FNAF: Formy Życia - VIII - Przekładnie

NOTATKA:

Pozostawiam tekst w formie wyjściowej - przerabianie go po przeklejeniu z edytora tekstu to jednak za dużo roboty, a potem i tak średnio wygląda. Dlatego w imię lenistwa zostawiam angielską formę akapitów.

 

________________________________________________________________________________________________

VIII - Przekładnie

 

Afton otworzył oczy... Nie, Coleen to zrobiła. To ona miała władzę nad ciałem. Oboje zgodzili się, że to ona powinna nim dowodzić, przynajmniej dopóty, dopóki prokurator i Fred są w pobliżu. W końcu znała ich lepiej i wiedziała jak nie wzbudzać podejrzeń.

 

Z ust dziewczyny wydobył się cichy, przeciągły jęk.

 

- Całą noc męczyły mnie sny... - mruknęła pod nosem. – Ale tym razem zamiast standardowego zestawu koszmarów były to numery, instrukcje, mapy, listy przewozowe. Jasna cholera.

 

Wykonawszy mentalny odpowiednik westchnienia, podpisał się pod słowami dziewczyny. Przez ostatnie trzy dni nieustannie analizowali zdobyte w Rustplain materiały, które okazały się głównie listami przewozowymi, zapisami tras transportowych, opisami dostaw, tonami dokumentów przyjęć i wydań. Jednym słowem szeroko pojętą dokumentacją logistyczną i magazynową, która ani jemu ani Coleen niewiele mówiła. Rozszyfrowanie danych zajęło im prawie cały dzień. Analiza i wnioski kolejne dwa. Nieoceniana okazała się przy tym pomoc Neurofast Travel, dzięki któremu mogli porównać trasy samochodów transportowych z mapą kraju. Przyjrzeć się miejscowościom, przez jakie te przebiegały, sprawdzić je pod kątem obecności magazynów, szpitali, działalności pomocy społecznej i tak dalej. No i oczywiście zniknięć wśród bezdomnych, szczególnie dzieci, młodzieży i młodych dorosłych. Zwracali też uwagę na wszelkiego rodzaju niezgodności w dostawach, wypadki na trasach i tym podobne. W efekcie spośród wszystkich lokacji Afton Robotics i Fazbear Entertainment wyłonili trzynaście najbardziej podejrzanych... Oraz dwadzieścia trzy powiązane z nimi punkty jak opustoszałe magazyny, kliniki, kościoły, a także „groty" Morii czy stacje paliw. Nie było tego mało, oj nie, ale na pewno mniej niż wszystkich filii obu firm, które sprawdzałby na chybił-trafił, gdyby nie zdobyte dane. Oraz pomoc Coleen. Dziewczyna naprawdę była nieoceniona. Dzięki niej rozwiązywał wszystkie problemy dużo szybciej... No i miał towarzystwo.

 

Rozszyfrowywanie danych przewozowych w towarzystwie nastolatki przypomniało mu stare czasy, kiedy odrabiał z dziećmi lekcje. Albo, kiedy wraz z Henrym pytali je z o rady odnośnie projektów animatroników czy wystroju restauracji, ewentualnie gier, jakie powinni umieścić w lokalu. Owe konsultacje małolaty-dorośli ciągnęły się nie raz przez długie godziny, ale nikt się w ich tracie nie nudził. Wszyscy lubili te małe burze mózgów. Poza tym, kto wie lepiej, co lubią dzieci, od samych dzieci?

 

Przyglądał się porannym czynnościom dziewczyny: ścieleniu łóżka, drobnym porządkom, wyborowi ubrań na następny dzień. Cieszył się chwilą spokoju. Owszem, był zadowolony z coraz szybszego rozwoju spraw, po wcześniejszym zastoju, jednak ostatnie dni były bardzo intensywne. Czuł się nieco przytłoczony tym wszystkim, wysiłkiem umysłowym, emocjami... Tak jak przedtem nie potrafił tego znieść, tak teraz cieszył się, że może oddać ster komuś innemu i podziwiać widoki.

 

- Panna O'Brian, sąsiadka z naprzeciwka, zaprosiła ojca na herbatkę, pamięta pan, prawda? – mruknęła Coleen, przerzuciwszy ubrania przez ramię. Leniwym krokiem ruszyła w stronę łazienki. – To wdowa po byłym burmistrzu, babsko śpi na kasie i ma wpływy. Ślini się do tatusia, ale mnie średnio lubi, więc pójdzie sam. Fred ma „wychodne", cokolwiek to w jego przypadku nie znaczy, więc mamy z dwie godziny luzu. W tym czasie sprawdzę stan starych podsłuchów i postaram się podrzucić parę nowych. Czasu powinno starczyć nadto. Potem wyeksportuję z Neurofast Travel mapę Morii i naniosę ją na mapę Stanów. Jak już przetransportujemy pana do nowego ciała, może pan spróbować poruszać się jej korytarzami. Niewykluczone, że tak będzie szybciej i bezpieczniej niż po powierzchni. Oczywiście pewnie błąka się tam niemało bezdomnych, ale już brylował pan w środowisku, że tak to określę, więc wie pan, jak sobie z nimi radzić. Pojutrze możemy zacząć robić próby ze wzajemną komunikacją i przekazywaniem kontroli nad ciałem.

 

Uśmiechnął się w głębi duszy. Dziewczyna chyba nie przestawała planować i analizować nawet na sekundę. Momentami miał wrażenie, że zależy jej, aby to wszystko rozwikłać bardziej niż jemu. Jednak wtedy zawsze przypominało mu się z czego wynika nadgorliwość nastolatki. Z tego, że nie chciała myśleć o własnej sytuacji. O tym, co ją czekało w przyszłości. Rozpaczliwie chwytała się jego problemów, po to, aby nie musieć się zajmować własnymi, których rozwiązać nie potrafiła.

 

- Coleen, pospiesz się z tą poranną toaletą, to podrzucę cię do schroniska – rozbrzmiał z dołu głos Lesinskiego.

 

Głos prokuratora, tyle wystarczyło, aby w Williamie wezbrała złość. Stłumił uczucie, nie chcąc, aby jego emocje rzutowały na Coleen, jednak zachowanie spokoju w obecności Lesinskego kosztowało go sporo wysiłku. To kolejny powód, dla którego wolał, aby tymczasowo to nastolatka dowodziła ciałem - dziewczyna lepiej radziła sobie z negatywnymi uczuciami w stosunku do prokuratora. On znów... Cóż, z dnia nadzień coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że ma problemy z gniewem. Poważne problemy. Nie musiał być psychologiem, aby domyślać się powodu. Latami tkwił bezradny pierw w powłoce Springbonniego, potem w cybernetycznej przestrzeni, pożerany przez ból, strach i frustrację. To musiało odcisnąć na nim piętno. Póki co, agresja dawała o sobie znać tylko w obecności Lesinskego, ale z tym potrafił sobie jakoś radzić – wiedział, na co uważać. Jednak bał się tego, co dalej, kiedy w końcu zyska własne ciało i pozbędzie się prokuratora wraz z jego pomagierami. Co, kiedy ktoś go przypadkiem sprowokuje? Czy będzie potrafił utrzymać nerwy na wodzy, czy może wybuchnie?

 

Trzecim powodem, dla którego wolał, aby to dziewczyna trzymała stery, była poranna toaleta. Co prawda już się nieco oswoił z anatomią Coleen, jednak nadal wolał trzymać ręce – o ironio jej własne ręce – z dala od części erogennych nosicielki... Swoją drogą dziwił się swobodnemu zachowaniu nastolatki, która przecież wiedziała, że ON PATRZY. W końcu sam jej powiedział, że w przeciwieństwie do niej, nie potrafi odwrócić wzroku. Skulić się w ciemnym kącie umysłu, ignorując świat zewnętrzny. Mimo tego, Coleen bez większego skrępowania przystąpiła do porannych, łazienkowych czynności. Oczywiście wszystkie je wykonywała bardzo szybko i sprawnie, niemal z wojskową precyzją, ale tak robiła zawsze. W końcu, przez atmosferę w domu nigdy i nigdzie nie czuła się swobodnie, nawet w toalecie. Może właśnie o to chodziło? Dziewczyna nawykła do nieustannego napięcia, do bycia pod lupą do tego stopnia, że jego obecność już nie robiła jej różnicy?

 

Kiedy po sutym i pysznym śniadaniu – boże, jak bardzo się stęsknił za zmysłem smaku – Coleen weszła do samochodu, z niejaką satysfakcją zauważył, że jaśnie pan prokurator nie czuje się zbyt pewnie za kierownicą. Wożony wszędzie przez Freda, odwykł od prowadzenia pojazdu, czemu dawał wyraz raz po raz wzdychając z irytacją i złoszcząc się na samochód, co znów przekładało się na jego styl jazdy. Wyraźnie nie lubił, kiedy coś mu nie wychodziło. Właściwie to zachowywał się, jakby napotkane trudności były niezasłużoną obelgą ze strony świata. Złośliwym działaniem jakiejś niewidzialnej siły.

 

Kompleks boga w najczystszej postaci. William miał tylko nadzieję, że mężczyzna nie spróbuje wyładować swojej frustracji na Coleen. I pośrednio na nim. Naprawdę wolałby, żeby los oszczędził nastolatce kolejnych, nieprzyjemnych przeżyć. Poza tym bał się o to, jak sam w takiej sytuacji zareaguje. W końcu nawet teraz nieprzerwanie myślał o tym, aby odpiąć pasek od torby Coleen, zarzucić prokuratorowi na szyję i mocno ścisnąć... Oraz o innych sposobach przedwczesnego pozbawienia go życia.

 

Szczęśliwie, póki co Lesinsky był zbyt zajęty obserwowaniem drogi i rzucaniem nienawistnych spojrzeń desce rozdzielczej, żeby zwracać uwagę na córkę, która w tym czasie bawiła się komórką... A przynajmniej tak to wyglądało z boku. Naprawdę nastolatka sprawdzała stan podsłuchów zamontowanych swego czasu w wozie. Wyglądało na to, że większość z nich była sprawna, ale na wszelki wypadek – udając, że komórka upadła jej na ziemię – podłożyła jeszcze jeden. Zbytnie ryzyko, przynajmniej w opinii Williama, ale niestety nie mógł w żaden sposób interweniować.

 

Prokurator niczego nie zauważył. Na szczęście.

 

Pierwsza połowa dnia upłynęła mu, czy raczej Coleen, dość spokojnie, mimo napięcia towarzyszącego nastolatce w obecności czworonogów. Napięcia większego niż zazwyczaj. Naprawdę opanowanie dziewczyny zasługiwało na poklask, nerwy miała jak ze stali. Szkoda tylko, że mściło się to na jej psychice, a może i ciele. Nie miał złudzeń – kiedy to wszystko się skończy, Coleen czekała długa rekonwalescencja. Bo skończyć się musiało. Nie dopuszczał do siebie innej myśli. Musiał ją uratować, po prostu musiał. Zbyt wiele razy nawalił, żeby i teraz polec.

 

Kiedy wrócili do domu, prokurator nadal był na miejscu, pracując zdalnie – herbatka z wdową po burmistrzu miała się odbyć dopiero w okolicach osiemnastej. Coleen nie wnikała, czemu nie ma go w biurze, chociaż William przypuszczał, że zwyczajnie, pod nieobecność Freda, chciał mieć córkę na oku... szczególnie po ostatniej wycieczce do Rustplain. Nie podobała mu się ta czujność Lesinskego, ale dziewczyna wydawała się nią nie przejmować. Zasiadła do komputera, puściła muzykę – niezbyt głośno – i zabrała się do pracy nad tworzeniem podręcznej mapy Morii. Co jakiś czas zwracała się do niego, komentując to, co robi i chociaż większość owych komentarzy była dla Williama zupełnie bezużyteczna, doceniał je. Dzięki tej jednostronnej rozmowie, miał świadomość, że nastolatka nie zapomniała o jego obecności. I że nie traktowała jedynie jako paranormalne oderwanie od własnych problemów.

 

Pracowała szybko i sprawnie, niemal nie odrywając wzroku od monitora. Minęło ledwie półtorej godziny, a większość wielowarstwowej, szczegółowej mapy z wbudowanym kompasem była gotowa. Przy tym dziewczyna nazywała wszystko „upierdliwą, ale prostą robotą". Skoro dla niej coś takiego stanowiło „prostą robotę" to Tim, którego nazywała niejednokrotnie geniuszem, musiał potrafić naprawdę niesamowite rzeczy.

 

Właśnie, Tim. W Neurofast Travel Coleen wspominała, że poprosi go o sprawdzenie kilku informacji, ale jeszcze tego nie zrobiła. Zapomniała? Nie, raczej nie. Musiał być inny powód.

 

Jeszcze nim prokurator opuścił dom, nastolatka ukończyła mapę, dzięki czemu, gdy ten wreszcie ruszył się w odwiedziny do sąsiadki, mogła bez problemu rozmieścić w domu i garderobie ojca podsłuchy. Jej pomysłowość w tej kwestii była godna podziwu. Malutkie urządzenia znalazły się w podszewkach najczęściej używanych przez mężczyznę garniturów, krawatach, a nawet obcasach butów... Aczkolwiek – w przypadku obcasów – William powątpiewał w skuteczność umieszczonych tam urządzeń.

 

Jego uwagę zwróciło jeszcze coś. Podkładając pluskwy dziewczyna zachowywała się całkowicie swobodnie, przynajmniej jak na siebie. Po jej kroku, postawie ciała ani ruchach nie można było poznać, że robi coś... nieaprobowanego. Zastanawiał się czy to dlatego, że tak nawykła do napięcia, czy może udawała swobodę, wykorzystując ją jako swego rodzaju zasłonę dymną? A może tak często zmuszano ją do udawania, że wszystko jest dobrze, że obecnie udawanie stanowiło jej drugą naturę? Po latach noszenia maska może przyrosnąć do twarzy.

 

Kiedy skończyła, przetestowała resztę podsłuchów, zarówno nowych jak i starych, po czym uruchomiła konsolę NVR. Ponownie przenieśli się do neurowirtualnej rzeczywistości, gdzie mogli porozmawiać ze sobą twarzą w twarz.

 

Podobnie jak kilkakrotnie przedtem, William zamanifestował się w wirtualnym lokum Coleen siedząc w fotelu. Jednak tym razem wyglądało to nieco inaczej... Pokój wyglądał inaczej. Jedną ze ścian pokrywała wielka multimedialna tablica, na której połowie wyświetlała się mapa Stanów z zaznaczonymi na niej podejrzanymi lokacjami, trasami trasportowymi Fazbear Entertainment i Afton Robotics oraz liniami przebiegu Morii. Drugą zajmował kolaż złożony z – na razie – nieuporządkowanych wskazówek i poszlak. Zdjęcie jego domu, podpisane „tożsamość ex-właściciela, zawyżona cena sprzedaży" i kolejne przedstawiające robotyczne części widziane w piwnicy, fotografia Michaela, notatka „pakiet głosowy Archanioła", screen z czwartej części FNaF'a przedstawiający skrzynkę o dwóch kłódkach z dopiskiem „czy to coś znaczy?". Pod tym wszystkim wypunktowano kwestie, które musieli rozwiązać na już: „oszukać nadajnik lokalizacyjny", „odkryć jak przenieść świadomość pana Aftona do nowego ciała", „zdobyć nowe ciało dla pana Aftona". Niżej znów wypisano najważniejsze pytania: „jak Nekromanci łączą ludzkie świadomości z robotycznymi ciałami?", „kto jest/był mistrzem Michaela?", „gdzie są przetrzymywane schwytane dzieciaki?", „kto należy do nekromantycznej siatki?", „po co to wszystko?".

 

„Po co to wszystko" – to pytanie dręczyło Williama najbardziej. Śmierć pierwszej piątki mógł jakoś zrozumieć – ofiary tego, że dał się zwieść synowi i obłędu Michaela, który pragnął wskrzesić brata. Jednak to wszystko, co opisała mu Mary... Przecież to był jakiś horror. Szaleństwo. Co roku świadomości dziesiątek dzieci były przenoszone do robotycznych ciał, a ich własne, ludzkie, zabijane. Po co? Po jaką cholerę?

 

- Mapa myśli – mruknęła Coleen, widząc jak spogląda na ścianę. – Podobno pomaga uporządkować to i owo. Ułatwia wnioskowanie, łączenie wątków, dedukcję. Pomaga wysuwać kolejne pytania.

 

- Kiedy to zrobiłaś? Przecież od wczoraj nie zaglądaliśmy tutaj.

 

- No... Dzisiaj. Podczas robienia mapy. I sekundę temu. Rzeczywistość NVR może być modyfikowana w sporym zakresie przez myśli użytkownika toteż wystarczyło, że wizualizowałam sobie coś takiego w swojej głowie, a program zaraz powiązał to z odpowiednimi obrazami i odnośnikami.

 

Spojrzał ponownie na ścianę. Był pod wrażeniem. Zarówno możliwość neurowirtualnej rzeczywistości, jak i umiejętności dziewczyny. Kształtowała cyfrową przestrzeń, jak plastelinę. Ciekawe, w takim razie, czego mógłby dokonać Tim, gdyby chciał. W końcu tak go wychwalała...

 

Właśnie Tim.

 

- A co z materiałami, które miałaś przesłać Timowi? – zapytał.

 

- Pierw muszę przemyśleć, co mu powiedzieć. – Westchnęła, ciężko, siadając na łóżku po turecku i wbijając spojrzenie w mapę myśli. – Co prawda, ze względu na swoją obsesję, nie odmówi pomocy, ale nie chcę wzbudzać jego podejrzeń. Nadmiernej ciekawości. Do tej pory nie interesowałam się Legendą Fazbeara, tym, co ta może kryć, mimo że usiłował zainteresować mnie tematem. Jeżeli tak nagle z tym wyskoczę, może zacząć drążyć.

 

- No tak...

 

Nastolatka miała rację. Owszem, mogli wykorzystać Tima do poszukiwań, ale wzbudzanie w nim zbytniej ciekawości byłoby głupotą. Musieli zachowywać dystans, trzymać go z dala od siebie i prokuratora. Bo gdyby, nie daj Boże, przykuł uwagę Lesinskego mogło się to skończyć dla niego naprawdę nieciekawie. I dla Coleen też. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby sprowadziła na niego niebezpieczeństwo.

 

William rozparł się w fotelu, wbijając spojrzenie w biblioteczkę dziewczyny. Bezwiednie przesuwał spojrzeniem po grzbietach książek, aż nagle jego wzrok natknął się na znajome nazwisko. „Agatha Christie". No tak, już jakiś czas temu zwrócił uwagę, że dziewczyna czyta niemało kryminałów. A kryminały to zagadki prawda? Zagadki z fabułą.

 

Kiedyś, buszując po komputerze jednego z użytkowników fazbearowskiej sieci, natknął się na ciekawy portal. Portal dla wielbicieli zagadek, o lekkim podtekście kryminalnym. Takich powiązanych z rzeczywistością. Naprawdę nie sądził, że może mu się to przydać, a jednak. To nie do wiary ilu pozornie niepotrzebnych rzeczy człowiek jest w stanie zrobić użytek...

 

O ile coś takiego jak on można było jeszcze nazwać człowiekiem.

 

- I know your crime info – mruknął.

 

- Słucham? – Coleen nadstawiła uszu.

 

- Ciekawy portal dla miłośników zagadek. W nieparzyste dni miesiąca zarejestrowani użytkownicy portalu grupy pierwszej, klienci, zamieszczają na nim rozmaite, rzeczywiste zagadki mogące mieć wydźwięk kryminalny oraz wstępne poszlaki. Nadają też kody swoim sprawom. Mają na to tylko pół godziny od dwunastej w nocy do dwunastej trzydzieści. Potem możliwość jest udostępniania jest wyłączana. Grupa użytkowników-detektywów ma czas do trzeciej w nocy zapoznać się z zagadkami ich danymi. Potem serwer jest wyłączany na dziesięć godzin, a wszystkie dane z niego czyszczone. Po tym czasie detektywi posługując się kodami spraw, obligują się, którą z nich rozwiążą. Jedna sprawa może mieć wielu detektywów. Każdy z nich ma miesiąc czasu na rozwiązanie sprawy czy też poczynienie w niej jak największych postępów. Możesz powiedzieć Timowi, ze jesteś zarejestrowana na tym portalu, że jesteś jednym z detektywów, a to kim jest były właściciel mojego domu i czemu jego wartość została tak zawyżona to twoja sprawa.

 

Dziewczyna, wyraźnie zaskoczona, zamrugała.

 

- A skąd pan o tym wie?

 

- Nim pojawiła się „Potrzebna Pomoc" potrafiłem przenikać do komputerów użytkowników produktów Fazbear Entertainment. Zwykle balansowałem wtedy na skraju świadomości, usiłując za wszelka cenę nie spaść w otchłań, jednak co nieco zapamiętałem. Między innymi to. W sumie nie wiem czemu.

 

Dziewczyna spojrzała na niego intensywnie. Przyglądała mu się uważnie, marszcząc czoło i wyraźnie nad czymś zastanawiając.

 

- Zatem, zanim wydano „Potrzebną Pomoc" potrafił się pan w miarę swobodnie poruszać po fazberowskiej sieci? Komputerach graczy? Sprawdzać dane ich plików, dane przeglądania?

 

No tak, nie opowiedział jej o tym.

 

Skinął głową i wyjaśnił wszystko najlepiej jak potrafił. Swoje możliwości. To, czego się nauczył. Kłopoty, jakie sprawiało mu utrzymanie własnego „ja", nie osunięcie się w otchłań. Jednocześnie usiłował przy tym być jak najbardziej rzeczowym, nie budzić w dziewczynie litości. Litość... Po tym wszystkim, co przeżył jako człowiek, miał jej serdecznie dość. Wyżej uszu. Kiedy stracił Normana, a potem Olivię... Fałszywe współczucie, poklepywanie po plecach i ukrywana pod nimi niechęć. Niechęć do przebywania w pobliżu osoby, która doznała takiej straty. Złość, bo jej obecność przywoływała na myśl niechciane pytania. Pytania takie jak, „co bym zrobił, gdyby to moje dzieci umarły". I pogarda. Pogarda wobec złego ojca, bo za takiego go uważano. Za nieporadnego idiotę, który pozwolił robotom zabić dwójkę swoich dzieci. Jedno dziecko? Owszem, to mógł być wypadek, ale dwoje? W żadnym razie.

 

Jedynie Henry tak nie myślał i autentycznie go wspierał. Henry, którego tak bardzo zawiódł. Henry, którego córeczki nie uchronił przed potworem, którego wychował.

 

Nie zasługiwał na litość. Nie po tym do czego – świadomie czy nie – doprowadził.

 

Coleen słuchała, nie przerywając mu. Cały czas marszczyła przy tym czoło i w zamyśleniu kręciła młynka palcami. Kiedy w końcu skończył mówić, przez dłuższą chwilę milczała.

 

- Byłabym zobowiązana, gdyby udostępnił mi pan wszystkie loginy i hasła Fazbear Entertainment, które pan pamięta. Mogą okazać się potrzebne, a nie wiadomo czy wtedy będziemy mieli możliwość wymienić się kontrolą nad ciałem. Poza tym lepiej je gdzieś zapisać, na wypadek gdyby pan zapomniał – odezwała się w końcu, wlepiając spojrzenie w mapę myśli. – I sądzę, że dobrym pomysłem byłoby zarejestrowanie się na tym pana portalu.

 

- Sądzisz, że Tim mógłby chcieć sprawdzić czy naprawdę tam widniejesz?

 

- Nie. Sądzę za to, że tamtejsi detektywi mogą nam pomóc rozwiązać wiele kwestii bez angażowania w to Tima. Może nie teraz, ale w przyszłości... Niewykluczone. – Uśmiechnęła się niemrawo. – A co do historyjki dla Tima, to dobry pomysł. Wie, że lubię kryminały i zagadki logiczne, więc powinien to łyknąć jak pelikan.

 

***

 

Coleen jedną myślą wywołała panel kontrolny wirtualnej rzeczywistości i wystukała na wiszących w przestrzeni klawiszach krótką informację. Wcisnęła enter.

 

Pomysł z historyjką dla Tima był strzałem w dziesiątkę, niestety wymagał spotkania z nim. Dlaczego? Ponieważ ojciec mógłby przechwycić informację w formie tekstowej i zacząć zadawać niewygodne pytania. Oczywiście spotkanie miało się odbyć nie w świecie rzeczywistym, a wirtualnym, w związku z czym żadne z nich nie musiało się ruszać z miejsca, co stanowiło spore ułatwienie. Poza tym Tim od dłuższego czasu męczył ją, żeby znowu pograła z nim w „World Adventures", więc mogła załatwić dwie sprawy za jednym zamachem.

 

Na ekranie błyskawicznie pojawił się wykrzyknik przychodzącej wiadomości. Sprawdziła ją i uśmiechnęła się – Tim przyjął zaproszenie do gry. Przynajmniej niektóre sprawy przychodziły łatwo i bezproblemowo.

 

- I co pan myśli o małej partyjce w „World Adventures"? – zapytała obserwującego ją Aftona, który zastrzygł długimi uszyskami Glitchtrapa.

 

- Nie mam nic przeciwko. A właściwie to nie miałbym nic przeciwko nawet, gdyby nie było to konieczne. Gry z wami wspominam całkiem przyjemnie, chociaż pełniłem tylko rolę stojaka. Chyba już rozumiem, co widzicie w tych całych komputerach i grach.

 

- To jak upora się pan z tym wszystkim, polecam ściągnąć sobie „World Adventures" i dodać Tima do znajomych. Prędzej czy później przyda się mu ktoś na zastępstwo.

 

Ostatnie zdanie powiedziała jakoś-tak odruchowo, ale natychmiast pożałowała widząc, jak bardzo Afton spiął się słysząc to. Rozumiał, co miała na myśli i budziło to w nim... Gniew? Żal? Nie potrafiła określić. Królicza twarz nie wyrażała niczego, a pobrzmiewające w wirtualnej przestrzeni emocje mężczyzny nie mówiły jej niczego konkretnego. Z dnia na dzień coraz bardziej docierało do niej, że mężczyzna naprawdę uważa, że może jej pomóc. Że naprawdę planuje to zrobić. Tak jak i ona sama niejednokrotnie zamierzała pomóc wtedy jeszcze niedoszłym ofiarom ojca. Niestety nigdy nie dawała rady. W końcu przestała siebie oszukiwać. Afton też powinien.

 

Uruchomiła tryb wieloosobowy „FNAF: World Adventures" i po przeklikaniu menu znalazła się na znajomej, zielonej polance otoczonej irracjonalnie idealnym lasem. Z naprzeciwka biegł do niej Tim w stroju swego awatara – fioletowego trzmieloczłeka. Nie do wiary jak irracjonalnie wyglądał. Kudłaty, trzęsący się przy każdym kroku odwłok, dodatkowe odnóża i te czułki... Uwielbiała jego poczucie humoru. Afton niekoniecznie. Kątem oka zauważyła jak cofa się o krok do tyłu. Pewnie do tej pory pamiętał przytulasa, jakim komputerowiec poczęstował go ostatnim razem.

 

- Siemandero! Gotowa lać tyłki w wybitnie cukierkowych klimatach okraszonych wybitnie niecukierkową fabułą? – zawołał na jej widok. – O! I przyprowadziłaś moją ukochaną mordeczkę, Glitchtrapka.

 

Po ostatni słowach wokół jego postaci zatańczyło kilka różowych serduszek - emotek. Z rozbawieniem zerknęła na Aftona, który zastrzygł nerwowo uszami.

 

- Tak, nigdzie się bez niego nie ruszam. Taki cyfrowy brat syjamski.

 

- EJ! Etat na cyfrowego braciszka mam ja! – Tupnął ze złością. – Z niego możesz zrobić co najwyżej tatuśka, jako że za rodzonym nie przepadasz.

 

Spojrzała w krągłą buźkę komputerowca ze wszystkich sił usiłując nie zmienić wyrazu twarzy. Nie dać po sobie poznać w jak bardzo czuły punkt uderzyły jego słowa. Nie tylko jej... Na skraju świadomości wyczuła burzące się w Aftonie emocje.

 

„Biedny Tim... Nie ma pojęcia..." – pomyślała, odpierając usiłujące ją osaczyć uczucia.

 

Uśmiechnęła się z pozorną swobodą.

 

- Może to nienajgorszy pomysł... A tymczasem, nim przejdziemy do kopania tyłków, mam do ciebie sprawę.

 

Mężczyzna przekrzywił głowę, kładąc obie pary rąk czy też odnóży na biodra. Zrobił obrażoną minę.

 

- A ja myślałem, że się stęskniłaś, chciałaś pograć ze starszym braciszkiem czy coś, a tu jakiś biznesik... Zraniłaś mnie do krwi! O ile trzmiele mają krew. Mają?

 

- Mają. A sprawa do ciebie, bo w twoich klimatach i jak się na nią natknęłam to z miejsca pomyślałam o tobie.

 

Tim uniósł trzmiele czułki w wyrazie zainteresowania, wymownie się uśmiechając.

 

Wyjaśniła mu, o co chodzi, zaczynając – dla uzyskania lepszego efektu – trochę od końca: najpierw przekazała historyjkę ze stroną detektywistyczną, dopiero na końcu wyjawiając, że zagadka, którą miała rozwiązać ma związek z domem Aftona. Tak jak oczekiwała, kiedy tylko Tim to usłyszał, rozświetlił się jak choinka na Boże Narodzenie.

 

- Co, ale serio? – zapytał, jakby nie wierzył w to, co słyszy.

 

- Serio, serio... Tata ma niekomercyjną wersję Neurofast Travel, używa jej do pracy, no i pod jego nieobecność podejrzałam sobie to i owo. Wszystko się zgadza. Zawyżona cena i to, że dane poprzedniego właściciela domu Aftonów zostały utajnione. Sam nigdy się do niego nie wprowadził, ale – co odkryłam przeglądając dane posesji – póki dom przebywał w jego rękach, ktoś minował teren rozmaitymi pułapkami. Potrzaski na niedźwiedzie, deski nabijane gwoździami, nic szczególnie skomplikowanego, ale tyle starczyło, żeby trzymać wszelkiego rodzaju chuliganów na dystans. Dom wygląda na prawie nietknięty, nie licząc oczywiście zniszczeń wywołanych przez czas i pogodę.

 

- A jak wygląda? – zainteresował się chłopak.

 

- Otwórz połączenie, to ci prześlę parę screenów. Masz tam ze dwa zdjęcia z zewnątrz, kilka wnętrza, w tym jakichś dziwnych części robotycznych... Niewykluczone, że dobrze byłoby się dowiedzieć, co to właściwie. No i mam tez mały bonus.

 

Może i Tim był trzydziestoparoletnim facetem, ale w obecnej chwili przypominał kilkulatka, który dostał na urodziny wymarzonego, wybłaganego i wyczekanego pieska. Niezwłocznie wywołał swoją konsolę i poustawiał wszystko tak, aby mogła mu przesłać pliki. Gdy tylko to zrobiła, natychmiast zaczął je przeglądać. Już same zdjęcia domu wywołały w nim ogromną ekscytację, a gdy dotarł to rodzinnych fotografii Aftonów wydał z siebie niemal histeryczny pisk.

 

- O Boże, o rety, o ja nie mogę, o ja pierdolę! Zdjęcia rodzinne! Wiesz, że ich praktycznie nigdzie nie ma? Michael Afton strasznie dbał o prywatność rodzinki i chociaż tyle zostało powrzucane do gier to zawsze fotografie, rodzinne filmy i tak dalej były wielką tajemnicą... O matko, patrz na siostrę Mike'a! To ją przedstawiała Baby, a nie jego córkę. O mamuniu! Ja cię tak bardzo kocham w tym momencie... Oczywiście platonicznie i całkowicie aseksualnie, jak coś.

 

- Oczywiście – mruknęła, z trudem tłumiąc śmiech.

 

- No to co dokładnie mam dla ciebie znaleźć? – zapytał. – Kto był poprzednim właścicielem domu Aftonów.

 

- Tak. I na miarę możliwości, czemu jego dane zostały utajnione oraz czemu tak bardzo zawyżono cenę parceli. No i oczywiście, co to za żelastwo w piwnicy... A jeżeli dowiesz się czegoś przy okazji też powiedz.

 

- Powiem ci, że nie umiem się doczekać, kiedy położę swoje odnóża na tym wszystkim... ale najpierw gra – zawołał wskazując Coleen palcem, przy czym jej nos od jego palca oddzielało nie więcej niż pięć centymetrów. – Nie dam się tak łatwo spławić. Umówiliśmy się na granie, to będziemy grać, chodźmy nie wiem co. I masz się dobrze bawić!

 

- Rozkaz szeryfie – mruknęła.

 

- A teraz tulanie, bo stęskniłem się za moja małą przyszywaną siostrunią i jej królisiem. Na miśka!

 

Pozwoliła się przytulić komputerowcowi, a potem z rozbawieniem obserwowała, jak ten przechodzi o tulenia Glitchtrapa czy też Aftona. No tak, bezpośredniość Tima potrafiła budzić skrępowanie nawet w obecnych czasach, a jej przymusowy towarzysz pochodził z innej epoki, kiedy tego typu gesty między mężczyznami – nawet jeżeli tylko przyjacielskie – nie były zbyt mile widziane.

 

- Dobra, no to co? Gramy? – zapytał Tim puszczając Aftona, który natychmiast zrobił krok w tył. Pewnie wolał nie ryzykować, że programista dostanie kolejnego ataku czułości.

 

- Jasne.

 

- A może podwyższymy nieco poziom trudności? – zasugerował. – Glitchtrap daje nam troszeczkę za dużą przewagę.

 

No tak, zapomniała o tym. Poprzednio, chociaż Afton nie brał aktywnego udziału w grze, to zyskał własny pasek życia i był atakowany przez przeciwników, a że każdy przeciwnik zwykle mógł zaatakować tylko jednego gracza, stanowiło to spore ułatwienie.

 

- Rozsądna propozycja – mruknęła.

 

- Dobrze – uśmiechnął się szeroko. – To jedziemy. Najbliższe dwie godziny twojego życia, będą należeć do mnie! No i do „World Adventures"...

 

***

 

Trening w dzieleniu się ciałem i komunikacji bez pośrednictwa konsoli NVR... Cóż, Coleen naprawdę się cieszyła, że strategicznie postanowili odłożyć wszystko na czas nieobecności ojca w domu. Starczyło, że efektowny upadek ze schodów przykuł uwagę Freda, który obecnie gapił się na nią leżąca plackiem na podłodze.

 

- Wszystko w porządku? – zapytał po chwili milczenia. – Potrzebna pomoc medyczna?

 

- N-nie – wydukała. – Chyba nie.

 

Ostrożnie usiadła. Wszystko ją bolało, a w głowie porządnie wirowało. Z trudem skupiła spojrzenie na stojącym nad nią lokaju.

 

Wczoraj – po dwóch dniach intensywnych ćwiczeń – wraz z Aftonem mniej więcej opracowali metodę przekazywania sobie kontroli nad ciałem „na życzenie". Siedząc i nie ruszając się nawet o milimetr. Oboje jednak zdawali sobie sprawę, że to za mało. Że nie zawsze będą mieć możliwość, żeby usiąść i znieruchomieć, a „przetasowanie" świadomości może być konieczne. W końcu oboje posiadali różne umiejętności, a także różne zakresy wiedzy. Owszem, obecnie dzielili ze sobą wszystkie przeżycia, ale każde z nich zwracało uwagę na co innego. Znali swoje przeszłości, jednak były to obrazy niepełne. Znowu te luki, chociaż niewielkie, mogły okazać się bardzo niebezpieczne. W końcu wiadomo nie od dziś, że diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego ćwiczyli dalej. Na stojąco i w ruchu jak przed chwilą. William, mający tymczasową władzę nad ciałem, wolno szedł korytarzem, więc nie powinno się nic złego stać, niestety po przejęciu sterów ciała za późno „złapała" pełną kontrolę nad zmysłami. W efekcie straciła równowagę, a usiłując ją odzyskać, przebiegła pół korytarza mieląc rękoma w powietrzu, po to by w końcu wpaść na schody... Efekty łatwe do przewidzenia. Dobrze, że nie skręciła sobie karku... Czy raczej nie skręcili sobie karku.

 

Właściwie, to gdyby chodziło tylko o nią, to nie miałaby nic przeciwko skręceniu karku. Jednak teraz odpowiadała nie tylko za swoje życie. Zupełnie jakby była w ciąży...

 

Odsunęła od siebie tę myśl jako zbyt pokraczną.

 

Fred podał jej dłoń. Z nieznacznym wahaniem chwyciła ją i pozwoliła się podnieść. Kiedy już stała na nogach, przeciągnęła się na próbę. Całe ciało ją bolało, ale poza tym wyglądało na to, że wszystko działa, jak trzeba. To dobrze. Zarówno dla niej jak i dla Aftona.

 

- Jest panienka cała? – zapytał ponownie lokaj, omiatając ją chłodnym spojrzeniem.

 

- Nie licząc paru siniaków? Tak.

 

- Nie uderzyła się panienka w głowę?

 

- Nie.

 

Spojrzał na nią uważniej, marszcząc brwi.

 

- Nie próbowała panienka niczego głupiego, prawda?

 

- Jeżeli chodzi ci o to, czy znowu nie próbowałam się zabić, to nie. Nie próbowałam. – Mężczyzna nie spuszczał z niej wzroku. – Są łatwiejsze, szybsze i pewniejsze sposoby odebrania sobie życia, niż rzucanie się ze schodów. Chociażby wejście pod autobus lub spadnięcie z bardzo wysokiego dachu. Poza tym, po ostatniej rozmowie z tatą, nie mam nawet zamiaru próbować. Wiesz jak wspaniale potrafi być przekonujący.

 

W oczach Freda pojawił się cień współczucia. No tak, to on wtedy pilnował, żeby nie zrobiła sobie niczego złego. W takich momentach zaczynała rozumieć niechęć lokaja. Nie był psycholem, więc wszystko, czego doświadczała z rąk własnego ojca, a w czym Fred był zmuszony asystować, odciskało na nim piętno. Gdyby nie istniała, nie musiałby tego robić. Nie musiałby podrzynać gardło matce swojego szefa, nie musiałby sprzątać piwnicy po akcji z kwasem, nie musiałby jej trzymać i pilnować, aby patrzyła, kiedy...

 

Zastanawiało ją, jakim cudem po tym wszystkim mężczyzna nadal lubi psy. Potrafi się do nich uśmiechać i od tak głaskać. Owszem, sama opiekowała się nimi, ale nie potrafiła już wykrzesać do czworonogów nawet krztyny sympatii.

 

Fred westchnął ciężko i skinął głową, przyznając jej rację.

 

- Uważaj, co robisz. Jeżeli będziesz miała poważniejszy wypadek oboje wpakujemy się w kłopoty. I nie tylko my. Rozumiesz, co mam na myśli?

 

Rozumiała aż za bardzo. Na samą myśl, co wtedy się stało i co mógłby zrobić ojciec czystej złośliwości, cierpła jej skóra.

 

- Tak. Będę uważać.

 

Tyle starczyło lokajowi. Skinął i szybkim krokiem udał się w stronę kuchni. Jako że pani Q miała dzisiaj wychodne, to do niego należało przygotowanie obiadu. Nie lubił gotować, a przynajmniej nie dla niej, nie tutaj. W przeszłości, dla swojej rodziny, chłopaka – może. W końcu robił to całkiem dobrze. Ludzie naprawdę nielubiący gotowania, podobno rzadko posiadają jakiekolwiek umiejętności kulinarne... Gdzieś o tym czytała.

 

Wzdychając, pokuśtykała do łazienki, gdzie niezwłocznie posmarowała stłuczenia odpowiednią maścią – wolała, żeby po powrocie ojciec nie dostrzegł zbyt wielu sińców – po czym wróciła do swojego pokoju i padła na łóżko.

 

- Nie wiem jak pan, ale ja mam dość tego treningu... Przynajmniej na jakąś godzinę. Może mała przerwa? Znaczy przynajmniej do obiadu.

 

Oczywiście nie oczekiwała odpowiedzi ze strony Aftona, w końcu, na razie, mogli się porozumiewać jedynie przy pomocy konsoli, jednak miała nadzieje, że się z nią zgadza. Względny, emocjonalny spokój, brak uderzenia gniewu czy frustracji odebrała jako potwierdzenie swych domniemań.

 

Nagle poczuła jak palce jej lewej dłoni się poruszają. Same. Bez udziału jej woli.

 

- O rety, udało się panu – wymamrotała, patrząc jak jej ręka się unosi, wskazując na komputer.

 

Wczoraj Afton wpadł na pomysł alternatywnego sposobu komunikacji. Otóż zastanawiał się czy będzie możliwe opanowanie tylko jednego fragmentu jej ciała, lewej ręki. Wtedy, w razie potrzeby, mógłby pisać jej wiadomości na komórce, bez konieczności przejmowania całego ciała. Oczywiście musiałby przy tym nabrać wprawy w posługiwaniu się lewą dłonią, bo, podobnie jak ona, był praworęczny.

 

Musiała przyznać, że do pomysłu Aftona odnosiła się raczej sceptycznie. W końcu, skoro wymiana kontroli nad ciałem sprawiała im tyle trudu, to co dopiero to. Pokręcona współkontrola. Jednak, jak się właśnie okazało, Afton trafił w sedno. Dał radę „opętać" jej rękę. Co prawda nadal to ona dowodziła ciałem i mogła w każdej chwili wyrwać dłoń z władzy mężczyzny, ale póki pozwalała mu na swobodę, mógł niemal dowolnie poruszać kończyną.

 

Podeszła do komputera, włączyła go i czekała. Jej lewa dłoń poruszyła się, sięgnęła do myszki i uruchomiła edytor tekstu. Potem niezdarnie wystukała na klawiaturze:

 

„W rozmowie z Fredem powiedziałaś „znowu" o popełnianiu samobójstwa. Ten raz w restauracji nie był jedyny?"

 

Uniosła brwi. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewała się takiego pytania. Myślała, że Afton poprosi ją o rozmowę w wirtualnej rzeczywistości albo skomentuje jakoś ich obecne postępy. Tymczasem zaczął wypytywać ją o przeszłość, cholera wie po co.

 

Westchnęła. Nie widziała sensu w tej rozmowie, ale czuła, że jeżeli nie odpowie, pytanie będzie wracać.

 

- Nie, to nie był jedyny raz. Jakiś czas później próbowałam skoczyć pod ciężarówkę, ale przechodzień mnie uratował. Ojcu powiedziałam, że się potknęłam. Nie uwierzył, ale jako że nie miał dowodów, że było inaczej, nie wyciągnął konsekwencji. Potem nałykałam się środków przeciwbólowych i nasennych, które popiłam alkoholem. Odratowano mnie, a ojciec zadbał o to, aby wybić mi pomysł z odebraniem sobie życia raz na zawsze z głowy.

 

Ręka się poruszyła, stukot klawiszy wypełnił pokój.

 

„Co to znaczy?"

 

- Powiedział, że moje samobójstwo zostanie potraktowane jak ucieczka i pani Q oraz jej rodzina zapłacą za nie życiem. No i ukarał mnie. Nie tylko szczypce i obcęgi z piwnicy służą mu do torturowania, ma też specjalna apteczkę, a w niej sporo substancji rozstrajających układ nerwowy. Sprawiających, że człowiek nie ma pojęcia, gdzie się znajduje, nie może powiedzieć, gdzie góra, a gdzie dół, a mimo tego, towarzyszy mu przerażające uczucie spadania. W dodatku każdy bodziec przybiera na sile do niewyobrażalnych rozmiarów. Światło oślepia, jakby chciało wypalić oczy, najlżejszy zapach wydaje się odurzający, bicie własnego serca przypomina dudnienie, a dotyk... Zwykłe uczucie materiału dotykającego ciała, ucisk na podłoże, ciężar języka w ustach mogą doprowadzić do obłędu. W dodatku ta forma tortur ma tę zaletę, że nie pozostawia żadnych śladów. Oczywiście, jeżeli przeprowadzi się ją prawidłowo, a torturowany przeżyje i zachowa rozum.

 

Uśmiechnęła się krzywo do siebie. „Zachować rozum". Większość życia balansowała na granicy załamania, obłędu. Czy to, że jeszcze nie spadła w otchłań, tylko raz przechylała się w jedną stronę, raz w drugą stronę, kwalifikowało się jako „zachować rozum"?

 

„Nie pokazałaś mi tego".

 

- Tak jak i pan nie pokazał mi swoich doświadczeń w formie cyfrowego bytu – mruknęła, czując wzbierającą w sobie złość. Nie swoją złość. – Co prawda, kiedy poczęstowałam pana swoimi wspomnieniami, uważałam pana za wroga, więc teoretycznie powinnam, ale... Cóż, powiedzmy, że są poziomy skurwysyństwa, których wolę unikać. Podobnie jak wspomnienia, do których wolę nie wracać.

 

„Twój ojciec zasługuje, na to, żeby zginąć nie raz, a sto. W cierpieniu i strachu."

 

Tak, w tej kwestii nie mogła się nie zgodzić z Aftonem, jednak nie mogła nie dostrzec w jego słowach swoistej ironii... W końcu sam przeżył aż trzy „śmierci". W tym dwie w płomieniach.

 

- Dzisiaj sobie pan jeszcze posłucha, jaki to „wspaniały i cudowny człowiek", kiedy będziemy wieczorem sprawdzać podsłuchy – mruknęła. – Miejmy nadzieję, że tym razem usłyszymy coś, co nam obojgu pomoże, a nie...

 

Ze strony Aftona napłynęła kolejna fala gniewu, która zmieszała się z jej własną goryczą. Słuchanie raz po raz wypowiedzi mężczyzny brzmiącego zarazem jak rasowy mafiozo i jak kompletnie obłąkany przywódca religijny, jeden z tych z ogniem w oczach i jadem na języku, nie jest szczególnie przyjemną rozrywką. Szczególnie, jeżeli ów mafiozo-przywódca doradza swojemu apostołowi sabotaż instalacji elektrycznej w domu dla młodocianych matek z trudnych rodzin, „żeby spalić te wszystkie szkodniki i złe ziarno za jednym zamachem". Szczególnie, jeżeli apostoł podchwytuje poradę z wielkim entuzjazmem, a słuchający już wie, że za parę dni, może tygodni, zobaczy w telewizji reportaż o „tragicznym wypadku"...

 

Najgorsze w tym wszystkim było, że nie mogli nic zrobić. Ani ona, ani Afton. Pozostawało im tylko bezradnie siedzieć i słuchać, czekając na nadejście nieszczęścia. Takie coś... Takie coś pożerało od środka. Niszczyło jak rak.

 

Po obiedzie, całkiem smacznym, ponownie zajęli się „tasowaniem świadomości", jak to określił Afton, wymieniając się kontrolą nad ciałem... Tym razem ostrożniej, niż poprzednio. Szło im coraz lepiej, jednak nadal pojawiały się problemy. W ruchu kompletnie nie dawali sobie rady, a nawet kiedy się nie ruszali, „tasowanie" zajmowało zbyt dużo czasu. Oczywiście nawet takie coś było lepsze niż nic, jednak to, co na razie osiągnęli nie zadawalało ani jej, ani Aftona. Rzecz w tym, że zarówno on jak i ona nie mieli pojęcia, czy osiągnięcie lepszego wyniku jest w ogóle możliwe. W końcu nikt przed nimi tego nie robił, a jeżeli nawet, to raczej nie zostawił żadnych wskazówek dla potomności. Sprawdzała, bo w akcie desperacji przejrzała parę stron o zjawiskach parapsychicznych i paranormalnych, licząc, że znajdzie tam, coś co im pomoże. Nie tylko w „tasowaniu", ale też w odkryciu tego, jak nekromanci wcielali ludzkie jaźnie w robotyczne powłoki. W końcu wszystko to miało wymiar bardziej okultystyczny, niż naukowy. Niestety nie natknęła się na nic wartego uwagi, aczkolwiek musiała przyznać, że niektóre z artykułów o golemach, opętaniach i dybukach były całkiem interesujące, chociaż bezużyteczne.

 

Kiedy po raz kolejny wylądowała na podłodze, próbując przejąć kontrolę nad ciałem w trakcie powolnego spacerku, poirytowana, biorąc głęboki wdech na uspokojenia, wlepiła spojrzenie w ścianę. W powoli tykający na niej, staromodny zegar tarczowy, a w głowie zaświtała jej myśl.

 

- Musimy spróbować działać jak koła zębate w zegarze – mruknęła. – Wspólnie, jednocześnie, ale w przeciwne strony. Kiedy pan wkracza, ja się wycofuję, powoli i płynnie... Tak, że będzie jeden moment, kiedy wspólnie kierujemy ciałem. O ile się tak da. Nie mam pojęcia, czy to wykonalne, ale skoro jest pan w stanie sterować moją ręka, podczas kiedy ja mam kontrolę, to chyba powinno być. Ale to może jutro, bo dzisiaj to już mnie wszystko boli. Poza tym mamy materiał do przesłuchania, prawda?

 

Brak jakiejkolwiek odpowiedzi uznała za zgodę, dlatego wstała i z ulgą zatopiła się w cudownie miękkim fotelu komputerowym. Minutę, może dwie posiedziała z zamkniętymi oczyma, ciesząc się z chwili spokoju, po czym uruchomiła komputer i z mieszanymi uczuciami sięgnęła po konsolę NVR. Z jednej strony cieszyła się, że znowu zobaczy Aftona, do którego z każdym dniem coraz bardziej się przywiązywała, z drugiej naprawdę nie lubiła przesłuchiwania nagrań z podsłuchów. Co prawda nie każdy dzień ojca był wypełniony knuciem, planowaniem morderstw i przestępstw, ale nawet te neutralne nagrania zawierały nieprzyjemny wydźwięk. Poza tym należy też pamiętać, że był prokuratorem, zajmującym się cudzymi zbrodniami. Tym, żeby zostały ukarane... Przynajmniej te, z którymi nie miał nic wspólnego, których – o dziwo – nie brakowało.

 

Po chwili trafiła do swojego wirtualnego pokoju, gdzie zmaterializowała się – jak zwykle – siedząc na łóżku, naprzeciwko fotela zajętego przez królika o groteskowym uśmiechu. Projektanci elektronicznej postaci zapewne nie podejrzewali, że znajdzie się osoba, w której widok psychopatycznego oblicza będzie wzbudzał sympatię. Tak jak i nie przypuszczali, że wcieli się w nią mimowolny morderca uwikłany w zakrawający na fantastyczny horror zbrodniczy spisek.

 

Chociaż niewykluczone, że ktoś przypuszczał. To, jak Afton trafił do gry... Życie już dawno nauczyło ją, żeby nie ufać przypadkom.

 

- Jak się czujesz po tym wszystkim? – zapytał królik. – Zmęczona?

 

- Chyba pan wie. W końcu dzielimy to samo ciało, prawda?

 

- Prawda, chodziło mi raczej o wymiar psychiczny. Dla mnie dzisiejsze ćwiczenia były dość wyczerpujące, szczególnie próby „opętania" twojej ręki.

 

Zastanowiła się i lekko skinęła głową.

 

- Jestem zmęczona, ale nie wyczerpana. W każdym razie nie bardziej niż wczoraj. Natomiast, co do ręki, to warto byłoby uprzedzić, czego pan próbuje. Może wtedy poszłoby łatwiej.

 

- Wtedy nie miałoby to sensu. W końcu, kiedy będę chciał się z tobą skontaktować bez konsoli, także nie będę miał cię jak o tym powiadomić, prawda?

 

- W sumie racja.

 

Westchnęła ciężko. Afton również. Przez chwilę siedzieli w milczeniu spoglądając na siebie nawzajem. Pogrążeni w swoich myślach. Oboje zdawali sobie sprawę, że to tylko odwleczenie nieuniknionego – odsłuchiwania tych pieprzonych nagrań. Rozmów i monologów, z których nawet te najbardziej naturalne i pozornie uprzejme ociekały fałszem i skrywaną pogardą wobec „głupich, małych ludzików". Coleen rzygać się od tego chciało, miała dość ojca na co dzień, a tu jeszcze musiała go wysłuchiwać „po godzinach". Jednak nie miała wyboru, zobligowała się przecież pomóc Aftonowi, prawda?

 

Spojrzała na dłonie królika, splecione razem na kolanach, ściskały nawzajem swoje palce, co – jak już się nauczyła – stanowiło wyraźny objaw zdenerwowania mężczyzny. Tego, że tłumiony wewnątrz gniew usiłował się przebić na powierzchnię. Zastanawiała się, czy związane to było z czekających ich odsłuchem, czy może tym, co opowiedziała mu o swojej ostatniej próbie samobójczej? A może jednym i drugim? Nie potrafiła określić. W każdym razie zauważyła, że Afton częściej reaguje gniewnie na jej ojca, niż na wspomnienia zbrodni Michaela i tego wszystkiego, czego doświadczył. Dziwiło ją to. W końcu po czymś takim powinien ziać rządzą zemsty i sprawiedliwości dla siebie i dla tych wszystkich dzieciaków. Przeć do celu nie rozglądając się na boki. Nie przejmować się ojcem i nią, a przynajmniej tak bardzo. Co go rozpraszało? Fakt, że jaśnie pan prokurator Lesinsky był na wyciągnięcie ręki, a Michael i nekromanci gdzieś tam daleko? Czy może frustracja związana z tym, że przez jej ojca został tymczasowo uwięziony w martwym punkcie?

 

Westchnęła. Nie rozumiała tego faceta. Ale naprawdę go lubiła. Naprawdę zazdrościła Michaelowi, że miał takiego ojca i nie potrafiła pojąć, jak mógł tak jemu i sobie zniszczyć życie. Ta historia... Naprawdę, czysta abstrakcja. Zupełnie jakby Mike miał zbyt łatwe i przyjemne życie, i postanowił sobie poszukać zgryzot na siłę, krzywdząc przy okazji wszystkich wokół.

 

Przywołała wirtualną konsolę i wyświetliła pliki nagrań z ostatniego dnia. Ciężko wzdychając nacisnęła „odtwórz". Tak, jak przypuszczała, niedługo pożałowała, że to zrobiła, jednak nie dlatego, bo ojciec planował coś szczególnie morderczego.

 

Na początku było normalnie. Spotkania z politykami, ważne rozmowy, proszony lunch, potem kolacja. Wszystko tyczyło się oficjalnych zajęć ojca, współpracy pomiędzy prokuraturami poszczególnych miast, planowaniu działań policji, sądownictwa i tak dalej. Nic ważnego, przynajmniej z perspektywy ich sprawy. Większość nagrania raz po raz przewijała. Jednak w końcu natknęli się na coś... Trudno by rzec interesującego, jednak miało to znaczenie. Przynajmniej dla niej.

 

Ojciec zaczął omawiać jej przyszłość z którymś ze swoich apostołów. To, od kiedy ma zacząć pełnić swoją „wyznaczoną przez przeznaczenie i naturę rolę".

 

Gdy tylko to usłyszała, zadrżała. Uderzyło w nią poczucie dogłębnej ohydy i bezradności. Wyciągnęła nawet rękę, niemal odruchowo chcąc przewinąć nagranie, ale Afton ją powstrzymał. Groteskowa, królicza twarz mężczyzny jak zwykle nic nie wyrażała, ale jego gniew był wyczuwalny nawet wirtualnej rzeczywistości.

 

Słuchali. Ojciec mówił o niej jak o jakimś ochłapie mięsa, rozpłodowej krowie, którą należy zaprowadzić do pokrycia. Na jej szczęście jednak, nie planował zrobić tego nazbyt szybko. Małżeństwo córki w nazbyt wczesnym wieku, mogłoby zwrócić na niego zbędną uwagę, dać powód do plotek. Zamierzał to zrobić dopiero, gdy Coleen ukończy dwadzieścia jeden lat i uzyska całkowitą pełnoletniość. Miał nawet plan, jak to zrealizować. Zamierzał wszystko zorganizować tak, aby wyglądało, że poznała swojego „ukochanego" na studiach, a potem wyreżyserować typowe love story.

 

Kiedy słuchała o tym wszystkim, ogarniało ją obrzydzenie. Potworny, wchodzący pod skórę wstręt do ojca i do własnego, chorego genotypu. Do tego całego popierdolenia. Jednak teraz przynajmniej wiedziała, co ją czeka. Jak ojciec ma zamiar to zacząć. Ile czasu jej zostało. Mogła się przygotować. Niby miała już wstępny plan położenia kresu swemu choremu rodowi, ale to był tylko zarys. Potrzebowała szczegółów. Nie spodziewała się, że uzyska je właśnie teraz, siedząc obok faceta, który miał problemy nawet bardziej porąbane od niej. Obok mężczyzny, który myśląc o panu prokuratorze Lesinskym odczuwał gniew większy nawet od tego jej.

 

- W listopadzie kończysz osiemnaście lat – mruknął, na w poły do niej, na w poły do siebie. – Trzy lata, żeby posłać sukinkota na tamten świat, razem z jego kółkiem różańcowym... Chyba musimy się spieszyć.

 

Nie skomentowała, chociaż kusiło ją, aby powiedzieć Aftonowi, żeby sobie odpuścił. Już dawno pogodziła się ze swoim losem. Z tym, co musi zrobić i co ją czeka. Niektóre historie zwyczajnie nie mogą zakończyć się happy endem. Niektórzy ludzie nie mogą zostać ocaleni... Z wielu względów.

 

Pomijając słowa Glitchtrapa milczeniem, Coleen przewinęła kawałek do przodu. Pierw toczące się rozmowy zakrawały – jak na poziom jej ojca – na zdawkowe. Jednak, kiedy ten zaczął planować zlikwidowanie jednego z lokalnych gangów narkotykowych, który zaczął przeszkadzać mu w interesach i „utrzymaniu czystości miasta", Afton cały zamienił się w słuch. Szczerze powiedziawszy, nie do końca pojmował czemu. W końcu jedyną różnicą między tą „eliminacją szkodników", jak rzecz mało subtelnie nazwał jej tatuś, a omawianymi wcześniej, miało być to, że wszystko rozegra się tutaj, w Goldbrook. W ich zasięgu. Jednak, co takiego to zmieniało?

 

Afton nie pozwolił jej długo czekać na odpowiedź.

 

- Czy myślałaś o znalezieniu sobie sojusznika wśród przestępców? – zapytał, pauzując nagranie. – Niekoniecznie wśród morderców, ale dilerów albo gangu złodziei?

 

Zastanowiła się.

 

- Tak. Na początku. Jednak obracanie się w takim towarzystwie prędzej czy później zwróciłoby uwagę ojca. Naprawdę wolę nie myśleć o konsekwencjach. Już wymiana substratów do produkcji narkotyków, na hm... Środki płatnicze stanowiła wystarczające ryzyko.

 

- Nie chodzi mi o obracanie się w środowisku, ani nawet kontakt z tymi, którzy wsiąkli całkiem w światek przestępczy, tylko...

 

Wzdychając, królik wstał i zaczął przemierzać pokój w te i we w te ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Wyraźnie intensywnie nad czymś myślał. Coleen obserwowała jego bezcelową, nerwową wędrówkę z zainteresowaniem. Jedną z wielu rzeczy, jaką ceniła sobie w towarzystwie Aftona, był fakt, że posiadał nieco inne spojrzenie na wiele spraw niż ona sama. Pomagało to im obojgu. Ona patrzyła na jego historię świeżym okiem, znajdując w niej szczegóły, na jakie on wcześniej nie zwrócił uwagi. Podobnie on patrzył na jej życie, dostrzegając luki w murach wzniesionych przez prokuratora, na których nie wiedziała.

 

- Co, gdybyś znalazła jakiegoś pionka? – Afton podjął wątek. – Nikogo ważnego, kogoś, kto trafił do tego całego bałaganu przypadkiem i niespecjalnie zależy mu na tym, żeby w nim zostać? Gdybyś dotarła do kogoś takiego, dajmy na to, z właśnie tej grupy przestępczej i ostrzegła go przed pułapką, ale TYLKO, jego, może by się jakoś odwdzięczył za ocalenie życia? W końcu nawet pionki muszą mieć mniejsze lub większe dojścia, chociażby lekarzy prowadzących nielegalne praktyki, techników, elektroników. Może któryś z nich wiedziałby jak oszukać nadajnik w twoim ciele, albo chociaż go wyjąć, tak, aby nie włączyć alarmu?

 

Zamilkła. Jakoś... Jakoś nigdy nie przyszło jej to na myśl. Inna rzecz, że już od dawna nie odczuwała potrzeby opuszczania miasta bez wiedzy ojca. I tak nie mogła od niego uciec, wiązał ją gruby łańcuch spleciony z żyć innych ludzi oraz sumienia. Dlatego przestała szukać rozwiązania i nie widziała go, nawet gdy pojawiło się tuż przed jej nosem.

 

- Jason – mruknęła.

 

- Słucham?

 

- Jason, brat Chloe. Tej Azjatki, która mnie zaatakowała – wyjaśniła. – Ten diler. Wiem, że wplątał się w to całe bagno przez siostrę, bo podpieprzyła jakiemuś ważniakowi prochy. Plotki mówią, że laska zaczęła ćpać, jak miała około trzynastu lat. Podobno i wcześniej sprawiała poważne problemy, odwalała chore akcje. Zresztą gołym okiem widać, że jest poważnie zaburzona. Trish, druga z dziewczyn, z którymi się biłam, trzyma z nią tylko ze względu na Jasona. Prosił, żeby pilnowała, aby Chloe nie wpakowała się w jakieś większe kłopoty. Jak widać średnio jej wychodzi.

 

- Jason należy do tej grupy? – zapytał z wyraźnym zainteresowaniem.

 

- Nie mam pewności. Muszę sprawdzić w papierach ojca, on ma tam wszystko dokładnie rozrysowane. Ale, jeżeli tak byłoby, mielibyśmy szansę. Jest dość rozsądny i chociaż nauczył się cieszyć swoim obecnym statutem, na pewno z chęcią wyfiksowałby się z tego wszystkiego. Zajął czymś bezpieczniejszym, a przynoszącym pieniądze, dzięki czemu mógłby zapewnić babci naprawdę spokojną starość. Tym bardziej, jeżeli zaczną się kłopoty. Raczej nie jest zbyt chętny na wycieczkę na tamten świat.

 

- Znaczy nim i Chloe zajmuje się babcia?

 

- Tak, ich rodzice zginęli, kiedy Jason miał bodajże dwanaście lat.

 

- Piekielnie dużo o nich wiesz.

 

Uśmiechnęła się krzywo. Tak, wiedziała piekielnie dużo o wszystkich wokół siebie. Dzięki temu łatwiej unikała niepotrzebnych starć. Poza tym nigdy nie wiadomo, co człowiekowi może się przydać.

 

- Lubię słuchać plotek. Taki niedobry nawyk z mojej strony – mruknęła. – W każdym razie muszę prześwietlić papiery ojca pod kątem członków lokalnych grup przestępczych, którymi na razie pośrednio dyryguje, a które prawdopodobnie staną się dla niego niewygodne w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Bo nawet, jeżeli Jason okaże się bezużyteczny, to niewykluczone, że jest ktoś w podobnym do niego położeniu. Ktoś wplątany...

 

Afton zamilkł na chwilę, wyraźnie zamyślony. Jego palce wystukiwały cichy rytm na poręczy fotela.

 

- Mimo wszystko mam nadzieję, że Jason okaże się dobrym trafieniem – mruknął. – zrobił na mnie dość pozytywne wrażenie. Dość rozsądny, a nawet na swój sposób miły. Sympatyczny... Chociaż nieco nerwowy. Gdyby nie podobieństwo fizyczne, w życiu bym nie powiedział, że jest spokrewniony z Chloe.

 

Zaskoczona uniosła brwi do góry.

 

- Spotkałeś go? – zapytała.

 

- Tak. Wtedy, gdy przejąłem władzę nad twoim ciałem – mruknął, a kiedy wspomniał o przejęciu ciała uciekł wzrokiem nieco w bok. Czyżby się wstydził? Nie rozumiała czemu. W końcu nie tyle on odebrał jej ciało, co ona zdała mu kontrolę nad nim, usiłując uciec od rzeczywistości. – Wpadłem na niego po sesji u doktor Taylor. Chciał przeprosić za zachowanie Chloe. Wyglądał na cholernie przejętego. Kiedy powiedziałem mu, że wszystko w porządku... Dzieciaka niemal rozniosło ze szczęścia. Albo ulgi.

 

No, o tym nie wiedziała. Najwyraźniej miało to miejsce wtedy, kiedy tkwiła w najgłębszej otchłani przestrzeni psychicznej, usiłują nic nie widzieć, nie słyszeć i nie czuć. W każdym razie, cieszyła się, że Afton jej o tym powiedział.

 

- Znaczy Jason ma u mnie już jeden dług. Dług zaufania i dobrej woli... – zamyśliła się. –Powinien łatwiej dać wiarę, jeżeli go przed czymś ostrzegę, a jednocześnie pogłębi to jego dług. W związku z czym, jeżeli ma chociaż odrobinę honoru, niewykluczone, że naprawdę mi pomoże... A może nawet przyłoży się do tej pomocy. Jednak, w przypadku tego typu ludzi, niczego nie można brać za pewnik. Większość z nich wyznaje filozofię szczura. Bierz ile możesz i uciekaj póki możesz.

 

- Niezbyt miłe porównanie.

 

- Czy ja wiem? Szczury to bardzo inteligentne stworzenia. Poza tym tego typu zachowanie umożliwia przetrwanie w świecie, gdzie pies zjada psa, bez bycia jednym z psów. A niestety osoby należące do jego grupy społecznej i środowiska obracają się w takim świecie, zwykle nie widząc z niego wyjścia.

 

- Tak jak ty ze swojego piekła? – zapytał, wyraźnie coś sugerując.

 

- Może znajdzie się jedno podobieństwo albo dwa, jednak moja sytuacja jest nieco inna, prawda? – mruknęła ponuro. – Oni mogą po prostu wstać i odejść... Zwykle nie ryzykując przy tym życia osób trzecich i nie ściągając na siebie losu wiecznego uciekiniera. Ściganego przez psychopatę.

 

Afton westchnął i zamilkł, odpływając w świat swoich myśli. Nie przeszkadzała mu. Sama... Cóż, trudno powiedzieć, że rozmyślała o czymś konkretnym, ale odczuwała swego rodzaju psychiczny natłok. Pomysł Aftona, plany ojca odnośnie jej przyszłości, Jason... Do tego problemy z wymianą kontroli nad ciałem, wiążący ją nadajnik lokalizacyjny, rodzinny dom Aftonów oraz fakt, że na razie nie posunęli się nawet odrobinę w swoim śledztwie. Nie tak naprawdę. W dodatku, nadal nie miała pojęcia, jak znaleźć Aftonowi nowe ciało i go do niego przenieść. Pierwszy raz od dłuższego czasu usiłowała rozwiązać kilka problemów na raz, a że były to problemy niebanalne i zazębiające się ze sobą, przeskakiwała od jednego do drugiego, nie potrafiąc się nad żadnym dostatecznie długo skupić. Piekielnie męczący stan. I frustrujący.

 

- To kiedy sprawdzisz Jasona? – zapytał Afton, wyrywając ją z chaosu myśli.

 

- Jutro. Po dzisiejszym upadku ze schodów Fred pewnie zrobił się czujny, więc lepiej nie nadużywać naszego szczęścia. Poza tym, jak zapewne pamiętasz, Tim ostatnio nas zamęczał o kolejną rozgrywkę Word Adventures. Nie wypada mu odmawiać, szczególnie, że zbiera dla nas informacje, prawda?

 

„Poza tym chętnie cos dzisiaj rozwalę. Nawet jeżeli ma to być tylko pokraczny, rażąco kolorowy cyfrowy twór" – dodała w myślach. Naprawdę musiała odreagować... Szczególnie to, co mówił ojciec, o jej przyszłości. Co prawda i tak zdawała sobie sprawę, co ją czeka, a teraz przynajmniej wiedziała, ile jej czasu pozostało, jednak... Za każdym razem, kiedy o tym myślała, coś jakby ją rozpierało. Czuła ten ucisk... Musiała odreagować, po prostu musiała.

 

- Zbiera, ale na razie jeszcze nic nie znalazł.

 

- Ale znajdzie – mruknęła z pewnością. – Tim to nie koleś, który się dzieli błahymi strzępami informacji. On szuka, wygrzebuje wszystko, co potrzebne, a potem jeszcze z dwa razy więcej, kładzie to przed tobą i patrzy jak zbierasz szczękę z ziemi. Szczerze, nie zdziwiłabym się nawet, gdyby sam rozwikłał to wszystko... Jeżeli jest to możliwe do rozwikłania poprzez sieć.

 

- Znaczy to taki Herkules Poirot przestrzeni cyfrowej, tak? – Afton uśmiechnął się krzywo. – Tylko, że ogolony, w kostiumie fioletowej pszczoły, z biustem większym niż fotomodelki i bezpośredniością bagnetu wbitego w trzewia?

 

Coleen spojrzała na królika i parsknęła krótkim śmiechem, wyobrażając sobie wykreowanego przez Agathę Christie detektywa w wersji ala Tim. Wizja miała ją prześladować do końca wieczora.

 

***

 

William nie miał pojęcia, czy podziwiać bezczelność niektórych działań Coleen, czy może się jej bać. To jak ostentacyjnie weszła do gabinetu prokuratora i zaczęła przetrząsać szuflady, i pliki na komputerze, sprawiło, że zaczął dygotać... Czy raczej zacząłby, gdyby to on miał we władzy ciało. Jednak nastolatka wkroczyła do pracowni jak do siebie, nie zaszczycając przeklętego obrazu Wieży Babel nawet spojrzeniem. Później usprawiedliwiła to słowami, że ojciec nigdy nie zabronił jej wchodzić do gabinetu, a Fred nigdy nie dostał polecenia, aby nie pozwalać jej tam myszkować, więc teoretycznie nie robiła niczego niedozwolonego. Oczywiście, gdyby lokaj zobaczył jak grzebie w aktach, na pewno powiedziałby jej do słuchu i – delikatnie rzecz ujmując – wyprosił z gabinetu, jednak wzmożona ostrożność, wzbudziłaby jego podejrzliwość. Stanowiłaby jawny znak, że robi coś „złego"... A przynajmniej tak utrzymywała. William nie do końca podzielał jej zdanie, jednak poniekąd rozumiał czającą się za nim logikę. Kiedy Mike był mały, największy niepokój budziła nieoczekiwana cisza. Nagły spokój stanowił nieomylny znak, że chłopiec jest intensywnie zajęty czymś, czym nie powinien. Nie miał pojęcia, czy można zastosować tę regułę do nastolatków, jednak póki co działało. Fred nie raczył nawet zajrzeć, co robi Coleen.

 

Los okazał się łaskawy. Nie tylko, dlatego że dziewczyna nie została przyłapana na myszkowaniu po gabinecie ojca. Otóż okazało się, że Jason istotnie należał grupy, na którą pan prokurator zamierzał w niedługim czasie wydać wyrok. To dawało im pewne pole do popisu. Jednak trzeba było wszystko dobrze rozplanować... A przede wszystkim dokładnie dowiedzieć się, kiedy i w jaki sposób Lesinsky zamierza „rozdeptać zbuntowane robactwo", jak to określił. Dlatego podsłuchiwali go najczęściej jak tylko się dało, nieustannie dyskutując, w jaki sposób przekonać do siebie młodego dilera. Owszem miał dług u Coleen, jednak nie znaczyło to, że gdy tylko dowie się o zagrożeniu wiszącym nad jego szefostwem, w poczuciu fałszywej lojalności albo ze strachu nie postanowi ostrzec gangsterów. Musieli temu zapobiec. Musieli uświadomić chłopakowi, że lepiej będzie – przede wszystkim dla niego samego – jeżeli ci zginą. Niestety niezbyt wiedzieli, jak to zrobić. W końcu Coleen tak naprawdę Jasona nie znała, a on jej tym bardziej. Oczywiście zarówno ona jak i William sporo wiedzieli na temat natury ludzkiej, szczególnie jej gorszej części, ale to mogło nie wystarczyć. Dlatego postanowili śledzić go, jednak musieli zrobić to tak, aby nie zapuszczać się do dzielnicy, w której mieszkał. Niebezpiecznych slumsów, o których lokatorach prokurator miał dość jednoznaczną i bardzo niepochlebną opinię. Co prawda nadajnik w ciele Coleen posiadał spory zakres błędu, jednak Lesinsky na pewno zwróciłby uwagę, że dziewczyna krąży wokół „śmieciowego" obszaru. Dlatego pozostał im jedno, jedyne wyjście – sieć.

 

Nawiedzając nastolatkę, William miał nadzieję, że wreszcie złapie kontakt z rzeczywistością. Z prawdziwym światem. To, że mimo, iż obecnie poniekąd ciało miał, ale i tak musiał się poruszać głównie w rzeczywistości wirtualnej, zakrawało na prawdziwa ironię. Tak jak to, że ciało okazało się kolejnym więzieniem, a jego właścicielka...

 

Jego właścicielka dzieckiem, które chciał ochronić. Dla niej. Dla siebie. Dla tych wszystkich, których nie zdołał ocalić. Bo Coleen nie zasługiwała na koszmar w jakim się znalazła. Bo momentami tak bardzo przypominała mu Olivię, że to aż bolało...

 

Tylko, że na razie nie potrafił ochronić ani jej ani siebie.

 

Ironia. Gorzka ironia prześladowała go na każdym kroku. Naprawdę chciałby się wreszcie od niej uwolnić...

 

W obecnych czasach prawie każdy komputer miał kamerę. W kamery zaopatrzono także światła uliczne, budynki publiczne i wiele innych. Szczęśliwie monitoring miejski nie posiadał najlepszych zabezpieczeń, a przynajmniej nie ten rozmieszczony w gorszych dzielnicach...

 

Nie, „nie posiadał najlepszych zabezpieczeń", to małe niedopowiedzenie. Posiadał je, ale bardzo wybiórcze. Włamanie się, aby monitoring wyłączyć lub usunąć, czy też zmienić jego zapis było prawie niemożliwe. Jednak zhakowanie kamer, aby ów obraz podglądać nie stanowiło dużego wyzwania. Nawet posiadająca – wedle swoich słów – ledwie średnie umiejętności Coleen, zdołała to zrobić. Podobnie udało jej się z kamerami w komputerach Jasona i Chloe, po których i tak już krążyły dziesiątki programów szpiegujących oraz pomniejszych wirusów.

 

W końcu, pomiędzy dyżurami w schronisku, zajęciami wynajdywanymi przez prokuratora i jego podsłuchiwaniem, zaczęli bezczelnie podglądać chłopaka. Owszem, Jason miał około dwudziestki, ale dla Williama był jeszcze dzieciakiem. Dobrze pamiętał, jak to jest mieć dwadzieścia lat... Tak, pamiętał całą tę postrzeloną głupotę, naiwność i dziecinność młodzieńczego wieku, chociaż teraz zdawało mu się, że od czasu, gdy sam tego doświadczał, minęły całe wieki, a może nawet milenia. W każdym razie, po raz kolejny skończył obserwując jakiegoś smarkacza. Najpierw Coleen, a teraz dilera. Zastanawiał się, czy to kolejny przejaw prześladującej go pokrętnej ironii, czy może fatum usiłuje mu coś przekazać. A jeżeli tak, to co...? W sumie chyba wolał nie wiedzieć

 

Jason okazał się być dobrym chłopcem z musu robiącym złe rzeczy... Chociaż nie tak złe jak mógłby robić. Owszem, sprzedawał narkotyki, ale nie dzieciakom poniżej piętnastki. Kradł, ale nie okradał tych naprawdę biednych. Nigdy nie używał przemocy, za to przemocy często używano wobec niego. Nie tylko tej... klasycznej. William miał nieszczęście przekonać się o tym na własne, wirtualne oczy.

 

Tego popołudnia, po wykonaniu codziennej, domowej rutyny, wraz Coleen przeniósł się do wirtualnej rzeczywistości, gdzie – jak czynili to każdego dnia od prawie tygodnia – zaczęli przesłuchiwać nagrania z podsłuchów. Niestety tym razem mikre urządzenia nie zarejestrowały niczego znaczącego, dlatego też szybko przeszli do podglądania Jasona. Nie, żeby jego życie stanowiło coś szczególnie interesującego czy przyjemnego. Większość dnia przebywał na zewnątrz szlajając się po uliczkach i wciskając prochy rozmaitym podejrzanym typom albo rozliczając się z członkami gangu. William, choćby chciał, nie mógł nazwać obserwowania chudego Azjaty czającego się w rozmaitych zaułkach i cichcem zaczepiającego „odpowiednich" ludzi pasjonującym. Tym bardziej, że jakość miejskiego monitoringu nie porywała. Owszem, bez problemu dawało się rozróżnić sylwetki i twarze, ale w porównaniu z kamerami komputerów domowych i grafiką gier... Cóż, najwyraźniej nowoczesna elektronika i przestrzeń neurowirtualna rozpieściły jego zmysł wizualny.

 

Na początku nie działo się nic nazbyt interesującego. Jason zaliczał kolejny dzień jak co dzień, a William jedynie pobieżnie śledził jego poczynania, dzieląc uwagę między obserwację, a rozmowę z Coleen. Ostatnio na oficjalnej stronie Fazbear Entertainment znaleźli zapowiedź halloweenowego DLC do „FNaF: Potrzebna pomoc" i oboje dyskutowali nad możliwością znalezienia w nim wskazówek na temat tego, co autentycznie działo się przed laty. Mężczyzna szczerze wątpił, aby trafili tam coś nowego, jednak stanowczo stwierdził, że powinni przejść grę. Swoje zdanie argumentował stwierdzeniem, że to na pewno „nie zaszkodzi, a może pomóc". Był to argument szczery, aczkolwiek nie do końca związany z ich sprawą. Po prostu uważał, że dziewczyna od czasu do czasu musi się oderwać od tego wszystkiego, a gry komputerowe stanowiły dobrą odskocznię. Ostatnio sięgała po nie jedynie na prośby Tima, a tak to nieustannie tkwiła przed ekranem, podsłuchując ojca, śledząc Jasona albo usiłując powiązać w jakiś wzór strzępy informacji, jakie posiadali. Chciałby, aby raz na jakiś czas wyszła na zewnątrz, przeszła się do parku lub porobiła cokolwiek innego, ale do tego nie mógł jej zmusić. Szczęśliwie miała ten wolontariat w schronisku i codziennie wyprowadzała psy, bo w przeciwnym razie całe dnie spędzałaby w czterech ścianach.

 

Nagle jego rozważania a propos efektów zdrowotnych nieustannego przesiadywania w domu, przerwała szamotanina na wirtualnym ekranie. Jakiś napakowany Latynos szarpał młodego dilera. Sądząc po barwach, jakie nosił agresor, należał do tej samej grupy, co Jason. Żadne z nich – ani Coleen, ani William – nie mieli pojęcia, o co mogło chodzić, ale najwyraźniej chodziło o coś poważnego, bo młodzik uciekł. Z płaczem.

 

Czemu płakał okazało się pół godziny później... Szczerze powiedziawszy, William wolałby tego nie widzieć, żyć dalej w nieświadomości. Przypuszczał, że Coleen również.

 

Chłopak wrócił do swojego domu, gdzie nawrzeszczał na siostrę, bo ta – jak się okazało – po raz kolejny okradła jego dostawcę. Krzyczał, że teraz będzie musiał wszystko odpracować, że ta go niszczy, nawet zaczął nią potrząsać. Chloe pierw go przepraszała, udając skruchę, lecz szybko owe przeprosiny przerodziły się w zaprawiony wyrzutami kontratak. Wybuchła awantura, w trakcie której narkomanka raz po raz powtarzała bratu, że rodzice kazali mu opiekować się nią. Był to jej jedyny argument... Przynajmniej do czasu.

 

- Wielkie mecyje! – Chloe wrzasnęła, nie mogąc znieść słusznych pretensji brata. – Gdybym mogła, sama dałabym mu dupy, a ty robisz jakiś dramat. Nie moja wina przecież, że Diego jest pedałem!

 

William skamieniał i przeniósł ciężkie spojrzenie na Coleen. Ona z kolei spojrzała na niego. Wiedział, że oboje myślą o tym samym i miał cholerną nadzieję, że są w błędzie... Jednak po minie Coleen wniósł, że dziewczyna w najmniejszym stopniu nie trudzi się jakąkolwiek nadzieją. Jej twarz stężała, przybierając ponury wyraz, a oczy pociemniały, zupełnie, jakby padł na nią cień.

 

To wręcz niesamowite, że neurowirtualna rzeczywistość tak doskonale potrafiła odzwierciedlić wizualny aspekt emocji.

 

Afton spojrzał w ekran, gdzie młody mężczyzna, a właściwie jeszcze chłopak, usiadł na wąskim łóżku, trzęsąc się jak w febrze, po czym ukrył twarz w dłoniach. Od wielu dni obserwował jak młodzieniec z trudem ogarnia codzienne sprawy jak sprzątanie, gotowanie i zakupy. Opiekuje się schorowaną babcią, usiłuje trzymać szurniętą siostrę z dala kłopotów i prochów, które ta łykała jak cukierki. Generalnie się stara. Walczy, aby pozostać na powierzchni, zrobić z życiem coś względnie pożytecznego, mimo tego, że los wrzucił go do kloaki. Podłej dzielnicy, małego, brudnego domu i gangu, do którego trafił przez Chloe. Bo smarkula narobiła strat jednemu z lokalnych dilerów, a jej brat – jak zawsze – zebrał za nią baty. Myśl, że do tej pory Jason musiał pokutować za jej grzeszki i to w taki sposób sprawiała, że coś się w nim skręcało.

 

Niestety na myśli się nie skończyło. Niedługo potem chłopaka odwiedził Latynos, zapewne Diego. Szpetny typ, o zakazanej, ospowatej twarzy i sporej muskulaturze. Chłopak nie miał z nim szans... Czy raczej niemiałby, gdyby zamierzał stawiać opór. W końcu usługi cielesne, dobrowolne czy nie, stanowiły jedyny sposób spłacenia zaciągniętego przez siostrę długu. Alternatywną była śmierć ich obojga, a może i leżącej w jednym z sąsiednich pokoi, niedołężnej babci.

 

Nieszczęśliwie dla Jasona Latynos najwyraźniej lubił brutalność i przemoc, nawet, kiedy te nie były konieczne. Zaraz po wejściu do pokoju chłopaka, uderzył go w twarz tak mocno, że ten zatoczył się, tylko po to by po chwili zostać brutalnie rzuconym na wąskie łóżko, które zatrzeszczało złowróżbnie. Mężczyzna wspiął się na młodziaka, zrywając z niego ubrania, bijąc i powarkując nieprzyzwoitości. Ten, nie mogąc tego znieść, wtulił twarz w poduszkę, usiłując zdusić spazmatyczny szloch...

 

Wtedy właśnie Coleen wyłączyła obraz.

 

William wzdrygnął się i zdał sobie sprawę, że stoi... Stoi cały spięty z rozczapierzonymi palcami, usiłując obnażyć zęby swego karykaturalnego, króliczego oblicza. Trząsł się... Nie tylko on. Coleen też drżała patrząc na niego. W pierwszej chwili nie pojmował dlaczego, ale po kilku sekundach zrozumiał. Trzęsła się z gniewu. Dygotała wraz z nim z czystej wściekłości. JEGO wściekłości, która szturmem przetoczyła się przez umysły ich obojga.

 

Wziął mentalny odpowiednik głębokiego wdechu, jednocześnie potrząsając głową. Z trudem poskromił wrzącą w nim złość, chociaż za nic nie potrafił jej uciszyć. Gdyby dorwał tamtego sukinsyna, bez wahania urwałby mu głowę. Dosłownie. Złapałby metalowymi dłońmi Springtrapa za czerep, resztę ciała przydepnął i ciągnąłby póki kręgosłup nie oderwały się z trzaskiem od czaszki.

 

- Wybacz – sapnął, spoglądając na wlepiającą w niego spojrzenie nastolatkę. – Przepraszam, ale... Jason to jeszcze dzieciak, smarkacz, a tamten facet... To było okropne. Obrzydliwe. Gdybym tylko mógł...

 

- Wiem. Czułam – przerwała mu. – Zresztą ja chyba też... Ale, jeżeli się uda, to tamten zboczeniec zostanie sprzątnięty raz na zawsze, a Jason będzie miał spokój. Oby tylko wszystko poszło tak, jak trzeba.

 

- Masz już pomysł, jak go przekonać, że to, co mówisz to prawda? – zapytał.

 

- Chyba tak... Znaczy przekonanie go, że to, co mówię jest prawdą, nie powinno być trudne, w końcu mam nagrania. Ojciec często występuje w telewizji, więc Jason prawdopodobnie zna jego głos. Gorzej z tym, aby to przedstawić tak, aby uwierzył, że jestem po jego stronie. Żeby nie zrobił czegoś głupiego.

 

- Chloe – mruknął ze złością. – To ona jest największym problemem. Młody uważa, że powinien ją chronić, bo rodzice mu kazali. Dlatego pozwala robić to wszystko ze sobą... ale żaden, ŻADEN kochający rodzic nie poświęciłby tak jednego dziecka dla drugiego. Szczególnie, że Chloe nie da się uratować. Nie, póki sama nie będzie tego chciała, a to raczej nie nastąpi. Jest umysłowo chora. Jedynym ratunkiem dla niej mogłoby być ubezwłasnowolnienie i umieszczenie w zakładzie zamkniętym, gdzie by ją leczono... o ile leczenie przyniosłoby jakiekolwiek skutki, w co szczerze wątpię – westchnął ciężko. – Przypomina mi trochę Michaela, chociaż być może dla niego byłaby jeszcze nadzieja, gdybym w odpowiednim czasie zadziałał w odpowiedni sposób. Co do niej... Egoistyczna, agresywna, nie liczy się z uczuciami innych, patrzy na wszystkich wokół jak na zabawki, przeszkody albo rzeczy do wykorzystania. Okropna dziewucha. Trzeba jakoś go przekonać, że to, co się dzieje to tylko i wyłącznie jej wina, że musi się od niej odciąć, bo nic nie wskóra, a tylko da się pociągnąć za nią na dno.

 

Skinęła głową patrząc na niego uważnie. Jakoś tak uważniej niż zwykle, a zarazem nieco nieobecnie, jakby coś rozważała.

 

- Jak myślisz, dobrym argumentem będzie Trish? – zapytała.

 

- Słucham?

 

- Trish, jego dziewczyna. Trzymając Chloe blisko siebie, ryzykuje nie tylko tym, że sam się stoczy, ale też może zaszkodzić Trish. Laska nieco postrzelona, a jej kręgosłup moralny ma skoliozę i garba, ale jest normalna. Wszystkie klepki na swoim miejscu, a gdyby ją umieścić w lepszym miejscu, bez Chloe do pilnowania, matki alkoholiczki i tak dalej, to może byłoby z niej coś dobrego.

 

- Tak, to dobry pomysł – mruknął. – Sam na własnej skórze przekonałem się, że trzeba ratować tych, których uratować można, nawet jeżeli oznacza to podniesienie ręki na własną rodzinę. Gdybym zareagował bardziej stanowczo, kiedy Mike dokuczał Normanowi, zadzwonił na policję wtedy, w restauracji... Albo podczas tamtej bójki w kuchni zwyczajnie go... Wiele osób teraz by żyło. Wiele rodzin nie zostałoby rozbitych, a może i ja sam... Może. O ile wytrzymałbym z tym, że zabiłem własne dziecko. Własnego chłopca. Ale przynajmniej nie musiałbym przechodzić przez to wszystko. Nie skrzywdziłbym nikogo jako Springtrap. Wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Dlatego lepiej, aby dopilnował, żeby wsadzili Chloe do więzienia albo psychiatryka, albo odciął się od niej. W przeciwnym razie dziewucha skrzywdzi i jego, i Trish i wielu innych ludzi. Niewykluczone, że kogoś zabije, a wtedy i on pośrednio będzie miał krew na rękach.

 

Sam miał krew na rękach i pośrednio i bezpośrednio. Nawet, gdyby wtedy tamte dzieciaki naprawdę były już martwe, gdyby zabił je Mike, a nie wsadzenie do kostiumów... Nawet wtedy nie potrafiłby sobie tego wszystkiego wybaczyć. Tego, co spotkało Mary, jego wnuki, nieszczęśników których skrzywdził jako Springtrap w „fazie agresji" i te wszystkie dalsze tragedie, które zaczęły się dziać, bo do tego dopuścił. Bo chciał chronić syna-potwora.

 

- Rozumiem... - mruknęła Coleen. - Chyba mam pomysł jak przekonać Jasona... Chociaż to wszystko to bardzo delikatny grunt. No i bardzo ważną kwestią jest czas. Musimy koniecznie się dowiedzieć, kiedy ojciec i w jaki sposób będzie chciał wykonać wyrok. Musimy zareagować odpowiednio wcześnie, żeby Jason miał czas to wszystko przemyśleć i zaplanować, jak się wymigać, jednak nie zbyt wcześnie, żeby nie dopadły go dodatkowe wątpliwości.

 

Skinął głową. Tak, wyczucie czasu było tu kluczowe. Tak jak i skwapliwe zbieranie informacji.

 

Miał tylko nadzieję, że prokurator planuje czystkę dość szybko... Dla dobra Jasona. Naprawdę nie chciał, żeby dzieciak cierpiał dłużej niż to konieczne.

 

***

 

Początek roku szkolnego. William skłamałby mówiąc, że bawił go powrót do szkoły. Co prawda w liceum nie było źle, ale jako młodszy dzieciak... Cóż, powiedzmy, że nie należał do tych szczególnie lubianych. Parę razy wylądował z głową w toalecie, głównie dlatego, że nie zamierzał dać się nękać szkolnym łobuzom. Z wiekiem, kiedy urósł i nauczył się walczyć o swoje – niekoniecznie mięśniami – ci sobie odpuścili. Jednak zawsze pojawił się ktoś, kto musiał uraczyć go jakimś przytykiem – życie sieroty nie należało do najłatwiejszych. Szczególnie takiego, którego rodziców, chociaż ci nie byli czarni, zabił Ku Klux Klan. Plotek wokół morderstwa krążyło niemiara, tak jak i pytań, na które nie mógł odpowiedzieć, chociażby chciał. Dlatego też widok zatłoczonych przez nastolatków korytarzy, chociaż różny od tego, co pamiętał z czasów swej młodości, budził w nim niemiłe uczucia.

 

Szczęśliwie dowodząca ciałem Coleen nie miała problemu z odnalezieniem się w sytuacji. Przecinała tłum licealistów niczym rekin morską toń, nie patrząc kolegom w oczy, krocząc raźno do przodu. Nie zwracała uwagi na nikogo, nikt nie zwracał uwagi na nią. Była „duchem", osobą, której zniknięcia nikt by nie zauważył... Czy raczej nikt by nie zauważył, gdyby nie miała znanego ojca. Z nikim się nie przyjaźniła, nikogo nie nękała, nikt nie nękał jej, zresztą pastwienie się nad córką prokuratora byłoby okropnie głupim pomysłem, prawda? Miała dobre oceny, nie pyskowała i nie opuszczała lekcji, więc i nauczyciele dawali jej spokój. Idealny układ dla kogoś, kto nie mógł sobie pozwolić na to, aby ludzie nazbyt się do niego zbliżali.

 

Nieraz William zastanawiał się, jakim sposobem Tim zdołał przesadzić mur, który dziewczyna wzniosła wokół siebie. Owszem, chłopak, czy też raczej mężczyzna – nie do wiary, że ten facet miał trzydzieści cztery lata – był przesympatyczny, tryskał energią, humorem i łagodnością, ale mimo wszystko, przy wprawie z jaką Coleen odpychała świat zewnętrzny od siebie, to dziwiło. Może fakt, że przez pewien czas go potrzebowała, sprawił, że komputerowiec zbliżył się do niej? A może to, że ich miejsce spotkań w rzeczywistym świecie stanowiła pizzeria, do której zarówno Lesinsky jak i Fred rzadko zaglądali?

 

Zabawne jak bardzo różne mieli podejście do tych przeklętych pizzerii. Jemu kojarzyły się ze wszystkim co najgorsze, jej ze wszystkim co najlepsze... Do tej pory miał problem z tym nieszczęsnym, pluszowym Fazbearem, którego trzymała w pokoju. Chociaż, z drugiej strony, miło było pomyśleć, że wraz z Henrym stworzyli coś, co dało radość chociaż jednemu dziecku... Szczególnie tak skrzywdzonemu jak ona.

 

Rozbrzmiał dzwonek na lekcje. Na historię, której Coleen szczerze nie znosiła, tym bardziej, że Lesinsky tak bardzo faworyzował przedmiot. William z kolei uwielbiał opowieści o dawnych czasach, chociaż niepokoiło go, że obecnie lata jego młodości zaliczały się do „dawnych czasów", a jak na złość klasa dziewczyny akurat przerabiała czasy nowożytne. Chociaż z drugiej strony mógł nieco nadrobić to, co go ominęło, gdy był... niedostępny.

 

Za oknem zagrzmiało i nagle pociemniało. Gwałtowne, trudne do przewidzenia zmiany pogody stanowiły obecnie dość regularne urozmaicenie codzienności, mimo to gwałtowna, upstrzona błyskawicami i gromami burza śnieżna nie stanowiła pospolitego widoku. Przynajmniej nie na początku września. Skutecznie odwróciła jego uwagę od tego, co mówił nauczyciel, zresztą nie tylko jego, Coleen również. I reszty klasy. A w końcu również samego historyka, który porzuciwszy swój nauczycielski tablet, skierował się do okna, aby obserwować szalejąca nawałnicę.

 

Wszystko trwało jedynie dwadzieścia minut, chociaż wyglądało tak, jakby stanowiło jedynie początek nadchodzącego Armagedonu. Jednak gwałtowny, niemal huraganowy wiatr szybko rozwiał ciężkie, ołowiane chmury, zza których ponownie wyjrzało jaskrawe słońce przyjemnie przypiekając. Mimo to, nawet tak krótki występ matki natury wystarczył, aby ulice pokryć grubą warstwą śniegu. Okoliczni rolnicy od jakiegoś czasu narzekali na suszę i najwyraźniej ich modlitwy o obfite opady wreszcie zostały wysłuchane. Szkoda tylko, że nie sprecyzowali, jakie to mają być opady.

 

- Spróbuję to wykorzystać – szepnęła pod nosem Coleen, wyglądając przez okno. – Pamiętasz? Widzieliśmy dzisiaj w szkole Chloe i Trish, obie ubrane na mocno latowo. Pewnie nie wyjdą z budy, dopóki chociaż część śniegu nie stopnieje, na co szybko raczej nie można liczyć. Może uda mi się zwinąć jednej z nich telefon i napisać do Jasona, aby podjechał pod koniec zajęć. Tak byłoby mniej ryzykownie niż iść do niego do domu albo szlajać się po jego terytorium sprzedażowym.

 

William wykonał mentalny odpowiednik uniesienia brwi. Według tego, czego się dowiedzieli podsłuchując prokuratora, planowana likwidacja gangu Jasona – Czerwonych Mrówek – miała nastąpić za dziesięć dni, w związku z czym nie mogli się ociągać, jeżeli chcieli ostrzec chłopaka. Owszem, spotkanie z młodym dilerem w okolicach szkoły na pewno byłoby bezpieczniejsze niż u niego w domu lub ulicach, na których dilował i to z wielu względów, ale kradzież telefonu jednej z dziewczyn? To mogło się źle skończyć. Naprawdę źle.

 

Naparł na umysł Coleen, dając znać, że chce, aby na chwilę zamienili się miejscami. Od czasu, kiedy udało mu się przejąć kontrolę nad ręką dziewczyny, dopracowali metodę tasowania świadomości. Sugestia nastolatki, aby wycofywać umysł powoli, przez chwilę zostawiając ciało pod kontrolą obojga jaźni, stanowiła strzał w dziesiątkę. Obecnie potrafili przekazać sobie stery w niecałe trzydzieści sekund, płynnie i bez większego problemu. Inna rzecz, że częste tasowanie świadomości owocowało okropnymi migrenami, dlatego woleli go nie nadużywać.

 

Po chwili zajął miejsce Collen i powłócząc nogami, ruszył w stronę ławki, gdzie zasłonił twarz tabletem edukacyjnym, aby nieco ukryć, że mówi sam do siebie.

 

- Naprawdę sądzisz, że to rozsądne? Kraść jednej z nich telefon, chociażby na chwilę? To niebezpieczne, może nawet niebezpieczniejsze niż wizyta u niego w domu. Jeżeli cię zobaczą... Nie, jeżeli Chloe cię zobaczy, może być naprawdę kiepsko. Ostatnim razem chciała cię zabić, a wątpię, żeby po bójce jej nastawienie się zmieniło. Generalnie zostawiam decyzję w tej kwestii w twoich rękach, ale sam nie ryzykowałbym.

 

Ponownie się zmienili. Coleen mrugała przez chwilę, jakby musząc ponownie wpasować się w swoje ciało – tasowanie przychodziło jej z nieco większym trudem niż jemu – po czym westchnęła.

 

- Nie mam zamiaru ryzykować. Dziewczyny często zostawiają swoje rzeczy bez opieki, bo wiedzą, że i tak nikt im niczego nie ukradnie. Jeżeli nie będę miała wolnej drogi i pewności, że mnie nie zauważą, nic nie zrobię... W końcu dobrze wiem, że plecak Chloe, to nie gabinet mojego zasranego tatusia, żeby groził mi tylko opieprz od Freda. Chociaż, zaraz... - zawahała się. – Trish jest całkiem rozsądna, prawda? Może, jeżeli nie uda mi się zwinąć komórki jednej z nich, poproszę ją, żeby przekazała Jasonowi, że chcę się z nim spotkać. Nie powinien odmówić, chociażby z czystej ciekawości. Jak pan myśli?

 

William myślał, że to całkiem dobry pomysł. Dużo lepszy od kradzieży komórek, czy nawet rozważania tej opcji. Dlatego sięgnął po władzę nad jej lewą ręką i ułożył palce dłoni, tak aby pokazywała kciuk do góry.

 

Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie.

 

- No to chyba mamy plan.

 

Tak mieli plan. Czy raczej plan i plan awaryjny, bo najwyraźniej jako taki Coleen pojmowała zapytanie Trish o kontakt z Jasonem. Wcześniej, zgodnie ze swoimi słowami, spróbowała zwinąć dziewczynom telefon, ale obydwie nosiły komórki przy sobie. Chloe w niewielkiej, kanarkowo-żółtej torebeczce przewieszonej przez ramię, zaś Trish w jednej z kieszeni luźnych bojówek, a co by nie mówić o Coleen, na kieszonkowca raczej się nie nadawała. Dlatego, koniec konców musiała posilić się na rozmowę z Trish, co William przyjął z ulgą. Swoją drogą, powinna zrobić to od razu, jak tylko o tym pomyślała, jednak mężczyzna już jakiś czas temu zauważył, że jeżeli chodzi o kontakty międzyludzkie, nastolatka zwykle obierała okrężną drogę. Mając do wyboru poprosić kogoś o przysługę albo porządnie się natrudzić i namęczyć usiłując załatwić rzecz na własną rękę, zwykle wybierała drugą z opcji. Jedyny wyjątek od tej reguły stanowił Tim.

 

Zagadanie do Trish również nie stanowiło prostego zadania, bo Coleen musiała trafić na moment, kiedy Chloe nie było w pobliżu, a niestety dziewczyna pilnowała nieobliczalnej Azjatki jak oka w głowie i nie odstępowała jej na krok. Zresztą nic dziwnego, biorąc pod uwagę, co ta potrafiła odwalić. Jednak w końcu nastał ten cudowny moment, kiedy Chloe musiała iść za potrzebą – najwyraźniej, ta para, wbrew stereotypom o dziewczętach, nie chadzała do toalety stadnie.

 

- Chcę porozmawiać z Jasonem – oświadczyła Coleen prosto z mostu, podchodząc do Trish. – Na osobności. Możesz go poprosić, żeby podjechał w okolice szkoły po drugiej?

 

William zaklął, widząc minę Trish. Owszem, Coleen umiała świetnie grać i kłamać, ale gdy o coś prosiła, brakowało jej jakiegokolwiek wyczucia. Potrafiła być wyuczenie uprzejma, ale bycie miłą niezbyt jej wychodziło. Dlatego też nie dziwił się reakcji, jak po chwili nastąpiła.

 

- Sorka, ale sprzedaż cukierasków komuś takiemu jak ty nie jest zbyt rozsądna, więc nie. A teraz spływaj.

 

Prychnięcie dziewczyny, do złudzenia przypominające prychnięcie wściekłego kota, nie zrobiło na Coleen dużego wrażenia.

 

- Cukierki mnie nie interesują, za to mam cynk, który może mu ocalić mu cztery litery – odpowiedziała spokojnie, nieco obniżając głos. – Oraz pewien niecukierniczy interes do obgadania.

 

Na nieufnej, buńczucznej twarzy Trish pojawił się cień niepewności, a może nawet niepokoju. William nie mógł powiedzieć, że nie rozumie dziewczyny. W końcu Collen w wakacje porządnie ją poobijała, niemal zabiła Chloe, a teraz ot tak oświadczała, że chce się spotkać z Jasonem. Odpowiedź „nie" cisnęła się sama na usta. Z drugiej strony, kiedy córka prokuratora mówi, że ma ważne informacje, to może naprawdę być WAŻNE, szczególnie, jeżeli chłopak diluje. Postawa Coleen i jej wyuczona, idealnie obojętna mina osoby, na której nawet masakra w zatłoczonym centrum handlowym nie zrobiłaby wrażenia, na pewno nie poprawiały sprawy.

 

- Jeżeli coś kombinujesz...

 

- Ostatnio nieustannie coś kombinuję, ale nic na jego niekorzyść. Układ, bezpieczny, a nawet korzystny dla niego... a być może i dla ciebie.

 

- Zapytam go... - mruknęła Trish, wyjmując z kieszeni komórkę, na której zaczęła wręcz ekspresowo pisać sms'a. Palce dziewczyny poruszały się tak szybko, że William nie potrafił za nimi nadążyć spojrzeniem.

 

- Poproś go, aby podjechał w ten zaułek obok antykwariatu. Mało kamer i mało kto się tam kręci.

 

Trish zerknęła na Coleen znad telefonu, ale nic nie powiedziała, tylko zawzięcie dalej stukała w klawisze telefonu. Najwyraźniej chciała załatwić sprawę przed powrotem Chloe, za co William był jej szczerze wdzięczny. Coleen pewnie też.

 

- Powiedział, że w porządku – mruknęła po chwili, kiedy telefon zawibrował jej w chudej dłoni. W tym samym momencie na korytarzu pojawiła się Chloe, obrzucając Coleen wrogim spojrzeniem. – Będzie dwadzieścia po. Naprawdę lepiej, żeby nie było z tego smrodu.

 

- Nie będzie. I dzięki – mruknęła Coleen, odwracając się i strategicznie odchodząc szybkim krokiem.

 

William odetchnął z ulgą, kiedy oddaliła się na bezpieczną odległość, tym bardziej, że z tyłu dobiegło go przypominające warkot „Czego chciała ta suka?!". Miał nadzieję, że Trish powie ćpunce coś, w co ta uwierzy i nie narobi im kłopotów... Ani nie wspomni, chociażby półsłowem, o spotkaniu z Jasonem. Jakoś nie wierzył, że Azjatka jest w stanie utrzymać język za zębami, a gdyby zaczęła paplać... cóż, naprawdę wolał o tym nie myśleć, ale podejrzewał, że ponowne sprzątanie pokoju tortur stanowiłoby optymistyczną opcję.

 

- No to teraz pozostaje nam tylko czekać – mruknęła Coleen, szybkim krokiem zmierzając ku sali chemicznej, gdzie miała mieć lekcje.

 

Po chwili rozbrzmiał dzwonek.

 

Czas dłużył się Williamowi niesłychanie, chociaż sam tego nie rozumiał. Prawie wiek przesiedział w robotycznym kostiumie, jako coś w rodzaju półautomatycznego zombiaka, potem utknął w cyberprzestrzeni i przez cały ten czas cierpliwie dążył do celu. Zaciskając zęby, walcząc ze swoimi słabościami cal po calu parł do przodu, nawet jeżeli przebycie milimetra zajmowało miesiące czy lata. Tymczasem teraz nie potrafił wysiedzieć spokojnie dwóch godzin lekcyjnych, które dzieliły go od spotkania z Jasonem. Gdyby mógł ogryzałby paznokcie i nerwowo przebierał nogami. Szczęśliwie to Coleen dowodziła ciałem, chociaż jego zniecierpliwienie rzutowało i na nią, czemu dawała wyraz cicho bębniąc palcami w blat stołu. Naprawdę podziwiał samokontrolę dziewczyny.

 

W końcu rozbrzmiał upragniony dzwonek, oznaczający dla Coleen koniec zajęć lekcyjnych... i poniekąd spotkanie z przeznaczeniem. Rozmawiając z Jasonem wiele ryzykowała, a ewentualny zysk stał pod znakiem zapytania. Nie wiedzieli, czy chłopak zna kogoś, kto mógłby pomóc im się pozbyć nieszczęsnego nadajnika ani czy sam w jakikolwiek sposób wyrazi chęć do pomocy. Znowu, gdyby mu odbiło i poszedł ze sprawą do prokuratora, usiłując go szantażować albo zyskać finansową wdzięczność za doniesienie na Coleen... William wolał o tym nie myśleć. Chłopak prawdopodobnie pogrążyłby ich oboje, a na siebie wydał wyrok. Jednak czy mieli wybór? Nie. Coleen MUSIAŁA zostać wyrwana spod nieustannego nadzoru ojca, jeżeli mieli posunąć się w swoim śledztwie. Jeżeli miał zdobyć dla siebie ciało. Jeżeli miał ją uratować. Dlatego też ryzyko stało się koniecznością.

 

Zaułek, w którym nastolatka umówiła się na spotkanie z dilerem był dość dziwnym miejscem. Kawałkiem bajkowego ogrodu wewnątrz miasta, a zarazem zakątkiem mrocznym i pustym. Ktoś – prawdopodobnie właściciele okolicznych sklepów – umieścił tam mnóstwo donic z rozmaitymi roślinami, w tym atakującym betonową ścianę bloku bluszczem. Trafił tam też stary, plastikowy komplet mebli ogrodowych. Zapewne zaułek miał służyć pracownikom jako miejsce wytchnienia w trakcie przerw i lunchów. Może nawet używano go w taki sposób. Kiedyś. Teraz zapomniany rzez wszystkich, nasuwał na myśl scenografię horroru. Białe meble pokryła warstwa kurzu, te z roślin, które przetrwały, rozrosły się ponad miarę, opadłe liście bluszczu utworzyły na asfaltowej drodze gruby, organiczny dywan. Jednak William musiał przyznać, że miejsce doskonale nadawało się na punkt „nieoficjalnych" spotkań. Położone z dala od ludzkich oczu, z dala od kamer, a jednocześnie leżące w przyzwoitej dzielnicy i na swój sposób czyste. Nie było tu śmieci, butelek po alkoholu ani zużytych strzykawek.

 

Czekali około dziesięciu minut, nim pojawił się Jason. Podjechał starym, zdezelowanym dodge'em z pomalowanym na kanarkową żółć. Niegdyś kanarkową. Obecnie kolor trochę wyblakł, a w lakier wżarł się bród. Nieco nadrdzewiałe błotniki i wytarte opony uzupełniały obraz. Jednak klakson wozu działał jak najbardziej poprawnie, co młodzieniec zademonstrował naciskając go z pasją, aby dać Coleen do zrozumienia, że ma wejść do środka. Najwyraźniej chłopak nie zamierzał wysiadać z samochodu. W sumie William nie dziwił się mu. Zalegający po burzy śnieg, jeszcze nie stopniał, ale zdążył się przeobrazić w błoto pośniegowe. Nikt normalny nie chciałby stać po kostki w lodowatej brei, nawet przy temperaturze przekraczającej dwadzieścia pięć stopni.

 

Coleen nieśpiesznie ruszyła w stronę wozu, przed wejściem do niego starannie otrzepując buty. Zachowywała się całkiem swobodnie, ale mający wgląd w jej wnętrze Afton, wiedział, że jest piekielnie zdenerwowana. Do tego stopnia, że ciało odreagowywało to falą mdłości, z trudem powstrzymywaną przez dziewczynę. Jednak zewnętrznie nawet jej powieka nie zadrżała... Chociaż pozwalała sobie na zaciskanie palców w butach. Jedynie tak okazywała strach i gniew. Przynajmniej póki miała nad nimi kontrolę.

 

- To chciałaś się ze mną spotkać, czy tak? – zapytał Jason, patrząc na nią jak na powojenny niewybuch, który lada moment może eksplodować.

 

- Zgadza się.

 

- A-ale czemu? Ostatnio, o ile dobrze pamiętam, zgadaliśmy się, że lepiej, żebyśmy się do siebie nie zbliżali, prawda? Twój ojciec...

 

- O niego między innymi chodzi. Potrzebuję pomocy... Tak samo jak ty, chociaż o tym nie wiesz. Powiedz mi, znasz jakiegoś lekarza? Takiego, który mógłby potajemnie wykonać zabieg? I dobrego, bo jak się coś spieprzy zarówno on jak i ja będziemy mieli przejebane.

 

- Chcesz usunąć? Znaczy, jesteś w ciąży...?

 

Konkluzja Jasona tak zaskoczyła Coleen, która najwyraźniej nie wyobrażała sobie, że ktoś może uznać ją za osobę prowadzącą aktywne życie seksualne, że pierw spojrzała na niego ogłupiała, aby sekundę potem parsknąć krótkim, nerwowym śmiechem.

 

- Chcę usunąć, ale nie ciążę – mruknęła. – Chodzi o pozbycie się nadajnika z ciała. Dość głęboko osadzonego.

 

Chłopak zmarszczył brwi, a w jego oczach pojawiło się niewypowiedziane pytanie.

 

- Znam jednego, jest dobry, ale to hiena. Ścierwojad. No i jest jeszcze moja ciotka, emerytowana weterynarz. Jednak nie wiem czy by się zgodziła. Nie lubi nieczystych spraw. Oczywiście mogę spróbować. Rzecz w tym, co z tego wszystkiego będę miał? Znaczy, owszem, nie doniosłaś na Chloe swojemu staremu, za co jestem wdzięczny, ale wiesz jak jest. Wdzięczności do garnka nie włożę i obiadu nie ugotuję.

 

- Mam informację, która ocali ci życie. Jeżeli jej nie usłyszysz za dziesięć dni będziesz martwy. Tyle wystarczy?

 

Jason spojrzał na nią zaskoczony. Pewnie w pierwszym odruchu myślał, że ta żartuje. Jednak powściągliwe i spokojne zachowanie Coleen najwyraźniej dało mu do zrozumienia, że tak nie jest, bo gwałtownie spoważniał. Jego twarz stężała, a oczy błysnęły niebezpiecznie.

 

- Jeżeli, kurwa sobie jaja ze mnie robisz, to... - zasyczał, unosząc się w fotelu.

 

William się spiął. Było mu żal dzieciaka i chciał dla niego dobrze, ale w razie kłopotów nie zamierzał siedzieć bezczynnie i pozwolić, żeby ten skrzywdził Coleen. Gdyby coś poszło nie tak, natychmiast wyrwałby dziewczynie kontrolę nad ciałem, a dilera bez wahania zadźgał nożem, który chłopak nosił przy pasku.

 

- Nie robię. I nie gróź mi, bo odpowiednich gróźb nie masz w zestawie – mruknęła spokojnie nastolatka.

 

- Dobra, to co to za wiadomość?

 

- Pierw obiecaj mi, że nie przekażesz dalej tego, czego się dowiesz – zażądała. – Przede wszystkim trzymaj dziób na kłódkę przed Chloe, swoimi koleżkami gangusami i glinami. Dobrze?

 

- Tak, ale tylko jeżeli ta wiadomość jest serio tak ważna.

 

Coleen skinęła głową i sięgnęła do torby, na co Jason natychmiast chwycił ją za nadgarstek.

 

- Chcę wyjąć tablet – mruknęła spokojnie. – Mam tam pewne nagranie, bo mnie na słowo mógłbyś nie uwierzyć.

 

Puścił, a ona wyjęła urządzenie, wyszukał na nim odpowiedni plik dźwiękowy i nacisnęła „odtwórz".

 

William z niejakim zadowoleniem obserwował jak na twarzy chłopaka rozlewa się zaskoczenie, kiedy w wozie rozbrzmiał głos prokuratora. Pomysł, aby dać chłopakowi odsłuchać nagranie stanowił strzał w dziesiątkę. Co prawda przy obecnej technologii, podrobienie czyjegoś głosu nie stanowiło jakiegoś dużego problemu, jednak zajmowało sporo czasu i wymagało wielkiej cierpliwości. Poza tym zapis z podsłuchu na pewno miał większą siłę przebicia niż same słowa Coleen.

 

Nagranie trwało około dziesięciu minut, w trakcie których Lesinsky omawiał ze swoimi „kolegami biznesowymi" – głównie przekupionymi lub zastraszonymi gliniarzami – metodę usunięcia „śmieci". Metodę prostą i szybką. Otóż za dziesięć dni miało mieć miejsce spotkanie Czerwonych Mrówek z konkurencyjnym gangiem, Szczurami Plagi. Owe spotkania odbywały się dość regularnie i stanowiły dobrą okazję do wymiany cennych informacji oraz pozwalały utrzymać kruchy pokój. W każdym razie, podczas meetingu ukryty pobliżu snajper miał zabić członka jednej z grup, prowokując przestępców do wzajemnej walki. Ci, którzy przeżyliby strzelaninę, zostaliby zabici przez snajpera lub asekurujących akcję gliniarzy. Oczywiście istniała możliwość, że żaden z gangów nie da się sprowokować, wtedy też gliniarze musieliby rozwalić wszystkich. Jednak, jakkolwiek akcja by nie przebiegła, wszystko zostałoby złożone na krab gangsterskich porachunków. Wszystko, czyli stos trupów. Masakra z kolei zmusiłaby burmistrza do dania prokuratorowi większej swobody w ściganiu przestępców, dzięki czemu Lesinsky zyskałby dodatkową władzę. Całość prokurator podsumował słowami „przyjemne z pożytecznym".

 

- Kurwa – przez dłuższy czas tylko na taki komentarz było stać Jasona. – Kurwa, kurwa, kurwa! Ja pierdolę! Przecież... Przecież twój stary jest prokuratorem do kurwy nędzy. Co mu odjebało, żeby odpierdalać coś takiego.

 

- Kompleks boga – mruknęła rzeczowo Coleen. – Do tego to wyzuty z moralności socjopata, morderca, sadysta i mafiozo. Co piąty glina w mieście jest przez niego kupiony albo zastraszony. Podobnie z urzędnikami, pracownikami pomocy społecznej, a nawet lekarzami. No i sporo gangusów też go słucha, aczkolwiek was z jakiegoś powodu nie chce... udomowić. W każdym razie przejebane.

 

Chłopak kilkukrotnie rozwarł i zamknął usta, po to by w końcu ukryć twarz w dłoniach.

 

- Rozumiem, ze pójście z tym na gliny mija się z celem? – zapytał po chwili.

 

- Pójście z tym gdziekolwiek mija się z celem. Jeżeli powiadomisz swoich albo Szczury i do spotkania nie dojdzie albo przygotujecie się na atak. Cóż, to tylko odwlecze egzekucję w czasie, a mnie narobi KUREWSKICH problemów. Tak jak i tobie, bo jeżeli stary mnie przyciśnie, prędzej czy później wyśpiewam, komu o wszystkim powiedziałam. Tatuś ma swoje sposoby. I nie ma sumienia.

 

- Tak, podniesie rękę na swoją wygłaskaną córeczkę?

 

Coleen spojrzała na niego chłodno.

 

- Nasłał morderców na mnie i moją matkę, gdy byłam mała. Żyje tylko dzięki temu, że włączyłam system antywłamaniowy... Niestety dopiero po tym, jak tamte sukinsyny weszli do środka. Mieli wszystko spalić, żeby zatrzeć ślady, ale że ich uwięziłam wewnątrz... Cóż, ślady zatarli, a siebie wraz z nimi. Ja miałam szczęście, bo ukryłam się w piwnicy. Trochę mnie poważyło, przykułam się dymem, ale strażacy znaleźli mnie na czas. Parę lat potem zabił moją babcię, a swoją matkę, bo ważyła się mu przeciwstawić. Jak myślisz, podniesie rękę na swoją córeczkę?

 

Jason zająknął się po raz kolejny. Westchnął głęboko i wbił niewidzące spojrzenie w szybę wozu.

 

- No to, co niby mam teraz zrobić? – mruknął bardziej do siebie, niż do Coleen.

 

- Nie iść na to spotkanie.

 

- A niby jak mam się z tego wymigać, co? – warknął. – Szef oczekuje obecności WSZYSTKICH. Jeżeli od tak się urwę...

 

- To i tak nic ci nie zrobi, bo na drugi dzień będzie martwy. Zresztą, jak potrzebujesz usprawiedliwienia, to najlepszą wymówką jest biegunka.

 

Chłopak spojrzał na nią zaskoczony, a William podpisał się pod jego wyrazem twarzy.

 

- Mało kto ci nie uwierzy, jak powiesz, że srasz dalej niż widzisz, prawda? – wyjaśniła. – Nikt też nie będzie nalegał, żebyś przyszedł mimo wszystko, bo nikt nie potrzebuje obsrańca na oficjalnym spotkaniu. Jak chcesz brzmieć bardziej prawdziwie, to skocz dzień przed do chińczyka. Zatrucie po chińszczyźnie to nic zaskakującego... A przynajmniej tak słyszałam. Ewentualnie łyknij jeszcze parę tabletek na przeczyszczenie.

 

Afton musiał przyznać, że pomysł dziewczyny był równie nietypowy, prosty jak i genialny... I nieco upokarzający. Jednak, w sytuacji, w jakiej znalazł się Jason, liczyła się przede wszystkim skuteczność.

 

- A co potem? Mam rodzinę na utrzymaniu, a...

 

- Rodzinę czy pieprzniętą Chloe, która dostaje do głowy, jak czegoś nie łyknie albo nie wciągnie? Bo siebie i babcię mógłbyś utrzymać z normalnej pensji, nawet jeżeli dostawałbyś minimalną.

 

Chłopak spojrzał na nią ostro i zamilkł na dłuższą chwilę. Wiliam aż nazbyt dobrze wiedział, co się dzieje w jego głowie.

 

- Nawet, jeżeli chodzi o Chloe, to co z tego. To moja siostra. Rodzice prosili mnie, żebym się nią opiekował.

 

- Zależy ci na Trish?

 

- Oczywiście, a co to ma do rzeczy?

 

- To, że Chloe prędzej czy później ją skrzywdzi. Zresztą sam sobie z tego zdajesz sprawę, prawda? Pociągnie na dno ją, prawdopodobnie również twoją babcię, a także wszystkich, na których ci zależy. I nie tylko ich, także postronne osoby, potem ciebie, a na koniec, nie mając już w nikim oparcia, i siebie. Dobrze wiesz, że jest nieobliczalna. Że prędzej czy później kogoś skrzywdzi. Zabije. A jeżeli uparcie będziesz ją chronił, zrobi to znowu. I jeszcze raz. Będziesz mógł z tym żyć.

 

Coleen mówiła spokojnie, cicho, zupełnie jakby przemawiała do dziecka, mimo tego Jason zrobił minę, jakby przyłożyła mu w twarz. Wściekle zmrużył oczy, zaciskając dłonie na kierownicy. Ponownie wbił wzrok przed siebie w bliżej nieokreślony, a być może nawet nieistniejący punkt.

 

- Nie pieprz. Nic nie wiesz. Nie znasz mnie ani jej...

 

- Wiem, że Chloe już cię krzywdzi – powiedziała spokojnie. – Ciągle stwarza kłopoty, za które musisz płacić i to się nie zmieni.

 

Nic nie powiedział, tylko mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. William obserwował to z goryczą i zrozumieniem. Jemu samemu pojęcie, że Michael jest bestią, szaleńcem, który powinien zostać usunięty ze świata, nie przyszło łatwo, a przecież był wtedy wiele starszy od Jasona. Od chłopca, któremu nieżyjący rodzice powierzyli młodszą siostrzyczkę po opiekę.

 

- Możesz spróbować jej pomóc, chociaż to będzie trudne – Coleen przerwała milczenie. Mówiła jeszcze ciszej niż przedtem niemal szeptała. – Do tego nie będzie ci za to wdzięczna, a na pewno nie na początku. Musiałbyś ją wysłać do psychiatry, umieścić w zakładzie zamkniętym... Może, gdyby wyszło, że jest niebezpieczna, nie byłoby do tego nawet potrzebne ubezpieczenie. Tam zaczęliby ją leczyć i na zaburzenia i na uzależnienia. To niezbyt przyjemne rozwiązanie, ale jedyne dające cień szansy, że wyjdzie na prostą... Chociaż, jeżeli mam być szczera, nie byłabym tu zbyt wielka optymistką. – Przerwała na dłuższą chwilę, zastanawiając się nad czymś. W końcu, z pewnym wahaniem, ponownie podjęła temat. – Znam faceta, naprawdę porządnego kolesia, który wręcz zawodowo spieprzył sobie życie, właśnie przez to, że próbował kogoś chronić. Syna...

 

William aż się wzdrygnął. Naprawdę miała zamiar mówić o nim?

 

-... Chłopakowi odbiło po śmierci brata... Paskudny wypadek. W każdym razie, młody zabił swojego kolegę. A przynajmniej tak powiedział ojcu. Wtedy ten, chcąc małego chronić, zakopał zwłoki w lesie. Dopiero z telewizji dowiedział się, że dzieciak, którego zakopał, jeszcze, żył, kiedy go grzebał. Młody, znaczy syn faceta, od początku o tym wiedział. Wrobił ojca. A potem... potem zaczęło być jeszcze gorzej. Pośrednio przez smarkacza zginęła jego młodsza siostra i generalnie... No wywaliło szambo można powiedzieć. Facet przeżył prawdziwe piekło, stracił rodzinę i najbliższego przyjaciela, no i do końca życia będzie sobie wypominał tamtego zakopanego. Kiedy rozmawiałam z nim o tym, powiedział mi jedną rzecz. Że należy ratować tych, których można uratować, nawet jeżeli oznacza to opuszczenie kogoś, kogo się kocha. Kogoś, kogo ocalić nie można. Rodzinę. Jeżeli się tego nie zrobi, cudza krew może spaść na twoje ręce, bo jeżeli broni się potwora, bierze się za niego odpowiedzialność. Powiedział też, że najbardziej w świecie żałuje, że nie powiadomił policji, kiedy syn powiedział mu o zabójstwie. Potem stwierdził też, że z perspektywy czasu wolałby go zabić, niż dopuścić do tego, co się stało potem. Że prawdopodobnie nigdy by sobie tego nie wybaczył, ale nawet to byłoby lepsze od wszystkiego co się stało.

 

Tak, naprawdę to zrobiła. Przywołała go jako przykład. Pozmieniała nieco, ale i tak... Jasna cholera. Cholernie się dziwnie z tym czuł. Z tym, że ktoś jeszcze wie. Poniekąd. Że posłużył jako przykład. Nie miał do dziewczyny żalu, ale... No naprawdę sam nie potrafił powiedzieć.

 

Nagle przypomniał sobie minę dziewczyny, gdy rozmawiali o dilerze. Czyżby już wtedy rozważała użycie jego słów?

 

- Po co mi to mówisz? – zapytał Jason, już nie tak gniewnie.

 

- Żebyś sobie wszystko przemyślał – Coleen uśmiechnęła się ponuro, tak jak tylko ona potrafiła. – Nie jestem twoim wrogiem. Doradzam, bo mam wrażenie, że nie jesteś złym gościem, tylko wpakowałeś się w gówno. Jednak nie zamierzam wpieprzać ci się w życie. Zresztą, nawet jakbym chciała za bardzo nie mam ku temu możliwości. – Westchnęła ciężko. – W każdym razie, jeżeli chcesz dożyć końca miesiąca, nie możesz się pojawić na spotkaniu. Powiadamianie Mrówek o wszystkim, mija się z celem. Skoro ojciec postanowił zniszczyć twój gang, tak będzie i nic z tym nie zrobisz. Potem, jak już sytuacja się uspokoi, byłabym wdzięczna za kontakt z twoją ciotką albo tym lekarzem, chociaż wolałabym pierwszą z opcji. A tak na sam koniec, to doradzałabym ci odseparowanie od Chloe i przeprowadzkę w jakieś milsze miejsce. Jednak, co do tego ostatniego, to zrobisz jak zechcesz.

 

Zapadło milczenie, a po kilku minutach Coleen sięgnęła ku klamce samochodu i otworzyła drzwi. Jednak, gdy wychodziła Jason ją zatrzymał.

 

- Czy ten... Ten facet z twojej opowieści istnieje? To się serio wydarzyło? Na serio powiedział, że wolałby zabić syna niż dopuścić do tego, co się stało potem?

 

- Tak – odpowiedziała z powagą. – Chociaż, gdyby mógł ocalić go od jego samego, oddałby za to życie.

 

Coleen ruszyła w stronę wyjścia z zaułka, jednak odchodząc, na chwilę przystanęła, by zerknąć na siedzącego w samochodzie Jasona. Spoglądający zza jej oczu William patrzył na chłopaka z nadzieją. Nadzieją, że ten uniknie jego błędów. Wtedy, to co przeszedł, cała ta ciągnąca się przez dziesięciolecia katorga, zyskałaby na znaczeniu. Miałaby jakiś sens. Uratowałaby kogoś. Tylko jedno istnienie, ale zawsze.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Bajkopisarz 2 miesiące temu
    „to zrobiła. To ona miała władzę nad ciałem. Oboje zgodzili się, że to”
    3 x to, o jedno za dużo
    „które sprawdzałby na chybił-trafił,”
    Wcześniej wszędzie liczba mnoga, tu pojedyncza – sugeruję dopisać które Afton sprawdzałby i będzie cacy.
    „Poza tym bał się o to, jak sam”
    O to – niekonieczne
    „myślał o tym, aby”
    O tym – też niekonieczne
    „którego nazywała niejednokrotnie”
    Nazywała było przed chwilą. Może: tytułowała
    „co mu powiedzieć. – Westchnęła, ciężko, siadając”
    co mu powiedzieć – westchnęła, ciężko, siadając – jeden z przecinków do usunięcia, zależy co robiła ciężko: wzdychała czy siadała?
    „sprowadziła na niego niebezpieczeństwo.”
    Zamiast niego – Tima
    „Potem możliwość jest udostępniania jest”
    Jedno jest za dużo
    „zapoznać się z zagadkami ich danymi.”
    Coś się nie zgadza po przeróbce zdania?
    „Timowi, ze jesteś”
    Że
    „usiłując za wszelka cenę”
    Wszelką
    „którego tak bardzo zawiódł. Henry, którego córeczki nie uchronił przed potworem, którego”
    2 x którego
    „słuchała, nie przerywając mu.”
    Mu – zbędne
    „cofa się o krok do tyłu.”
    Cofa o krok i wystarczy, bez do tyłu
    „póki dom przebywał w jego rękach”
    Pozostawał (nieżywotny) vs przebywał (żywotny)
    „No i mam tez mały bonus.”
    Też
    „czegoś przy okazji też”
    Czegoś jeszcze/więcej
    „nie umiem się doczekać,”
    Nie mogę
    „podrzynać gardło matce”
    Gardła
    „i od tak głaskać”
    Ot
    zrobić ojciec czystej
    z brakuje
    „stronę, raz w drugą stronę”
    Jedno „stronę” wystarczy
    „zadawalało ani jej, ani Aftona. Rzecz w tym, że zarówno on jak i ona”
    zadowalało
    Można użyć „obojga” w pierwszym lub drugim zdaniu, wylecą zaimki
    „na których nie wiedziała.”
    O których
    „„Poza tym chętnie cos dzisiaj rozwalę.”
    Coś
    „Poza tym” dopiero co było, może zamiennik?
    „co mówił ojciec, o jej przyszłości. Co prawda i tak zdawała sobie sprawę, co”
    3 x co
    „o których lokatorach”
    O lokatorach których
    „na prawdziwa ironię”
    Prawdziwą
    „nie trudzi się jakąkolwiek”
    Raczej: łudzi
    „jak w febrze, po czym ukrył twarz w dłoniach. Od wielu dni obserwował jak młodzieniec z trudem ogarnia codzienne sprawy jak”
    3 x jak
    „chociaż ci nie byli czarni, zabił Ku Klux Klan. Plotek wokół morderstwa krążyło niemiara, tak jak i pytań, na które nie mógł odpowiedzieć, chociażby chciał. Dlatego też widok zatłoczonych przez nastolatków korytarzy, chociaż”
    Chociaż – chociażby - chociaż
    „Gwałtowne, trudne do przewidzenia zmiany pogody stanowiły obecnie dość regularne urozmaicenie codzienności, mimo to gwałtowna,”
    2 x gwałtowna
    „jedynie dwadzieścia minut, chociaż wyglądało tak, jakby stanowiło jedynie”
    2 x jedynie
    „na mocno latowo.”
    Letnio
    „jakby musząc ponownie wpasować się”
    Prościej: jakby wpasowując
    „posilić się na rozmowę z Trish,”
    Wysilić
    „może mu ocalić mu”
    Jedno mu za dużo
    „Prawie wiek przesiedział w”
    No nie, aż wiek to nie 😊 Chyba? Pół wieku…
    „wyszukał na nim”
    wyszukała
    „Rozumiem, ze pójście z tym na”
    Że
    „Żyje tylko dzięki”
    Żyję
    „mnie poważyło, przykułam”
    Poparzyło, przytrułam
    „dostaje do głowy, jak”
    Dostaje co?
    „Zapadło milczenie, a po kilku minutach”
    Wystarczyłyby sekundy. Milczenie w takiej sytuacji przez choćby minutę to już wieczność

    No i pięknie. Chociaż mam wrażenie, że nie posunęli się za bardzo do przodu. Burza jak na razie tylko w tle fabuły (swoją drogą fajna anomalia, śnieg i +20C, dobry pomysł). Czyli przygotowań i podbudowy ciąg dalszy, ale teraz tym większą mam ochotę zobaczyć, jak lawina rusza i już się nie zatrzymuje, choć nie wiadomo czy spadnie najkrótszą drogą czy trochę slalomem. W każdym razie ciekawość pobudzona mocno… Muszę też stwierdzić, że pan prokurator idealnie by się sprawdził jako jedna z tych morderczych zabawek.
  • CynicznaCecylia 2 miesiące temu
    "Muszę też stwierdzić, że pan prokurator idealnie by się sprawdził jako jedna z tych morderczych zabawek" - Nie poddawaj mi pomysłów, bo będę musiała przemodelować pół fabuły xD
  • TheRebelliousOne 2 miesiące temu
    Przekąska północna? Jest. Alkohol? Jest. Pora zagłębić się w kolejny rozdział opowiadania na podstawie gry, która przyprawia mnie o ból głowy! :D Dokładna ocena pojawi się już wkrótce...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania