Desperacja - rozdział VII (ostatni)

Znała już ten korytarz aż nazbyt dobrze. Szła przed siebie z plecakiem zarzuconym na jedno ramię, a za nią podążał młody rekrut z wiadrem w ręku. Dotarła do dużych okrągłych drzwi, otworzyła je i poczuła znajomy odór. Na szczęście zdążyła już się na niego uodpornić, w przeciwieństwie do towarzyszącego jej kadeta, który odruchowo zatkał sobie nos.

- To jest ta izolatka? - spytał.

- Zostaw rzeczy i wypierdalaj – rzekła stanowczo Ti Pring i przeszyła go mroźnym spojrzeniem.

Przez chwilę chłopak wpatrywał się w nią zdezorientowany, ale pod wpływem jej wzroku szybko ustąpił i dał nogę bez zadawania zbędnych pytań. Ona zaś przekręciła klucz w zamku i otworzyła właz do izolatki.

- Mam nadzieję, że jesteś w stanie wyjść o własnych siłach, bo ja ci pomocnej ręki nie podam. Nie śmiałabym splamić twojej dumy – oznajmiła oschle.

O dziwo książę Saiyan okazał się dość żywotny, jak na dwa tygodnie w izolatce i wyczołgał się bez niczyjej pomocy. Może dlatego, że tym razem ucierpiała tylko jego ręką, a nie cała reszta. Z tego, co Ti Pring zauważyła, sam musiał nastawić sobie palce.

- Masz. - Wyjęła z plecaka jego mundur i mu go rzuciła. - Tylko najpierw się umyj, bo... Nawet nie będę komentować.

Usiadła pod ścianą i oparła ręce o kolana. Zauważyła, że Saiyanin patrzy się na nią z wyraźnym dyskomfortem i rozdrażnieniem. Wcale jej to nie dziwiło. Na jego miejscu czułaby się podobnie. Ale w tym momencie mu nie współczuła. Zasłużył sobie.

- A ty będziesz tak siedzieć i się gapić? - stęknął z irytacją Vegeta.

- Tak, będę siedzieć i się gapić. I jeść.

Ti Pring wyjęła z plecaka sprasowaną rację żywnościową i otworzyła ją zębami. Jedzenie w tym smrodzie na pewno nie było szczytem przyjemności, ale chciała się choć odrobinę odegrać na saiyańskim księciu za to, że przez niego znowu tu trafiła. Wyobrażała sobie, jaki musiał być głodny. Oczywiście nie dawał tego po sobie poznać i starał się ją zignorować.

- Lepiej, żebyś szybko odzyskał siły, bo jutro z Nappą wylatujecie – powiedziała beznamiętnie.

- Gdzie?

- Chuj mnie to obchodzi.

- Widzę, że wciąż jesteś wściekła – stwierdził Vegeta niemalże z rozbawieniem.

Wbrew pozorom Ti Pring wcale nie przyszła tu tylko po to, by zagrać na nerwach dumnemu Saiyaninowi. Miała wiele do powiedzenia i postanowiła zmienić temat.

- Po tym praniu mózgu przypomniały mi się różne rzeczy, których kiedyś nie pamiętałam. Dalej mi się przypominają. Zupełnie jakby wydarzyły się wczoraj – stwierdziła.

- Miło – rzucił sarkastycznie Vegeta, polewając się wodą.

- Pamiętasz swoją matkę? - spytała niespodziewanie kobieta.

Saiyanin zdziwił się, ale ona akurat spodziewała się takiej reakcji. Czuła, że zaskoczy go dzisiaj jeszcze wiele razy.

- Niezbyt. A co? - odparł.

- Bo ja pamiętam.

- Swoją matkę?

- Nie, twoją.

Na moment zbiła go z tropu, ale szybko się zreflektował i spojrzał na nią, jak na idiotkę.

- Ciekawe skąd.

- Stąd, że ją spotkałam. Dawno temu. Była dużo milsza od ciebie, ale to akurat żaden wyczyn.

- Może jeszcze mi powiesz, że mnie również spotkałaś dawno temu?

- Nie, ciebie tam wtedy nie było. Ale mieliśmy się spotkać. Ba, mieliśmy się pobrać.

- Pierdolisz farmazony.

- No nie? To tak kurewsko zabawne, że aż trudne do uwierzenia. Nasi ojcowie mieli ten niecny plan połączenia sił. I to nie jakiś mały, podrzędny sojuszyk, tylko wielkie, jebane imperium. Gdyby nie ta katastrofa byłabym pewnie cesarzową. Jadłabym ze złotych talerzy, piła ze złotych kubków, srała na złotym kiblu, a służące podcierałyby mi tyłek. Wszystkie Friezy i inne mogłyby mnie cmoknąć, ale tak nigdy by się nie stało, bo... no właśnie. Frieza chyba czuł, co się kroi, bo mam dziwne wrażenie, że nie było żadnej asteroidy.

Teraz Vegeta nie patrzył na nią jak na idiotkę, tylko jak na wariatkę. Uśmiechnął się z politowaniem i zaczął się ubierać.

- Możesz sobie gdybać do woli. To niczego nie zmieni – stwierdził.

- Wiem.

Rzuciła mu resztkę swojej racji żywnościowej.

- Miłej podróży – mruknęła z sarkazmem.

 

Nie mogła uwierzyć, że minęło już dziesięć lat. Dziesięć lat pracy dla lorda Friezy. Z jednej strony dużo, a z drugiej tyle co nic w porównaniu z tym, co jeszcze niosła przyszłość. Ti Pring miała vulcańskie geny, czekało ją długie życie i nie była pewna, czy powinna się z tego powodu cieszyć. Póki co lord Frieza był zadowolony z jej poczynań i mianował ją na podporucznika. W to również nie mogła uwierzyć. Jej kariera nabrała takiego tempa, że w niedalekiej przyszłości Ti Pring mogła się zrównać rangą z Zarbonem. Zadziwiające, bo pod względem siły odstawała dość znacznie od reszty oficerów, ale skutecznie nadrabiała to sprytem i charyzmą. Pewnie dlatego udało jej się wkraść w łaski Friezy. Ostatnio ich współpraca zacieśniła się. Ti Pring właśnie niosła swemu panu teczkę z raportami i pewnym siebie krokiem weszła do jego gabinetu. Nie był sam, towarzyszył mu drugi changelling, którego rozpoznała po chwili. To był Cooler, brat Friezy. Widziała go parę razy przy okazji różnych uroczystości, ale nigdy z tak bliska. Był bez wątpienia starszy, może nawet silniejszy. A nasłuchała się o nim jeszcze gorszych rzeczy, niż o samym Friezie, jeśli to w ogóle było możliwe.

- Sir, przyniosłam raporty, o które pan prosił – oznajmiła.

Chciała załatwić swoje sprawy i jak najszybciej stąd wyjść.

- Proszę położyć je na biurku – powiedział Frieza.

Podeszła bliżej, wykonała rozkaz i skłoniła się.

- To przy okazji proszę to podrzucić oficerowi medycznemu.

Frieza podał jej inną teczkę.

- Tak jest, sir.

Skłoniła się po raz kolejny, odwróciła i zaczęła zmierzać do wyjścia.

- Zaczekaj, dziewczyno! - usłyszała głos, który bynajmniej nie należał do jej pana.

Zmarszczyła brwi. Odezwał się do niej, jak do służącej, a nie do oficera. Nie spodobało jej się to, ale cóż miała zrobić? Odwróciła się. Cooler lustrował ją spojrzeniem i uśmiechał się w bardzo podejrzany sposób. Podszedł do niej powoli, cały czas skupiając na niej swoje przerażające, czerwone oczy. Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, po czym chwycił ją za podbródek i obejrzał sobie jej twarz ze wszystkich stron, jak u niewolnika na sprzedaż. W Ti Pring wezbrała fala wściekłości. Długo pracowała na swoją pozycję, cieszyła się tu niemałym szacunkiem, i nie życzyła sobie, by ktoś obchodził się z nią w ten sposób. Cooler powoli obszedł ją dookoła, a w niej zaczynało już się gotować, choć tego nie okazywała. Zamarła, kiedy poczuła czubek ogona na swoim udzie.

- Cooler! Przestań! - warknął zdenerwowany Frieza.

Rzeczywiście, przestał. Ti Pring poczuła niebywałą ulgę.

- Co się tak spinasz? Patrzę tylko, czy warto – wytłumaczył Cooler.

- Warto co?

- Zrobić transfer. Oddam ci za nią Zenka Dzikie Pięści.

- Nie handluję żołnierzami.

- To nie handel, tylko transfer. Dorzucę ci jeszcze działkę na Cooler 1.

Ti Pring nie wierzyła własnym uszom. Starszy changelling licytował się o nią, jakby próbował kupić klacz. Nie sądziła, że dozna takiego upokorzenia po dziesięciu latach służby.

- Nie ma mowy, Cooler.

- Czyżby? A pamiętasz jak kryłem cię przed tatą, kiedy... no wiesz. Chcesz, żeby się dowiedział?

Frieza musiał być równie wściekły, co ona, z tym, że on tego nie ukrywał. Co gorsza, ostatni argument zdawał się na nim pozostawać nie bez wpływu.

- Zastanowię się – mruknął.

To nie mogło dziać się naprawdę. Ti Pring odpłynęła krew z twarzy. Nie chciała akceptować takiego stanu rzeczy, po prostu nie i koniec. Ale cóż takiego mogła zrobić? Nawet gdyby uzyskała status równy z samym Ginyu oni i tak byli od niej dużo silniejsi i robili, co chcieli. Nie miała nic do gadania.

Wreszcie pozwolili jej odejść, a kiedy wyszła, prawie eksplodowała. Wściekłość się z niej dosłownie wylewała na wszystkie strony. Szła przed siebie, popychając każdego, kto stanął jej na drodze. Weszła do ambulatorium i rzuciła teczką o stół.

- Rany, co się stało? - spytała ją zaniepokojona Anola.

- Cooler chce mnie kupić, jak niewolnicę i nie sądzę, by mu chodziło o moje zdolności bojowe, czy intelekt – wyjaśniła ze zdenerwowaniem Ti Pring.

- Daj spokój, Frieza cię ceni, nie odda cię tak łatwo.

- Obawiam się, że Cooler tak łatwo nie odpuści.

Widząc, w jakim stanie psychicznym jest Ti Pring, Anola sięgnęła do szafki z lekarstwami i wyjęła jakieś proszki. Rozmieszała je z wodą i podała szklankę koleżance.

- Masz na uspokojenie.

Ti Pring wypiła lekarstwo duszkiem i wzięła głęboki oddech.

- Co w ogóle wiesz o tym bracie Friezy? - spytała.

- Cóż... podobno lubi otaczać się damskim personelem.

- Miodnie.

- Na pewno coś wymyślimy.

Ciekawe co. Takie pionki, jak one nie miały nic do gadania. Pan i władca zawsze decydował. Pozostawała dezercja albo śmierć. Pierwszego już próbowała, a jeśli chodziło o drugie, to jej poziom desperacji nie osiągnął jeszcze takiego pułapu, ale dużo mu nie brakowało.

Ti Pring nie zdążyła nawet odpocząć, bo w jej detektorze ponownie odezwał się głos Friezy.

- Do wszystkich żołnierzy na tym kanale: ogłaszam misję najwyższej wagi. Proszę się zgłosić na odprawę za pół godziny.

 

Cieszyła się, że została przydzielona do tej misji. Przynajmniej odwlekała to, czego Ti Pring najbardziej się obawiała. A to, co miało nadejść później... o tym nie chciała myśleć. To nie istniało. Istniało tylko tu i teraz. Namek. Co to za miejsce? Co jest w nim tak ważnego? Rozkazy dostała jasne, ale ich sensu nie umiała się doszukać. Frieza coś przed nią ukrywał, jakby nie do końca jej ufał. Czy chodziło o jej spryt, który mogła wykorzystać przeciwko niemu? To nie była zwykła misja. Kule, których poszukiwał musiały być cenniejsze od wszystkiego innego, co posiadał, skoro tak bardzo mu na nich zależało.

Ti Pring wylądowała w nameczańskiej wiosce i zdała sobie sprawę, że już wcześniej ktoś tu był, sądząc po masakrze, która bez wątpienia miała tu miejsce. Ale Kto? A może co? Tylko ona dostała ten rewir do przeszukania. Jednak bez wątpienia takie zniszczenia nie dokonały się same. O czymś ewidentnie nie wiedziała, a za taką niewiedzę można było słono zapłacić. Wolała się mieć na baczności.

Usłyszała hałas dochodzący z jednego z domów i przystanęła zaalarmowana. Dlaczego jej detektor niczego nie pokazywał? Zepsuł się? Przecież ktoś lub coś tam ewidentnie było i najwyraźniej czegoś szukało. Może nawet tego samego, co ona?

O tchórzostwie nie było mowy. Dostała rozkaz i zamierzała go wykonać. Weszła do środka i zamarła.

- Co do kurwy... - wymamrotała.

Vegeta ją zauważył, ale nie wyglądał na tak zaskoczonego, jak ona. Dalej zajmował się intensywną i mało delikatną rewizją pomieszczenia.

- Nie wchodzi mi w drogę. Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jakie mam teraz możliwości – powiedział z zadziwiającym dla siebie spokojem.

- Wcale nie zamierzam wchodzić ci w drogę. Chcę wiedzieć, co jest, do cholery, grane – zdenerwowała się Ti Pring. - Myślałam, że wróciłeś do bazy. Anola mówiła, że prawie zginąłeś.

- To prawda.

- Nie powinno cię tu być! Nie dostałeś rozkazu...

- Już nie wykonuję rozkazów Friezy.

- Co?

Ti Pring zgłupiała. Mogła jeszcze zrozumieć, że coś mu nagle strzeliło do głowy i sam postanowił zdezerterować, ale po co miałby wtedy przylatywać pod sam nos Friezy?

- Słuchaj, Frieza nie może dostać tych kul. Jak je wszystkie zbierze, to stanie się nieśmiertelny, a wtedy wszyscy będziemy mieć przewalone.

Trudno było objąć umysłem to, co Ti Pring właśnie usłyszała. Przez chwilę nie wierzyła w cuda, które opowiadał Vegeta, ale gdy się tak głębiej zastanowić, brzmiało to całkiem logicznie. Wcześniej zachodziła w głowę, do czego Frieza potrzebuje kul. To wytłumaczenie zdawało się sensowne. Skoro włożył tyle środków w tę misję, naprawdę musiało chodzić o coś dużego.

- I co zamierzasz zrobić? - spytała.

- Będę od niego szybszy. Jak stanę się nieśmiertelny, to wykończę gada.

- Żartujesz?! Myślisz, że uda ci się wykiwać całą armię?!

- Umiem ukrywać swoją energię, mam przewagę.

To brzmiało niedorzecznie, ale z drugiej strony... Co innego można było zrobić w tej sytuacji? Siedzieć i grzecznie czekać aż Frieza staje się niepokonany?

- Pomogę ci – rzekła nagle Ti Pring z pełną powagą.

Nie miała już nic do stracenia.

- Nie ma mowy – odparł Vegeta.

- Żartujesz sobie?

- Będziesz mnie spowalniać. Nie jestem w stanie jednocześnie pilnować własnego tyłka i twojego.

- Słucham? - warknęła Ti Pring z oburzeniem. - Jestem podporucznikiem! Dam radę! Muszę to zrobić... Muszę się przyłączyć... Frieza chce mnie sprzedać swojemu zboczonemu bratu. Nie pozwolę na to!

- Nie martw się, Frieza nie opuści tej planety żywy. Daję ci moje słowo.

Rzadko dawał słowo na cokolwiek, a jeśli już, to z reguły było mało wiarygodne. Ale tym razem powiedział to z taką szczerością w głosie, z taką pewnością siebie, że Ti Pring niemalże uwierzyła w powodzenie.

- A jeśli się nie uda? - spytała.

- Nie ma takiej możliwości.

I znowu ta pewność siebie. Sęk w tym, że dla niej to wciąż było za mało.

- Pomogę ci – rzekła równie stanowczo.

- Dwieście kilometrów stąd na północ znajduje się moja kapsuła. Weźmiesz ją i uciekniesz. Frieza jest teraz zbyt zajęty zbieraniem kul. Nie zorientuje się.

- Zostanę i pomogę.

Wtedy stracił cierpliwość. Nie spodziewała się równie gwałtownej reakcji. Był tak szybki, że nawet nie zauważyła, kiedy wykonał ruch. Chwycił ją za gardło i podniósł.

- Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak tu się zrobi niebezpiecznie! - warknął. - Albo wypierdalasz z planety, albo uznaję, że stajesz mi na drodze i wykańczam cię, jak resztę. Nie chciałaś być niczyją własnością? No to nie jesteś. Wracaj do domu.

Cisnął nią w stronę drzwi z taką siłą, że wyleciała na zewnątrz. I wtedy zrozumiała, że jej rola w tym wszystkim skończyła się tu i teraz. Nie miała już na nic wpływu, mogła jedynie poddać się losowi. Nie mogła za to uciec od samej siebie, od tego kim się stała, nawet, jeśli udałaby się na kraniec wszechświata. Otrzymała wolność, ale nie wiedziała tak naprawdę, co z nią zrobić.

 

Epilog

 

Czym tak naprawdę jest wolność? Jeśli stanem umysłu, to chyba nie doświadczy jej już nigdy. Wspomnienia były jak łańcuchy, które ją pętały. Nie potrafiła się ich wyzbyć. Zastanawiała się czasem, czy znowu nie zrobić sobie prania mózgu, tak jak kiedyś, ale może rzeczywiście to było tchórzostwo. Chyba potrzebowała kary. Kary w postaci przeszłości, dziesięciu lat wyjętych z życiorysu. Czy jednak wszystko, co wydarzyło się w tamtym czasie wolałaby zapomnieć? Zdarzały się chwile, przebłyski, za którymi tęskniła i to czasami przerażało ją najbardziej.

Starała stać się kimś innym, miłą, grzeczną i kobiecą Ti Pring. Ale nawet gdy nosiła ładne sukienki, rozpuszczała włosy i czytała wiersze, tworzyła tylko fałszywy wizerunek samej siebie. Bo tak naprawdę nigdy się nie zmieniła. I wciąż największą satysfakcję dawały jej treningi, i wciąż nuciła te wszystkie rubaszne przyśpiewki, i wciąż przypominała sobie dawne twarze. Nie, nie mogła się uwolnić.

Nie lubiła bezczynności, bo wtedy za dużo myślała. Za to lubiła zielony kolor, bo uspokajał. A może dlatego, że tak niewiele było go na Vulcanie. Siedziała więc w swojej zielonej komnacie, w zielonej sukni i czytała książkę w zielonej oprawie. Nie ważne o czym, ważne, że miała zajęcie. Że tyle nie myślała.

- Pani... Próbowałam go powstrzymać... Przepraszam...

Zaalarmowana pokojówka wpadła do pokoju zdyszana. Nie była sama. Do środka wszedł ktoś jeszcze. Znajoma twarz. Znajomy mundur.

- Nie... - wymamrotała Ti Pring i pobladła.

Książka wypadła jej z rąk. Saiyański książę nawet się nie przywitał, tylko podszedł do stołu, na którym leżały przekąski i bezceremonialnie zaczął się częstować, niczym barbarzyńca, którym w zasadzie był.

- Nie wierzę... - ponownie wymamrotała Ti Pring, nie wiedząc nawet, jak zareagować na tę niespodziewaną wizytę.

- Pani...

- Wyjdź! - krzyknęła na służącą Ti Pring.

Zostali sami, ona i Saiyanin. I wciąż nie wierzyła.

- Myślałam, że nie żyjesz – rzekła, niemalże z pretensjami, że miał czelność tak ją zaskoczyć. Aczkolwiek śmierci nigdy mu nie życzyła.

- A ja myślałem, że ucieszysz się na mój widok – odparł Vegeta z pełnymi ustami i również z wyraźnymi pretensjami.

- Nie rozumiem... Skąd cię tu nagle przywiało?

- Zapasy mi się skończyły, a było po drodze – odparł Saiyanin i napił się wody bezpośrednio z dzbanka.

- To nie do końca odpowiedź na moje pytanie.

- Mam z kimś niewyrównane rachunki. Muszę się wzmocnić.

- Chyba jednak nie chcę wiedzieć.

Co ją to wszystko obchodziło? To nie było już jej życie.

 

Chyba naprawdę nie potrafiła uwolnić się od samej siebie. Nie ważne, ile zaprzeczała, dawne nawyki wracały same. Jak to kiedyś ładnie określiła Anola? To drugie? Z perspektywy czasu brzmiało wręcz zabawnie. Niczym najbanalniejszy eufemizm.

Ti Pring wygramoliła się z łóżka i ubrała suknię. Później będzie pluć sobie w brodę. O dziwo teraz nie miała żadnych wyrzutów sumienia. Czuła się tak, jakby to całe napięcie, które wzbierało w niej ostatnimi czasy, wreszcie znalazło ujście.

- Podrapałaś mnie – rzucił Saiyanin, szukając swojego munduru.

- Mam nadzieję, że boli – odparła z przekąsem.

- Czyżbyś jednak ucieszyła się na mój widok?

- Nie pochlebiaj sobie. Otaczają mnie sami Vulcanie, którzy czują popęd raz na siedem lat. Nie jestem wybredna.

Uczesała się i spięła włosy, tak jak dawniej. Cholerne nawyki.

- Dostanę te zapasy? – spytał Vegeta.

- Tak. I to ostatnia rzecz, jaką dostaniesz. Nie wracaj tu. Mam dosyć dawnej Ti Pring. Chcę być kimś innym.

- Zawsze będziesz dawną Ti Pring. Nie da się tak po prostu stać kimś innym – rzucił mężczyzna. - Och, i miałaś rację. To nie była asteroida – dodał na odchodnym.

Dlaczego tak bardzo bała się samej siebie? Czemu tak strasznie sobą gardziła? Było już za późno. Było za późno w dniu, w którym podpisała papier. Ale ona cały czas się łudziła i myślała, i myślała i myślała... Chciała móc wybudzić się z tego snu. Niestety. To nie sen.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania