Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część VI

Cmentarz Parafialny w Morowie, 20 września 2011

 

Panował chłód. Wiatr przeciągał po alejkach cmentarza zapach ziemi. Niebo nad Morowem stało się brudnym kłębowiskiem szarych chmur. Czarny Polonez w zabudowie karawanu pogrzebowego wjechał przez główną bramę na teren parafialnej nekropolii. Grabarz w ostatniej chwili otworzył prawe skrzydło. Auto minęło je o kilka centymetrów. Wiekowe zawiasy były tego dnia wyjątkowo kapryśne.

Za autem szło kilkanaście osób, w tym ksiądz proboszcz – Lech Mazurek, stary wyga. Wszędzie szukał okazji do zarobku, a ludzie ciągle gadali między sobą, że miał od lat osiemdziesiątych teczkę na współpracę z SB. Obok dreptał organista z przenośnym zestawem głośnikowym zawieszonym na barku. Śpiewał żałośnie i bez rytmu, czyli typowo dla tego typu okazji.

Żałobnicy podążali w zwartym korowodzie z jedną tylko większą przerwą na początku. Oddzielała ona dwie najbliższe zmarłemu osoby – żonę i syna od reszty żałobników stłoczonych w niewygodnej ciszy.

W trumnie spoczął Feliks Radzik, lat sześćdziesiąt jeden, zamieszkały w Morowie, kiepski mąż, jeszcze gorszy ojciec. Rodzina za zasługi odwdzięczyła się z nawiązką, że tylko wspomnieć, iż ciało znaleziono w mieszkaniu dwa dni po zgonie. Znalazł go jedynak – Krzysztof Radzik. Przyjechał do starego po siano, które tamten mu zalegał od miesięcy. Gdy odkrył trupa, na początku miał ochotę sprawdzić, czy ojciec na pewno jest martwy. Potem dotarło do niego, że trzeba powiadomić matkę.

Grobowiec znajdował się na starej części nekropolii, w otoczeniu lastrykowych nagrobków i żelaznych krzyży sprzed wielu dekad. Rodzinna mogiła państwa Radzików mogła pomieścić jeszcze trzy trumny i właśnie nadeszła okazja na wykorzystanie miejsca. Proboszcz suchym, sprawozdawczym tonem zaproponował krótką modlitwę i wszyscy zebrani, eksponując swą pobożność, spuścili wzrok. Wśród nich był Felek Czerwiński. Skąd tam się wziął? Pomijając fakt, że ojciec surowo nakazał mu stawić się na pogrzeb, Bogumiła Czerwińska dobrze znała matkę Krzycha i żonę zmarłego. Gdy Radzikowie mieszkali w ich bloku, spotykały się niemal codziennie.

Felek nie czuł się dobrze. Nie z powodu przeziębienia. Po prostu patrzył na Krzyśka i widział osobę, która z jednej strony może go pogrążyć, ale z drugiej może dać bilet do lepszego życia. Przyszłość wyglądała dziwnie, nijak. Żadnej drogi, żadnych konkretnych planów. Zawieszenie w czasie tu i teraz, w małomiasteczkowej sferze martwych marzeń i dawno pogrzebanych nadziei. W takich miejscach cieszyłeś się na promocję czteropaku Harnasia w osiedlowej Żabce. Krzysiek był jakąś drogą. Felek nie wiedział jeszcze jaką, ale kiedy spotkali się pierwszy raz, tydzień wcześniej, nadzieja rozbłysła delikatnie. W Morowie był to ewenement.

Zaczął się czas składania kondolencji. Ludzie podchodzili głównie do wdowy po zmarłym. W tym czasie Krzychu gadał z kimś przed komórkę na boku. Wyglądał na całkiem wyluzowanego, jakby śmierć ojca była porównywalna emocjonalnie z wycieczką do Biedry po chleb.

Państwo Czerwińscy z synem podeszli do kobiety jako trzeci. Felek stanął trochę z boku.

– Chodźcie na obiad, będzie w tej restauracji na Wojska Polskiego – powiedziała smutno, ale pewnie.

Bogumiła przytaknęła, co Felek przyjął jak wyrok śmierci. Miał nadzieję, że szybko wrócą do domu, tymczasem musiał jeszcze udawać, że smakują mu dania z najgorszej, a przynajmniej jednej z najgorszych restauracji w mieście.

Kiedy wychodzili z cmentarza, będąc już przy głównej bramie, Felek oddalił się nieco od rodziców. Ci poszli przodem, on zaś, jakby tknięty jakimś impulsem, zwolnił. Do restauracji było niedaleko, więc ojciec zaproponował spacer. Kolejna decyzja godna pożałowania, pomyślał Felek.

Kiedy państwo Czerwińscy zniknęli za rogiem parkanu cmentarza, Felek poczuł, jak ktoś łapie go za bark i ściska mocno.

– Czego tu szukasz? – zapytał Krzychu. Był ubrany w szykowny garnitur, pasujący do niego jak pięść do nosa.

– Rodzice znali twoją matkę – odpowiedział sucho.

– No raczej ją, bo stary to nie miał zbyt wielu przyjaciół . A ty, też ją znałeś?

– Nie, ojciec mi kazał przyjść.

– Grzeczny synek tatusia. No nie wiem, czy chce mi się z takim w układy wchodzić. Wyglądasz na pizdowatego.

Felek przełknął nerwowo ślinę. Obok ulicą przejechał pomarańczowy Fiat 126p, kopcąc z dziurawego tłumika cuchnącymi oparami.

– Pozory mylą – powiedział Felek, starając się nie dusić w kłębie benzynowych spalin.

– Ja nie mam pozorów. Ale dobra, nadal w to wchodzisz?

– Tak.

Krzychu uśmiechnął się i odszedł na moment na bok. Wykonał jeden telefon. Dwa słowa: Młody wchodzi.

– Dobra – zwrócił się do Felka. – To jutro się koło dziewiętnastej zjawiasz na przystanku w Kiścinnym, kumasz? Lanos będzie podstawiony, wsiadasz i jedziesz na bazę. Reszta tam. Nara.

Felek stał jeszcze chwilę przy parkanie i patrzył, jak Krzychu odchodzi, a potem rozmawia ze swoją matką. Ta wyglądała, jakby każde słowo wypowiadała tylko i wyłącznie z konieczności.

                                                                 ***

Restauracja „U Lewandowskich”, Morowo, 20 września 2011

 

Pani Radzik znała się z Lewandowskimi, zwłaszcza z właścicielem. Nie miała wątpliwości, gdzie urządzić obiad po pogrzebie. Zaprosiła większość z tych, którzy zjawili się na cmentarzu. Nie odmówił nikt. Czerwińscy zasiedli do stołu niedaleko wdowy i Krzycha. Felek czuł na sobie jego wzrok. Gość maglował go, jakby chciał wyczuć, czy na pewno zrobił dobrze, werbując chłopaka do swoich.

Na pierwsze danie podano tradycyjnie rosół, bez możliwości wyboru. Był tłusty, raczej mdły i Felek z trudem, podobnie jak większość gości, zjadł zawartość niewielkiej miski. Potem na salę weszły kelnerki z talerzami, na których obok schabowych ułożono trzy różne rodzaje surówek. Lewandowski – właściciel kręcił się gdzieś w tle, sprawdzał reakcje gości. Wnętrze lokalu było stonowane, raczej skromne, zawieszone w przestrzeni miksu lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych. Felek rozejrzał się po sali. Spojrzał sentymentalnie na okna. Kiedyś interesował się stolarką okienną. Dziwne hobby, ale potrafił rozpoznać większość modeli. Od razu zauważył, że okna restauracji "U Lewandowskich" są z rocznika '99. Takie same mieli w szkole, na jednym z korytarzy. Najgorzej czas znosiło linoleum na podłodze. Było wyraźnie przetarte w wielu miejscach i poczerniałe.

– Dziękuję wam, że jesteście tutaj – powiedziała wdowa, wstając od stołu i kłaniając się lekko gościom.

Krzychu w tym czasie odbierał kolejny telefon w korytarzu. Nie wyglądał na zainteresowanego obiadem. Zresztą, chwilę potem wyszedł na zewnątrz i nie wrócił już do restauracji.

Felek miał wrażenie, że kumple Krzycha nie bardzo chcą, aby jakiś nowy pałętał się w ich bazie, gdziekolwiek ona była. Co jakiś czas nachodziły go momenty zwątpienia. Chciał wtedy powiedzieć Krzyśkowi, że pasuje z tematem na dobre, że to jednak nie dla niego. A potem wszystko przemijało i nadzieja rozpalała na nowo kolejne myśli o lepszej przyszłości.

Czerwińscy postanowili nie zostawać na deser. Edward szturchał żonę co chwilę, jak niewyspany przedszkolak. Widać nawet on miał już po kokardę tego wszystkiego, choć jeszcze na pogrzebie wydawał się głęboko poruszony całą sytuacją.

Pożegnali się i wyszli na korytarz. Felek znów natknął się na Krzyśka. Młody Radzik wyglądał na podenerwowanego. Rodzice Felka weszli do szatni – małego, ciemnego pomieszczenia z kilkoma dużymi i kilkoma małymi haczykami umocowanymi do drewnianej listwy, na której po zapaleniu światła dało się odczytać kilka wulgarnych napisów wyrytych czymś ostrym.

– Pamiętaj, jutro o dziewiętnastej.

– Jakiś problem? – zapytał Felek, sam nie wiedząc dlaczego, jakby Krzysiek był jego nowym kumplem.

– Wyżej srasz niż dupę masz. Spasuj z gadką, młody.

Na odchodne klepnął Felka w plecy. Uderzenie było na tyle mocne, że chłopak zachwiał się i w ostatniej chwili złapał dłonią za klamkę drzwi do ubikacji.

Gdy żałobnicy wyszli z lokalu pogoda pogorszyła się. Zaczęło padać. Mokra kurtyna ukosem niesiona falami wiatru smagała twarze przechodniów.

Ojciec Felka pozwolił by matka wyprzedziła ich i zrównał krok z synem.

– Zadajesz się z Radzikiem? – zapytał surowo.

– Co? Nie, wiesz jaki on jest. Nic mu nie pasuje. Zagrodziłem mu drogę do sali, ale niechcący.

– To dureń, tak jak jego tatuś. Uważaj na niego.

– Jasne. Będę go unikał.

Resztę drogi szli w milczeniu. Felek myślał o kolejnym dniu. W całej palecie emocji, jaka przetoczyła się przez jego umysł, raz pojawił się strach.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania