Poprzednie części:  Imago

Imago Rozdział 5

Zimowe słońce w Montanie nie miało w sobie krzty litości. Wpadało przez zamarznięte szyby ostrymi, białymi pasami, które drażniły siatkówkę. Kiedy otworzyłem oczy, w domu panowała absolutna, dzwoniąca w uszach cisza.

Zegar na szafce nocnej wskazywał siódmą trzydzieści. Zazwyczaj o tej porze z kuchni dobiegał już trzask ognia pod blachą i zapach mocnej, parzonej kawy, a Paul od godziny był w stajni. Tym razem nie było nic.

Ubrałem się szybko, wciągając na siebie grubą bluzę i zszedłem na parter. W salonie wciąż unosił się ciężki zapach wczorajszego bourbona. Paul leżał na kanapie dokładnie w tej samej pozycji, w której go zostawiłem – z jedną ręką opadającą na podłogę i twarzą wciśniętą w skórzane oparcie. Oddychał głęboko i miarowo, ale jego twarz była blada, a na czole perlił się pot. Związek ranczerów najwyraźniej traktował stypy równie poważnie, co policjanci w Los Angeles. Z tą różnicą, że ci drudzy rzadko musieli rano przerzucać tony żelastwa na mrozie.

Przez chwilę stałem nad nim w milczeniu. Zawsze był tą twardą, nieznoszącą sprzeciwu siłą napędową tego miejsca. Skałą, o którą rozbijały się moje paranoje. Widok Paula tak bezbronnego, pokonanego przez zwykły alkohol i ludzkie zmęczenie, z jakiegoś powodu sprawił, że mój własny, wewnętrzny chaos ucichł. Ktoś musiał przejąć stery. I tym razem padło na mnie.

Cicho przeszedłem do przedpokoju. Wciągnąłem na stopy ciężkie, robocze buciory, narzuciłem kurtkę i wcisnąłem na dłonie skórzane rękawice.

Kiedy pchnąłem drzwi wyjściowe, uderzyła we mnie ściana mrozu. Powietrze było tak ostre, że każde nabranie tchu paliło płuca. Śnieg chrzęścił głośno pod moimi butami, gdy przecinałem podwórze w stronę zabudowań gospodarczych.

To nie była policyjna robota. Nie było tu dedukcji, profili psychologicznych ani walki o przetrwanie na ulicy. Była tylko czysta, brutalna fizyczność. Zwierzęta nie interesowały się tym, że szef rancza ma kaca, a jego pomocnik jest zbiegłym gliną z zarzutami, o których nikt głośno nie mówi. Były głodne.

Odsunąłem ciężkie wrota stajni. Znajomy zapach siana, końskiego potu i nawozu uderzył mnie ze zdwojoną siłą. Przez następne dwie godziny po prostu pracowałem. Ciało, przyzwyczajone już do tego rytmu, wykonywało ruchy niemal automatycznie. Widły, siano, woda z węża, który musiałem najpierw rozgrzać palnikiem, bo woda zamarzła w rurach. Potem poszedłem do drewutni. Chwyciłem siekierę i zacząłem rąbać dębowe kłody, by uzupełnić zapas do kominka. Z każdym uderzeniem stalowego ostrza w drewno czułem, jak zrzucam z siebie resztki napięcia z poprzedniej nocy.

Kiedy złożyłem ostatnią wiązkę na ramieniu i ruszyłem w stronę domu, instynktownie podniosłem wzrok.

Paul stał w oknie kuchennym. Miał na sobie tylko wymięty T-shirt i dresowe spodnie. Opierał się ciężko o ramę okna, trzymając w obu dłoniach parujący kubek. Widziałem, jak mnie obserwuje. Nie z ukrycia, nie z boku. Patrzył prosto na mnie, a jego wzrok był równie ciężki i fizyczny co drewno, które niosłem.

Nie odwróciłem wzroku. Przez te kilka sekund, kiedy szedłem przez zaśnieżone podwórze prosto w stronę jego spojrzenia, coś ostatecznie i bezpowrotnie przeskoczyło na swoje miejsce. Zrozumiałem, że już dawno przestałem być tylko darmową siłą roboczą, która szuka tu schronienia na zimę. To było moje terytorium. A on był powodem, dla którego nie miałem zamiaru stąd odchodzić.

Wszedłem do domu, zrzucając zaśnieżone polana na kamienną płytę przy kominku. Zdjąłem kurtkę i odwróciłem się. Paul siedział już przy stole. Wyglądał jak wrak człowieka, cienie pod jego oczami były fioletowe, ale na jego ustach błąkał się ledwie zauważalny uśmiech.

– Konie nakarmione. Woda w poidłach odmarznięta. Drewno narąbane – zaraportowałem sucho, opierając się o blat i krzyżując ramiona na piersi.

Paul wziął powolny łyk kawy, krzywiąc się lekko. – Powinienem chlać z tymi starymi capami częściej, skoro tak ci to służy, miastowy.

Prychnąłem, sięgając po dzbanek z kawą i nalewając sobie czarnego, smolistego płynu. – Spróbuj wywinąć taki numer jeszcze raz, a zostawię cię w zaspie, aż do wiosny.

Paul zaśmiał się cicho, choć natychmiast złapał się za głowę, zamykając z bólu oczy. Przysunąłem mu po blacie fiolkę z aspiryną i szklankę wody. Pomiędzy nami nie było już murów. Był tylko cichy, cholernie mocny fundament, z którym żaden z nas nie musiał już walczyć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania