Drut (5/7)
Miniaturowe osiedle z kontenerów jak najbardziej zasługiwało na miano obozu tymczasowego. Skari nazywali kontenery modułami mieszkalnymi, ale do Mai bardziej trafiała pierwsza, prostsza nazwa. Gdy przybyła na miejsce, kilkanaście sztuk tworzyło już zrąb budynku wygiętego w kształt litery C. Podpułkownik Relhed Wezer Bemani udał się na pokład „Supernowej”, a opiekę nad dziewczyną przejął szeregowy Zet Denear.
Spacerowali po obozie, obserwując pracę żołnierzy. Skari-Dan i inni obywatele Imperium uwijali się sprawnie w świetle wielkich reflektorów. Maja zauważyła inne jaszczury: zielonkawe, smuklejsze od skari. Nosiły mundury w kolorze żółtawego błota i trzymały się razem.
– Czy to są wasi kuzyni? – zapytała cicho.
– Oni? Nie, przedstawicielko. To elend’ar z planety brudnej wody… To znaczy my tak czasem mówimy, bo tamtejsze morza mają barwę ich mundurów, więc… – Zamilkł na chwilę, zakłopotany. – Oficjalnie rodzinny świat elend’ar nazywa się He’elar, co można przetłumaczyć jako „grunt”. Okazuje się, że zadziwiająco wiele planet zostaje nazwanych od tego, co ich mieszkańcy mają pod nogami. W każdym razie wyglądamy podobnie i wiele osób myśli, że jesteśmy spokrewnieni, ale to tylko ewolucja równoległa.
Maj skinęła głową ze zrozumieniem i jeszcze raz spojrzała na grupę zielonych elend’ar. Pracowali wspólnie przy stawianiu ścianek działowych na wysokości drugiego piętra, a metalowe narzędzia połyskiwały w ich łapach.
Później szeregowy Denear opowiadał Mai o zagospodarowaniu terenu. Docelowo miały tu powstać trzy bloki. Dwa dla ludzi, całkiem duże, przytulone do siebie plecami, miały pomieścić w sumie osiemset osób i wznosić się na siedem pięter. Skari mówił, że w jednym budynku zamieszkają opiekunowie z małymi dziećmi, w drugim zaś osoby bezdzietne i te z podrośniętym już potomstwem. Według Druta ten niezbyt czytelny dla Mai podział miał być naturalny dla ludzkości i zaspokajać potrzeby wszystkich grup społecznych. W trzecim, najmniejszym bloku zaplanowano centrum medyczne i kwatery pozaziemskiego personelu. Maja stwierdziła, że chce mieszkać razem ze zwykłymi ludźmi, na co Drut odparł, że taki właśnie był plan.
Plan zakładał również, że przedstawicielka zacznie pracę od świtu, więc musiała położyć się spać, by móc rozpocząć nowy dzień w przyzwoitej formie. Trochę zgłodniała i próbowała zaprosić swojego strażnika na kolację, ale uprzejmie odmówił, twierdząc, że sposób, w jaki Skari-Dan spożywają posiłki, często wzbudza obrzydzenie wśród przedstawicieli innych gatunków i chciałby oszczędzić Mai nieprzyjemnego widoku.
Oni po prostu rozszarpują zębami ryby i twarde owoce a-dere, krusząc przy tym niemiłosiernie, dlatego wolą jeść we własnym towarzystwie – wytłumaczył jej później Drut.
Zjadła lekką kolację, skorzystała z łazienki i położyła się, ale sen nie przychodził. Mimo późnej pory nie mogła zasnąć. Nowa kwatera nie pomagała – Maja nie czuła się dobrze w obcym miejscu, a tu na dodatek wszystko pachniało nowością i kłuło w oczy nieziemską, futurystyczną stylistyką. Kontener został bardzo dobrze wygłuszony, do jej uszu nie dobiegały prawie żadne odgłosy z placu budowy. Szczelna roleta nie przepuszczała światła. Teoretycznie warunki sprzyjały zapadnięciu w zdrowy sen, lecz w głowie Mai kłębiło się za dużo myśli. Hexy, skari, statki kosmiczne, straty uboczne… Kiedy biedny, zmęczony umysł dziewczyny dotarł do jej rodziców, z którymi nie miała żadnego kontaktu od rozpoczęcia kolonizacji, poprosiła Druta, by pomógł jej zapaść w błogą nieświadomość.
*
Obudził ją cichy głos keeri rozlegający się gdzieś w głębi czaszki:
Już czas, przedstawicielko.
Natychmiast przypomniała sobie wszystko: Skari-Dan, inwazję, przyszłość Ziemi w ramach struktur Imperium oraz swoją rolę w tym przedsięwzięciu.
Nie chcę tego – pomyślała do Druta.
Znasz alternatywę.
Owszem, znała. Doświadczyła alternatywy wczoraj w lesie, na ściółce, bez tchu i możliwości jakiegokolwiek ruchu. Może i nie wiedziała, co się z nią stanie i jak dalej będzie wyglądać jej życie, ale tej jednej rzeczy była więcej niż pewna: już nigdy nie chciała paść na ziemię bez kontroli nad ciałem, ale z to z pełną świadomością tego, że to jej ostatnie chwile.
Pomóż mi – poprosiła Druta. – Wszyscy mi powtarzacie, że dam sobie radę, że jestem odważna i ciekawska, ale… Przecież dobrze wiesz, co ja myślę. Że oceniacie mnie o wiele lepiej niż ja siebie.
Jasne. Możesz na mnie liczyć, Maju. Będę ci pomagał tak, jak lubisz, czyli w odpowiednich momentach i dyskretnie – obiecał. – Po to tu jestem.
Dzięki – odpowiedziała i westchnęła.
Może i rozpoczęła dzień niechętnie i nieco ociężale, ale potem dała się porwać rwącemu potokowi wydarzeń. Ile było w tym entuzjazmu i ciekawości, a ile chęci zagłuszenia pojawiających się natrętnie niewesołych myśli – tego nie wiedziała. Drut robił to, co obiecał. Jaszczurza eskorta – dziś w osobach szeregowych Veldara i Thalorina – wyjaśniła Mai jej rolę, pokazała kluczowe miejsca i została w pobliżu, czekając, aż przedstawicielka będzie jej potrzebować. Nie dostała jakichś szczególnie skomplikowanych zadań, miała tylko ewidencjonować ludzi przybywających z punktu badania zgodności i kierować ich do wciąż rozrastającego się kontenerowego osiedla. Powtarzała im to, czego wczoraj nauczyła się od szeregowego Deneara, pokazywała kwatery, tłumaczyła zasady działania replikatora i terminali. Zdziwiła się, że inni nie dostali własnych a-keeri, ale Drut stwierdził, że nie ma takiej potrzeby.
Zostali wyposażeni w inny rodzaj technologii. Nazywamy to potocznie nić i wystarcza, by przesyłać proste polecenia do urządzeń i łączyć się z systemem diagnostyki medycznej. Nić możesz śmiało porównać do asystentów z telefonów komórkowych – przypomniał kwestię z wczorajszej rozmowy. – A-keeri to coś znacznie większego. I nie każdy zasługuje, by dostać takiego partnera.
Maja przez chwilę zastanawiała się, co takiego zrobiła, by dostać Druta, ale w odpowiedzi otrzymała jedynie sugestię wesołości. Mały, metalowy drań w jej głowie znów się z czegoś głupio cieszył.
Sprawnie ogarniała kolejne grupki przybyszy i nie musiała się z tym szczególnie spieszyć. Początkowo myślała, że ludzi będzie więcej, że zaleje ją fala uchodźców z okupowanego miasta – przecież bardzo dobrze widziała statki podpułkownika Wezer Bemaniego wciąż unoszące się nad Kluczborkiem, czasem do jej uszu dochodziły odgłosy pojedynczych wystrzałów czy niskie, basowe pomruki eksplozji. Ktoś tam jeszcze walczył. Ktoś tam jeszcze umierał.
Napływali powoli, zwykle po trzy, pięć, nawet dziesięć osób. Więcej kobiet niż mężczyzn, więcej młodszych niż starszych. Owszem, wyglądali na zszokowanych i przestraszonych, dzieci płakały lub chowały twarze w ubrania dorosłych – nie zawsze swoich rodziców. Przy wpisywaniu danych do terminala Maja szybko zorientowała się, że dziećmi czasem opiekują się losowe osoby, które nawet nie znają ich imion. To wydało jej się dziwnie pocieszające: świadomość, że nawet w czymś, co mogło wydawać się końcem świata i upadkiem cywilizacji, ludzie znajdują w sobie tyle dobra, by zatroszczyć się o najsłabszych.
Drut podesłał jej myśl:
Dlatego właśnie sprawdzamy zgodność.
No tak. Przecież nie mogli tego robić sami z siebie. Jak wcześniej mówił Drut, jej gatunek, jak inne gatunki biologiczne, jest obarczony skazą. Nie wiedziała, czym dokładnie jest skaza, ale intuicyjnie rozumiała, że chodzi o coś, co zmienia ludzi w potwory, co odpowiada za ich najgorsze instynkty. Skari-Dan podjęli się bardzo szlachetnej misji wyplenienia tej wady z populacji… Może i słusznie, ale jakim kosztem? Gdzie podziali się rodzice tych dzieci? Kogo trafiały pociski, gdy wiatr przynosił kolejne echa wystrzałów? Przystanęła i spojrzała na północ, w stronę miasta, które od czterech lat nazywała swoim. Niewiele mogła zobaczyć, ledwo dachy najbliższych domów i korony najwyższych drzew. No i cienką, rzadką, lecz obecną linię strażników odzianych w rdzawoczerwone mundury.
Ten człowiek chyba czegoś od ciebie chce – szepnął jej Drut.
Rzeczywiście, zbliżał się do niej starszy mężczyzna. Już od dawna kojarzyła go z widzenia, lecz dopiero dziś dowiedziała się, jak się nazywa: Henryk Kierski. Pan Henryk przyszedł po prostu pogadać. Pytał o sklep i telefon, a kiedy Maja powiedziała mu, że wody może napić się w swojej kwaterze i nie, niestety na razie nie może zadzwonić do córki, zaczął narzekać na pogodę – „Słońce tak bardzo razi w oczy” – i na Skari-Dan – „Łażą z tymi karabinami, nawet nie można iść do domu po okulary”. Chętnie spędziła z panem Henrykiem dobry kwadrans, psiocząc na różne drobnostki. Jednak cztery osoby, które właśnie dotarły do tymczasowego osiedla i rozglądały się niepewnie, przypomniały Mai o jej obowiązkach. Dziewczyna przeprosiła Henryka – w międzyczasie doszła do wniosku, że starszy pan pragnął towarzystwa – po czym ruszyła w stronę nowo przybyłych, by po raz piętnasty czy może nawet dwudziesty tego dnia opowiedzieć o nowych realiach i zasadach wspólnego życia. Nie zauważyła nawet, że zrobiła to odruchowo i ani przez chwilę nie wątpiła w słuszność czy konieczność swojego postępowania.
Wątpliwości powracały w momentach odpoczynku i nagłego zatrzymania, gdy umysł przedstawicielki Mai Michalak nie był zajęty żadną czynnością wymagającą uwagi. Powracały, lecz w świetle dnia blakły i wydawały się coraz bardziej nieistotne. Bo przecież to wszystko działało i – cholera jasna! – mogło się udać. Skari-Dan wiedzieli, co robią. Podbili już niejedną planetę, włączyli kilkanaście gatunków do swojego Imperium. Przedstawiciele tych ludów nie zostali zredukowani do podrzędnej roli robotników czy niewolników, lecz służyli w imperialnej armii, czego dowód miała przed oczami w postaci kilku istot w różnokolorowych mundurach, krzątających się po obozie na równi ze skari odzianymi w czerwień. Maja dołożyła do tego malutką cegiełkę, drobny wkład: swoją skromną osobę w ziemskim błękicie, nic nieznaczącą w kosmicznej skali. Dla niej było to wszystko, co pozostało po tym, jak świat nieodwracalnie zmienił się w ciągu zaledwie jednego dnia.
Późnym popołudniem do obozu tymczasowego dotarła Zuzia, znajoma Mai. Nigdy nie były bliskimi przyjaciółkami, ale mieszkały blisko siebie i rozmawiały czasem w osiedlowym sklepie czy przy śmietniku.
Maja wiedziała o Zuzce tyle, że właśnie skończyła szkołę średnią i nie potrafi wybrać kierunku studiów, więc chwilowo pracuje w jednym z kluczborskich marketów. Dziś dowiedziała się, że Zuzka jest chora.
– Mam iść do centrum medycznego – powiedziała dziewczyna. – Najlepiej od razu. Ta ich aparatura coś wykryła. Majka, o co tu chodzi? – zapytała, a Maja musiała przyznać, że nie ma pojęcia: zarówno w temacie choroby Zuzki, jak i ogółu wydarzeń.
Dobrze wiesz, o co tu chodzi. Daj sobie czas, a wszystko do ciebie dotrze – odezwał się Drut, do tej pory milczący.
Może miał rację, a może nie. Ostatecznie Skari-Dan mogli spisać ją na straty. Tego nie wiedziała i wiedzieć nie mogła. Za to później zobaczyła coś, co zmieniło jej postrzeganie całej sytuacji.
Pomiędzy kontenerami dla ludzi a blokiem dla skari i innych pozaziemców wystawiono symboliczne straże, ot kilku jaszczurów pilnujących, by ludzie nie łazili tam, gdzie nie trzeba. Żołnierze nie mieli wiele do roboty, więc zabijali czas rozmową. Maja minęła taką parę, młodego samca i nieco większą od niego samicę. On coś mówił, ona przytakiwała od niechcenia, lecz jej wzrok błądził gdzieś po okolicy. Opowieści towarzysza raczej nie robiły na niej wrażenia. Nieopodal, dosłownie kilkanaście kroków dalej, bawiła się trójka dzieci.
Maja nigdzie nie widziała ich opiekunów, ale tu przecież nic im nie groziło. Najstarsze z nich, dziewczynka, miało nie więcej niż sześć lat, młodsi chłopcy może trzy i cztery. Jeden z chłopców, uroczy blondynek, znalazł sobie ciekawe zajęcie: podbiegał do skari, uśmiechał się, stroił miny i czekał na reakcję. Uciekał rozbawiony, gdy jaszczury choćby odwracały głowy w jego kierunku.
Przez jakiś czas Maja kręciła się po okolicy, by móc obserwować zachowanie dzieciaków. Blondynek wciąż zaczepiał żołnierza, odważnie podbiegał bliżej i śmiał się w głos. Skari ignorował jego wysiłki, lecz przewiesił karabin na drugie ramię, żeby przypadkiem chłopcu nie stała się żadna krzywda.
Kilkanaście minut później Maja poszła do centrum medycznego, by sprawdzić, co z Zuzką, a przy okazji zerknąć na dzieci i skari. Blondynek ulepszył swą zabawę. Teraz dotykał koniuszka ogona samca Skari-Dan, po czym śmiał się jeszcze radośniej i uciekał szybciej. Żołnierze nadal pełnili wartę, pozornie nie zwracając na niego uwagi, lecz ciągle trzymali broń poza zasięgiem dziecka. Wyraz ich pysków pozostawał dla Mai zagadką. Nie spędziła ze skari tyle czasu, żeby nauczyć się odczytywać ich mimikę, jednak odniosła wrażenie, że oboje starają się powstrzymać uśmiech. Nabrała pewności, gdy żołnierz ruszył ogonem tak, by paluszek chłopca minął go o kilka centymetrów. Zaśmiali się obaj. Ludzkie dziecko parsknęło szczerym, perlistym śmiechem. Górujący nad nim, postawny Skari-Dan wyszczerzył pomarańczowe zęby. Samica zachowała powagę, lecz i ona spoglądała na dziecko wzrokiem pełnym czułości.
Maja zwolniła kroku i przyglądała się tej scenie ze wzmożoną uwagą. Patrzyła na ten moment, na chwilę życzliwości, serdeczności i wzajemnego zrozumienia. Nie liczyły się różnice gatunkowe, nie miało znaczenia, że to uzbrojony najeźdźca i bezbronne dziecko świata skazanego na podbój. Jeśli dorosły mógł tak po prostu bawić się z małym chłopcem, znaczyło to, że porozumienie między ludźmi i skari było możliwe. Następne pokolenia wychowają się w nowej rzeczywistości, „od zawsze” będą obywatelami Imperium Skari-Dan i przyjmą to jak coś całkowicie naturalnego. We wspomnieniach tego blondynka i innych podobnych mu dzieci, żołnierz w czerwonym mundurze będzie jawił się jako ten, który kiedyś, dawno temu, dał się pobawić swoim ogonem.
Maja myślała o tym długo. Nie doszła do żadnych konkretnych wniosków, lecz następnego dnia wypełniała swoje obowiązki z nieco większym zaangażowaniem.
Komentarze (2)
Sporo pracy włożyłaś.
Ciekawe.
Dzięki!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania