FNAF: Formy Życia - VII - Genetyka umysłów

Powroty do przeszłości nigdy nie były dla Williama łatwe. Zawsze odbijały się na jego psychice. W czasach, kiedy jeszcze miał swoje ludzkie ciało i – co ważniejsze – tętno, pomagał sobie alkoholem. Czy też raczej „pomagał". Niestety obecnie alkohol stanowczo odpadał. Z wielu względów. Zresztą i tak prawdopodobnie nie pomógłby, bo teraz problemu nie stanowiły ból i wyrzuty sumienia, a wstyd i niepewność. Owszem, wspomnienia nadal bolały, a wczorajsze przeżywanie wszystkiego od nowa stanowiło istną torturę, ale otrząsnął się z tego. Nadspodziewanie szybko. Dzisiaj znowu czuł się nieco... Lżejszy? Może tego właśnie potrzebował. Skonfrontować się z minionymi wydarzeniami, poukładać je sobie, zamiast w kółko wypierać, rozpaczliwie skupiając się na teraźniejszości.

Przeszłość. Wstydził się jej. Do tej pory głównie przed samym sobą, bo nikt, za wyjątkiem Mary, nie znał jego historii. Teraz poznała ją Coleen i to z pierwszej ręki. Współodczuwała z nim jego emocje, współdzieliła myśli. Znała wszystkie skazy. Wiedziała... Wiedziała jak bardzo słabym, ułomnym i tchórzliwym jest człowiekiem. Nie, nie człowiekiem. Osobą. Człowiekiem już od dekad nie był. Odkąd „zginął" w tym cholernym kostiumie.

Miał się czego wstydzić. Miał też prawo bać się tego, jak Coleen zareaguje na wszystko, co zobaczyła. Czy w ogóle zechce z nim rozmawiać. W końcu jego wspomnienia... Ta mała już wystarczająco dużo przeszła, a on tylko dołożył jej cierpień. Czuł to. Czuł jej emocje, jej ból i wzburzenie, gdy wraz z nim przeżywała najgorsze momenty jego życia. Naprawdę nie chciał tego. Z drugiej strony od samego początku dał jej możliwość ucieczki, odwrócenia się od tego wszystkiego. Jednak dziewczyna nie skorzystała z niej. Wytrwała do samego końca. Chciała wiedzieć. Wiedzieć wszystko. Rzecz w tym, że wiedza bywa przekleństwem. Trucizną.

Przez pierwszą połowę dnia był kompletnie rozkojarzony. Nieustannie wybiegał myślami do czekającej go rozmowy z nastolatką, analizując rozmaite scenariusze. W efekcie wszystko leciało mu z rąk. Ubrał sukienkę na lewą stronę, wypłukał usta wodą kolońską prokuratora, niemal spóźnił się na autobus, a w schronisku przeżył starcie z gigantycznym półkrwi bernardynem, który postanowił zrobić sobie z niego lizawkę. Olbrzym lizał go przez bity kwadrans nim nie wyciągnął go spod wielkiego cielska jeden z pracowników schroniska. Postawny, bardzo rozbawiony chłop, który nie omieszkał mu uświadomić, jak wielkie szczęście ma – zwykle psisko w nieco bardziej „romantyczny" sposób okazywało swoje uczucia, ze względu na co ledwie tydzień wcześniej postanowiono czworonoga wykastrować.

Cóż, może i William uniknął bardzo nieprzyjemnej „randki", jednak i tak był obśliniony, a w dodatku śmierdział psim żarciem. W efekcie, po powrocie do domu Lesinskych, nim zasiadł do konsoli NVR, musiał wziąć szybki prysznic. Szybki, ale bardzo dokładny. Dopiero potem, czując się mniej więcej jak istota ludzka, skoczył w otchłanie neurowirtualnej rzeczywistości, po to, aby z człowieka ponownie przeobrazić się w karykaturalnego królika o bardzo poplątanej przeszłości.

Dokładnie tak jak przedtem zmaterializował się w wirtualnym pokoju Coleen, w miękkim fotelu. Dziewczyna siedziała po turecku na łóżku, przypatrując mu się uważnie. Z ciekawością, a jednocześnie niejakim dystansem. Niepewnością. Sam się czuł niepewnie. I niezręcznie. Nastolatka wiedziała o nim prawie wszystko, podobnie jak on o niej, chociaż praktycznie w ogóle się nie znali. Rozmawiali ze sobą ledwie raz, o ile to, jak dziewczyna nakrzyczała na niego, w ogóle można uznać za rozmowę. Nie żeby nie miała powodu krzyczeć.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, nie mając pojęcia jak zacząć. Zresztą i Coleen nie paliła się do tego.

- I... I co o tym myślisz? – zapytał w końcu.

Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo. Ponuro. Gorzko. Ciut ironicznie. „Brudny" Harry Callahan mógłby się uczyć od niej uczyć.

- Posrana historia. Podobna do mojej.

- To znaczy, że zgadzasz się na współpracę?

Ponownie krzywy uśmiech, jednak tym razem z dodatkiem smutku. Zrozumiał od razu – nadal nie wierzyła, że jej pomoże. Z jednej strony nie dziwił jej się, ale z drugiej... Krzywdzone raz po raz, wyzute z nadziei dziecko... To bolało. Bolało go samo patrzenie na nią, na jej bezradność i ukryty za krzywym uśmieszkiem smutek. Oraz budziło gniew. Z dnia na dzień coraz bardziej pragnął odzyskać ciało Springtrapa i rozerwać Lesinsky'ego na strzępy. Wyrwać mu kończyny jedna po drugiej, a potem zacisnąć metalowe dłonie na czaszce i ściskać dopóty, dopóki nie usłyszy trzasku...

Naprawdę zaczynał mieć coraz większe problemy z gniewem.

- Powiedziałam, że jeżeli przekona mnie pan do swojej wersji, to pomogę panu. Powiedzmy, że ma pan wspaniały dar przekonywania. Wręcz niespotykany.

- Cieszy mnie to. Chociaż wolałbym uniknąć tej formy przekazu.

Spojrzała na niego, jakby chciała jakoś skomentować jego słowa, jednak po chwili wahania, zrezygnowała. Zamiast tego zmieniła temat.

- Pokazał mi pan swoją przeszłość, ale przemyślenia na jej temat i wnioski, do jakich pan doszedł to zupełnie inna sprawa. Dlatego też mam sporo pytań. W trakcie pewnie pojawią się kolejne. I przemyślenia z mojej strony. Nie będzie to dla pana miłe... – Westchnęła ciężko, a na jej twarzy pojawiło się wahanie. – Jest pan pewien, że jest gotów na rozmowę o tym wszystkim, po wczorajszym?

- A ty na rozmowę o twoim ojcu?

Uśmiechnęła się krzywo.

- Mój ojciec to moja teraźniejszość, coś czym cały czas żyję. Skoro nie popadłam jeszcze w kompletny obłęd i mam jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, to mogę o nim rozmawiać bez problemu.

Tak... Pod tym względem mała miała gorzej od niego. Musiała nieustannie przywoływać przeszłość, aby nie powielać już raz popełnionych błędów. Grać tak, aby jej nieostrożność nie odbiła się na postronnych osobach. Nieustannie, dzień w dzień. Do tego miała w perspektywie przyszłość, jaką ojciec zamierzał jej zafundować.

Naprawdę chciałby skręcić kark temu sukinsynowi.

- Odpowiem na wszystkie pytania – mruknął. – Jeżeli masz jakieś spostrzeżenia, mów. Nawet jeżeli wydają ci się one głupie, niepotrzebne czy bolesne. Obecnie znajduję się w takim położeniu, że jestem w stanie wysłuchać wszystkiego, co ma chociaż mikroskopijną szansę mi pomóc.

„Mnie i im" – pomyślał, wracając wspomnieniami do zabitych przez siebie dzieciaków i tych wszystkich, o których się dowiedział. Dla ich własnego dobra, miał nadzieję, że już nie żyją, ale nie wątpił, że zastąpiły je nowe. Ofiary tego cholerstwa, które – na dobrą sprawę – nie wiadomo czemu miało służyć.

- Dobrze... - Dziewczyna zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad czymś. – To może zacznijmy od czegoś głupiego, co nie daje mi spokoju, tak na rozgrzewkę. Dlaczego, na początku istnienia restauracji Fredbeara pracownicy ubierali powłoki animatroników, skoro były niebezpieczne? Nie prościej było kupić zwykłe przebrania?

Uśmiechnął się ... Czy raczej uśmiechnąłby się, gdyby twarz Glitchtrapa posiadała względnie ludzką mimikę. Nawet gdy był stróżem w pizzerii, niejednokrotnie pytano go o to. Wystarczył jeden wypadek, żeby rozbuchać ludzką ciekawość do wprost niespotykanych rozmiarów

- Bo nie były niebezpieczne, a przynajmniej nie dla nas. Trzeba było się naprawdę natrudzić, żeby przypadkiem zwolnić któryś z zatrzasków wewnątrz kostiumów. Zahaczyć ubraniem i parokrotnie porządnie pociągnąć pchając rękę czy nogę do środka na siłę. Zdarzył się tylko jeden taki idiota, po którego wypadku zaprzestaliśmy używania powłok i kupiliśmy normalne przebrania. I tak, byłoby prościej i bezpieczniej, gdybyśmy takich używali od samego początku. Niestety startując nie mieliśmy zbyt wielu funduszy, a potem zawsze było coś pilniejszego do zrobienia. Sprawdzająca się prowizorka niechętnie jest wymieniana. Jeżeli chodzi znowu o kostium Springbonniego, ten w którym... Cóż, to nie był kostium, tylko niemal w pełni animatroniczna powłoka w ogóle nieprzeznaczona do noszenia. Zresztą na pewno pamiętasz, że zakładając ją nadziałem się na niejeden wystający element i jeszcze nim zatrzaski puściły, przypominałem ofiarę szalonego nożownika. Ubrałem ją w akcie desperacji, mając nadzieję, że jakimś cudem nic złego się nie stanie, a przynajmniej nic BARDZO złego. Niestety, koniec końców skończyłem jak dzieciaki, które ukryłem w powłokach.

- Jakim cudem trafił pan do Fazbear Fright? W końcu Springtrap zawierał pana zwłoki, prawda? Wystawianie trupa w taki sposób podpada pod profanację. Nie wspominając o tym, że zabił pan człowieka, który pana znalazł.

- Jeżeli chodzi o to, jak trafiłem do domu strachów, po zabiciu tamtego faceta, to nie mam pojęcia. Jak sama wiesz z moich wspomnień, straciłem wtedy świadomość na dłuższy okres czasu. Zresztą od wypadku ta miała w zwyczaju rwać się jak stary film... Myślę, że ktoś miał cel w tym, aby tam mnie umieścić. Stare animatroniki, te... Te, którymi zabiłem dzieciaki, część zabaweczek... Zbierano je tam. Na wystawie były tylko puste powłoki, maski, fragmenty endoszkieletów, ale w pomieszczeniu technicznym, znajdowało się o wiele więcej. Składano je, w sensie dzieciaki. Znaczy animatroniki. Po to, żeby stały się kolejnymi eksponatami, a przynajmniej tak myślał właściciel tego interesu. Niestety, jak były już niemal gotowe, wybuchł pożar, a roboty zniknęły. Co prawda z tamtych zdarzeń pamiętam jedynie urywki, ale nie wierzę w przypadki. Już nie. – Westchnął ciężko. – Jeżeli zaś chodzi o to, czemu wystawiono trupa na widok publiczny... Cóż, moje zwłoki nie wyglądały jak zwłoki. Nie mam pojęcia, czemu, ale rozkład ciała najwyraźniej wymknął się prawom natury. Ani ono zgniło, ani nie wyschło przeobrażając się w mumię. Zamiast tego, po początkowym normalnym rozpadzie przeszło w coś w rodzaju gumy... Kauczuku? Nie mam pojęcia jak to określić. W każdym razie, uznano, że jakiś dowcipniś o skrzywionym poczuciu humoru, zatrzasnął wewnątrz Springbonniego, jeszcze niezastygłego do końca żelowego manekina. Taki model tego, co by mogły zrobić z człowiekiem kostiumy sprężynowe, gdyby naprawdę istniały.

- Czyli pana zdaniem, ktoś we Fazbear Fright zbierał nawiedzone animatroniki... Znaczy te żywe. Ma pan pomysł kto, prócz Mike'a? I po co?

- Po co? Pojęcia nie mam. Na myśl przychodzi mi tylko bełkot Mike'a o przywracaniu do życia... Chociaż, biorąc pod uwagę, że sam żyję, nieważne w jakiej formie, raczej nie powinienem nazywać tego bełkotem. Jednak, co dokładnie zamierzał... Co zamierza, pozostaje mi tylko zgadywać. Podobnie jak to, kto może być jego wspólnikiem. Bo wspólnika musi mieć i to od początku. Co najmniej jednego. Sam nie zdołałby tego wszystkiego przygotować. Tym bardziej, że zabaweczki też były, a może nadal są, ożywione. Nawet nie licząc Mary to już ósemka dzieci. O ile swoich kolegów mógł łatwo oszukać, to resztę... Nie wyobrażam sobie tego. Że sam mógłby ich zabić. Zabić ich ciała, a jaźnie przenieść do animatroników.

- Jak się domyślam, pomysłu, jak to robi, też pan nie ma?

- Nie. – Spojrzał jej w oczy. Przypatrywała mu się z uwagą. – Chociaż sądzę, że chodzi tu o animatroniki. Że muszą być jakoś... zmodyfikowane. Przeklęte? Dopóki nie spotkałem Mary-Marionetki, przychodziły mi na myśl rozmaite rytuały, dziwne obrzędy. Ale jej śmierć nie była zaplanowana. Mało tego. Ciało zostało znalezione zaraz na drugi dzień, w tej samej pozycji, w jakiej ją zostawiłem. Wątpię też, aby Mike zdołał się skontaktować ze swoimi wspólnikami, kimkolwiek oni nie byli... Nie są. To nie były czasy, kiedy każdy miał przy sobie telefon komórkowy. Nie wszyscy mieli nawet stacjonarne, wbrew temu, co pokazują filmy z tamtego okresu. Natomiast w czasie burz, jak tamtej nocy, zakłócenia i zerwania linii stanowiły coś normalnego. Szczególnie u nas, na przedmieściach.

- A co się stało z Normanem? Widział pan Fredbeara po tym, jak został pan został pan Springtrapem?

Zacisnął dłonie w pięści. Wiedział, że to pytanie prędzej czy później nadejdzie, jednak liczył na później.

- N-nie. I szczerze mam nadzieję, że to, co mówił Michael o wskrzeszeniu go to mrzonki, bełkot szaleńca. Że pomylił Normana z jakimś innym dzieciakiem, który jeden z jego wspólników wcielił we Fredbeara. Norman... Po tym wszystkim, co przeszedł, nie wyobrażam sobie, że mógłby tkwić latami w ciele robota. Cierpieć przez całe dekady. Jak w tych przeklętych grach...

- Ym...

Spojrzał na dziewczynę. Siedziała na skraju łóżka, pochylona do przodu, wpatrując się w swoje dłonie. Zaciskała usta, myśląc o czymś intensywnie. O czymś nieprzyjemnym.

- Jak chcesz coś powiedzieć to mów. Nie hamuj się – zachęcił ją. – Nawet jeżeli ma mnie to zaboleć.

- Ja... - zaczęła niepewnie. – Myślałam o tym wszystkim. Cały wczorajszy wieczór i większość dzisiejszego dnia. No i sądzę, że akurat w tym aspekcie gry się nie mylą. Norman został wcielony w Fredbeara. Mało tego. Sądzę, że wszystko zostało zaplanowane na długo przed jego wypadkiem... Znaczy to, żeby ludzi zamykać w mechanicznych ciałach, nie żeby akurat jego to spotkało. To akurat był wypadek. To, co pan powiedział o animatronikach... Zgadzam się z tym. To też wskazuje na to, że Norman może tkwić we Fredbearze czy też Golden Freddym, jak go potem nazwały gry. No i jego koszmary...

Spojrzała na niego wymownie, a zarazem niepewnie. Jakby nie była pewna, czy powinna mówić dalej.

- Co z nimi? – zapytał, zachęcając ją, chociaż już wiedział, że nie spodoba mu się to, co usłyszy.

- Chociaż to daleko idąca teoria, przypuszczam, że po wypadku, jak jeszcze żył, mógł już być związany z Fredbearem. Stąd te koszmary. Po tym wszystkim Fredbeara umieszczono wraz z animatronikami w pomieszczeniu technicznym, prawda? Zatem, jeżeli, dajmy na to, potrafił widzieć oczami Fredbeara, a do tego trauma...

Wiliam wyprostował się. Przypomniał sobie jedną z nielicznych wizyt w restauracji po wypadku Normana. Przelotnie widział wtedy Fredbeara. Wrzucony jak śmieć do pomieszczenia technicznego, siedział w kącie wspierając się o leżącego na podłodze Springbonniego. Patrzył wprost na stojące naprzeciw niego animatroniki. Wielkie, zwierzokształtne roboty. On siedział, one stały. Z tej perspektywy musiały wydawać się ogromne. W dodatku w pomieszczeniu nieustannie panował albo mrok, albo ciemność. Nie wspominając o tym, że już wtedy animatroniki miały w zwyczaju same z siebie drgać i wydawać dźwięki, póki napięcie nie zeszło z akumulatorów. Nie wędrowały, jak po tym, kiedy je odnowiono, ale mimo to potrafiły naprawdę przerazić nagle obracając się lub zaczynając śpiewać. Dla panicznie bojącego się ich dziecka, którego głowa została niemal zmiażdżona przez mechanicznego śpiewaka taki widok musiałby być prawdziwym koszmarem. Niestety wszystko pasowało.

- ... to tylko hipoteza, w dodatku mocno nad wyraz, ale...

- Nie, to bardzo prawdopodobne – przerwał jej. – Wyjaśnia gwałtowne pogorszenie jego stanu. Lekarze mówili, że będzie dobrze, powinno być dobrze, ale... – westchnął – ale nie było. W dodatku, kiedy miał koszmary, nawet po przebudzeniu, zdarzało mu się nie reagować na to, co się wokół działo. Nawet na dotyk. Zupełnie jakby był gdzie indziej. Ciekawe, czy gdybym się uparł i kazał zniszczyć Fredbeara...

Przypomniał sobie jak niedługo po wypadku syna zawitał do niego Henry, pytając, czy powinni zezłomować Fredbeara. Powiedział wtedy „nie". Po pierwsze dlatego, że nie winił maszyny, której mechanikę znał aż nazbyt dobrze – w końcu sam pomagał ją budować. To tak jakby winić nóż za to, że ktoś nim dźgnął drugą osobę. Po drugie, wiedział jak wielką sympatią przyjaciel darzył mechanicznego stwora. Henry zaprojektował jego wygląd, dobrał mu głos i sceniczną osobowość, którą później przejął Freddy.

Może, gdyby wtedy postąpił inaczej, Norman nadal żyłby...

- Możliwe, że uratowałoby to Normana, a możliwe, że tylko pogorszyłoby sprawy. Albo oba na raz – Dziewczyna uciekła wzrokiem. Wyraźnie nie leżało jej podnoszenie trudnego dla niego tematu. – Trudno ocenić. W końcu nie wiemy, z czym mamy do czynienia. Wszystko to jest abstrakcyjne, niemal nierealne. Nawet to, że współdzielę z panem ciało. Chociaż dzieje się to tu i teraz, chociaż jestem tego świadoma, to nadal... Trochę mam wrażenie, że trafiłam do jakiegoś filmu paranormalnego z elementami science fiction.

- Masz rację. Czuje się podobnie i to od kilkudziesięciu lat. I mimo tego, że już trzykrotnie zmieniłem formę istnienia tkwiąc w tym paranormalnym bagnie, nadal nie znam zasad, jakimi to się rządzi – westchnął ciężko. – Mam tylko poszlaki. Domysły. Niczego konkretnego. Nie wiem nawet jak trafiłem do wirtualnej rzeczywistości.

- A ma pan pomysł, dlaczego, kiedy obudził się pan w piwnicy, był pan w pełni świadomy i ruchomy, chociaż później na zmianę ogarniał pana dzienny, świadomy bezwład, albo nocny „tryb bestii"?

- Przypuszczam, że to, co mnie kontrolowało, potrzebowało czasu, aby nabrać mocy. Szczególnie „tryb bestii", bo bezwładności w ogóle nie potrafiłem się przeciwstawić. Prawdopodobnie wtedy, w piwnicy, odzyskałem zmysły właśnie nocą. Kilka godzin później padłem na podłogę jak marionetka bez sznurków, więc pasowałoby. Gdy bezwładność minęła, pojawiła się agresja, a świadomość zaczęła momentami zanikać. Na początku potrafiłem z tym walczyć, ale potem... Cóż, rzadko wiedziałem, co się nocą ze mną dzieje. Nie mam pojęcia, jak Fazbear Fright funkcjonowało ze mną w środku. Jak mnie kontrolowano. Może na początku wcale nie było tam stróżów nocnych? W końcu kamery i alarmy przeciwwłamaniowe robiły robotę. Albo ci zwyczajnie siedzieli w swojej kanciapie zamknięci na cztery spusty i bezpieczni? Trudno powiedzieć. Dopiero mniej więcej na rok przed podpaleniem nauczyłem się temu przeciwstawiać, na tyle, aby wiedzieć, co robię. Niekoniecznie to kontrolować, ale chociaż wiedzieć. Władzę nad ciałem odzyskiwałem bardzo rzadko. Zwykle na nie dłużej niż pół godziny.

Dziewczyna powoli skinęła głową. Przez chwilę milczała, wszystko analizując.

- Nie wiem czy to pytanie do pana, ale... Marionetka. Mary. – Spojrzała mu w oczy. – W grach nieustannie jest ukazywana jako ta, która opiekowała się zabitymi. Która dała im życie. Dlatego też wielu graczy uznawało ją za pierwszą zabitą. Wiem, że może nie powinnam się czepiać tego motywu, bo wiele rzeczy w grach zostało przekłamanych lub przerysowanych... Dajmy na to pana rola w tym wszystkim. Albo, z banalniejszych spraw, mechanizm rozpoznawania twarzy zabaweczek, który w tamtych czasach nie istniał, bo ze względu na poziom ówczesnej technologii istnieć nie mógł. Jednak to bardzo wyraźny i powtarzający się motyw. Tak jak słowa „poskładać z powrotem", które zostały wielokrotnie użyte w czwartej części serii i późniejszych, a które okazały się należeć do Michaela. Czy to, w jaki sposób Mary została odzwierciedlona w grach ma jakieś znaczenie? Może wspominała coś?

- Nie. Chociaż zauważyłem, że Elizabeth i tamten stwór stawali się jakby spokojniejsi, kiedy znajdowała się w pobliżu. Jej obecność działała na nich kojąco. No i też jako jedyna ze wszystkich nigdy nie znajdowała się we władzy nocnej agresji, a z czasem samodzielnie pokonała dzienny paraliż, dzięki czemu zdołała uciec z pizzerii. Była inna niż reszta. Może na nich jakoś wpływała, sprawiała że stawali się mniej agresywni? Nie wiem. – Westchnął ciężko. – Była o wiele bardziej w tym wszystkim zorientowana niż ja. Kiedy gniłem w Fazbear Fright, ona przeprowadzała własne śledztwo. Mała spryciula.

- Odkryła coś?

- Tak. Po pierwsze to, do czego sam doszedłem: że zniknięcia i „nawiedzenia" animatroników dalej mają miejsce. Dziwne zachowania robotów zdarzały się co jakiś czas. Nigdy nie były jednak tak wyraźnie i tak długotrwałe, aby zaowocowało to jakimiś nieprzyjemnymi plotkami wśród klientów czy skargami. Jednak, krążąc niczym cień wokół pizzerii nasłuchałem się tego i owego od pracowników. Wędrowałem od jednej do drugiej. Zauważyłem też, że w ich sąsiedztwie, nie bezpośrednim oczywiście, występuje zwiększona ilość zaginięć. Głównie dzieci i młodzieży, ale nie tylko. Tym razem jednak zaginionymi nie były dzieciaki z dobrych rodzin, ale głównie małoletni uciekinierzy z domów, bezdomni, ćpuny... Ludzie, którymi mało się kto interesował, poza ich środowiskiem, do którego przelotnie należałem. Ubrany w szmaty, z zasłoniętą twarzą i okularami słonecznymi przesłaniającymi oczy wyglądałem niemal jak jeden z nich. Oczywiście przykuwałem wzrok swoją budową i wzrostem, ale nie na tyle, żeby któryś z „normalsów", jak nazywało zwykłych ludzi towarzystwo, mnie zaczepił. Znowu oni... Cóż, bezdomni są na tyle rozsądni, by nie zaczepiać faceta, który wygląda, jakby mógł im dosłownie urwać łeb. Ale też nie stronią od takich i dość swobodnie rozmawiają między sobą, to tego i owego się nasłuchałem. Dość, aby połączyć kropki. Mary znowu rozpracowała to dużo głębiej, aczkolwiek i ona nie znalazła odpowiedzi na najważniejsze pytania. Odkryła, że gnoje stojący za tym wszystkim siedzą nie tylko w Fazbear Entertainment i Afton Robotics. Pomoc społeczna, szpitale, firmy transportowe, magazynierzy, firmy utylizacyjne, policja. Wszędzie mieli i prawdopodobnie nadal mają swoich ludzi. Pomoc społeczna i firmy transportowe pomagały im w łapankach. W magazynach zabijali ciała porwanych przesyłając ich świadomości do animatroników. Trupy... To co się z nimi działo potem, zależało od ich stanu. Część ciał, głównie te młode i zdrowe, znikała niewiadomo gdzie. Dostawano za nie sporo pieniędzy, ale czemu miały służyć... Tego nie zdołała się dowiedzieć. Inne służyły jako źródło organów do przeszczepu, które sprzedawano na czarnym rynku. Reszta, głównie te należące do chorych i narkomanów, utylizowano jako odpady weterynaryjne. Potem „nawiedzone" animatroniki trafiały do pizzerii i parków rozrywki, gdzie obserwowano ich zachowanie. Po co? Tego też nie zdołała się dowiedzieć. Po kilku tygodniach „nawiedzone" roboty podmieniano na normalne. Co się działo potem z „nawiedzonymi"? Część podobno była złomowana... Czy też raczej mordowana. Powtórnie. Wedle słów Mary wrzucano je do maszyn, które przerabiały je na kupkę nie większych od jednocentówki skrawków. Inne modyfikowano, sprawdzając jak dalece są w stanie znieść zmianę formy i wymianę elementów. Potem, w zależności od wyników albo przechodziły przez maszynę złomującą albo trafiały gdzieś dalej razem z innymi, „specjalnymi". Przy czym złomowanie stanowiło los, jaki spotykał większość z nich. Co się działo ze specjalnymi... Mary zdołała odkryć los tylko niektórych z nich. Kolejne eksperymenty, tym razem w szpitalach, gdzie próbowano łączyć je z żywymi tkankami. Ciałami ludzi, których umysły umarły. Niewykluczone, że właśnie w taki sposób Michael chciał przywrócić Normana do życia. Zmodyfikować Fredbeara tak, aby można było go wsadzić w żywego człowieka... Okropieństwo. – Wzdrygnął się. Nie chciał nawet o tym myśleć. Niestety musiał. Szczególnie teraz, kiedy Coleen niemal kompletnie rozwiała jego nadzieje, że Norman zaznał spokoju. Że jest w lepszym świecie. – W każdym razie, kiedy Mary mi o tym opowiadała, wedle jej słów, żaden z tych medycznych horrorów nie odniósł sukcesu. Mam nadzieję, że tak jest do tej pory.

- Popieprzone to jak historia z moim ojcem, tyle że z dodatkiem klimatów paranormalnych – podsumowała Coleen. – Teraz mam drugi powód, aby nie ufać ani policji, ani pomocy społecznej. Swoją drogą ciekawe, jak Mary zdołała to wszystko odkryć? W końcu, kiedy trafiła do ciała Marionetki, miała jedenaście lat, a uciekła pewnie niedługo potem. To cud, że jej nie złapali.

- Zawsze była sprytna i umiała wyciągać trafne wnioski. Niewykluczone, że gdyby nie to, że ufała Mike'owi, w końcu odkryłaby nasz mały sekret. Niestety nie mieściło jej się w głowie, że dzieciak, którego znała od zawsze, mógłby chcieć ją zabić.

- A pan? Czy jest możliwe, że pana wypadek... nie był do końca wypadkiem?

Zrozumiał, co miała namyśli. Spuścił wzrok.

- Sam się nie raz nad tym zastanawiałem i... Nie wiem, naprawdę nie wiem. Mimo, że nie mam złudzeń, co do Michaela i tego, co będę musiał zrobić, kiedy znów się spotkamy, mam nadzieję, że nie wydałby ot tak wyroku na własnego ojca. Że nawet, jeżeli to nie do końca był wypadek, to nie on to wszystko zaplanował.

Zadrżał. Naprawdę nie chciał wierzyć, że Mike mógłby z zimną krwią skazać go na śmierć. Taką śmierć... Chociaż może, gdyby okazało się, że to jednak on, byłoby mu łatwiej. Znaczyłoby to, że chłopak całkowicie zerwał z nim, ze swoją rodziną. Że nie był już tylko szaleńcem usiłującym „naprawić" zmarłego brata, „poskładać go z powrotem", a zimnym sukinsynem. Może wtedy, gdy w końcu stanęliby przeciwko sobie, nie czułby się...

- Teraz pana kolej – cichy głos, przerwał mu jego rozmyślania.

- Słucham?

Coleen uśmiechnęła się blado.

- Teraz pana kolej. Przypuszczam, że, tak jak ja, ma pan wiele pytań.

Skinął głową, zastanawiając się, czy dziewczyna zrobiła to specjalnie. Litościwie przerwała mu analizowanie zachowania Michaela, jak i tego, jak będzie wyglądało ich następne spotkanie.

Spotkanie... Wielokrotnie usiłował je sobie wyobrazić, lecz nie potrafił. Jedno wiedział na pewno – nie będzie ono przyjazne.

- O tak, mam. I to wiele. – Skrzyżował ręce na piesi, uważnie przyglądając się nastolatce. Wyglądała na niemal swobodną. Jakby mówienie o tym, co działo się u niej w domu, co jej robił ojciec, nie stanowiło niczego trudnego. – Zacznijmy może od najważniejszego. Skąd twój ojciec wiedział, że wyjechałem z miasta?

- Że moje ciało wyjechało – sprostowała z dziwnym uśmiechem. – Nadajnik lokalizacyjny. Umieszczony dość głęboko, pod prawą łopatką, a ze względu na to niemal niemożliwy do samodzielnego usunięcia. W dodatku reaguje na ciepło ciała, więc, gdy zostanie wyjęty po trzech, czterech minutach zacznie alarmować, że coś jest nie tak. Musi być co dwa lata wymieniany, ostatnia wymiana miała miejsce pół roku temu. Szczęśliwie nie jest zbyt dokładny, wykazuje błąd około czterdziestu, czterdziestu pięciu metrów.

- Cholera jasna. No to mocno komplikuje sprawę. – Westchnął ciężko. – Miałem nadzieję, że to coś w twoim telefonie albo że ma podgląd na to, co kupujesz przez sieć, jak bilety...

- To też. W komórce mam kolejny lokalizator, a na wszystkich moich urządzeniach jest zainstalowane oprogramowanie, pozwalające ojcu kontrolować mniej lub bardziej co kupuję oraz co zamieszczam w sieci. Jednak kontrola „pobierania" niemal nie istnieje, a sama kontrola zamieszczania jest dziurawa, chociaż skuteczna... Przynajmniej z perspektywy wyznaczonych przez ojca celów. Nastawiona głównie na to, abym nie obnażyła prawdy o naszej rodzince ani nie skompromitowała ojca. Najbardziej prześwietlane są zdjęcia i filmy, kontrolowane pod kątem nagości, wizerunków używek oraz obecności wybranych twarzy. Mojej, mojego ojca, jego pomagierów i tak dalej. Na moje szczęście posiadam stary laptop niepodłączony do sieci i parę dysków wymiennych, które kupiłam poza wiedzą ojca za nieoficjalne fundusze.

- Nieoficjalne fundusze? To znaczy?

- Należę do kółka chemicznego. Czasami podkradałam z sali chemicznej substraty do produkcji narkotyków, za które dostawałam gotowy towar, który wymieniałam na rozmaite przedmioty...

No tego to się nie spodziewał. Dziewczyna wydawała się całkowicie stłamszona przez ojca, więc myśl, że mogłaby podejmować takie działania za jego plecami, wydawała mu się niemal abstrakcyjna. Jednak to robiła. Niestety, mimo tego, nadal nie próbowała uciec z tego piekła. Nadal uważała los zgotowany przez ojca, za pewnik.

-... Zdarzał mi się też handel wymienny przedmiotami wygranymi w pizzerii i kupionymi za faztokeny. Głównie z Timem. Niestety od blisko piętnastu lat coś takiego jak „gotówka" nie istnieje. Pieniądze mają tylko i wyłącznie formę cyfrową. Chyba, że ktoś inwestuje w kamienie i metale szlachetne, rozumie pan. No i narkotyki, i niektóre leki. Obecnie to one przejęły rolę gotówki i są główną walutą przy nie do końca legalnych transakcjach.

- Im bardziej rząd usiłuje coś kontrolować, tym ludzie mają więcej pomysłów, aby go oszukać – mruknął. – Ech... Nie wygląda to wesoło. Dobrze, to co by tu... Ach, piwnica!

- Tak? Co z nią?

- Zapewne torturowano w niej i zabijano wiele osób. Jakim sposobem sąsiedzi niczego nie zauważyli? Osiedle willowe, brak wysokich murów, wokół zamożni ludzie, w tym starsi, zapewnie nałogowo obserwujący innych.

- Moria.

Moria? Czyżby nagle trafił do powieści Tolkiena?

- Słucham?

- Moria, sieć podziemnych tuneli i piwnic, którą wybudowano dekadę, dwie temu – wyjaśniła. – Geneza nie do końca jest mi znana, nigdy nie interesowałam się tematem. Chyba chodziło o zabezpieczenie na wypadek wojny czy coś takiego. Albo o coś związanego z ekologią? W każdym razie, zrezygnowano niemal zupełnie z kolei nadziemnej budując pod Stanami i Kanadą sieć linii szybkobieżnego metra. Zabezpieczoną przed awariami, odporną na wstrząsy, a nawet na eksplozje. Zbudowano też mnóstwo wewnętrznych schronów, zbiorników retencyjnych, kanałów odprowadzających i wentylacyjnych. Metro sprawuje się świetnie, zbiorniki retencyjne przydają się w trakcie suszy. Reszta podobno pozwoli nam przeżyć wojnę nuklearną, gdyby kiedyś do niej doszło. Niestety, jak to zwykle bywa, projekt w części wymknął się spod kontroli, a w części został niedokończony i zapomniany. W efekcie pod stopami mamy kilometry tuneli nieznanego przeznaczenia. Niektóre z nich znajdują się dość płytko, bo na poziomie piwnic, a jeden z nich łączy naszą piwnicę z budynkiem w sąsiedniej dzielnicy należącym do współpracowników mojego ojca. Mieszczą się tam magazyny i klub nocny, więc mało kto na kogo zwraca uwagę. W dodatku nie ma sąsiedztwa mieszkalnego, więc i wścibskiej sąsiadki zastanawiającej się „co to za jedni" człowiek nie uraczy.

Podziemny świat pod powierzchnią... Brzmiało iście fantastycznie. Jak w jakimś filmie postapokaliptycznym albo fantastycznonaukowym. Aż przypomniała mu się książka, „Wehikuł czasu" Wellsa. Ciekawe czy podziemne tunele zamieszkiwali amerykańscy Morlokowie?

Nagle coś go tknęło.

- Duża głębokość zaburza sygnały nadajników, z tego, co pamiętam. Nie myślałaś nigdy o ucieczce w podziemia?

- Myślałam, ale gdybym to zrobiła, ojciec zacząłby zabijać ludzi, żeby mnie ukarać. Głównie tych, których znam i darzę jakąkolwiek sympatią. Prawdopodobnie zacząłby od pani Q i Tima, jeżeli wie o jego istnieniu.

No tak, kompletnie o tym zapomniał. Ten pieprzony potwór nie zawahałby się wytłuc połowy miasta dla samej zasady.

-... jeżeli znów myśli pan o podobnym rozwiązaniu, znaczy ucieczce, to uprzedzam, że będę walczyć. Nie pozwolę tak narazić otoczenia.

Spojrzał na nią. W oczach dziewczyny pojawił się zimny błysk, a na twarzy zagościła niezwykła powaga. Westchnął ciężko.

- Nie, nie myślę. Nie chcę nikogo skrzywdzić czy to pośrednio, czy to bezpośrednio... No może za wyjątkiem twojego ojca. Jemu z chęcią skręciłbym kark.

- A ja spaliłabym Michaela...

Drgnął, słysząc te słowa. Wypowiedziane zarazem ze swego rodzaju nabożeństwem, a zarazem w dziwnie lekki i zjadliwy sposób. Przed jego oczyma zaigrała wizja Mike'a i płomieni ze wspomnień Coleen. Szkarłatno-złotej, ognistej ściany mającej dla dziewczyny niemal mistyczne znaczenie. Oczyszczające.

-... zasłużył sobie na to. Więcej niż raz.

Spalić Michaela... Mimo wszystkiego, co przeszedł przez syna, myśl o zabiciu go, nadal była dla niego trudna. Wiedział, że prędzej czy później zostanie do tego zmuszony. Pogodził się z tym. Był gotów to zrobić. Jednak spalić go? Nie. Nie chciał i nie potrafiłby się zdobyć na podobne okrucieństwo wobec swojego dziecka, nawet jeżeli stało się potworem. Znowu Coleen... Tak. Ona i owszem. Spaliłaby zarówno Mike'a jak i swojego ojca, gdyby tylko miała okazję. W końcu zabiła tamtego nieszczęśnika w piwnicy. Owszem, prokurator ją zmusił, poza tym, gdyby tego nie zrobiła, mężczyznę czekałby o wiele gorszy los. Facet sam błagał ją o śmierć... Mimo to... Mimo to z pełną świadomością pozbawiła kogoś życia. Przekroczyła granicę, zza której się nie wraca.

- Lubisz palić rzeczy, prawda? – zapytał.

- Cóż, stwierdzono u mnie piromanię. – Uśmiechnęła się krzywo. – Łagodną formę. Nie jest szczególnie uciążliwa, potrafię nad nią panować, ale zaburzenie psychiczne to zaburzenie psychicznie. Zawsze gdzieś tam tkwi... Można to korygować, można trzymać w ryzach, ale człowiek nigdy się tego nie pozbędzie. Nie do końca.

William dał sobie mentalny odpowiednik prztyczka w nos. Znowu to robił. Myślał ogólnikami, szufladkował, zapominając o takich „szczegółach" jak problemy psychiczne swojej nosicielki. Pierw patrzył na Coleen jak na niewdzięczną smarkulę niedoceniającą starań swojego ojca, a teraz wymienił ten obraz na wizję skrzywdzonego dziecka, niewinnej ofiary. Rzecz w tym, że Coleen nie była TYLKO ofiarą. Była też osobą o bardzo silnym charakterze, piekielnie inteligentną, potrafiącą manipulować i udawać. Mającą swoje demony, równie groźne jak te jego.

„...Twoja psychika i kodowanie wolnego Glitchtrapa zazębiają się ze sobą. To tak... To tak jakbyście byli pod względem mentalnym, czy jak to tam nazwać, bardzo blisko spokrewnieni" – przypomniał sobie słowa Tima. Zaczynał powoli rozumieć, co ten miał na myśli. Oboje z Coleen ucierpieli z rąk najbliższych. Każde z nich przeżyło silną traumę. Niejedną silną traumę. Wszystko to nakładało się na siebie... Nie. Nie nakładało. Zazębiało ze sobą.

- Czyli ryzyko, że nagle coś podpalisz nie jest duże?

- Nie jest.

- To dobrze... - Zamilkł, zastanawiając się, o co zapytać, bo pytań miał wiele. Bardzo wiele. Tak dużo, że nie do końca potrafił je sformułować. – Istnieje szansa, żebyś mi pokazała to miejsce?

Coleen spojrzała na niego, nie rozumiejąc.

- To, gdzie prowadzi tunel z piwnicy – sprecyzował. – Zawsze to dodatkowa, potencjalna droga ucieczki, prawda? Na razie nie wiem, jak moglibyśmy ją wykorzystać, ale chciałbym zbadać okolicę. Niekoniecznie już, zaraz, ale sama rozumiesz...

- Tak, rozumiem. Niestety chodzenie tam to nienajlepszy pomysł. Nawet pomijając lokalizator, kręci się tam sporo ludzi ojca i... - Wyprostowała się, mrugając gwałtownie. – Cholera, kompletnie zapomniałabym. Możemy pozwiedzać tamtą okolicę i nie tylko, i to nie ruszając się z miejsca.

- Jakiś program komputerowy? – zainteresował się, podczas, gdy dziewczyna już zdążyła przywołać konsolę.

- Tak. Bardzo dobry, wersja niekomercyjna do tego. – Uśmiechnęła się pod nosem. – Dwa lata temu wydano Neurofast Travel. W skrócie to program umożliwiający niezwykle realistyczne podróżowanie po świecie za pomocą konsoli NVR. Niezwykle precyzyjnie oddane otoczenie, znaczy świat zewnętrzny: ulice, domy, środowisko przyrodnicze. Wrzucono też wnętrza co poniektórych budynków publicznych, głównie znanych restauracji, muzeów, oper. Bardzo fajna rzecz, niestety piekielnie droga. W dodatku mapy regionów, poza trzema podstawowymi, do kupienia ekstra. Normalnie nie byłoby mnie na coś takiego stać, ale ojciec ma kontakty w wojsku i dostał pod stołem wersję niekomercyjną programu. W pełni zwirtualizowana mapa całych Stanów, włączając w to rozmaite, wojskowe obiekty strategiczne, a nawet prawie pełen rozkład Morii. Stan obecny i przeszły, na podstawie rekonstrukcji stworzono mapy do sześćdziesięciu lat wstecz.

- Hm... A skąd ty masz ten program? Bo coś mi mówi, że ojciec nie podzielił się nim z tobą.

- Oczywiście, że nie. Szczęśliwie dla mnie zakłada, że skoro ma mnie na smyczy, to już nie musi pilnować przede mną swoich rzeczy i sekretów. Jest pod tym względem dość lekkomyślny. W każdym razie, wykorzystałam pierwszą-lepszą okazję, aby skopiować go razem z kluczami systemowymi.

William nie musiał pytać, dlaczego to zrobiła. Nie mogła opuszczać miasta, a przynajmniej nie bez nadzoru Lesinskego, więc wirtualna rzeczywistość była jej jedyną możliwością podróżowania. Zapewne, gdy tylko dostała program w swoje ręce, urządziła sobie wielogodzinną wycieczkę gdzieś daleko od tego piekiełka.

Na wirtualnej konsoli połyskiwały rozmaite komunikaty: ładowanie, aktualizacja, instalacja, renderowanie... Nagle, w ułamku sekundy, otoczenie zupełnie się zmieniło. Zupełnie nieoczekiwanie i gwałtownie. Nie było żadnego przejścia, jak w przypadku gier. Po prostu „puf" i już. W jednej chwili William siedział w wirtualnym pokoju, w następnej stał na środku zalanej słońcem ulicy. Zaskoczony zrobił gwałtowny krok w tył, rozglądając się dookoła. Minęła dłuższa chwila, nim jego skołowany umysł zaczął przyswajać informacje.

Okolica wyglądała dość czysto i schludnie, chociaż obecność magazynów i szyldów reklamujących hurtową sprzedaż rozmaitych towarów oraz podejrzane kluby jasno mówiła, że to nie dzielnica willowa. Jednak wokół panował wzorowy porządek. Pewnie było to zasługą Lesinskego. William mógł się założyć, że nawet późno w nocy jest tu całkiem bezpiecznie – tylko mafia pana prokuratora miała prawo się tu panoszyć.

- Byłbym zobowiązany, gdybyś uprzedzała mnie przed czymś takim – mruknął. – Który to budynek?

- Ten. – Coleen wskazała na sporych rozmiarów betonowy prostopadłościan.

Parter budynku, zgodnie ze słowami Coleen, zajmował klub nocny o barwnej nazwie „Psychodeliczna Ćma" oraz rozległy magazyn. Na piętrze znów... Trudno to było stwierdzić z całą pewnością, ale William obstawiał, że mieszczą się tam biura, ewentualnie mieszkanie prywatne zajmującego się klubem ciecia. Znowu na tyłach Coleen pokazała mu wielką klapę, metalową zakrywającą zejście do piwnic. Praktycznie niewidoczną od strony klubu i ulicy, sprawiająca wrażenie części kładki izolacyjnej do załadunku materiałów niebezpiecznych. Nocą, gdy w klubie dudniła muzyka, a rozszalała klientela zajmowała się sobą, zbiry mogłyby wprowadzać do podziemnego tunelu nawet wściekłego lwa, a mało kto zwróciłby na to uwagę.

Niestety do środka ani on ani Coleen wejść nie mogli – program miał swoje ograniczenia.

- Wpadł pan na coś? – zapytała go.

- Nieszczególnie – mruknął. – A jakieś inne kryjówki i schowki prokuratora? Punkty spotkań z... współpracownikami?

Tych, jak się okazało, Lesinsky miał niemało, głównie w samym mieście. Parę ukrytych skarbców zawierających rozmaite, łatwe do upłynnienia kosztowności i broń, niewielki kościół, którego proboszczem był siedzący mu w kieszeni księżulo, restauracja węgierska. Do tego nieduża klinika i fabryka taniej karmy dla psów, gdzie pozbywano się ciał „trudnych klientów". Oczywiście to niewszystko. Domek letniskowy na wybrzeżu, willa w Teksasie oraz dwa bunkry pośrodku niczego. Jeden na pustyni, drugi pośród morza traw wielkiego stepu. Oba niewidoczne, bo dobrze ukryte i co za tym idzie niewykryte przez satelity, a tym samym program.

- To wszystko? – zapytał, pobieżnie tocząc wzrokiem po oceanie kołyszących się na wietrze, pożółkłych traw. Niestety Neurofast Travel nie tworzyło sztucznych zwierząt, więc szanse na zobaczenie bizona miał zerowe. A szkoda. Za życia... Za ludzkiego życia nie zdążył ich zobaczyć. Co prawda wirtualna rzeczywistość to nie to samo, co materialny świat, ale zawsze coś.

- Nie licząc dziesiątek niewielkich skrytek na broń i kosztowności? Tak.

Zerknął na nią. Przypatrywała mu się z nieco dziwnym wyrazem twarzy.

- Coś się stało?

- Nie, nic. Po prostu pan... Widok Glitchtrapa na tym tle jest dość dziwaczny.

Skinął głową. No tak, miała rację. Ciągle zapominał o tym, jak karykaturalnie teraz wygląda. Osobiście, jeżeli chodzi o estetykę, wolał powierzchowność Springbonniego czy też Springtrapa. Ten przynajmniej nie uśmiechał się jak przyczajony w krzakach sadysta-pedofil.

Westchnął. Teoretycznie nie mieli tutaj już nic do roboty, ale wirtualny step działał na niego kojąco. Przestrzeń, spokojne kolory, szum wiatru, szelest traw. Lepiej mu się myślało tutaj niż w wirtualnym pokoju, chociaż – jeżeli miał być szczery – wolał go niż prawdziwe lokum dziewczyny. Naprawdę z dnia na dzień coraz mniej dziwił się jej uzależnieniu od wirtualnej rzeczywistości. Tylko tutaj mogła chociaż w części być sobą.

- Ładna okolica – mruknął. – Trochę monotonna, ale ładna. Przejdziemy się?

Coleen uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona, ale skinęła głową.

Ruszyli przez falujące łany traw. Towarzyszyły im cichy szum wiatru oraz koncerty nieistniejących owadów i ptaków. Dopasowane do pory roku, dnia i pogody. A zbierało się na deszcz, przynajmniej tak sugerowały szybko mknące po szarym niebie chmury. Brakowało tylko tego charakterystycznego zapachu, wilgoci unoszącej się w powietrzu. Niestety wirtualna rzeczywistość nie potrafiła oddać wszystkiego.

Dziwnie się czuł idąc obok Coleen... Obok kogoś, kto pierwotnie miał być jedynie naczyniem dla jego jaźni, a stał się... Towarzyszem niedoli? Tak, chyba tak to można określić. Dziewczyna była jego towarzyszką niedoli. Sojuszniczką. I... Dzieckiem, które chciał ochronić. A także kimś widzącym w nim nie potwora, a osobę. Kimś, z kim mógł być szczery, człowiekiem niemającym wobec niego złych zamiarów i nieosądzającym go. Od bardzo dawna nikt nie patrzył na niego w ten sposób. Brakowało mu tego. Swobody bycia z drugą osobą... Właściwie to nawet zwykłej rozmowy.

- Powiedz mi... Powiedz mi, o co w tym wszystkim chodzi – odezwał się po dłuższej chwili milczenia. – Twój ojciec... Nie pokazałaś mi wszystkich wspomnień, ale wynika z nich, że ma wszędzie wtyki, że pociąga za sznurki wielu osób, bardzo ważnych osób, chociaż nie ma aż tak wielkich pieniędzy ani szczególnie wysokiego stanowiska. Tymczasem w twoich oczach jest niemal wszechmocnym władcą marionetek.

Dziewczyna uśmiechnęła się gorzko, spoglądając na coraz ciemniejsze niebo. Po chwili spadły pierwsze krople deszczu.

- Tatuś ma talent do znajdowania względnie dobrych osób o słabym kręgosłupie, do których niestety sama się zaliczam. – Westchnęła ciężko. – Znajduje kogoś na wysokiej pozycji albo mającego szerokie możliwości, kontakty, dojścia. Kogoś posiadającego rodzinę, którą szczerze kocha, przyjaciół, osoby na których mu zależy. Potem zbliża się do niego, a jak chce potrafi być naprawdę czarujący, wydawać się godny zaufania jak nikt inny. Odkrywa wszystkie sekrety swojej ofiary. Swojego przyszłego pionka. Wszystkie brudy. Potem zaczyna go szantażować. Pierw w sposób bardzo subtelny, lekko naciskając, potem coraz bardziej ostentacyjnie. Natomiast, gdy napotyka na pierwszy opór... Wtedy na dobre zdejmuje maskę i oświadcza „albo zrobisz, co każę, albo twoja rodzina zacznie mieć nieprzyjemne wypadki, a na koniec wypadek będziesz miał ty". Czasem nawet aranżuje jakiś ostrzegawczy incydent. Napaść, upadek ze schodów, potrącenie przez samochód. Nigdy nic śmiertelnego, ale wystarczającego, aby przerazić. Pokazać, że nie żartuje. Mało tego. Zabójcy ojca to ludzie, którzy wykonają wyroki, nawet jeżeli ten zostanie złapany bądź zabity. Dlatego, jeżeli ktoś się mu sprzeciwi, na niego doniesie albo go zabije, musi liczyć się z tym, że ani on ani jego rodzina długo nie pożyją... Chociaż w repertuarze szacownego pana prokuratora i jego pomagierów są rzeczy o wiele gorsze niż śmierć.

William mimowolnie zacisnął dłonie w pięści. Żerowanie na cudzej miłości, wykorzystywanie troski o bliskich, rodzinę. Jedna z najokrutniejszych rzeczy, jaką można zrobić. Przekonał się o tym na własnej skórze. Mike bez oporów wykorzystał jego uczucia. Gdyby nie rodzicielska miłość, gdyby tamtej feralnego nocy w pizzerii wezwał policję, wiele osób teraz by żyło. Podobnie tutaj. Gdyby ktoś sprzeciwił się prokuratorowi, zabił go albo zaprowadził go przed sąd, poświęcając siebie i swoich bliskich, świat stałby się lepszym miejscem. Jednak nikt nie chce patrzeć jak giną jego ukochani... A nawet, jak w przypadku Coleen, znajomi. Prokurator za sprzeciw czy ucieczkę ukarałby nastolatkę niszcząc i odbierając życie wszystkim, których darzyła chociaż minimalną sympatią. Wszyscy jej przyjaciele, gdyby takich posiadała, natychmiast staliby się celem. Dlatego unikała zawierania głębszych relacji i starannie ukrywała znajomość z Timem.

- A ci wierni zabójcy to kto? Szantażowani obwiesie? Jakoś wydaje mi się to kruchym układem.

Uśmiechnęła się gorzko.

- Z ludźmi od mokrej roboty jest różnie. Część to po prostu płatni zabójcy. Ci honorowi, którzy wykonają każde opłacone zlecenie, niezależne od tego czy zleceniodawca żyje czy nie. Mają opłacone zlecenia w stanie zawieszenia. To znaczy, że mają zabić dopiero w razie śmierci ojca albo jego aresztowania, zaś cel zależy od tego, kto był w jedno czy drugie uwikłany. Jeżeli nic się nie dzieje, forsa po dziesięciu latach przechodzi na nich, za to że byli w stanie czuwania, a zlecenie jest ponawiane i ponownie opłacane. No i są też wyznawcy...

- Wyznawcy? – przerwał jej.

- No tak. Widział pan nasze drzewo genealogiczne, prawda? – zapytała, krzywiąc się ze wstrętem. W jej głosie dało się słyszeć obrzydzenie. I pogardę.

Skinął głową, czując, że nie spodoba mu się to, co usłyszy... Podobnie jak większość tego, co już mu powiedziała.

- Ta popieprzona tradycja ciągnie się całe pokolenia wstecz, a to nie tylko chów wsobny i popieprzenie umysłowe, ale też popaprana ideologia. Że społeczeństwo należy oczyszczać ze śmieci... Ze słabych, bezużytecznych i odmieńców. Że należy to robić, wspierając przestępców, napuszczając ich na siebie nawzajem i na ludzkie śmieci. No i oczywiście przy okazji czerpać z tego zyski, bo tylko tak śmieci i przestępcy mogą się na coś przydać. Że niektórzy rodzą się, aby być nawozem, a inni do tego, aby rządzić. Brzmi okrutnie i idiotycznie, ale ludzie się na to łapią, zresztą już Hitler to uwodnił. Szczególnie ci inteligentni, ale słabi psychicznie. Frustraci, którym życie nie poukładało się tak, jakby tego chcieli. Patrzący jak ci mniej bystrzy i zdolni, ale bardziej wygadani i potrafiący się rozpychać łokciami dostają wszystko, czego chcą. Wystarczy trochę odpowiedniego prania mózgu, wskazania takim celu, wmówienie im, że to właśnie oni należą do panów i już się ma wyznawcę. Oczywiście nie jest to takie proste, ale powiedzmy, że moi męscy protoplaści zdołali sobie wypracować doskonałą metodykę – głos nastolatki przeszedł niemal w warkot, a jej oczy pociemniały. – Z tego, co mi wiadomo, zawsze otaczał ich wianuszek wyznawców, święcie wierzących w tą całą ściemę. Zwykle nie więcej niż piętnastu, ale tyle starczało, aby mieć pewność, że ci, którzy ośmielą się podnieść rękę na dziedziców mojego przeklętego rodu, za to zapłacą. Sprawdza się do tej pory. Kilkunastu ciołków robiących za wiernych zabójców i szpiegów oraz paru najętych zabójców mających na celowniku kluczowe pionki i ich rodziny. Pionki znowu grają innymi kłamiąc, oszukują, przekupują i szantażują, żeby bronić swojego władcę marionetek.

Nie brzmiało to najlepiej. Oj nie.

- Twój ojciec pewnie ma ludzi w policji i sądach, prawda?

- Tak. Ale też i w innych urzędach oraz szpitalach i służbach socjalnych. Prawie tak samo jak ci od pana.

Zachmurzył się jeszcze bardziej. Aura wirtualnego świata idealnie oddawała jego obecny nastrój.

- A Fred? Kim on jest – zapytał. – Wiernym czy opłaconym?

- Ani jedno ani drugie. Przy ojcu trzyma go szantaż. – Przelotnie uśmiechnęła się, widząc jego zdziwienie. – Kiedyś był wojskowym. Snajperem, podobno bardzo dobrym. Niestety wyrzucono go z armii po tym, jak odkryto, że jest homoseksualistą. Tatuś lubi służących ojczyźnie, silnych, białych mężczyzn, ale nie przepada za gejami. Jednak umiejętności Freda i jego pełne kultury zachowanie zdobyły jego uznanie. Dlatego złożył mu ofertę nie do odrzucenia, a w ramach ostrzeżenia, co się stanie, jeżeli będzie nieposłuszny, zabił jego narzeczonego. A że Fred ma dużą rodzinę, którą kocha, mnóstwo bratanków, siostrzeńców i tak dalej... - wymownie zawiesiła głos.

Zamrugał. No cóż, wyglądało na to, że pomylił się – przynajmniej w części – w stosunku do lokaja. Żylasty mężczyzna nieodparcie przypominał mu czarne charaktery z dawnych filmów akcji, do tego ta otaczająca go aura chłodu. Wyglądał jak człowiek, dla którego zabić znaczy tyle co splunąć... Chociaż z drugiej strony, po tylu latach u boku Lesinskego, musiał się uodpornić.

- Odniosłem wrażenie, że nie przepadacie za sobą – mruknął.

- Bo nieszczególnie się lubimy. Fred jest klawiszem, a ja więźniem, więc... - zawiesiła wymownie głos, rozkładając ręce. – Ale się szanujemy. Nie robimy sobie kłopotów. Ja nie odwalam głupich numerów, za które mógłby dostać po głowie, a on mówi ojcu tylko tyle, ile musi.

Westchnął. Wątpił, aby Fred zdecydował się zaryzykować życie krewnych i im pomóc, nawet, gdyby dzięki temu miał szansę wydostać się z tej cholernej matni. Szkopuł w tym, że, póki co, jedyne rozwiązanie widział w pomocy z zewnątrz. Niestety każdy, kto zdecydowałby się im pomóc, naraziłby zarówno siebie jak i swoich bliskich. Naprawdę niewielu byłoby gotowych tak bardzo zaryzykować dla dwojga obcych... Czy też raczej obcej, bo on – póki co – grał jedynie rolę głosu w głowie Coleen. Nawet wtedy, kiedy miał pełną kontrolę nad jej ciałem, dla innych nie istniał. Istniała co najwyżej obłąkana dziewczyna o dwóch osobowościach.

Jak szalony obracał w głowie wszystko, to co usłyszał. Niestety z jakiejkolwiek strony by nie patrzył na informacje przekazane mu przez nastolatkę, jej sytuacja... Sytuacja ich obojga, wyglądała tak samo gównianie. Cudowne rozwiązanie się nie objawiło, oświecenie nie nastąpiło.

- A pan?

Wzdrygnął się. Pogrążony w swoich myślach, kompletnie zapomniał o obecności Coleen. Dziewczyna jednak nie zapomniała o nim. Przypatrywała mu się intensywnie, zupełnie jakby chciała przewiercić go spojrzeniem na wylot.

- A ja co?

- A pan ma jakieś ślady, a propos tego, co się dzieje z dzieciakami? Animatronikami? Kto za tym stoi, a przynajmniej, gdzie szukać wskazówek?

- Średnio. Niestety Mary nie przekazała mi dokładniejszych informacji, nie było na to czasu. Zarysowała jedynie całokształt, ale miejsca, ludzie... Nie wspominała o tym. Inna rzecz, że po pożarze Gwiazdy Rocka, wiele moich wspomnień... Cóż, eksplozje i wysokie temperatury nie wpływają dodatnio na pamięć. Podobnie ból bycia spalanym...

Skrzywił się na samo wspomnienie. Swego czasu Mary powiedziała, że zazdrości mu czucia. Tego, że mimo swojej przemiany, nadal w pełni potrafił odczuwać dotyk, wilgoć, zmiany temperatury. Jak człowiek. Nie miała pojęcia, że przez swój „dar" był nieustannie dręczony bólem zadawanym przez żelastwo wbijające się w to, co pozostało z jego ciała. Nie mając wielkiego wyboru, nauczył się egzystować mimo cierpienia, chociaż te odarło go ze snu, a spać musiał. Tak jak wszyscy wcieleni w animatroniki. To dziwne, ale chociaż robotyczne ciała nie męczyły się, umysł wymagał co najmniej trzech godzin odpoczynku. Optymalnie... Nie miał pojęcia. Zawsze balansował na granicy niezbędnego minimum.

- Ludzki umysł ma niemiłą tendencje wymazywania traumatycznych przeżyć i zdarzeń z nimi powiązanych – mruknęła Coleen, na poły do siebie na poły do niego. Odruchowo zaczął się zastanawiać, jakie to straszne wydarzenia wyparła, skoro jej wspomnienia były pełne okropieństw. – Nie ma pan żadnych wskazówek? Coś od czego moglibyśmy zacząć.

- Mam jedną. „Pakiet Głosowy Archanioła". – Widząc jej zdumiony wzrok, uśmiechnął się... Czy raczej uśmiechnąłby się, gdyby już tego nie robił. Niestety w postaci Glitchtrapa jego twarz była jedynie wykrzywioną w karykaturalnym uśmiechu maską. – Głos, którym do ciebie przemawiam to mój prawdziwy, ludzki głos. Nigdy nie udzielałem wywiadów ani nie brałem udziału w kręceniu spotów telewizyjnych, ale nagrywaliśmy rodzinne filmy. Dostęp do nich mógł mieć tylko Mike. Poza tym ten archanioł...

- Archanioł Michael – mruknęła, na co skinął głową.

- Właśnie. Poza tym odwiedziłem biuro Fazbear Entertainment w Rustplain i zgrałem informacje z jednego z tamtejszych komputerów. Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia, czego mogą tyczyć. Jeszcze nie miałem okazji tego sprawdzić. W sumie to był taki strzał na ślepo. Miałem nadzieję znaleźć coś, co powiedziałoby mi, gdzie szukać. Gdzie mogą się ukrywać ci popieprzeni nekromanci, bo chyba tylko nekromancją można nazwać to, co wyprawiają.

- Rustplain... To za to ojciec kazał panu czyścić piwnicę – nie spytała, stwierdziła. – Niewykluczone, że dane które pan zebrał są tego warte, jednak tego dowiemy się dopiero je sprawdzając i analizując, a to może zająć sporo czasu. Na razie może sprawdzimy pana stary dom.

Drgnął. Jego stary dom, ale po co? Co...

Dziewczyna uśmiechnęła się półgębkiem. Najwyraźniej, jego zaskoczenie potrafiło się przebić przez nieruchome oblicze Glitchtrapa. Nigdy nie był najlepszy w ukrywaniu emocji. To cud, że za jego ludzkiego życia nikt nie odkrył, co się stało z zaginionymi dzieciakami i Mary. Wyraźnie otoczenie wszystkie jego problemy zrzucało na żałobę po stracie syna. Ludzie nigdy nie byli nazbyt dociekliwi, jeżeli chodzi o cudzy ból, chyba że chcieli go wykorzystać.

- Neurofast Travel zawiera informacje o parcelach. Wersja komercyjna te podstawowe, a ta... Cóż przypuszczam, że wszystkie dostępne – wyjaśniła. – Z pańskich wspomnień wynika, że na początku mieszkał pan w Highwood, na przedmieściach niedaleko lasu, a po śmierci Normana przeprowadził się pan do Summerfield...

- A po wyjściu z psychiatryka wylądowałem w ciasnej kawalerce, nieopodal pizzerii – uzupełnił. – Przepraszam, ale co to ma do rzeczy?

- Niedługo po swoim ożenku Michael wykupił od nowego właściciela pierwszy dom. Prawdopodobnie to tam urodziły się i wychowywały pana wnuki. Po jego zaginięciu przez jakiś czas dom był wystawiony na sprzedaż, ale w końcu ktoś go kupił... Ale się nie wprowadził. Nigdy. W dodatku nie ujawniono tożsamości właściciela. Może w informacjach szczegółowych parceli znajdziemy jakiś ślad... Niech pan tak na mnie nie patrzy. Tim kiedyś o tym wspomniał, próbując zafascynować mnie legendą Fazbeara.

Gdyby mógł, William uniósłby wysoko brwi. Michael wykupił ich stary dom? Nie spodziewał się takiego sentymentu po synu, szczególnie że ten nie cierpiał Highwood. Chłopak źle zniósł wyprowadzkę z Detroid – uwielbiał miejskie życie, kina, fastfoody, swoich szkolnych przyjaciół, to, że wszędzie było blisko. Szkopuł w tym, że w mieście coraz trudniej było o pracę, zaś przestępczość z roku na rok rosła. Dla samotnego rodzica, kłopoty finansowe oraz strach o bezpieczeństwo dzieci stanowiły jasny i wyraźny sygnał do wyjazdu. Niestety Mike nie patrzył na to w ten sposób – stracił szkolnych kolegów i został wywieziony z miejsca, z którym wiązały się jego wszystkie wspomnienia o matce. Po wyprowadzce zaczął sprawiać kłopoty, dokuczać Normanowi. Wcześniej chłopcy ścierali się ze sobą, owszem, ale wszystko miało dość żartobliwy wyraz. Mike raz po raz grał na nosie młodszemu bratu, a ten się złościł i obrażał, z czego wszyscy mieli niezły ubaw. Prawdopodobnie właśnie dlatego zbagatelizował sygnały, że coś jest nie tak. Uznał, że to stres związany z nowym miejscem, że prędzej czy później się skończy... No i się skończyło. Szkoda tylko, że w ten sposób.

- Odwiedzić stary dom... Tak, to dobry pomysł. – mruknął. - Zawsze jakaś nadzieja, że coś znajdziemy... Tak na początek.

 

***

 

Neurofast Travel nie zostało stworzone, żeby przeskakiwać z miejsca na miejsce niczym pchła, tylko, żeby się przenieść gdzieś i to miejsce zwiedzać, toteż nagłe zmiany lokacji nie były przyjemne nawet dla Coleen. W jednej chwili stała pośrodku stepu, czując na skórze ułudę kropli deszczu, a ułamek sekundy później spoglądała na uginające się pod siłą wiatru gałęzie rozłożystych drzew. Umysłowi zawsze zajmowało chwilę, aby przyzwyczaić się do tak gwałtownej zmiany otoczenia. Bombardowane rozmaitymi doznaniami zmysły nagle przeskakiwały w strumień nowych, co mogło owocować utratą równowagi wirtualnego ciała, a nawet – w przypadku osób szczególnie wrażliwych – atakami paniki. Naprawdę, Coleen nie raz się dziwiła, czemu autorzy programu nie uzupełnili go o jakąś przejściówkę, jak gry.

Jedno wzdrygnięcie. Tylko jedno, ale przechodzące przez całe ciało, angażujące wszystkie zmysły, zwieńczone gwałtownym mruganiem oczyma – tyle starczyło jej, aby odnaleźć się w nowym miejscu po przeskoku. Afton jednak potrzebował dłuższej chwili. Nieco ją to dziwiło, tym bardziej, że stanowił coś w rodzaju zakotwiczonego w jej ciele myślącego programu, elektronicznej świadomości... Chociaż z drugiej strony, może właśnie dlatego tak źle reagował? W końcu wirtualna rzeczywistość była dla niego odpowiednikiem realnego świata... przynajmniej póki nie miał własnego ciała.

Znaleźć ciało dla wirtualnej świadomości storturowanego psychicznie mężczyzny, mimowolnego mordercy, który trzykrotnie przetrwał swoją „śmierć". Dla Williama Aftona, znanego wszem i wobec złoczyńcy z gier, który wcale złoczyńcą nie był. Brzmiało abstrakcyjnie. W dodatku nie miała bladego pojęcia, jak to zrobić. Nie mogła ruszyć się nigdzie z miasta, co cholernie komplikowało sprawy. A wpakowanie jego świadomości do jakiejś powłoki, czy to ludzkiej, czy robotycznej... Takich rzeczy nie uczą w liceum.

Rozejrzała się wokół. Dom – parterowy, drewniany, z wielkim poddaszem – był ledwo widoczny zza ściany drzew. Dach porósł mchem i w paru miejscach się zapadł, okna zabito deskami. Nie wyglądało to najlepiej, chociaż sama konstrukcja sprawiała wrażenie solidnej. Po prowadzącej do niego drodze również niewiele zostało. Wyglądało na to, że od lat nikt się tu nie pojawiał.

- Jak dom złej wiedźmy z lasu – usłyszała za sobą mruknięcie, a po chwili poczuła dłoń na ramieniu.

Odwróciła się spoglądając prosto w twarz Glitchtrapa – wyglądało na to, że Afton już się pozbierała po kolejnym przeskoku.

Obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Spodziewała się, że powrót w miejsce, gdzie wszystko miało swój początek, wstrząśnie nim, lecz wydawała się spokojny, a groteskowa królicza twarz nie zdradzała śladu emocji. Jedynie w oczach dojrzała ślad podszytego sentymentem smutku.

- Kiedy go ostatnio widziałem, wyglądał zupełnie inaczej. Świeża farba, równo przycięty trawnik, biały płotek. Mike strasznie się upierał, że chce pokój na poddaszu. Kiedy Norman miał wypadek, trwał remont... Nigdy go nie ukończyliśmy. Koszty leczenia pochłonęły większość oszczędności, poza tym, po zamknięciu Restauracji Fredbeara, miałbym daleko do pracy. – Westchnął ciężko. – Ten dom miał być dla mnie i dzieciaków świeżym startem. Początkiem czegoś lepszego. I na początku był.

Coleen poruszyła się niespokojnie. Słowa Aftona nie stanowiły dla niej żadnej nowości, w końcu sam jej pokazał swoje wspomnienia, jednak najwyraźniej czuł potrzebę powiedzenia tego na głos. Rzecz w tym, że nie miała pojęcia, jak zareagować. Nigdy nikogo nie pocieszała, nigdy nikomu nie dodawała otuchy... a przynajmniej nie w takich sprawach.

Bez słowa wywołała konsolę i zaczęła sprawdzać dane własnościowe parceli. Tych niestety nie było zbyt wiele, aczkolwiek nawet ta odrobina wystarczyła, aby zaczęła się zastanawiać.

- Dane poprzedniego właściciela domu są zastrzeżone – mruknęła. – Cholernie dziwne. Wojskowa baza powinna je zawierać. Rządowi nie uznają czegoś takiego jak prawo do prywatności, szczególnie jeżeli chodzi o własność gruntów. Jedenaście lat temu miasto przejęło prawo do terenu, ale ktoś ustalił cenę wywoławczą mocno powyżej rynkowej. Nie, żeby była jakaś zaporowa, ale każdy składający ofertę przepłaciłby co najmniej trzykrotnie, biorąc pod uwagę lokację oraz obecny stan działki.

Uścisk dłoni Aftona na jej ramieniu nieznacznie przybrał na sile.

- Myślisz, że mają tu swoją kryjówkę?

- Możliwe. Albo Mike nie chce oddać domu i pilnuje, aby nikt go nie kupił. Jedno jest pewne, ktoś z urzędu siedzi mu w kieszeni... Albo ma hakera, który włamał się, zawyżył cenę, a nadzorujące lokalny obrót nieruchomościami urzędasy to tępe buraki, które niczego nie zauważyły. Obie opcje całkiem prawdopodobne. Ale poprzedni właściciel na pewno ma coś z tym wszystkim coś wspólnego. Albo to Mike, albo ktoś z nim związany.

- Przydałoby się tu nieco rozejrzeć... W realnym świecie. Niestety na razie jesteśmy uziemieni. Po za tym wycieczka tutaj na pewno zajęłaby co najmniej kilka dni. – Afton zsunął dłoń z jej ramienia. – Ech... Zanim zaczniemy bardziej szczegółowe śledztwo, musimy nauczyć się niespostrzeżenie wymykać z uścisku twojego ojca. I komunikować.

- Komunikować? – Zdziwiona uniosła brwi, nie do końca rozumiejąc, o co może mu chodzić. – Przecież rozmawiamy, znaczy się komunikujemy...

W oczach Glitchtrapa dostrzegła błysk rozbawienia.

- Ale nie, kiedy oboje tkwimy w twoim ciele w realnym świecie, prawda? Niestety nie potrafimy wymieniać myśli, jedynie czujemy emocje. Te intensywniejsze.

- Ach... No tak.

Tak, brak możliwości komunikacji na bieżąco stanowił poważny problem. Jedno z nich dowodziło ciałem, drugie grało rolę podziwiającego widoki, bezwolnego pasażera, który mógł co najwyżej podzielić się swoim gniewem bądź strachem. Niezbyt wygodne. Nie wspominając o tym, że mogła dostać szlaban na komputer, a tym samym konsolę NVR, a wtedy jakikolwiek kontakt z Aftonem byłby – delikatnie rzecz ujmując – utrudniony. Pozostałoby im jedynie wymienianie się władzą nad ciałem i mówienie na głos „do siebie", co byłoby dość kłopotliwe. Inna rzecz, że na chwilę obecną nie potrafili nawet tego.

- Tak. To i płynne przejmowanie władzy nad ciałem. Każde z nas wie i potrafi coś innego, więc wypadałoby, żebyśmy mogli wymieniać się kontrolą na miarę potrzeb.

- Tak, to też. – skinął głową. – A masz pomysł, jak moglibyśmy podróżować poza granice miasta, nie wzbudzając podejrzeń prokuratora? Jak oszukać ten cholerny nadajnik?

- Nie bardzo... Znaczy mogę go podsłuchiwać, mam mikrofony w piwnicy, samochodzie no i robaka na jego telefonie, może dzięki temu na coś wpadniemy. Ale tak na już... Nie bardzo.

- Podsłuchujesz go?

W głosie Aftona dało się słyszeć tak wyraźnie zaskoczenie, że... Że było to aż zaskakujące. Nie rozumiała tego. Przecież już wcześniej niejednokrotnie zaznaczała mu, że szpieguje ojca, a nawet wspomniała o narkotykach. Zdziwiona uniosła brwi.

- No tak... Znaczy kiedyś podsłuchiwałam. Na początku, kiedy myślałam, że ma to jakiś sens, że może usłyszę coś, co pozwoli mi się wydostać z tego bagna. No i jeszcze trochę potem. Próbowałam krzyżować ojcu plany, niestety miałam bardzo niską skuteczność. W końcu dałam sobie spokój. Słuchanie o tym całym syfie, kiedy tak niewiele mogłam zrobić... To było zbyt dobijające.

- Ale... Podejmowałaś takie ryzyko? – Przez Aftona przemawiało nie tylko zdziwienie, ale też zmartwienie. Troska. Dziwne. Przecież jednym z wyjściowych założeń tego całego przedsięwzięcia było to, że będą podejmować ryzyko. Najmniejsze jak się da, ale i tak, cholernie wielkie ryzyko, aby znaleźć mu ciało i naprowadzić go na ślad Michaela oraz jego wspólników. – Gdyby znalazł te podsłuchy albo robaka, odnalazł źródło... Nie skończyłoby się to dla ciebie dobrze. Przecież tak bardzo uważasz, zawsze starasz się być ostrożna...

- Jestem ostrożna – przerwała mu. – I dlatego dałam sobie spokój z wieloma rzeczami... Głównie z przeszkadzaniem ojcu. Jednak podsłuchiwanie samo w sobie nie jest takie niebezpieczne. Jak już mówiłam, ojciec jest... hm... lekkomyślny, jeżeli chodzi o bronienie swoich sekretów przede mną. Przypuszczam, że tak naprawdę nie obchodzi go, co dokładnie wiem, tylko zależy mu, żeby nie wydostało się to na zewnątrz. Tego bardzo pilnuje. Poza tym... Cóż, uważa się za coś na wzór boga czy tam mesjasza. Istotę wyższą. Nie bierze i nigdy nie brał pod uwagę, że mały, słaby bluźnierca jak ja, mógłby go szpiegować albo z powodzeniem knuć przeciw niemu. Tym bardziej że jestem kobietą, a te... Powiedzmy, że idea równości płci ominęła go szerokim łukiem. No i zadbałam o swoje bezpieczeństwo. Wirusa na jego komórkę napisał mi Tim, a to prawdziwy geniusz, jeżeli chodzi o takie rzeczy. Szanse, że tatko go zlokalizuje są niemal zerowe. A podsłuchy są światłoczułe. Zainstalowałam je w osłoniętych od światła zakamarkach. Odkryte zostałyby wystawione na światło, a wtedy nadajniki mogące prowadzić do mnie, natychmiast usmażyłyby się. Prosty mechanizm, szeroko stosowany. Między innymi przez ojca. Bo to właśnie jego urządzenia. Kiedyś udało mi się parę podprowadzić.

Afton skinął głową, ale nadal patrzył na nią badawczo. Przez tę cholerną, króliczą twarz Glitchtrapa nie potrafiła zidentyfikować jego emocji, zaś to budziło w niej instynktowny niepokój. Niepokój ofiary, która przetrwała jedynie dlatego, że nauczyła się czytać w innych. Dlatego taktycznie zmieniła temat.

- A propos pana domu, można by poprosić Tima, aby sprawdził kto dokładnie zawyżył cenę posesji i może wydobył dane poprzedniego właściciela.

W fioletowych oczach karykaturalnego królika zalśniło zaskoczenie.

- Wydawało mi się, że nie chcesz mieszać Tima do tego typu rzeczy.

- Nie chcę go mieszać do syfu, w którym tkwię. Dla jego własnego bezpieczeństwa, poza tym i tak nie mógłby mi pomóc. Ale drobne szpiegostwo, w dodatku mniej lub bardziej powiązane z Legendą Fazbeara... To zupełnie inna rzecz. Tym bardziej, że w wirtualnej przestrzeni perfekcyjnie potrafi zacierać za sobą ślady, więc raczej nie wzbudzi niezdrowej ciekawości. No i z tym jego świrem na punkcie historii pizzerii i FNaF'a, nawet nie trzeba będzie go namawiać. Co najwyżej wstrzymywać, żeby nie z rozpędu nie prześwietlił wszystkich pracowników Fazbear Entertainment czy tam Afton Robotics.

- Tak, to może być użyteczne. Swoją drogą, czy w mieście, jest Pizzeria Fazbeara? Albo filia Afton Robotics bądź Fazbear Entertainment?

- W mieście, znaczy tutaj? – zapytała, na co skinął głową. – Zaraz sprawdzimy.

Wywołała na konsoli plan okolicy i wstukała słowa kluczowe. Po chwili na półprzeźroczystej, szarobiałej, lewitującej w przestrzeni mapie rozjarzyło się na jaskrawoniebiesko kilka punktów.

- Filii Afton Robotics tutaj nie ma, ale niedaleko, nieco ponad pół godziny jazdy samochodem, mają jedną ze swoich fabryk. Niedużą, ale mają. Pewnie większość ludzi w mieście tam pracuje. Za to tutaj jest zarówno pizzeria jak i biuro Fazbear Entertainment... Właściwie to jedno i to samo, bo biura mieszczą się w pizzerii. Znalazłam też informację, że spory kawałek sąsiadującego z pizzerią terenu również należy do nich. Bardziej szczegółowe dane niestety są dostępne tylko z podglądu działki w trybie zwiedzania.

Zmarszczyła brwi. Teoretycznie obecność Pizzerii Fredbeara w mieście nie była niczym nadzwyczajnym. Z biegiem czasu te stały się jednymi z najpopularniejszych restauracyjnych sieciówek. Niemal każde miasto miało jedną. Podobnie z sąsiedztwem Afton Robotics – pewnie wszystkie fabryki lokowano w pobliżu jednej lub kilku pizzerii. W końcu Afton Robotics od dekad ściśle współpracowało z Fazbear Entertainment, prawda? Jednak, kiedy dodało się do tego dom Aftona, jego sztucznie zawyżoną cenę i to, że przez około trzydzieści lat należał do nieznanej osoby bądź instytucji, która zdołała ukryć swoje dane nawet przed wojskowymi, wszystko nabierało nowego wymiaru.

- A szpital? Jest w pobliżu większy szpital lub klinika? – głos Aftona zadrżał z napięcia.

Sprawdziła. To oraz wszystkie inne aspekty, mogące wskazywać na to, że w okolicy dzieje się coś niepokojącego. Wyniki... Cóż zaskoczyły ją. Nie, nie zaskoczyły. Rozczarowały.

- Nie ma. Nie widzę też większych placówek pomocy społecznej ani kultu religijnego. Nie ma nawet magazynów, które mogłyby pełnić rolę tymczasowych więzień albo miejsc przerzutu ludzi i animatroników. Podobnie z firmami transportowymi. Jedynie sklepy z żywnością, apteki, fryzjerzy, parę barów, dwa kluby, park, kąpielisko i tak dalej. Wygląda na to, że miasto pełni rolę hotelu pracowniczego dla Afton Robotics i sąsiadujących miejscowości. Liczba ludności nie jest zbyt wielka. Stereotypowa dziura zabita dechami zamieszkiwana głównie przez różne warstwy klasy średniej. No i miejscówka letniskowa. Jest tu parę gospodarstw agroturystycznych, a nad okolicznym jeziorem wynajmują domki. Dokładniejsze dane mogę sprawdzić z podglądu mapy... Ewentualnie wyjść z programu i poszukać informacji normalnie, w sieci.

- Cholera... - Afton wbił nieruchome spojrzenie w swój dawny dom. Przez dłuższą chwilę mierzył go wzrokiem. – Nie, nie wierzę w to... Coś musi być na rzeczy. Nawet jeżeli nie prowadzą tutaj swojej działalności, to są w jakiś sposób obecni. Na pewno Michael ma miasto na oku. I dom. W końcu nie trzymałby go poza zasięgiem ot tak, prawda?

Nie przytaknęła, bo też nie znała Mike'a. Wiedziała o nim tylko tyle, ile Afton pokazał jej w swych wspomnieniach. Poza tym z wiekiem ludzie się zmieniają, stają sentymentalni. Może Michael chciał zatrzymać dla siebie dom, w którym wychowywali się jego zmarły braciszek i jego własne dzieci... Jego zmarłe dzieci.

Drgnęła. Dopiero teraz w pełni zdała sobie sprawę, że za śmierć dzieci Mike'a, a swoich wnuków, poniekąd odpowiadał Afton. Przynajmniej za śmierć Elizabeth. W końcu to on zwabił ją do wnętrza pizzerii-pułapki, czym umożliwił Michaelowi Juniorowi spalenie jej. Sam Junior, jeżeli wierzyć grom, popełnił samobójstwo zostając w płonącym budynku, aby umrzeć wraz z rodziną. Nie miała pojęcia, jak to zniósł Mike, ale niewykluczone, że jego i tak nienajlepsze podejście do ojca mogło ulec gwałtownemu pogorszeniu. Pytanie tylko, czy zdawał sobie sprawę, że Afton wciąż żyje?

Osobiście miała nadzieję, że nie i że szybko się tego nie dowie, bo wątpiła, aby miał wobec ojca dobre zamiary. Egzystencja w cieniu dawała Aftonowi przewagę, chroniła go. I ją – póki co – również... Przynajmniej przed Michaelem. Prokurator Lesinsky, to zupełnie inna sprawa.

- Możemy obejść dom dookoła? – pytanie Williama przywróciło ją do rzeczywistości. – Może zauważymy coś interesującego.

Mrugając, obrzuciła przyczajony w półmroku budynek długim spojrzeniem. Dwuspadowy dach, szeroki komin, spory ganek, wyraźna bryła. Konstrukcja, mimo upływu lat i napierającej zewsząd natury nie wyglądała na nazbyt mocno naruszoną. Otoczony milczącymi drzewami i gęstymi krzewami wyglądał jak jeden z tych nawiedzonych domów z opowieści. Miał charakter. Chciałaby kiedyś w takim zamieszkać. Niestety mogła jedynie obejrzeć go z bliska i to nie na żywo.

- Jasne – mruknęła po dłuższej chwili. – Właściwie to możemy sobie urządzić wycieczkę po całym mieście, sprawdzić pizzerię i inne miejsca, jakie uznana pan za stosowne. Pewnie i tak prędzej czy później musielibyśmy to zrobić. Jutro możemy przejrzeć materiały, które zdobył pan w Rustplain. Jeżeli chodzi o sprawę komunikacji i wymienianie się ciałem, to może poczekamy z tym do przyszłego tygodnia. Ojciec wyjeżdża na parę dni i będziemy mieć spokój... Bo naprawdę wolałabym nie budzić jego podejrzeń gadaniem do siebie i tak dalej.

- Ja też nie.

Ruszyli w las.

To, że żadne z drzew nie przewróciło się na dom, a ich korzenie nie naruszyły jego fundamentów zakrawało na cud. Patrząc na nie, zewsząd otaczające budynek, zastanowiła się przelotnie, czy to czasami nie robota Michaela? Może to naiwne myślenie, ale jakimś „czarodziejskim" sposobem zaklinał ludzi w maszyny, więc sprawienie, aby miejscowa roślinność nie naruszyła budynku nie powinno stanowić dla niego dużego problemu.

Swoją drogą, nurtowało ją to – jak Michael to robił. Niby w jej własnym ciele zagnieździła się obca świadomość prosto z internetu, ale zmiana ludzi w nową, mechaniczno-elektroniczną formę życia to... To nie mieściło się w głowie. Afton nazwał proces nekromancją i w sumie sama nie potrafiła znaleźć na niego lepszego określenia. Jednak w jakim stopniu miał rację? Czy rzeczywiście chodziło tu o proces noszący znamiona magii? A może to coś naukowego? Jednak nawet najnowsze wieści naukowe nie wspominały o manipulacji świadomością, przenoszeniu jej miedzy ciałami, a kiedy Norman miał wypadek... To było z siedemdziesiąt lat temu. Wtedy nawet inteligentne telefony wydawały się abstrakcją.

Ech... Zmiana ludzi w żywe maszyny. Wszystko to dużo bardziej niż jakakolwiek naukę przypominało gadkę o hoo-doo, golemach, duchach...

Duchy, zaświaty, druga strona... Rewers.

Zamrugała. Rewers. „Do zobaczenia na rewersie", słowa z pierwszej części gry. Do tej pory nie przywiązywała do nich większego znaczenia, uznając, że znaczyły to tyle, co „zobaczymy się w zaświatach", „spotkamy się po drugiej stronie"... Ewentualnie, że to dziwnie sformułowane „do następnego razu" lub propozycja zobaczenia poza pizzerią. Jednak fraza wyraźnie się wyróżniała. Pytanie tylko czy to zmyłka, przypadek czy może coś więcej...

- Czy kiedykolwiek spotkał się pan z określeniem „rewers" w jakimś niestandardowym kontekście? – zapytała przeskakując, przez pień przewróconego drzewa. Upadło ledwie pół metra od domu. – Może Michael kiedyś o czymś takim wspominał?

- Nie, chyba nie. – Afton spojrzał na nią zdziwiony. – A czemu pytasz?

- Przypomniało mi się zdanie z gry. „Do zobaczenia na rewersie" powiedziane zamiast „do widzenia". Zaczęłam się zastanawiać, czy ma to ukryte znaczenie. Wie pan, tak jak to „poskładam cię z powrotem" z czwartej części.

Uszy Glitchtrapa zafalowały. Afton, drgnął, wyprostował się i spojrzał na nią jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Trwał tak dłuższą chwilę.

- „Jutro będzie nowy dzień" – mruknął w końcu. – Tymi słowami nie raz pocieszałem chłopców. Pojawiły się w grze. W czwartej części. Podobnie jak inne nawiązania. Te słowne. Jednak „do zobaczenia na rewersie"... Nie kojarzę tego.

„Jutro będzie nowy dzień". Pamiętała tę kwestię. Wypowiadał je bohater pikselowych minigier z czwartej części, którego pierwowzorem był Norman. Sława padały za każdym razem, kiedy przestraszony przez starszego brata chłopiec padał na podłogę i zalewał się łzami. Dzień po dniu aż do tragicznego końca w paszczy Fredbeara.

Zacisnęła szczęki. Nie miała pojęcia, kogo Michael chciał ukarać umieszczając kwestię w grze – siebie czy ojca – ale robiąc to, stanowczo przesadził.

- To z rewersem było w pierwszej części, w nagraniu telefonicznym – podpowiedziała. – Trzecia noc. Noc przed tym jak zginął Phone Guy, znaczy gościu od tych nagrań.

- Możliwe... Jednak nie mam pojęcia, co mogłoby to znaczyć ani czy cokolwiek znaczy. Za swego ludzkiego życia nigdy nie słyszałem takiego sformułowania. Poza tym, wszystkie słowne podpowiedzi, jeżeli tak to można nazwać, widniały w części czwartej. Michael ewidentnie maczał palce w scenariuszu. Jednak, na ile miał wpływ na to, co umieszczono w poprzednich i czy któraś z nich zawiera jakieś autentyczne wskazówki... Naprawdę trudno powiedzieć. Bardziej zastanawiałbym się nad tym tajemniczym pudełkiem z części czwartej.

Zamrugała... No tak, tajemnicze pudełko z czwartej części. Okuta, metalowa skrzynka zamykana na dwie kłódki. Autorzy gier nigdy nie dali poznać graczom jej zawartości. Czy naprawdę istniała? Trudno orzec. W końcu mogła być tylko alegorią, symbolem, którego fani FNaF'a nie zdołali rozgryźć. Jednak, jeżeli naprawdę istniała, to co zawierała? Możliwości było bez liku, dlatego nie zaprzątała sobie nimi głowy. Jednak ta fraza, rewers... Cóż, liczyła na to, że powiedzenie skojarzy się z czymś Aftonowi. Niestety tak się nie stało, więc i ten temat musiała odpuścić.

Rozejrzała się wokół.

- A tak w ogóle, to czego szukamy? – zapytała. – Nie, żebym miała coś przeciwko spacerowi, ale chciałabym wiedzieć, na co zwracać uwagę.

- Czegokolwiek. Czegoś, co mogłoby sugerować, że Mike tu bywa.

- Acha... W takim razie lepiej skupmy się na samym domu i najbliższych drzewach. Las jest stworzony na postawie zdjęć satelitarnych, które niestety nie są perfekcyjne. Większość tego, co skrywają korony drzew, a co widzimy, to wynik ekstrapolacji. Co prawda, według wymogów prawa, działki budowlane, szczególnie te niezamieszkałe, muszą być co pół roku spisywane, znaczy obfotografowywane i takie tam, ale w tym przypadku... Cóż, sądzę, że jeżeli ktoś w ogóle dokonał tutaj spisu, pewnie zrobił go pobieżnie i ograniczył się jedynie do samego domu i jego najbliższego sąsiedztwa, więc zapuszczać się dalej nie ma sensu. Tylko stracimy czas, a przypuszczam, że chciałby pan zobaczyć jeszcze miasto. Skończymy to sprawdzę dane z wnętrza domu i w ogóle ze spisów.

- Z wnętrza domu?

- Tak. Jeżeli zabudowana posesja mieszkalna bądź zabudowana farma pozostaje niezamieszkała dłużej niż przez dwa lata, zarząd nieruchomości powinien uzyskać od właściciela klucz i przy okazji każdego spisu badać wnętrze budynku. Sprawdzić, czy wewnątrz nie ma dzikich lokatorów.

Fioletowe oczy Glitchtrapa jakby pociemniały.

- Inwigilacja, a niby Ameryka miała być wolnym krajem... Za moich czasów coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Niby czemu ma to służyć?

- Przez kraj, a właściwie to cały świat przetoczyło się parę fal terroryzmu. Ostatnia około dwudziestu lat temu... Rząd postanowił nie ryzykować kolejnej.

- Było tak źle?

- Ataki wycelowane głównie w cywili. W samych Stanach zginęło ponad pół miliona ludzi. Sytuacja była tak zła, że gdy rząd wprowadził restrykcje, nawet nie protestowano.

Słysząc to Afton zwiesił głowę, intensywnie wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt. W końcu odezwał się:

- Zamachy terrorystyczne wycelowane w cywili, ponad pół miliona trupów, jasna cholera... Cieszę się, że mnie to ominęło. To chyba jedyna dobra rzecz w tym popieprzeniu - Westchnął ciężko. – Dobrze, pomóż mi obejść dom, a potem sprawdzimy, czy program zawiera jakiekolwiek materiały z wnętrza domu.

Głos Aftona zadrżał, gdy wspomniał o wnętrzu domu. Coleen rozumiała. W końcu doświadczyła wspomnień mężczyzny oraz jego emocji. Z miastem, a w szczególności z domem wiązało się mnóstwo bólu jak i radości. Swoją drogą, zastanawiała się, czy Afton chce zobaczyć jak dom wygląda od środka, czy raczej wolałby, żeby w informacjach o parceli nie było żadnych obrazów wnętrza. Nie, „wolałby" to złe słowo. Raczej, czy odczułby ulgę, gdyby okazało się, że takowych nie ma.

Wzdychając ruszyła na obchód budynku, aczkolwiek, chociaż przyglądała mu się najdokładniej jak potrafiła, nie dostrzegła niczego interesującego. Tak jak podejrzewała. W końcu Mike, jeżeli naprawdę robił tu coś podejrzanego, byłby skończonym idiotą zostawiając ślady. Tym bardziej w pobliżu domu niegdyś należącego do znanego z gier Williama Aftona, stanowiącego dla dzieciaków z miasteczka idealne miejsce do łobuzerki. Swoją drogą, budynek powinien być pokryty graffiti i nosić ślady mniejszej bądź większej dewastacji. Tymczasem – nie licząc tego, co wyrządziły mu czas i natura – wydawał się nietknięty.

- Podejrzanie tu czysto – zauważyła.

- Tak, też zwróciłem na to uwagę – przytaknął Afton. – Dom jest daleko od miasta, w dodatku w lesie, ale powinien zwabić dzieciaki... Budynek na uboczu, z dala od wzroku innych, od lat opuszczony. Tylko wyważyć drzwi i ma się idealną miejscówkę na imprezowanie. Tymczasem przy wejściu nie widziałem nawet jednego peta. Zamek też wygląda na cały. No chyba, że świat się zmienił do tego stopnia, że obecnie imprezuje się jedynie przez sieć.

- Nie, akurat to się nie zmieniło... Chociaż ja bardziej niż za petami rozglądałabym się za skrętami. I puszkami po piwie. – Przyjrzała się Aftonowi, uważnie lustrującemu wzrokiem budynek. Wyglądał trochę, jakby się bał, że ten nagle ożyje i rzuci się na niego niczym dzikie zwierzę. – Myśli pan, że to robota Mike'a? Znaczy to, że tu tak czysto?

- Pojęcia nie mam. Może zaważył jakiś inny czynnik? Chociażby te przeklęte gry. Niektórzy z fanów podchodzą do serii ze swoistą czcią, zatem lokalna łobuzerka mogła się bać, że oberwie za zniszczenie domu. Może policja regularnie tu zagląda, na wypadek, gdyby jakiś gwałciciel czy pedofil chciał zrobić tu sobie kryjówkę? Ewentualnie bliżej są jakieś lepsze miejscówki. Pojęcia nie mam... Chodź, wyjdziemy z powrotem na drogę i pokażesz mi, czy w programie są jeszcze jakieś informacje.

Westchnęła. Poważny problem – ale i tak nie największy – stanowiło to, że poruszali się niemal zupełnie po omacku. Mogli jedynie odnotowywać spostrzeżenia i liczyć, że te prędzej czy później okażą się jakimś sensownym śladem.

Ponownie wywołała konsolę programu i zaczęła przeszukiwać dane parceli. Musiała przyznać, że o ile informacji o własności terenu nie było zbyt wiele, to informacje o spisach pojawiały się regularnie i od dziesięciu lat każdy zawierał fotorelacje z wnętrza. I nie tylko. Umieszczono tam również informację o zmianach konstrukcyjnych dokonanych w budynku – między innymi powiększeniu piwnicy i podniesieniu dachu – oraz o pułapkach swego czasu rozmieszczonych na terenie działki, którą udało się rozminować dopiero po przejęciu jej przez miasto. Poprzedni właściciel miał w zwyczaju rozmieszczać na parceli często-gęsto rozmaite, nieprzyjemne niespodzianki jak potrzaski na niedźwiedzie, wnyki z ostrej, wbijającej się w ciało żyłki, ukryte pod liśćmi deski ponabijane długimi kolcami i tym podobne. W efekcie nie raz na jej terenie dochodziło do wypadków z udziałem wścibskich dzieciaków, bezdomnych widzących w opuszczonym domostwie wygodne schronienie oraz... samych inspektorów spisu.

- Cóż, przynajmniej wiemy, dlaczego nikt nie zniszczył budynku – mruknął Afton. – Po tych wszystkich wypadkach, miejsce musiało się dorobić paskudnej sławy, a wątpię, aby urząd miejski chwalił się rozminowaniem działki. Pytanie tylko, dlaczego tak bardzo Mike'owi zależało, żeby nikt się tu nie kręcił?

- Bo to jego dom rodzinny? Jego i jego dzieci? – zasugerowała.

- Po tym, co zrobił i co nadal robi, nie wierzę, aby bawił się w sentymenty. – W głosie mężczyzny pojawił się nieprzyjemny, twardy ton, którego jeszcze nie słyszała. – Pokaż zdjęcia.

Zrobiła, jak powiedział. Wywołała galerię chronologicznie ułożonych fotografii, pokazując mu jedna za drugą. Musiała przyznać, że o ile ktoś ewidentnie olał kwestię ceny parceli, to inspektorzy spisu się postarali. Rok po roku obfotografowywali każde z pięter i pomieszczeń. Dobijająco zwyczajnych pomieszczeń. Fotele, kanapy, oldskulowe wyposażenie kuchni, serwetki, narzutk... Usiłowała wypatrzyć coś niezwykłego: ślady w kurzu, dziwne przedmioty, rysy na podłodze i inne ślady mogące świadczyć, że – chociażby – w domu jest tajne przejście. Jednak nic nie wykraczało chociażby milimetr poza normę.

- Hm... Mike też nie dokończył remontu poddasza, chociaż podniósł poziom dachu – usłyszała głos obok swojego ucha. Afton zbliżył się do niej tak bardzo, że gdyby w swojej króliczej wersji musiał oddychać, czułaby jego oddech na karku... No może nie na karku, a na czubku głowy. Glitchtrap był cholernie wysoki, chociaż nie tak jak zwykłe animatroniki.

Spojrzała na niego. Wlepiał nieruchome spojrzenie w fotografie zawalonego materiałami budowlanymi poddasza, właściwie niemal już gotowego. Brakowało jedynie farby na ścianach i parkietu.

- Pewnie wypadek Elizabeth miał miejsce w trakcie remontu, a po nim już nie potrzebował dodatkowego miejsca – dodał po chwili z goryczą.

Skinęła głową i wstrzymując się od jakichkolwiek komentarzy, otworzyła galerię zdjęć z kolejnego roku. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy to piwnica, według notatki konstrukcyjnej powiększona o dwa dodatkowe pomieszczenia: siłownię i swego rodzaju pracownię, pełną projektów animatroników – samych powłok – kabli i różnorakiego sprzętu. Niestety zbyt słabo znała się na robotyce, aby wywnioskować cokolwiek sensownego z tego bałaganu, ale ściągnęła fotografię na dysk. Coś jej mówiło, że Tim wydobędzie chociażby spod ziemi jakiegoś robotyka, byleby ten wyjaśnił mu co widać na zdjęciu.

- Swoją drogą, czy można powiększyć piwnicę? – zapytała, przesuwając fotografie na wirtualnym ekranie. – Takie coś nie uszkodzi fundamentów?

- Nie jestem architektem, ale to chyba zależy od ułożenia fundamentów – mruknął Afton wbijając nieruchome spojrzenie w unoszący się przed nimi ekran. – Dom stoi, więc chyba można.

Dalsze fotografie przedstawiały kolejno kuchnię, korytarz i salon...

Zdjęcie pięknego kamiennego kominka wypełniło ekran, a Collen zadrżała, gwałtownie uderzona emocjami Aftona. Wstrzymując oddech, przyjrzała się obrazowi, który tak wstrząsnął mężczyzną.

Na kominku pośród rozmaitych bibelotów i pamiątek stały dwie, duże fotografie rodzinne. Jedna, poblakła przedstawiała pięcioro ludzi. Nieznaną Coleen, anemiczną blondynkę trzymającą w ramionach mniej więcej półtorarocznego chłopca o bujnej, brązowej czuprynie, zapewne Normana. Obok niej, obejmując ją troskliwie ramieniem stał Afton. Poznała go bez trudu – w pierwszych wspomnieniach, które jej przekazał, tych szczęśliwych, wyglądał niemal identycznie... Czy też niemal identycznie wyglądały odbicia mężczyzny, bo też wtedy oglądała świat z jego perspektywy. Ta sama umiarkowanie przystojna twarz, łagodne spojrzenie zielonych oczu oraz ciepły, uśmiech. Tuż przed nim prężyła się dumnie kilkuletnia dziewczynka o zadartym nosku i ogniście rudych, upiętych w kucyki włosach. Olivia. Ubrana w pasiastą koszulkę w i czerwoną spódniczkę-ogrodniczkę posyłała fotografowi szeroki uśmiech, a w jej szmaragdowych oczach lśniły wesołe iskierki. Stojący obok chłopiec nie sprawiał wrażenie nazbyt szczęśliwego, jednak grzecznie pozował do zdjęcia. Michael. Naprawdę mógł uchodzić za kopię ojca. Mimo, iż na fotografii musiał mieć dopiero około siedmiu lat, podobieństwo już było uderzające.

Kolejne zdjęcie przedstawiało rodzinę Michaela. Z wiekiem jego podobieństwo do Aftona nie przeminęło, jednak Coleen za nic nie pomyliłaby ich. Owszem, obaj mieli podobny wzrost, budowę, ciemne włosy i niemal identyczne rysy, ale spojrzenia oraz to wszystko, co z wiekiem kształtują odbijające się na obliczach emocje... Pod tym względem stanowili przeciwne bieguny. Oczy Michaela były zimne, igrał w nich iście diabelski błysk, a pewny siebie uśmiech miał w sobie coś tajemniczego, a zarazem niebezpiecznego. Coś nieodmiennie przyciągającego żądne emocji kobiety. Coś zupełnie nie przypominającego tej ciepłej łagodności, którą emanował Afton.

Obok Michaela stała złotowłosa piękność o wielkich, niebieskich oczach, która z powodzeniem mogłaby być modelką. Jej smukłe, wypielęgnowane dłonie spoczywały na ramionach dwójki dzieci: dziewczynki i chłopca. Elizabeth i Mike'a Juniora, jak Coleen nazywała go w myślach. Elizabeth bardzo przypominała matkę, jednak zielone, błyszczące niczym dwa szmaragdy oczy odziedziczyła po ojcu. Przez niezwykle długie rzęsy, spięte kokardą, złociste loki i wygięte w nieśmiałym uśmiechu, idealnie wykrojone, różane usteczka uparcie kojarzyła się z wiktoriańską lalką. Do tego odświętna, obszyta koronką sukienka, białe rajstopki, lakierki, delikatna, porcelanowa cera... Jedynie niewielkie zadrapanie na drobnej rączce zdradzało, że to żywe dziecko, a nie dzieło znamienitego lalkarza. Obok niej stał chłopiec w kraciastym garniturku podobny do ojca w ten sam sposób, w jaki Michael był podobny do Aftona, z tym wyjątkiem, że akurat on kolor oczu odziedziczył po matce. Na gładkiej, dziecięcej buzi malowała się niezwykła powaga.

Wnuki Aftona. Dzieci, których nie miał okazji zobaczyć, a przynajmniej nie za ich ludzkiego życia. Dzieci, które zginęły przez swego własnego ojca, a jego syna.

Należące do Aftona gorycz żal i smutek powoli wycofywały się z jej umysłu. Przełknęła głośno i spojrzała przez ramię. Mężczyzna wbijał nieruchome spojrzenie w ekran, przypatrując się fotografii swoich wnuków.

- Dwukrotnie zniszczył swoją rodzinę – mruknął w końcu. – Wpierw tą, którą stworzyliśmy dla niego, potem tą, którą sam stworzył. Nie potrafię pojąć, dlaczego. Nigdy tego nie zrozumiem - jego głos nieznacznie zadrżał. Odchrząknął, nieznacznie potrząsając głową, jakby chciał tym odgonić ponure myśli. – Dobrze. Pokaż następne zdjęcie.

Nie drgnęła. Chociaż emocje, które Afton mimowolnie jej przekazał jeszcze nie opadły, już wybiegła myślami naprzód do tego, jak możnaby wykorzystać fotografię. Bo można było ją wykorzystać w sposób prosty i użyteczny. Rzecz w tym, że sprawa była, delikatnie rzecz ujmując, drażliwa.

- Wiem, że to nieodpowiednia chwila... Chociaż żadna nie będzie odpowiednia...

- Tak?

- Mogłabym pobrać to zdjęcie i przekazać Timowi? – zapytała. – To może zachęcić go do poszukiwań informacji dla nas, a przede wszystkim dla pana. Wie pan... rodzinne zdjęcia Aftonów to dla takich FNaF'owych świrów prawdziwy Święty Graal, więc...

- Spokojnie, rozumiem – uciszył ją gestem. – To nic takiego, przy tym, co już zrobił Mike dla zysku umieszczając historię rodziny w grach. Daj to zdjęcie Timowi, jego entuzjazm może nam się przydać.

Ulżyło jej. Obawiała się reakcji Aftona na propozycję, szczególnie po tak silnym uderzeniu negatywnych emocji, jednak ten okazał się nad wyraz rozsądny. Bardzo dobry objaw, tym bardziej, że życie nie oszczędzało go ani jego psychiki. Wielu innych dawno popadłoby w kompletne szaleństwo, ale nie on. On trzymał się nawet wtedy, kiedy los wyprowadzał kolejny, bolesny cios. Pod tym względem byli podobni. Więzili swój gniew, ignorowali lęk i kurczowo trzymali się krawędzi przepaści, bo gdyby spadli, pochłonęłaby ich otchłań.

Reszta zdjęć była raczej nieciekawa. Nic nie wskazywało na to, aby w domu działo się coś niepokojącego. Owszem, mógł skrywać niejedną tajemnicę, lecz aby do nich dotrzeć musieliby się przenieść tu fizycznie, a to... Cóż, to na chwilę obecną nie było możliwe. Ojciec trzymał ją na solidnym, chociaż niewidocznym łańcuchu.

Po sprawdzeniu domu na wszelkie możliwe sposoby, przyszedł czas na miasto i okolice. Na pierwszy ogień poszła fabryka Afton Robotics, niestety w prostokątnym, przemysłowym budynku nie dopatrzyli się niczego niezwykłego ani niepokojącego. Zawarte w programie dane fabryki również sprawiały wrażenie przejrzystych. Żadnych dziwnych zdarzeń, wypadków i tym podobnych. Mimo to – tak na wszelki – Coleen ściągnęła plany budynku i zapisała sobie, w jakich miejscach są rozlokowane kamery. Potem, powoli kierując się w stronę miasta, rozejrzeli się po ośrodku wczasowym wokół jeziora Aculot o jakże „oryginalnej" nazwie Wybrzeże Aculot. Tam również wszystko wyglądało normalnie. Podobnie na pobliskich farmach i w gospodarstwach agroturystycznych. W końcu przyszła pora na samo miasto oraz mieszczącą się w nim pizzerię.

Budynek Pizzerii Freddy'ego Fazbear'a wyglądał niemal identycznie jak ten w jej mieście. Takie same kolory, taki sam kształt, taki sam billboard nad wejściem, z którego spoglądały na nią takie same, animatroniczne postaci. Jedyną, aczkolwiek BARDZO rzucającą się w oczy różnicą była wielka dobudówka. Jeszcze surowa, niewykończona, obstawiona z zewsząd wielkimi, fioletowo-żółtymi znakami „WKRÓTCE OTWARCIE". Jednak poza tym nie było żadnych dodatkowych informacji. Zwiastunu, reklamy, czegokolwiek, a na pewno szykowało się coś dużego. W końcu nie bez powodu powiększono pizzerię o niemal jedną trzecią, prawda?

Nagle ogarnęła ją ekscytacja nie do końca związane z dzisiejszą „misją". Fazbear Entertainment robiło coś nowego i z prawdziwą chęcią dowiedziałaby się, co takiego. Dlatego też czym prędzej wykonała zrzut ekranu i zapisała go w folderze z danymi, które planowała wysłać do Tima. Miała tylko nadzieję, że tajemnicza atrakcja nie odciągnie go od śledztwa, do którego na dniach miała zamiar go mało subtelnie zachęcić.

Niestety poza dobudówką ani w budynku pizzerii, ani w informacjach o niej Coleen nie doszukała się niczego interesującego. Zresztą i sama dobudówka była ciekawa jedynie z perspektywy fana produkcji Fazbear Entertainment, niecierpliwie czekającego na odsłonięcie nowej atrakcji. Bo też pod nową atrakcję została przeznaczona, przynajmniej też tak twierdziły dane zawarte w Neurofast Travel. Konkretnie rzecz biorąc przeznaczono ją na „lokal o charakterze rozrywkowo-usługowym wykorzystujący nowoczesne technologie robotyczne oraz rozwiązania informatyczno-architektoniczne". Samo miasteczko też wydawało się do bólu zwyczajne. Niskie, prostokątne budynki, zarówno te przemysłowe, jak i mieszkalne. Wiele z nich pełniło obie funkcje – na parterach znajdowały się najprzeróżniejsze sklepy, a piętra zajmowały mieszkania. Do tego domy. Większość przypominała te z dziecięcych rysuneczków: prostopadłościany okryte dwuspadowymi dachami i otoczone drewnianymi płotkami. Obraz uzupełniały bary mleczne, staromodne knajpki rodem z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku oraz niewielkie osiedle przyczep kempingowych. Chociaż Coleen ze wszelkich sił usiłowała się doszukać w otaczających ją sklepikach, domach i mieszkankach czegoś podejrzanego, nie potrafiła. Gdyby Highwood składało CV na kryjówkę przestępców i spiskowców, oblałoby...

I to była jedna, jedyna rzecz, która odbiegała od normy. Ten brak „podejrzaności", panująca wokół zwyczajność. Jednak nie zmieniało to faktu, że nie znaleźli żadnego śladu, żadnego tropu. Chociaż spędzili w wirtualnej rzeczywistości kilka godzin z rzędu, jedyne, co mieli, to informacja o domu Aftona. Niby zawsze coś, ale wątpliwym było, że po tej nitce dojdą do jakiegokolwiek kłębka. Tym bardziej, że na chwilę obecną byli uziemieni.

Mimo to, Coleen nie uważała czasu spędzonego w Neurofast Travel za stracony. Wirtualny spacer w towarzystwie Aftona okazał się całkiem przyjemny, a gdy przyszło do sprawdzania miasta zaczął przypominać prawdziwą wycieczkę z przewodnikiem. Wędrując uliczkami, które przemierzał lata temu, mężczyzna dał się ponieść wspomnieniom i niezwykle obrazowo opowiadał jej, jak Highwood wyglądało za czasów jego ludzkiego życia. Pokazywał co ciekawsze miejsca, opowiadał związane z nimi anegdotki, dziwił się zmianom jakie zaszły wokół, a także temu, jak niewiele tak naprawdę się zmieniło. To było... To było prawie jak odwiedzić z ojcem jego rodzinne strony... A przynajmniej Coleen sobie wyobrażała, że właśnie tak to się odbywa w normalnych, kochających się rodzinach.

Szczęśliwa rodzina... Dla niej czysta abstrakcja, coś czego nigdy nie miała mieć. Abstrakcja nawet większa od tego, że w ciągu dwóch dni złodziej ciał z cybernetycznej przestrzeni stał się jej bliższy niż jakakolwiek osoba na świecie. Bardziej niż Tim. Bardziej niż świętej pamięci babcia.

Dziwne... I na swój sposób przerażające. Tym bardziej, że raz po raz powtarzała sobie, żeby nie przywiązywać się do Aftona, ale niewiele to pomagało.

Usiłując trzymać na dystans zdradzieckie, powoli wkradające się do serca ciepło, przesuwała wzrokiem po kolorowych witrynach uparcie nasuwających na myśl ubiegłe stulecie. „Jestem cholerną idiotką. Znam faceta ledwie dwa dni, a już go zaczynam traktować jak... Przyjaciela? Ulubionego wujka? Cholera wie. W każdym razie, przywiązuję się. A on odejdzie. Albo zginie... Jak wszyscy przedtem. Do kurwy nędzy, przecież Afton nawet nie jest człowiekiem, tylko pasożytniczą świadomością tkwiącą w twojej głowie, powinnaś się ogarnąć" – myślała, jednocześnie wiedząc, że się nie ogarnie. Lata udawania, kłamstw i samotności odcisnęły na niej swoje piętno. Wywołały głód więzi. Normalnej relacji. Wzajemnej szczerości. Zaufania. Dlatego w obecności Aftona zaczynała się czuć jak... Jak...

Nagle przypomniała sobie psy ze schroniska podczas adopcji. Tę nieśmiałą nadzieję i radość w zalęknionych oczach, wachlujące ogony. Tak, czuła się jak skrzywdzony przez los, spragniony towarzystwa psiak, przed którym nagle pojawiła się perspektywa ciepłego domu. Z tym, że jej historia prędzej czy później miała się skończyć powrotem do schroniska, a w końcu marszem po śmiercionośny zastrzyk.

Zabawne, że nagle zaczęła się identyfikować ze psami, stworzeniami, które wywoływały w niej tak wielki lęk. Jednak, biorąc pod uwagę, ile czasu z nimi spędzała... Z kim przestajesz, takim się stajesz, prawda?

- O rety. – Widok nietypowego szyldu wyrwał ją z zamyślenia.

- Chyba tylko tak to można podsumować. „O rety" – mruknął idący obok niej Afton.

Nad solidnymi, a jednocześnie subtelnie eleganckimi drzwiami wisiał wielki szyld z wymalowanym napisem „U cioci Glorii: broń, sprzęt kempingowy, fryzjerstwo, kosmetyka". Zgodnie z jego treścią przez wielkie, przeszklone okna można było dostrzec gabloty z bronią, półki wypełnione sprzętem turystycznym, lustra, fotele fryzjerskie i kosmetyczne. Wojskowa zieleń mieszała się tam z pudrowym różem i czernią tworząc niezwykle rażące zestawienie.

Broń i fryzjerstwo? Sprzęt kempingowy i kosmetyka? Nieważne jakby Coleen nie obracała tego w głowie, nijak nie łączyło się to ze sobą, chociaż umysł uparcie podsuwał obrazy zabójcy na zlecenie, który podczas strzyżenia przegląda katalog z bronią i pyta fryzjerkę o radę, co do wyboru nowego gnata. Oraz styranej ekipy facetów wracających z wyprawy na ryby, na którą zaopatrzyli się właśnie „U cioci Glorii", domagających się od kosmetyczki przywrócenia ich do stanu wyjściowego, bo jutro mają bardzo ważne spotkanie biznesowe.

- Jestem ciekawa historii tego miejsca – mruknęła pod nosem, nie potrafiąc powstrzymać krzywego uśmiechu.

- Ja też – Afton się zaśmiał. – Jeżeli kiedyś ktoś ci zniszczy włosy i będziesz chciała to naprawić, a potem go zastrzelić, wiesz gdzie iść. Doradzą ci w jednej i drugiej sprawie.

- Albo jeżeli będę chciała kogoś zabić i zakopać w lesie pod przykrywką kempingu, a potem zatrzeć ślady i zmienić wygląd – dodała.

- Dobre. Może „ciocia Gloria" właśnie tak robiła? Stąd ten pomysł na sklep-salon?

- Nie wiem, ale na pewno jest interesującą osobą.

„Której nigdy nie poznam" – dodała w myślach. A chciałaby. Tak jak chciałaby zamieszkać w tym miasteczku. Uroczo małym, zwyczajnym i spokojnym. Do tego okoliczne jeziora i lasy... Zawsze chciała mieszkać obok lasu. Wsłuchiwać się wieczorami w szum drzew, a rankiem być budzoną ptasimi trelami. Niestety zamiast tego miała miasto otoczone ugorami, w którym nie sadzono niczego wyższego niż trzy metry, a ogrodową fantazją zdawał się upstrzony niskimi rabatami, przystrzyżony z chirurgiczną precyzją trawnik.

Poczuła na ramieniu dłoń Glitchtrapa i westchnęła. Wiedziała, że jej teraźniejszość wygląda okropnie, a widoki na przyszłość są jeszcze gorsze. Jednak była wdzięczna za ten dzień, za spacer po wirtualnym mieście... Oraz towarzystwo Aftona, chociaż bała się tego, co będzie, gdy ten odejdzie. Bo wiedziała, że odejdzie. W taki czy inny sposób. Wszyscy odchodzili... Przeważnie z jej winy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (7)

  • TheRebelliousOne 5 miesięcy temu
    Dobra, bierzemy kawałek ciasta, szklankę mleka i czytamy! :D
  • CynicznaCecylia 5 miesięcy temu
    Blachę ciasta i karton mleka - coś te rozdziały mi coraz bardziej pęcznieją oO'
  • TheRebelliousOne 5 miesięcy temu
    CynicznaCecylia

    Nie, bo wtedy z bieżni się nie wygrzebię! XD Kawałek starczy... Sam rozdział jak poprzednie: długi, ciekawy, bardziej sensowny niż timeline gier Cawthona i zachęcający do dalszego czytania. Podoba mi się jak znęcasz się nad postaciami zostawiając ich z niczym. Nic nie jest bardziej wkurzające niż brak odpowiedzi. Daję 5.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Bajkopisarz 5 miesięcy temu
    Parę wypominek:

    „Współodczuwała z nim jego emocje,”
    Nim albo jego – oba na raz to za dużo
    „nie skorzystała z niej”
    Z niej – zbędne
    „nie dziwił jej się”
    Jej – zbędne
    „patrzenie na nią, na”
    Na nią – niekoniecznie
    „pracownicy ubierali powłoki”
    Powinno być zakładali
    „Ubrałem ją w akcie”
    Założyłem
    „innym dzieciakiem, który jeden”
    Którego
    „niepewnie. Jakby nie była pewna”
    Niepewnie – pewna, więc sugestia: Jakby nie wiedziała
    „I mimo tego, że”
    Tego zbędne
    „służyć... Tego nie zdołała się dowiedzieć. Inne służyły”
    Służyć – służyły
    „człowieka... Okropieństwo. – Wzdrygnął się. Nie chciał”
    Tu powinien być gdzieś Enter, żeby nie szło to w jednej linii
    „będzie ono przyjazne.”
    Ono niekonieczne
    „że ma podgląd na to, co kupujesz”
    Na to zbędne (przed chwilą było inne to)
    „Punkty spotkań z...”
    Lepsze: ze
    „Oczywiście to niewszystko.”
    Oczywiście to nie wszystko.
    „zabójców i szpiegów oraz paru najętych zabójców”
    2 x zabójców
    „jego pełne kultury zachowanie zdobyły jego uznanie. Dlatego złożył mu ofertę nie do odrzucenia, a w ramach ostrzeżenia, co się stanie, jeżeli będzie nieposłuszny, zabił jego
    3 x jego
    „- zawiesiła wymownie głos”
    Pół akapitu wcześniej było to samo stwierdzenie. Sugeruję dopisać „znów”.
    „Przypatrywała mu się”
    Patrzyła – i tyle, bez mu i się
    „ma niemiłą tendencje wymazywania traumatycznych”
    Tendencję LUB niemiłe tendencje
    Chociaż się zastanawiam, dlaczego nazywasz je niemiłymi. Przeciwnie, kto by zniósł ciągłe wspominanie traum?
    „Wyraźnie otoczenie wszystkie”
    Najwyraźniej bym zasugerował
    „że Afton już się pozbierała”
    Pozbierał
    „Po za tym wycieczka tutaj”
    Poza
    „Tak, to też. – skinął głową”
    Wielka litera po kropce
    „wskazywać na to, że”
    na to zbędne
    „Swoją drogą, nurtowało ją to – jak Michael to robił.”
    Ją, jak Michael (bez powtórki to)
    „znaleźć na niego lepszego określenia”
    Na niego – zbędne
    „Cóż, liczyła na to, że”
    Na to – zbędne
    „materiały z wnętrza domu.”
    Domu zbędne
    „od ułożenia fundamentów”
    Od ich ułożenia (żeby nie powtarzać fundamentów)
    „nie do końca związane z dzisiejszą”
    Związana
    „go od śledztwa, do którego na dniach miała zamiar go”
    Jedno go zmień w rzeczownik
    „przynajmniej też tak twierdziły”
    Też zbędne

    No bardzo ładnie. Cisza przed burzą, bo w bardzo sprytny sposób obeszłaś wszystko dookoła, zostawiając bohaterów właściwie z niczym. Nic nie znaleźli, albo inaczej – wykluczyli wszystko, co się nasuwało na myśl. Teraz więc musi się trafić jakaś istotna wskazówka 😉
    No, chyba, że zrobisz wszystkim psikusa i bohaterowie niczego nigdzie nie znajdą i tak się cała opowieść skończy. W sumie byłoby to niezwykle oryginalne zakończenie – i te miny czytelników „ale jak to tak?”
    Czekam więc z niecierpliwością na dalszy ciąg.
  • CynicznaCecylia 5 miesięcy temu
    Oj będę miała korygowania na Wattpadzie (a potem i tutaj... Ale tutaj to KIEDYŚ - formatki tekstu różne więc kopiuj-wklej nie przejdzie :( ) ;) Chociaż na tyle tekstu to CHYBA tragedii nie ma (chyba). Ale poczekam z tym do weekendu. ;) W każdym razie za korektę dzięki bardzo :D

    Przestoje są potrzebne... Min. do tego, aby wrzucić w historię motywy, które wypłyną później i zaatakują z półobrotu. Jak Chuck Norris.
    A wiesz, że w pewnym momencie - tylko momencie - chyba zostawię TROCHĘ ich jakby bez wskazówek. Ale tylko momencie. Ale tak ogólnie to historia popełznie do przodu ;) Jeszcze nie skończyłam z zadawaniem bólu swoim postaciom (mwahahahahahah). Hyba jestem pisarska sadystką.
  • Bajkopisarz 5 miesięcy temu
    CynicznaCecylia - na tyle stron tekstu to nie jest tych wypominek dużo.
    Jasne, że akcja nie może iść do przodu cały czas, ale tu mi się spodobało, że zamiast wepchnąć bohaterów i czytelnika w ślepy zaułek, jakieś podążanie fałszywym tropem, oni krok po kroku po prostu wykluczyli wszystkie potencjalne opcje i kierunki działań. Nie wrócili do punktu wyjścia, bo z niego nie wyszli. No i to jest fajny pomysł, nieoczywisty.
  • CynicznaCecylia 5 miesięcy temu
    I bez jakiegoś wielkiego, genialnego przebłysku. Znaczy przebłysk jest, ale nie tyczy wątku głównego ;) Generalnie chyba moi bohaterowie będą głównie bazować na mieszaninie cholernego pecha, zmieszanego z cholernym szczęściem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania