Korzenie - rozdział II
Gospodarstwo znajdowało się trochę na uboczu głównej części wsi, jakby samo z siebie nie chciało do niej należeć. Biegła doń z drogi wąska ścieżka, ledwo wystarczająca, żeby zmieścił się na niej samochód. Prowadziła do zardzewiałej bramy, za którą znajdowało się niewielkie podwórku. Czarne Mondeo zatrzymało się gwałtownie. Longin jeszcze przez chwilę siedział w ciszy za kierownicą, omiatając wzrokiem niewielki, trzypokojowy dom obity deskami, z których odłaziła płatami farba. Na drugim końcu podwórza stała drewniana stodoła, a po jej lewej stronie murowane chlewiki. Gliniana obora, wedle słów wnuczki właścicielki siedliska, została zburzona wiele lat temu. W jej miejscu rosła wysoka trawa i mnóstwo polnego zielska. Longin pamiętał dokładnie, kiedy pierwszy raz zobaczył ogłoszenie sprzedaży gospodarstwa. To była jesień zeszłego roku. Sam jej początek. Słońce wciąż przyjemnie muskało kark. Wtedy już wiedział, że emerytura na wsi to najlepsze rozwiązanie. Od poprzedniego lata poszukiwał czegoś dla siebie w okolicy. Jak nigdy zaczął kupować lokalne gazety, szczególnie popularny tygodnik, wydawany w formie luźno złożonych stronic, bez zszycia. Tamtego dnia jak zwykle kupował go po raz kolejny, w środę. Gdy wyszedł z osiedlowego sklepu, od razu odszukał strony z ogłoszeniami.
UROCZE I ZADBANE SIEDLISKO: DOM GOTOWY DO ZAMIESZKANIA – głosił nagłówek ogłoszenia. Z miejsca wyjął komórkę i zadzwonił pod podany numer. Po drugiej stronie odezwał się delikatny, kobiecy głosik, przywodzący na myśl szept w konfesjonale. Jeszcze tego samego dnia Longin umówił się na spotkanie. Sprzedającą była wnuczka właścicielki.
– Babcia zmarła na wiosnę, a nas nie stać, żeby utrzymywać gospodarstwo w porządku. Mieszkamy daleko – powiedziała, kiedy Longin zapytał się o powód zbycia siedliska.
Dom nie był idealny. Z zewnątrz czas nadgryzł go w wielu miejscach. Konieczność naprawy elewacji była priorytetem. W środku wszystko pachniało piernikami i starym człowiekiem. Czas zatrzymał się tam w latach dziewięćdziesiątych, a może nawet późnych osiemdziesiątych. Drobna, niewysoka blondynka pokazała dokładnie Dąbrowskiemu wszystkie pokoje, kuchnię i niewielką, ale zdatną do użytku łazienkę połączoną z toaletą.
– Dom został docieplony od wewnątrz. Okna wymieniła jeszcze babcia. Pamiętam, że to był rok, jak Michael Jackson śpiewał w Polsce. Jest centralne ogrzewanie i przydomowe szambo. Nie ma piwnicy.
Longin słuchał uważnie, kiwał głową, czasami mruczał dla lepszego efektu. Zamyślony oglądał ściany i sufity, widoki ze wszystkich okien. Szczególnie jeden wydał mu się wtedy nad wyraz piękny. W sypialni okno wychodziło na niewielkie wzgórze z gospodarstwem, na którym rosła potężna, rozłożysta wierzba, wyglądająca jak majestatyczny żywy parasol.
– Piękne drzewo – powiedział Dąbrowski z uznaniem.
Kobieta nie podzieliła jednak zachwytu.
– Babcia nigdy za nią nie przepadała – odparła krótko, wychodząc z sypialni.
Longin uznał, że prości ludzie ze wsi nie mieli wystarczająco wrażliwości, aby chłonąć dostatecznie dobrze takie niuanse.
Wysiadł z auta i podszedł do furtki. Otwierała się z trudem i skrzypiała, jak to na zardzewiałą starą furtę przystało. Wyłożona kamieniami ścieżka prowadząca od bramy do drzwi domu zarosła trawą tak, że w wielu miejscach trudno było ocenić jak biegnie. Wszystko wymagało nowej ręki, ale Longin miał tego świadomość od początku. Wnuczka właścicielki chciała pozbyć się kłopotu, więc oprócz rozsądnej ceny wyjściowej zgodziła się bez większych negocjacji na spory upust. Bardzo chciała pozbyć się tego gospodarstwa. Dąbrowski ruszył przed siebie, po czym w połowie drogi stanął jak rażony piorunem. Zganił się w myślach, że pozostawił w samochodzie laptopa i torbę z notatkami oraz rodzinnymi pamiątkami. Ta druga nie była wiele warta dla jakiegoś cwanego złodziejaszka, ale laptop HP miał dopiero dwa lata. Z lokalnych mieszkańców Longin zdążył poznać pobieżnie tylko sołtysa – Marka Grudę, średniego wzrostu szczupłego faceta, ujmująco praktycznego w obyciu. Wydawał się w porządku, ale policyjny nos kazał Dąbrowskiemu nie oceniać ludzi po jednym spotkaniu, nawet jeśli zrobili na tobie dobre wrażenie.
Wziął torbę i pokrowiec z laptopem i ruszył z powrotem na podwórko. Przed bramą zatrzymał się jeszcze, aby z daleka zobaczyć szumiącą na delikatnym wietrze wierzbę. Miała w sobie coś majestatycznego.
***
Torbę i pokrowiec położył na stoliku w sypialni. Uchylił okno, by do środka wpadło trochę świeżego powietrza. Potem poszedł do salonu. Lśniący na głęboki połysk regał w stylu peerelowskiej meblościanki ze szklanym barem i wieloma szufladami wyglądał, jakby został tam postawiony jako nowy ledwie kilka dni temu. Dąbrowski postanowił sprzedać mieszkanie w bloku wraz z całym umeblowaniem. Skoro tutejsze meble były świetnie zachowane i miały swój niepowtarzalny klimat, wolał nie ingerować w wystrój domu. Na pewno nie przysłużyłyby się mu mieszanki wedlowskie różnych szafek i komódek kupowanych na przestrzeni lat ze starego mieszkania. Jedynie kuchnia wymagała większej przebudowy. Większość szafek nie domykała się, a kuchenka gazowa miała tylko dwa sprawne palniki na cztery. Dąbrowski wyszedł na zewnątrz, wciągnął w płuca świeże, letnie powietrze. Tym razem pachniało prawdziwym latem, bez spalin i nuty smoły z ulic. Spojrzał na podwórko. Zanim zaparkuje na nim swoje Mondeo, wypadałoby skosić trawę. Przypominała teraz mieszankę łąkowych chwastów niż zwyczajny trawnik. Wnuczka właścicielki wspominała, że w chlewikach wśród różnych gratów była też całkiem zdatna kosa, młotek, a nawet babka do klepania. Longin prawie całe życie spędził wśród miejskich blokowisk, nierzadko nieproszony wchodząc do mieszkań, kiedy sąsiedzi zgłaszali pijackie awantury i nie tylko. Jego życie kręciło się wśród przemocy domowej, chuligaństwa młodzieży i drobnych cwaniaczków maczających paluchy w dilerce i rozbojach. Jednak będąc dzieckiem często jeździł z matką do dziadków na wieś. Tam nie raz widział, jak w czasie żniw wieczorami dziadek Walenty klepał kosę przed kolejnym dniem koszenia. Z marsową miną na twarzy pokrytej zmarszczkami, z zapadniętymi policzkami z kilkudniowym zarostem nań siadywał na pieńku i bez słowa wykonywał swoją powinność. Longin zapamiętał ten obrazek dokładnie.
W środku panował półmrok i pachniało przepalonym olejem. Zapach pochodził z kilku pięciolitrowych baniaków ustawionych pod jedną ze ścian. Każdy pod korek zapełniony był starym olejem silnikowym. Longin ostrożnie zaczął macać ścianę w poszukiwaniu włącznika światła. Po chwili znalazł jedynie jego resztki zwisające smętnie na kablu. Przez okno pokryte grubą warstwą brudu i siecią starych pajęczyn do środka pomieszczenia wpadała symboliczna ilość światła dnia. Dąbrowski wszedł w głąb na czuja, starając się nie potknąć o jakieś stare szpargały poprzednich właścicieli. Przez moment był przekonany, że patrzy na kosę. Wyciągnął rękę do przodu i w tej samej chwili coś wielkości półkilogramowego bochenka chleba przemknęło niedaleko z dużą szybkością. Longin podskoczył ze strachu, cofnął się i z trudem utrzymał równowagę.
– Pieprzony szczur – syknął.
Zwierzę zniknęło w rogu, w sporej dziurze. Dąbrowski pomyślał, że pod chlewami znajduje się pewnie całe roje tego tałatajstwa. Kolejna rzecz do załatwienia. Po chwili bezowocnych poszukiwań postanowił się poddać, przynajmniej dopóki nie kupi sobie jakiejś latarki. Wyszedł z pomieszczenia i zamknął za sobą stare, zbutwiałe drzwi, ryglowane na wykuty przez kowala skobel. Minęła chwila, nim zorientował się, że za bramą ktoś stoi i macha w jego kierunku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania