ale przy ogniu czuła się przyjemnie. Było w tym coś pierwotnego, jak odwieczny zew. „To drugie”.

- Od teraz będziesz mnie chronić? - spytała.

- A będziesz mi lojalna?

- Mogę się nawet nauczyć saiyańskiego, jeśli cię to uszczęśliwi, książę.

Kolejny łyk i świat zawirował.

 

Dorosła. Naprawdę.

 

Znowu trzymała miotłę. Ti Pring miała nadzieję, że już do tego nie wróci, ale okazało się, że przed nią znacznie dłuższa droga, niż sądziła. Gdyby tylko była silniejsza... Starała się tak bardzo, a poprzeczka zdawała się ciągle podnosić.

Bunać przeszedł obok niej i zlustrował ją od stóp do głów. Miała tego dosyć. Odwróciła się, ale on tam stał i się gapił.

- Co? - mruknęła w końcu z irytacją.

Nie podobało jej się jego spojrzenie.

- Jesteś zakłamaną, małą kurwą – powiedział.

Chciała mu przywalić, ale wolała nie robić sobie problemów. Opanowała emocje i nie dała się sprowokować. Liczyła na to, że wojak odpuści, ale on podszedł jeszcze bliżej.

- A zgrywałaś taką cnotkę... Prawie dałem się nabrać – wycedził. - Powiedz mi... Jakie to uczucie nadstawiać kuper małpie, kiedy wszyscy patrzą?

Niewiele brakowało i by wygrał, ale nie. Nie dała mu tej satysfakcji. Pod żadnym pozorem nie mogła pokazać zażenowania, bo właśnie o to mu chodziło. Zwróciła się do niego twarzą, oblizała wargi i uśmiechnęła się bezczelnie.

- Cudowne. Powinieneś spróbować. Nappa twierdzi, że jesteś w jego typie.

Odwróciła się i sprzątała dalej, wyobrażając sobie, jaka wściekłość musi właśnie wzbierać w Bunaciu.

- Dziwka.

Złamała miotłę i wbiła mu kij w udo. Trysnęła krew.

 

Łatwo wpakować się w kłopoty.

 

Próbowała się wyszarpać, ale nie było odwrotu. Wrzucili ją do izolatki i zamknęli właz.

- Miłego tygodnia – usłyszała.

Tak ciemno, tak ciasno, tak potwornie. Została sam na sam z własną paniką.

 

Czas zwalnia i przyspiesza

 

Lord Frieza wyglądał niepozornie i majestatycznie zarazem. Jego rogi lśniły w blasku żarzących się lamp. Stał zwrócony przodem do wielkiego okna, które zajmowało całą ścianę jego prywatnego biura i wpatrywał się w posępne oblicze Metamorfis. Ti Pring rzadko miała okazję rozmawiać z nim osobiście i zastanawiała się, czy tę wizytę zawdzięcza jakiemuś wyjątkowemu wydarzeniu.

- Jak długo już tu pani służy? - spytał ze spokojem.

- Trzy lata, sir.

- No właśnie, trzy lata. Równe trzy lata.

W końcu zwrócił się twarzą do niej. Rozbudził w niej trochę nadziei. Może chciał ją wreszcie zwolnić ze służby?

- Jest pani zadowolona z pracy dla mnie?

Co niby miała mu odpowiedzieć? Przecież nie mogła sprawić mu zawodu. Wiedziała, kim był.

- Tak, sir – odparła bez zastanowienia, wciąż stojąc na baczność.

- To dobrze, bo liczę na długą i owocną współpracę.

Nie dała po sobie poznać, co czuła. Przynajmniej dotrzymał swojej części umowy. Tylko co ona z tego miała?

- Spocznij. Winka?

Nie śmiałaby mu odmówić w czymkolwiek. Widziała, co się działo z tymi, którzy próbowali. Ale nie sądziła, by mogła w jego obecności cokolwiek przełknąć. Trzymała więc tylko kieliszek. Lord Frieza był dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze, ale to nie znaczy, że stał się mniej przerażający.

- Nie ukrywam, że dostrzegam w pani potencjał, ale na nieco innej płaszczyźnie, niż u pozostałych. Nie wykazuje się pani nadzwyczajną siłą, ale posiada pani imponującą wolę przetrwania. Do tego posiada pani coś, czego brakuje większości moich żołnierzy: błyskotliwy umysł. Zdecydowałem, że wyślę panią z grupą uderzeniową na planetę Rudawka. Mam na nią kupca od lat, ale trzebienie miejscowej ludności idzie wyjątkowo opornie. Myślę jednak, że pani intelekt i wola przetrwania mogą znacznie zwiększyć szanse oddziału. Jeśli pani dobrze się spisze, jestem gotów panią awansować. I, nie ukrywam, wiązałoby się to z nieco ambitniejszymi zleceniami, niż tylko czystki etniczne. Pani umiejętności mogłyby się okazać cenne dla naszego wywiadu.

- A jak się nie uda?

- Jeśli rzeczywiście ma pani tak silną wolę przetrwania, to musi się udać.

Nie była pewna, czy powinna uznać to za pocieszenie.

 

Tyle się dzieje.

 

Lord Frieza chyba miał rację z tą wolą przetrwania. Ti Pring nie była najsilniejsza, a jednak tylko jej udało się przeżyć. Mieszkańcy Rudawki okazali się wyjątkowo twardzi i cudem eksterminacja zakończyła się sukcesem, nie licząc garstki, której udało się uciec z planety. Niestety Ti Pring została sama na placu boju i to w tak opłakanym stanie, że zaczynała wątpić, czy jeszcze uda jej się wrócić. Ale póki miała siłę się poruszać, nie poddawała się. Jej uszkodzony detektor wskazywał drogę do kapsuły, ale pokonanie jej, to już była inna kwestia. Gdyby jeszcze miała pilota... Rany, głód, pragnienie i wycieńczenie wyssały z niej prawie całą energię. O wzbiciu się w powietrze nie mogła nawet marzyć, ledwo jej starczało sił, żeby iść. Przystawała co kilka minut i za każdym razem, gdy myślała, że to już koniec, jakimś desperackim zrywem udawało jej się zmusić swe ciało do kontynuowania marszu. Złamana ręka w prowizorycznym temblaku bolała okrutnie, ale to akurat był dobry znak. Znaczyło, że jeszcze nie zgniła, ani się nie rozpadła, choć Ti Pring wolała jej nie oglądać.

Otaczało ją szare pustkowie ze wszystkich stron. Ani wody, ani roślin, ani zwierząt, niczego. Ti Pring zaczynała coraz bardziej wątpić, czy da radę. Zastanawiała się nawet, czy śmierć nie byłaby wybawieniem, zakończeniem męki. Ale nie, nie mogła umrzeć, szła dalej. Znalazła jakąś niewielką kałużę i wypiła całą jej zawartość, nie dbając o czystość wody. To dało jej odrobinę siły, by przyspieszyć. Nie było już daleko, ale płaski teren zamienił się w postrzępiony i skalisty, utrudniając wędrówkę. Ti Pring przysiadła w jakieś szczelinie, kiedy nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Usłyszała jakiś szelest, spojrzała w prawo i zobaczyła pełznącą w jej kierunku istotę. Przypominała niewielkiego węża, ale z mnóstwem maleńkich, patyczkowatych odnóży. Rzuciła się na nią, a Ti Pring ostatkiem sił pochwyciła ją zdrową ręką i zmiażdżyła w dłoni. Bez zastanowienia wbiła zęby w wijący się jeszcze korpus i posiliła się surowym mięsem i krwią. Potrzebowała energii. Teraz mogła iść dalej.

 

Smak zwycięstwa.

 

Właśnie kończyła pierwsze piwo. Nie romulańskie, tylko kalsedońskie, więc nie było tak mocne, ale to dobrze. Zamierzała ich dziś wypić jeszcze dużo. W końcu rzadko miała okazję coś świętować. A ten jeden jedyny raz, to właśnie ona była na ustach wszystkich. Bohater, jedyna ocalała, nic dziwnego, że to na nią spłynęły wszystkie zasługi i zaszczyty. Choć na razie jeszcze nie każdy okazywał jej należyty szacunek.

- Obciągnęłaś jaszczurowi, że dał ci awans?

Bez mrugnięcia okiem rozbiła butelkę na głowie bezczelnego żołnierza. Nie wdawała się już w bezproduktywne wymiany zdań. Trzy lata w „stadzie” wystarczyły, by wyzbyć się zbędnych skrupułów. Szkoda tylko, że nie udało jej się wyzbyć też sumienia. Potrafiła spychać je daleko na bok, ale zawsze gdzieś tam się czaiło i raz na jakiś czas dawało o sobie znać. A wtedy cierpiała bardziej, niż przez tydzień w izolatce.

Potrzebowała piwa. Wzięła więc kolejną butelkę i podeszła do swych saiyańskich towarzyszy, grających w rzutki z kości polarnej żyrafy.

- Haaraam! - wzniosła toast

Nie owijała w bawełnę.

- Chcę to usłyszeć – zwróciła się bezpośrednio do księcia.

- Hmm?

- „Gratuluję”.

- Nie usłyszysz tego nawet za milion lat. Pewnie ma ból dupy, że baba jest z nim teraz równa rangą – wtrącił się gadzi, fioletowy kosmita o imieniu Kivi.

- W niczym nie jesteśmy równi – warknął Vegeta.

- Masz rację, jesteś niższy.

Ostra jak brzytwa kość polarnej żyrafy poleciała w kierunku fioletowego, który miał na szczęście wystarczają refleksu, by zrobić unik, przez co zniszczeniu uległo tylko kilka butelek. Ti Pring zareagowała, nim doszło do poważniejszej bójki.

- Dość! Jak rozwalicie lokal, to gdzie będziemy pić piwo?

Niekiedy łapała się na tym, że w jej głosie było coś takiego, co pozwalało spacyfikować najoporniejszych. Tylko czasami. Ale zawsze coś. Na szczęście teraz jej się udało. Do tego pod przewodnictwem Bunacia żołnierze zaczęli śpiewać antyimperialistyczną piosenkę, co pomogło rozładować atmosferę. Zabawne że większość własnych ludzi darzyła Friezę głęboką nienawiścią. Sęk w tym, że nikt nie śmiał przeciwstawić się istocie, która potrafiła zabić jednym ruchem palca. Ale tutaj mogli na chwilę poczuć się wolni.

 

Siekiera, motyka, baba goła.

Frieza to jest pierdoła.

Siekiera, motyka bum cyk cyk.

Frieza to stary pryyyyyk.

Siekiera, motyka, smętna bajka.

U Friezy miękka fajka.

Siekiera, motyka, małpi bój.

Frieza to jest chuj!!!

 

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i wszyscy zamarli. Do środka weszło pięciu wojowników. I to nie pierwszych lepszych. Ti Pring w swoim życiu widziała ich jak na razie tylko raz i obecnie ledwo wierzyła własnym oczom. To był oddział specjalny Ginyu w pełnym składzie. Żołnierze tego kalibru rzadko zadawali się z plebsem, więc nie spodziewała się, że ich tu zobaczy. Mrugnęła dwa razy, ale dalej ich tam widziała. To naprawdę byli oni.

- Kto tu śpiewa „Frieza to chuj”? - warknął kapitan Ginyu.

Kilka palców wskazało na Bunacia. W ułamku sekundy kula energii trafiła zaskoczonego wojaka, po którym został jedynie pył. Ti Pring prawie upuściła butelkę.

- Można bawić się dalej, tylko bez antyimperialistycznych haseł – oznajmił przywódca elitarnej grupy. - Co dziś oblewamy?

- A... awans... - ktoś jęknął i wskazał na Ti Pring.

- Świetnie. Wypijemy zdrowie dzielnej dziewoi. Barman, skocz po butelkę wódki marki Coldy i to migiem.

- T... tak jest.

Członkowie Ginyu Force zaczęli się rozsiadać przy największym stole, przegoniwszy siedzących tam ludzi samym spojrzeniem. Tylko Recoome stał dalej i najwyraźniej nie spodobał mu się fakt, że wzrok Raditz skupił się na jego wielkim pryszczu, który wyrósł mu na nosie.

- Szukasz wpierdolu, małpko?

Podszedł do długowłosego Saiyanina, który najwyraźniej się zreflektował, bo próbował coś powiedzieć. Nie zdążył jednak tego uczynić, bo Recoome rozkwasił mu nos i przy okazji wbił Raditza w ścianę siłą swego uderzenia.

- Nie rób wiochy i siadaj na dupsku! - Ginyu spacyfikował niesfornego podwładnego.

Wyjął karty i zaczął je tasować zaś Ti Pring porwała serwetkę z baru i doskoczyła do rannego Raditza. Próbowała zatamować krew cieknącą mu z nosa, ale on wyraźnie protestował.

- Nie dotykaj tego słabeusza – usłyszała rozkazujący głos saiyańskiego księcia.

Zignorowała go i kontynuowała niesienie pierwszej pomocy. Jednak Raditz chwycił ją za nadgarstek, powstrzymując ją przed dalszymi działaniami. Popatrzył na nią wymownie, jakby chciał dać do zrozumienia, że tak będzie lepiej dla nich wszystkich. Westchnęła. Trzy lata, a ona dalej ich nie rozumiała.

- Dobra, kto polewa? - rozległ się donośny głos Ginyu.

- Ja mogę, ale dzisiaj nie piję, bo mam jutro randkę i nie chcę, żeby waliło ode mnie na kilometr – wyjaśnił Jeice.

- Ja też nie mogę. Koliduje z lekarstwem na pryszcze – dodał Recoome.

- A ja, to sami wiecie. Brak tolerancji na alkohol – rzucił Guldo.

- No to co, będę sam z Burterem pił? - zaprotestował Ginyu. - Tak nie może być. Zaraz tu kogoś znajdziemy. Ty! Twoja impreza, to chodź. - Wskazał palcem na Ti Pring.

Dziewczyna pobladła.

- Ja? To nie do końca moja...

Burter podszedł do niej, chwycił ją za fraki, jakby była szmacianą lalką i podniósł ją bez trudu. Następnie posadził skostniałą ze strachu dziewczynę na wolnym miejscu obok Recoome'a.

- Tego też. - Ginyu wskazał na Kiviego, którego wkrótce spotkał podobny los, co Ti Pring. - I tego. - Tym razem padło na Vegetę, a że za pewne nie chciał być noszony przez wielkiego gada, sam grzecznie, choć z naburmuszoną miną, usiadł obok Ti Pring. - Ten też się nada. - Ostatnią ofiarą okazał się Nappa. - No, to teraz możemy pić. Jeice, polewaj.

Wszyscy przymusowi ochotnicy siedzieli jak na szpilkach, nikt nawet nie śmiał drgnąć. To działo się zdecydowanie za szybko. Każdy dostał po kielichu, po czym Ginyu jako pierwszy uniósł swój.

- No to do dna, fajfusy.

Kapitanowi się nie odmawia. Musieli wypić. Ti Pring stwierdziła, że im szybciej to zrobi, tym lepiej, więc wychyliła zawartość kieliszka za jednym razem. Nigdy nie próbowała paliwa rakietowego, ale przypuszczała, że musiało smakować podobnie. Czuła się tak, jakby jej wypaliło dziurę w żołądku. Zakaszlała, a w oczach stanęły jej łzy. Ta reakcja nie była odosobnionym przypadkiem. Nawet wielki Nappa skrzywił się i zacharczał.

- No to na drugą nóżkę.

Ginyu narzucił bezlitosne tempo. Po tym jak Jeice nalał następną kolejkę, wielu miało wątpliwości, czy dalej spełniać zachcianki kapitana, ale instynkt samozachowawczy okazał się silniejszy i wszyscy wypili. Ti Pring czuła, że jak zaraz nie przestanie, to odpłynie. Podczas gdy członkowie elitarnej jednostki beztrosko grali w karty, ona próbowała ze wszelką cenę złapać oddech i nie zwymiotować. Spojrzała na pozostałych. Kivi wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Nappa, pokasłując, próbował rozmasować obolałe gardło. Vegeta starał się trzymać fason, ale jemu również łzy stanęły w oczach.

- Zrób coś – jęknęła cicho dziewczyna.

- A co niby mam zrobić? To oddział Ginyu – szepnął książę ze zdenerwowaniem.

Tym razem kapitan odczekał nieco dłużej, ale większość osób i tak nie była gotowa na następną rundę. Ti Pring była tak zdesperowana, że pomimo ryzyka, jakie niosła za sobą odmowa, pokiwała nerwowo głową, gdy postawiono przed nią pełny kieliszek.

- A zresztą... Nie będę upijał kobiety – stwierdził kapitan i jej odpuścił.

Dla Ti Pring była to wielka ulga, ale inni nie mieli już tego szczęścia.

 

Czasami lepiej odpłynąć.

 

--

 

Zmodyfikowane teksty piosenek pochodzą z tej strony http://www.gigante.pl/

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Szczur 16.03.2016
    "Siekiera, motyka, smętna bajka. U Friezy miękka fajka. " heheh

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania