Imago rozdział 6
Montana wiosną nie przypominała niczego z pocztówek. Kiedy w połowie marca mróz w końcu zelżał, piękny, biały krajobraz zamienił się w ponure, niekończące się morze gęstego, brunatnego błota. Topniejący śnieg spływał z gór potężnymi strugami, rozmywając drogi i zamieniając pastwiska w grzęzawiska, które wciągały buty aż po same kostki. Było szaro, surowo i beznadziejnie.
Byliśmy w połowie uszczelniania dachu w jednej z mniejszych szop, kiedy Paul odebrał telefon. Zszedł z drabiny, wycierając brudne z rdzawego smaru dłonie w szmatę. Słuchał w milczeniu przez ponad minutę, a jego twarz z każdym słowem tężała, wracając do tego ostrego, nieprzystępnego wyrazu, który pamiętałem z naszych pierwszych dni.
Krótko rzucił do słuchawki "zrozumiałem" i rozłączył się, wsuwając telefon do kieszeni kurtki. Wpatrywał się przez chwilę w linię błotnistej drogi zaciśniętą szczęką.
– Carl i Mitch? – zapytałem, opierając młotek o udo.
Paul powoli wypuścił powietrze. – Złapali lepszą stawkę na platformie wiertniczej w Dakocie. Nie zjadą na przednówek. A ja mam tu prawie osiemset akrów terenu, zniszczone przez lód ogrodzenia na zachodniej flance i stado, które trzeba niedługo przenieść.
Widziałem, jak jego umysł, zawsze nastawiony na rozwiązywanie problemów, zaczyna gorączkowo przeliczać opcje i kalkulować straty. Szukał wyjścia z sytuacji, w której nagle został z połową siły roboczej w najgorszym momencie roku.
Zeskoczyłem z najniższego szczebla drabiny, a moje buty mlasnęły ciężko w gęstym błocie. Podszedłem do niego, zatrzymując się na wyciągnięcie ręki.
– Więc zrobimy to we dwóch – powiedziałem cicho, ale bardzo wyraźnie.
Paul podniósł wzrok. Jego ciemne oczy wwierciły się w moje. Szukał w nich wahania. Szukał tego miastowego gliny, który przy pierwszej lepszej okazji spakuje torbę i ruszy dalej w poszukiwaniu łatwiejszego życia. Ale nic takiego tam nie było.
– To praca dla czterech chłopa, Adam. Zamęczę cię – odparł z powagą.
– Zapomniałeś, że umiem bić mocno i celnie? – Uśmiechnąłem się kącikiem ust. – Zostaję, Paul. Nigdzie się nie wybieram.
Napięcie w jego ramionach nagle zelżało. Skinął krótko głową, jakbyśmy właśnie przypieczętowali umowę, której nie dało się już zerwać.
Dwa dni później znowu lało. Szare niebo zawisło tuż nad czubkami sosen. Zaszyliśmy się w przestronnym garażu przyłączonym do stajni, naprawiając sprzęt, który miał wkrótce wyjechać na pola. Paul leżał pod podwoziem ciągnika, walcząc z zardzewiałym wałem, a ja przy stole warsztatowym rozkręcałem pompę.
W kącie, na zniszczonej szafce z narzędziami, charczało stare, zachlapane farbą radio, nastawione na lokalną stację z Missouli. Między blokami taniego country i reklamami nawozów rolniczych, spiker czytał wiadomości z hrabstwa.
Skupiłem się na opornej śrubie, przeklinając pod nosem, kiedy w słuchowisku z radia padło słowo, które odruchowo, niemal podprogowo, pociągnęło za odpowiednią dźwignię w moim wyłączonym mózgu.
Zaginięcie.
Zamarłem z kluczem w dłoni. Odwróciłem głowę w stronę radia.
– ...to już trzeci przypadek w ciągu ostatnich pięciu miesięcy – mówił monotonnie spiker, jakby czytał raport o cenach zboża. – Biuro Szeryfa Hrabstwa apeluje o zachowanie spokoju. Osiemnastoletni Toby Miller był po raz ostatni widziany w okolicach drogi stanowej 83. Szeryf Reynolds w dzisiejszym oświadczeniu przypomina, że statystyki z poprzednich lat wyraźnie wskazują, iż większość podobnych zaginięć to klasyczne ucieczki młodych ludzi z domów w poszukiwaniu pracy w większych miastach. Poszukiwania trwają, jednak warunki pogodowe znacznie utrudniają akcję...
Poczułem, jak włosy stają mi dęba na karku. Zimny dreszcz, którego nie czułem od nocy, kiedy zostawiłem Franka we krwi, przebiegł po moich plecach. Odłożyłem klucz płaski na stół. Dźwięk metalu uderzającego o drewno był niepokojąco głośny.
– Paul – rzuciłem w stronę ciągnika, nie odrywając wzroku od głośnika, z którego znów popłynęła beztroska piosenka.
Z podwozia wysunęły się nogi Paula, a po chwili cała jego sylwetka. Usiadł na brudnej posadzce, przecierając twarz wierzchem dłoni.
– Co jest? – zapytał, widząc moją zesztywniałą postawę.
– Słyszałeś to? Trzeci dzieciak w ciągu pięciu miesięcy.
Paul wzruszył ramionami, podnosząc się z ziemi. – Młodzi stąd uciekają, Adam. Zawsze tak było. Zima w tych stronach to suka. Ktoś pokłóci się ze starymi, pakuje plecak, łapie stopa i jedzie na zachodnie wybrzeże. Reynolds ma rację, to pewnie uciekinierzy.
Mój policyjny mózg właśnie odpalił reaktor. Układałem te informacje jak puzzle, w których krawędzie były zbroczone krwią.
– Ludzie rzadko uciekają z domów na przednówku, prosto w tonące w błocie, zamarzające nocą lasy – powiedziałem cicho, niemal do siebie. – Ucieka się latem, kiedy noce są ciepłe. Ucieka się z planem. Trzech nastolatków w pięć miesięcy z tej samej drogi stanowej to nie jest zbieg okoliczności. To jest schemat.
Paul przestał wycierać dłonie. Spojrzał na mnie uważnie. – Reynolds to stary wyga. Gdyby to było coś poważnego, wiedziałby.
– Reynolds to prowincjonalny polityk z odznaką, który nie chce mieć trupa w papierach tuż przed początkiem sezonu turystycznego – warknąłem, czując, jak stary, dobrze mi znany gniew zaczyna pulsować w skroniach. Zbyt dobrze znałem ten rodzaj urzędniczej statystyki z San Pedro. Ktoś polował w tej okolicy, a lokalna policja wolała patrzeć w drugą stronę, żeby nie psuć statystyk.
Podszedłem do Paula. Z bliska musiał dostrzec tę gwałtowną zmianę w moich oczach. Przemianę z parobka z powrotem w drapieżnika.
– Co jest przy tej drodze 83? – zapytałem twardo. – Kto tam mieszka?
Paul zmarszczył brwi, jakby dopiero teraz zaczął składać to wszystko do kupy w ten sam sposób co ja. – Nic – odpowiedział powoli. – To głęboka puszcza. Tereny stanowe. Jedyni, którzy tam siedzą, to komuna. Stare hipisy i wyrzutki, zaszyli się tam dekadę temu. Żyją na dziko. Reynolds nienawidzi ich jak psów, bo nie płacą podatków i robią problemy.
Pokiwałem głową, czując znajomy smak adrenaliny na języku. Komuna. Zamknięte środowisko na terenach państwowych.
Mrok z San Pedro wcale nie zniknął. Znalazł mnie w Montanie. Ale tym razem, u boku Paula i na moim nowym, błotnistym terytorium, to nie on miał być myśliwym. Tym razem to ja byłem gotowy zapolować.
Komentarze (2)
Przeczytałem. Ależ to było dobre. Czuć fachowca od pisarskiej roboty. Brawo. 5!
Wielkie dzięki za dobre słowo i piątkę! 'Fachowiec' to potężny komplement. Cieszę się, że ten surowy klimat tak dobrze siada. Pozdrawiam!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania