Poprzednie częściDrut (1/7)

Drut (6/7)

Nie dało się tego nazwać wieczornym odpoczynkiem, ale Maja i tak schowała się w kwaterze, by zjeść kolację w samotności. Słońce zachodziło malowniczo, barwiąc niebo nad hexami na żółto i pomarańczowo. Gdzieś na pewno dałoby się usłyszeć ptasie trele, lecz sielankowy obraz psuły głosy ludzi, krzyki dzieci i dźwięki placu budowy, gdyż nieopodal rosły kolejne tymczasowe osiedla z kontenerów… Rano i w południe zasiadała do posiłków z innymi w zaimprowizowanej jadalni pod gołym niebem, lecz wieczory chciała mieć dla siebie – o ile tylko podpułkownik Wezer Bemani nie pragnął jej widzieć. Ściany tymczasowego lokum chroniły przed odgłosami dynamicznie zmieniającego się świata na zewnątrz i dawały jej przynajmniej namiastkę prywatności. Podskoczyła, gdy w tę rutynę wdarło się staromodne pukanie.

– Kto tam? – zapytała odruchowo.

Dopiero po chwili zorientowała się, że i tak musi podejść i otworzyć drzwi. Drut, posłuszny jej myślom, wysunął wiązkę spod paznokcia i wniknął w najbliższy panel kontrolny. Maja wciąż uważała, że proces komunikacji z urządzeniami elektronicznymi i innymi a-keeri wyglądał makabrycznie.

Skrzydło odsunęło się i zobaczyła gościa: chłopaka w błękitnym mundurze. Ludzkiego chłopaka w mundurze Imperium z pojedynczym, pustym srebrnym sześciokątem na piersi. Srebrne oznaczenia nosili tylko żołnierze. Nie miał broni, a jego młoda twarz wydawała się Mai znajoma – nie tylko dlatego, że osobiście wprowadziła go na teren obozu tymczasowego chyba trzy dni temu.

– Dobry wieczór. Jestem Dominik Czajka… Znaczy się szeregowy Czajka teraz.

Uśmiechnął się, a Maja przypomniała sobie, że przed tym wszystkim widywała go na mieście. Nie znali się, ale kojarzyła Dominika tak, jak kojarzyła większość mieszkańców Kluczborka: z kolejki w markecie, spod kebaba, z przychodni. Zawsze miała niezłą pamięć do twarzy.

– Cześć. Maja Michalik. Przedstawicielka – dodała po zauważalnej przerwie. – Czy mogę w czymś pomóc?

– Nie, a właściwie tak… Mogę wejść?

Chłopak zakręcił się i nie dał rady wyjaśnić, o co mu chodzi, ale nadal uśmiechał się miło, więc Maja odsunęła się i przepuściła go w drzwiach. Zaprowadziła gościa do niewielkiego stołu przy replikatorze i zaproponowała napoje. Gdy usiedli ze szklankami chłodnej lemoniady, Dominik wreszcie wyjawił, co go sprowadziło.

– Chciałem porozmawiać z kimś, kto też pracuje dla Imperium. Z człowiekiem. A pani była pierwsza, więc…

– Jaka pani, jestem Maja. Mówmy sobie po imieniu – zaproponowała i wyciągnęła dłoń do chłopaka.

Uścisnęli sobie ręce, po czym Dominik zapytał:

– A twoje keeri? Jak je nazwałaś? Moja ma na imię Amelinium, jak w tym filmiku… Błyszczała jak folia aluminiowa. Znaczy się, na początku chciałem ją nazwać Skynet, ale wiesz… Nie była zadowolona. Powiedziała, że to nieodpowiednie.

Roześmiał się, jakby właśnie opowiedział świetny żart, tylko Maja go nie załapała.

Fikcyjna sztuczna inteligencja przedstawiana jako zaawansowana sieć neuronowa, pełniąca rolę siły antagonistycznej w serii „Terminator”. Uzyskała samoświadomość, uznała ludzi za zagrożenie i podjęła próbę ich eksterminacji – podrzucił szybko Drut. – To rzeczywiście niezbyt fortunne imię.

– Aaa, no tak! – Teraz Maja również się uśmiechnęła. – Amelinium pasuje bardziej. „Tego nie pomalujesz” – zacytowała klasyka. – A mój to Drut, no bo… Wyglądają jak z drutu, takie miałam pierwsze skojarzenie.

– Pasuje. A skąd wiedziałaś, że twój keeri to chłopiec?

Dominik patrzył na nią przenikliwym, pełnym fascynacji wzrokiem, jakby właśnie odbywał najbardziej angażującą rozmowę w dziejach ludzkości. Pomyślała, że jest jak dziecko zafiksowane na punkcie dinozaurów.

– Nie wiedziałam… Zresztą one nie mają płci. Nazwałam go męskim imieniem, to zaczął o sobie mówić jak o mężczyźnie.

– Tak! Amelinium też na początku używała jakiejś dziwnej, bezpłciowej formy! – przypomniał sobie Dominik. – Fajnie, że je mamy. Lubię z nią gadać.

– I to dlatego zostałeś żołnierzem? – spytała Maja. Wiedziała, jakie są zasady przyznawania a-keeri.

– Nie, ja… Wiesz, że jak dotąd mam największą zgodność ze wszystkich zbadanych? Dziewięćdziesiąt dwa procent – pochwalił się z dumą.

– Czyli to ty powinieneś zostać przedstawicielem.

– Nie, Amelinium powiedziała mi, że to tak nie działa. Zgodność jest ważna, ale nie mniej niż element losowości. Podobno dlatego, żebyśmy nie spierali się o władzę. To ty zostałaś wybrana, a my powinniśmy to zaakceptować. Ale i tak chciałem coś robić, coś dla Imperium. Amelinium doradziła mi wojsko. Myślałem, że mnie nie przyjmą, ale się udało.

Dotknął srebrnego hexa na piersi, a w jego jasnych oczach Maja znów zobaczyła dumę. Chłopak naprawdę cieszył się, że włożył ten mundur.

– Ale dlaczego? – wyrwało jej się, zanim zdążyła pomyśleć. – Bo wiesz, oni w końcu…

– Napadli na nas i mordują ludzi? No i co z tego – odpowiedział tak lekkim tonem, jakby gawędzili o pogodzie. – Maja, ja myślę, że nic lepszego nie mogło nas spotkać. Kiedy zobaczyłem ich statki na niebie, ucieszyłem się. Wiesz, wcześniej oglądałem te wszystkie filmy, czytałem te wszystkie książki i… i chyba czekałem na to przez całe życie.

Dominik wyglądał jak ktoś, kto chciał się wygadać. Maja zrozumiała, że właśnie po to do niej przyszedł. Kiwnęła głową zachęcająco, sama jeszcze nie do końca przekonana o słuszności działań Imperium.

Nie musisz przypominać mi, że nie powinnam mu tego mówić! – ofuknęła w myślach Druta, chociaż ten, wyjątkowo, siedział cicho.

W ciągu ostatnich dni Maja coraz lepiej poznawała istotę obowiązków przedstawicielki. Rozumiała, co może mówić ludziom, a jakie przemyślenia musi zostawiać dla siebie. Drut pomagał, z początku dość ostro – potrafił nawet sprawić, by zamilkła w środku zdania – potem wystarczyły napomnienia i wieczorne dyskusje. Wolała rozmawiać ze swoim keeri niż z podpułkownikiem Bemanim. Dowódcy hexa składała wymagane raporty, wymieniała uprzejmości i uznała, że tyle kontaktu na razie wystarczy. Wciąż doskonale pamiętała ich pierwsze spotkanie i często wracała myślą do jego poglądów na temat ludzkości.

Ale ci, którzy pozytywnie przeszli test na zgodność, pogodzili się z losem, a niektórzy, jak szeregowy Dominik Czajka, otwarcie cieszyli się z kolonizacji, więc Maja nie mogła afiszować się ze swoimi wątpliwościami. Dlatego też milczała, a Dominik mówił dalej.

– Widzisz, jak to teraz wygląda? Wreszcie jesteśmy tym, czym powinniśmy być od dawna, od samego początku. My teraz jesteśmy po prostu lepsi. I wiem, że ludzie umierają – powiedział, a Maja z trudem powstrzymała ironiczny uśmiech. Według niej słowo „umierają” niezbyt precyzyjnie oddawało to, co działo się z niezgodnymi. – Ale ty przecież dobrze wiesz, jacy ludzie. Szczerze, to mógłbym sam ich likwidować. Myślałem nad tym wcześniej, przed Imperium, oczywiście tylko teoretycznie, ale w pojedynkę to bym i tak nic nie zrobił. Teraz to co innego… A ty widziałaś, co robią z tymi, którzy nie spełniają wymagań?

Powoli pokręciła głową. Nie brała udziału w procesie badania zgodności. Skari-Dan nie dali jej takich rozkazów – przynajmniej na razie.

– Nie, ja jeszcze nigdy przy tym nie byłam… A i sama trafiłam tu inaczej. Znalazłam Druta w lesie, a on zaprowadził mnie do promu. Rozmawiałam z podporucznikiem. Wiedziałam wszystko przed oficjalnym rozpoczęciem kolonizacji, ale niewiele z tego rozumiałam – przyznała.

– No właśnie ja też nie widziałem, bo spełniłem wymagania. To wyglądało tak, że musiałem usiąść naprzeciwko żołnierza, jego keeri weszło mi do głowy przez ucho, a potem usłyszałem, że jestem zgodny i mogę iść. Dali mi nić, wiesz, ten komunikator, pokazali drogę i spotkaliśmy się tutaj. Dziewięćdziesiąt dwa procent. – Znów pochwalił się zgodnością. – Pewnie w końcu wszystkiego się dowiemy.

Twarz rozjaśnił mu uśmiech, łagodny i naturalny, a Maja pomyślała, że chciałaby mieć tak niezachwianą wiarę w poczynania Imperium.

*

A Imperium nie próżnowało. Tymczasowe osiedla dla ludzi rosły w szybkim tempie, pojawiła się szkoła i jeszcze jedna stołówka. Dzieci wróciły do nauki, a dorośli zajęli się pracą zgodnie z harmonogramem tworzonym wspólnie przez Maję i Druta – choć, prawdę mówiąc, udział Mai ograniczał się do przekazania informacji zainteresowanym. Służby medyczne działały prężnie i już niebawem wszyscy zostali przebadani, zdiagnozowani i w większości wyleczeni. Najciężej chorzy przebywali w ambulatorium, a dla kilku najtrudniejszych przypadków sprowadzono specjalistyczny sprzęt spoza planety. Maja chętnie rozmawiała z lekarzami i nie mogła się nadziwić, że choroby, które przez setki lat przynosiły ludziom śmierć lub cierpienie, nie są dla Skari-Dan wielkim wyzwaniem. Jednak zdarzało się, że napotykali pewnie trudności. Takim przypadkiem stała się znajoma Mai, Zuzia, cierpiąca na jakąś rzadką chorobę autoimmunologiczną i jej leczenie miało potrwać dłużej.

Badania zgodności nie ustawały. Drut twierdził, że sprawdzono już dwadzieścia siedem procent ludności hexa 108N31E, a pozytywny wynik uzyskało pięćdziesiąt dwa procent badanych – nieco mniej niż wskazywały szacunki sporządzone przez Imperium. Według Druta rozbieżność utrzymywała się na akceptowalnym poziomie, a ostateczne wnioski będzie można wyciągnąć dopiero po zakończeniu kolonizacji. Maja przyznała mu rację, lecz jej myśli wciąż wracały do ludzi uznanych za niezgodnych. Niegodnych życia w nowej, lepszej rzeczywistości.

Wciąż nie wiedziała, co się z nimi dzieje. Dominik rozbudził w niej ciekawość i nieświadomie zaczęła organizować sobie pracę tak, by móc kręcić się coraz bliżej miasta. Nie chciała wystawiać cierpliwości Skari-Dan na próbę, więc nie zagadywała strażników i nie starała się zdobyć informacji za wszelką cenę.

Mijały dni, a temat niezgodnych wciąż zaprzątał myśli Mai. W końcu podpułkownik Relhed Wezer Bemani poprosił ją – taką grzeczną formę przybrał jego rozkaz – żeby na kilka dni zajęła się tylko witaniem nowo przybyłych zaraz po tym, jak opuszczą posterunki graniczne. Miała zacząć następnego dnia.

Rankiem pod kwaterą Mai czekali kapral Melanar Zaremis i szeregowy Ared Thalorin. Nadal miała wątpliwości co do natury ochrony, jaką jej oferowali, jednak Drut nie raz zapewniał, że dopóki nie łamie Prawa Kolonialnego, nic jej nie grozi. Poszła więc w stronę Kluczborka w asyście żołnierzy. Skari-Dan przywitali się zdawkowo, a potem trzymali się na uboczu, wręcz daleko, dając Mai dużo swobody. Kapral Zaremis podszedł do dwóch żołnierzy pełniących straż przy budynku granicznym i wdał się z nimi w pogawędkę. Byli to zelonianie, istoty o smukłych ciałach koloru indygo i spokojnych, pełnych gracji ruchach. Maja słyszała, że w trakcie kolonizacji ich świat poniósł bardzo niskie straty: tylko szesnaście czy siedemnaście procent, sami zelonianie zaś nie słynęli z wojowniczości i rzadko wstępowali do wojska. Obecność tej dwójki dowodziła jednak, że przynajmniej niektórzy z nich decydowali się porzucić ojczystą planetę i poszukać przygód w służbie Imperium. Teraz zostawili ją samą i dyskretnie obserwowali. Cóż więc miała robić? Dostała rozkaz i nie pozostało jej nic innego, jak go wykonać.

Zadanie wydawało się łatwe, lecz gdy Maja zobaczyła pierwszą grupę nowych obywateli Imperium, ogarnęło ją trudne do wytłumaczenia uczucie. Bo przecież od samego początku miała do czynienia z takimi ludźmi, zmieniło się tylko to, że spotykała się z nimi jakieś dwa kilometry dalej. Ten dystans był za mały, by z ich twarzy zniknął strach i niedowierzanie, niepewność i troska. Tutaj, tuż za linią straży, uczucia malowały się na ich obliczach jeszcze mocniej, a głowy obracały się częściej w poszukiwaniu krewnych i znajomych. Widziała radość, gdy ktoś bliski wychodził z budynku, widziała też lęk o nieznaną przyszłość. Nic nowego, a jednak teraz coś ścisnęło jej gardło i nie chciało puścić.

Tak, Maju, to nic nowego – Drut, świadomie bądź nie, powtórzył jej myśli. – Potrafisz im pomóc. Ja to wiem i ty też to wiesz. Wszystko będzie dobrze.

Nie odpowiedziała. Na chwilę zamknęła oczy, zaciskając mocno powieki. Potrząsnęła głową jakby chciała pozbyć się wody z uszu, po czym uśmiechnęła się – prawie szczerze, prawie z prawdziwą radością – i ruszyła w stronę matki z dwoma synami w wieku szkolnym.

– Dzień dobry. Tak, pani pójdzie tamtędy, dalej prosto, jak ścieżka prowadzi. Już jest bezpiecznie.

 

– No tak, mamy jedzenie – tłumaczyła mężczyźnie ubranemu w skórzany strój motocyklowy. – Niczego nie brakuje, dostanie pan mieszkanie, jedzenie i inną pomoc, jeśli będzie potrzebna.

 

– Krystyna Raczkiewicz? Oj, nie mogę się teraz podłączyć do terminala, ale wydaje mi się, że pamiętam… Taka niewysoka, po sześćdziesiątce, włosy farbowane na rudo? – Maja spojrzała na kobietę pytająco, a ta energicznie przytaknęła, a na jej twarzy pojawił się uśmiech pełen nadziei. – Wygląda na to, że pani matka już się u nas pojawiła. Proszę zapytać kogokolwiek na miejscu.

 

– Od razu do szpitala, tak powiedzieli? No to pójdzie pan tą ścieżką i jak za drzewami zobaczy pan dwie grupy budynków, taką większą i mniejszą, to musi pan iść w stronę tej mniejszej. Tam są trzy takie niższe, jednopiętrowe, i szpital to jest ten…

Po lewej – podpowiedział Drut.

– …po lewej stronie – kontynuowała Maja, wdzięczna, że nie musi tracić kilku sekund na przypomnienie sobie słowa określającego ten kierunek. – Tam się panem dobrze zajmą, zobaczy pan.

 

– Nie sądzę, żeby komuś przeszkadzał. Jest przyjazny, każdy to widzi. – Maja pogłaskała czarnego psa, nieco podobnego do labradora, który wpychał łeb pod jej dłoń. – Jeśli nie będzie szczekał w nocy, nikt nie powinien się doczepić – powiedziała do pary przed trzydziestką.

 

Tak minął jej dzień, a potem drugi i jeszcze kilka następnych. Ciągle zajmowała się ludźmi, którzy dopiero co przeszli badanie zgodności, lecz wciąż nie została wpuszczona do budynku. Nie chciała pytać, dlaczego Skari-Dan nie pozwalają jej zobaczyć wszystkiego na własne oczy, ale o inne kwestie męczyła Druta bez skrępowania.

Wydaje mi się, że teraz jest mniej ludzi niż na początku. Wcześniej wychodzili całymi grupami, a dziś… Sam widzisz, pojedynczo, ewentualnie w parach. I jakby rzadziej. Coś się stało?

Przeszliśmy do drugiej fazy – wyjaśnił keeri. – Najpierw badaliśmy ciekawskich albo obojętnych, teraz przyszła kolej na przestraszonych. Ukrywają się i musimy ich szukać, dom po domu, budynek po budynku. Nie jest to trudne, tylko czasochłonne. Oni zwykle nie walczą. Na buntowników przyjdzie czas, gdy zajmiemy miasto. Najczęściej kryją się gdzieś na prowincji.

Okej – westchnęła w myślach. – Czyli to wszystko, co robimy, dotyczy tylko mieszkańców Kluczborka.

I ludzi, którzy znaleźli się w mieście w momencie zamknięcia oblężenia – doprecyzował Drut. – To ta łatwiejsza część. Jesteście inteligentnym, agresywnym gatunkiem, który potrafi się bronić, a Imperium nie chce zabić wszystkich za pomocą kilku odpowiednio dobranych ładunków wybuchowych. Nieraz okazywało się, że wśród najbardziej zajadłych obrońców znajdowaliśmy najlepszych obywateli nowego porządku. Niektórzy potrafią dostrzec wartość w tym, co ze sobą przynosimy. W każdym razie po zajęciu miasta żołnierzy czeka prawdziwa walka, a ciebie coś, o czym zapewne już niedługo opowie ci podpułkownik Wezer Bemani – oświadczył i nie powiedział już nic więcej, chociaż Maja próbowała wyciągnąć to z niego aż do wieczora.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • il cuore godzinę temu

    Teraz to Maja tylko z jedną osobą się kojarzy, no chyba że jeszcze z pszczółką, bo także była lotna i jak na pszczoły żyła bardzo długo🐝🌈🍄

  • Vespera godzinę temu

    Hm, nie mam pojęcia, o kim mówisz :D Na pewno jest ktoś znany o takim imieniu, ale w tej chwili nikogo nie kojarzę... A nie, jest Majka Jeżowska, ale to w mojej głowie Majka, nie Maja. Osobiście Maję znam tylko jedną, to była taka nieco opóźniona/zaburzona nastolatka, która bawiła się w piaskownicy z młodszymi dzieciakami - m. in. z kilkuletnią mną. A Maja z opka dostała imię z wykazu imion popularnych w Polsce dwadzieścia parę lat temu.

  • il cuore godzinę temu

    Jest rodzina z nazwiskiem Pszczółka, więc nadanie imienia było oczywiste🚑

  • Vespera godzinę temu

    il cuore No szkoda byłoby nie wykorzystać takiej okazji :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania