Imago Rozdział 7 "Stray dog"
Rozmowa w garażu zmieniła wszystko. Powietrze między nami, w drodze powrotnej do domu, stało się gęste i naelektryzowane. Adrenalina wywołana powrotem dawnych instynktów wciąż krążyła w moich żyłach, wypalając resztki zimowego letargu. Paul doskonale to czuł. Widział, że facet, któremu dał schronienie, ułamki sekund wcześniej zrzucił maskę uciekiniera. Ta nagła zmiana ról, to przebudzenie dawnego drapieżnika, stworzyło między nami zupełnie nowe, duszne i pierwotne napięcie, którego nie dało się już zignorować.Potrzebowałem zmyć z siebie smar, błoto i ten pulsujący w skroniach chaos. Wszedłem do łazienki. Gorący strumień pod prysznicem miał mnie uziemić, ale przyniósł odwrotny skutek. Moje ciało wciąż było napięte jak struna.Wyszedłem spod prysznica, wciąż ociekając wodą, z ręcznikiem pośpiesznie owiniętym wokół bioder. Gdy mijałem Paula w długim, wąskim korytarzu, ranczer zatrzymał się. Nagle, stanowczo, ale bez grama agresji, przycisnął mnie do chłodnej ściany. Zanim zdążyłem zaprotestować czy choćby wziąć oddech, pocałował mnie szturmem. Początkowo moje ciało zesztywniało z wyuczonym oporem, ale instynkt do walki zgasł równie szybko, jak się pojawił. Oddałem pocałunek. Przestałem udawać, że mi się to nie podoba. Ręcznik wylądował z głuchym łupnięciem przy naszych kostkach. Usta Paula zjechały niżej, pieszcząc drżącą linię szyi, a potem klatkę piersiową i napięty brzuch. Z bezsilności zamknąłem oczy.Pociągnięty za przedramię w głąb sypialni, byłem znów nagi i skrajnie spięty, całkowicie zdany na łaskę drugiego człowieka. Kiedy Paul zrzucał warstwy ubrań, odsłaniając wilgotny od potu tors i mięśnie lśniące w półmroku, zdołałem tylko chwycić haust powietrza. A gdy ranczer ujął w dłoń gruby, skórzany pas ściągnięty ze spodni, poczułem, jak serce na moment staje mi w piersi. Zapomniałem o San Pedro, ucieczce i zepsutym świecie. Nie mogłem oderwać wzroku od tego spektaklu, nie stawiając najmniejszego oporu, kiedy z łagodną stanowczością zostałem popchnięty na łóżko.– Otwórz!!Głos Paula dobiegał z kuchni. Chrapliwy, donośny krzyk uderzył boleśnie od strony podwórka. Zrozumiałem, że musiał wstać chwilę wcześniej, pozostawiając mnie na moment w łóżku. Mój policyjny instynkt zadziałał momentalnie, niczym odbezpieczony detonator. W jednej krótkiej chwili całkowicie przestałem być bezbronnym, zrelaksowanym kochankiem. Mięśnie mi stwardniały, kark natychmiast zesztywniał z powrotem, a w moich mrocznych oczach zapłonął paranoiczny, zimny chłód ulic L.A. Narzuciłem na siebie dżinsy w biegu.Kiedy przekręciłem gałkę w drzwiach następnego poranka, zastałem na ganku chłopaka, który dwoił się i troił, żeby wyglądać jak prawdziwy, twardy stróż prawa. Oślepiony słońcem, wyszedłem na deskę ganku.Miał na sobie spłowiałą wojskową koszulę z naszywką stanowych służb leśnych i wysłużony skórzany kapelusz. Ten rekwizyt nie potrafił jednak ukryć faktu, że facet miał najwyżej dwadzieścia osiem lat. Mój policyjny radar z San Pedro od razu go prześwietlił. Pod tym mundurem kryły się spięte, nerwowe ramiona, a na gładkiej twarzy malowało się absolutne przytłoczenie. Próbował nadrabiać postawą, opierając dłonie na pasie z bronią, ale w jego rozedrganym spojrzeniu i aurze surowego tytoniu przemieszanego z sosnową żywicą, wyczułem jedno: ten chłopak wdepnął właśnie w gówno, które całkowicie go przerastało. Zapewne do tej pory uganiał się co najwyżej za pijanymi drwalami i zagubionymi turystami.– Szukam Paula – rzucił nerwowo, poprawiając kapelusz. – Jestem Perry. Miejscowy Game Warden.Zanim zdążyłem odpowiedzieć, usłyszałem ciężkie kroki za swoimi plecami. Paul stanął w progu. – Perry? Co ty tu robisz o tej porze?Młody strażnik spojrzał na ranczera, a potem z ukosa na mnie, jakby upewniając się, czy przy obcym może mówić. – Mówiłeś, że on był detektywem, Paul – wypalił, pomijając jakiekolwiek grzecznościowe wstępy. Głos mu drżał. – To trzeci dzieciak. Zaginął w nocy w pobliżu państwowej ziemi. To Jesse.Zmarszczyłem brwi. Imię nic mi nie mówiło, ale reakcja za moimi plecami zdradziła wszystko. Zauważyłem, jak wielkie dłonie ranczera zaciskają się na drewnianej futrynie z taką siłą, że knykcie zbielały. Z twarzy odpłynęła mu cała krew.– Kto to jest Jesse? – zapytałem twardo, przenosząc wzrok ze strażnika na Paula.To młody Perry odpowiedział, zsuwając nerwowo kapelusz. – Jesse pracował u Paula przez całą zeszłą wiosnę. Zamiatał stajnie, pomagał przy koniach. Paul próbował wyciągnąć dzieciaka z domowego bagna, traktował go prawie jak młodszego brata. I ten chłopak naprawdę wychodził na prostą.Spojrzałem na Paula. Jego napięte, zacięte z bezsilności rysy uderzyły we mnie mocniej niż jakikolwiek cios w San Pedro. To nie był już anonimowy nastolatek z radiowych wiadomości. Zrozumiałem to w ułamku sekundy. Odwróciłem się powoli do zdezorientowanego strażnika, czując, jak mrok, przed którym uciekałem, ostatecznie mnie dogania. Wyciągnąłem rękę i przejąłem teczkę z jego dłoni, stając własnym ciałem między nim a Paulem.Spojrzałem na leżące w dłoniach akta. Byłem bez odznaki, bez broni i mogłem skończyć w więzieniu za wtrącanie się w lokalne śledztwo. – Będziemy to robić cicho – powiedziałem lodowatym tonem. – Ty jesteś moimi rękami, odznaką i dostępem do bazy. Ja mówię ci, gdzie masz patrzeć. Wchodzisz w to?Perry, wciąż zszokowany tempem, w jakim przejąłem dowodzenie, skinął ciężko głową.
Godzinę później siedziałem już na fotelu pasażera w zakurzonym pick-upie Rangera. Jechaliśmy w stronę lasu. Drzewa Montany migały za szybą w rozmazanych, zielonych pasach, a w powietrzu unosił się ciężki zapach tytoniu, który palił kierowca. Oparłem głowę o szybę, a moje myśli – napędzane miarowym szumem silnika – uciekły z powrotem do tamtego ranka. Do tego, co wydarzyło się, zanim usłyszałem krzyk Paula z kuchni.Obudziłem się gwałtownie jakiś czas wcześniej. Z dławiącym krzykiem, wzywając imię Marka, poderwałem się z materaca. Moja dłoń instynktownie zacisnęła się na pościeli tam, gdzie przez lata zawsze leżała służbowa broń. Zanim otworzyłem oczy, wyuczony, policyjny zmysł już oceniał otoczenie: zapach tytoniu wymieszany z rześkim drewnem i ostre słońce wbijające się siłą przez szparę w zaciągniętych zasłonach. To nie było San Pedro. Byłem w Montanie.Kiedy dotarło do mnie, że przed chwilą wrzeszczałem przez sen, uderzyła mnie fala paniki. Chciałem wyjść do sąsiedniego pokoju, uciec przed wstydem i zamknąć się w swoim pokoju. Ale zanim zdążyłem wstać z łóżka, poczułem na swoim nadgarstku silną dłoń.– Zostań.Cicha prośba Paula wibrowała nisko w sypialni. Jedno słowo, bez cienia oceny, podziałało jak ciężka kotwica w środku sztormu. Wyczuwając tętniące ciepło jego nagiego torsu, powoli opadłem z powrotem na materac. Paul nie puścił mojej ręki. Pociągnął mnie lekko ku sobie. Cienkie prześcieradło zsunęło się z mojego brzucha. Poranne słońce obnażyło ją od razu – grubą, błyszczącą, zrogowaciałą bliznę wtapiającą się z boku w ciało.Widząc odsłoniętą ranę, moje ciało na ułamek sekundy zesztywniało, wchodząc w zimny system defensywny, ale ranczer tylko ostrożnie przysunął się bliżej. Zanurzył jedną dłoń w moich miękkich włosach, a opuszkiem drugiej, z nieludzką wręcz łagodnością, przejechał po martwej tkance. Centymetr po centymetrze badał tę zrujnowaną mapę mojej przeszłości. Szorstki, bezpretensjonalny dotyk ostatecznie zburzył narosły wokół mnie mur. Przełknąłem z trudem ślinę, czując jak zasycha mi w gardle.Głosem wypranym z emocji, typowym dla glin raportujących straty na miejscu zbrodni, zacząłem opowiadać. O Marku.– Miałem cholerne szczęście, Paul – szepnąłem. Moje palce bezwiednie zacisnęły się na prześcieradle, gdy przed oczami znów stanął mi mrok, smród kordytu, mokry asfalt i wrakowisko w dokach. – Weszliśmy w pułapkę. Zawahałem się na ułamek sekundy. Zrobiliby ze mnie sito... Ale taki gość jak Mark, glina z krwi i kości, osłonił mnie własnym ciałem. Dostał cały ołów przeznaczony specjalnie dla mnie. Mnie tylko rozpruło bok. On wykrwawił się na deskach, żeby ocalić mi życie.Ciężka, ołowiana cisza zawisła w małej sypialni. Paul nie zaprzątał sobie głowy pustymi słowami pocieszenia. Po prostu zsunął dłoń z mojego przestrzelonego boku na biodro i pociągnął mnie pewnie do siebie. Wtulił mnie w swoje ciało, dając milczące, nienaruszalne bezpieczne schronienie. To była ta surowa bliskość, która obmywała brud San Pedro i jakiej szukałem od tak dawna, nawet o tym nie wiedząc.I właśnie w tym perfekcyjnym, intymnym ułamku sekundy spędzonym u boku ranczera... błoga bańka spokoju bezpowrotnie pękła.– Wyglądasz, jakbyś spał z otwartymi oczami, miastowy.Chropowaty głos Rangera rozbił wspomnienie, wyrywając mnie z letargu prosto do trzęsącej się kabiny auta. Zamrugałem, skupiając wzrok na drodze.– Znam Paula od gówniarza – ciągnął dalej strażnik, mocniej zaciskając dłonie na kierownicy. Nie szukał we mnie współczucia, tylko pragmatyzmu. – Szeryf uważa, że chłopak wkurzył się na ojca i zwiał do tej komuny podstarzałych hipisów, byle dalej od domu. Że to zwykła nastoletnia ucieczka. Mają tam dragi, więc łatwo zrzucić na nich winę. Ale my z Paulem wiemy, że ten dzieciak wychodził na prostą. Dlatego potrzebuję kogoś z twoim skrzywieniem, żeby pokazał mi, gdzie mam patrzeć.Wziąłem do rąk teczkę, którą położył mi na kolanach. Byłem bez odznaki, bez broni i mogłem skończyć w więzieniu za wtrącanie się w lokalne śledztwo. – Zaczekaj, jeśli mam Ci pomóc. powiedziałem lodowatym tonem, otwierając akta. – Ty jesteś moimi rękami, odznaką i dostępem do bazy. Ja mówię ci, gdzie masz patrzeć. Wchodzisz w to?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania