Korzenie - rozdział I
2007
Longin Dąbrowski westchnął. Od kilkunastu sekund nie był już właścicielem mieszkania na drugim piętrze, które znajdowało się za nieco staromodnymi drzwiami, obitymi pianką wygłuszającą od wewnątrz. Właśnie na nie patrzył i na wyraźnie jaśniejszy prostokąt na ich środku, w którego miejscu przybita była plakietka z jego inicjałami. Nowi właściciele wyglądali na całkiem sympatycznych, ale facet z miejsca zerwał plakietkę, jakby dając dobitnie do zrozumienia Longinowi, że mieszkanie nie należy już do niego.
– No, no, Lonek. Już czas?
Za plecami Longina jak z podziemi wyrósł Leszek Markowski, sąsiad z naprzeciwka. Jako zaprawiony kawaler ze stażem kilka lat dłuższym od Longina, znalazł z sąsiadem wspólny język od samego początku. Znali się ćwierć wieku.
– Chyba tak, Lechu – odparł Dąbrowski trochę melancholijnym tonem. – Idzie nowe.
– Ano, życie toczy się dalej. Wygląda, że to w porządku ludzie. A jak nie… – Markowski puścił oko do Longina. Ten uśmiechnął się lekko.
– Będziesz miał z nimi dobrze. Tak myślę.
Dąbrowski spojrzał jeszcze raz na klatkę schodową, odrapaną lamperię i schody z lastryko. Zaciągnął się zapachem domowych obiadów wszelakiego gatunku i dymu papierosowego. Nigdy nie uważał się za szczególnie sentymentalnego, ale nigdy też nie sprzedawał mieszkania, w którym spędził szmat życia.
Markowski wyjął z kieszeni pomiętoloną paczkę L&M-ów. Jednego podał Longinowi.
– Dawaj, za nowy początek.
Dąbrowski wahał się przez chwilę. Był w trakcie żmudnego i naznaczonego wieloma porażkami etapu rzucania. W końcu jednak wziął papierosa i włożył do ust.
***
Powietrze pachniało latem, ale takim w mieście. Spaliny łączyły się z zapachem kwitnącej lipy i nagrzanego asfaltu z szos i alejek osiedla. Na drzewach śpiewało kilka ptaków. Wiatr nieomal ucichł zupełnie. Longin wyszedł z klatki schodowej, odwrócił się i spojrzał w stronę okna swojej sypialni. Widział sylwetki nowych właścicieli przemykające tam i z powrotem. Idzie nowe, chłopie, pomyślał i ruszył w stronę parkingu. Podszedł do swojego poczciwego sedana Mondeo, rocznik ‘95. Spojrzał przez tylną szybę na kanapę za fotelem kierowcy. Leżała tam duża torba podróżna w kolorze khaki i pokrowiec z laptopem. Woził je nieustannie podczas ostatnich dni przed przeprowadzką. Nie mógł pozwolić, aby przypadkiem o nich zapomniał na samym końcu.
– Panie Dąbrowski, pomyślności! – usłyszał z drugiego końca parkingu.
Poczciwa emerytka, Anna Grzelak machała ręką, opierając się niezgrabnie na lasce. Z miesiąca na miesiąc wydawało się, że coraz mocniej chudnie, a mimo to miała głos jak dzwon. Przechodząc niedaleko Dąbrowskiego nie kryła rozczarowania, jak to ona.
– Wszystko rozumiem, ale naprawdę, na wieś? Wie pan, za moich czasów to się stamtąd uciekało. Miasto to było miasto. A teraz? Dziwna moda. Jeszcze pan wróci – powiedziała, marszcząc czoło i uśmiechając się lekko.
– Nie sądzę, zaczynam nowe życie, pani Grzelak.
– Na zadupiu jakimś. Co za moda! – odparła emerytka i żegnając się odeszła powoli w stronę swojego bloku.
Longin nie oglądał się już za siebie. Wsiadł do Mondego, odpalił silnik i wyjechał z placu na ulicę. Od razu dodał gazu. Koniec sentymentów, zawyrokował w myślach.
***
W czasie jazdy namolne myśli i tak wróciły. Spojrzał na swoją twarz w tylnym lusterku ze świadomością, że coraz szybciej dobiega sześćdziesiątki. Od kilku lat zaczął mocniej łysieć i siwieć. W firmie zawsze mu zazdrościli czarnych jak węgiel włosów i nienagannej sylwetki, mocno odbiegającej od typowego stereotypu policjanta krawężnika z sąsiedztwa. Nigdy nie dorobił się piwnego brzucha i drugiego albo i trzeciego podbródka. Nawet po pięćdziesiątce starał się być aktywny. Ale pewnych rzeczy nie da się powstrzymać. I teraz, oglądając coraz pokaźniejsze zakola i pasma siwizny na ostałych włosach, Longin Dąbrowski, emerytowany policjant pionu prewencji, westchnął ciężko. Czuł, jakby to wszystko, misterny plan nowego życia na emeryturze, poświęcenia się pisaniu na całego i chłonięcia kolejnych lat bez półśrodków tracił sens. Przecież te najlepsze zostawił za sobą, razem z nieco ponad pięćdziesięciometrowym mieszkaniem na drugim piętrze w gierkowskim bloku.
Najpierw rowerzysta była dla niego nic nieznaczącą plamką w oddali. Ale Mondeo miało kopa, a Longin zawsze słynął z ciężkiej nogi. Dlatego zwykła plama szybko się powiększyła, nabrała ludzkich kształtów i ani Dąbrowski się obejrzał, a jadący slalomem pijaczek był praktycznie przed jego maską. Odbił kierownicą w lewo, zupełnie nie zastanawiając się, czy z naprzeciwka nie nadjeżdża inne auto. Opony zapiszczały, czarny Ford zjechał na przeciwny pas. Przednie lewe koło zsunęło się z asfaltu na piaszczyste pobocze, za którym znajdował się głęboki, świeżo pogłębiany rów melioracyjny. Longi poczuł, jak ciepło wypełnia wnętrzności. Zdołał opanować Mondeo i wrócić na asfalt. Miał sporo szczęścia, bo szosa była pusta. Tylko on i zadowolony z siebie pijaczek, wciąż jadący slalomem z siatką zawieszoną na ramie. W środku zapewne tłukło się sporo tanich win. Dąbrowski otarł czoło i zwolnił. Po fakcie mógł mieć pretensje tylko do siebie. Jazda osiemdziesiątką po powiatowej drodze i jednoczesne wspominanie dawnych lat, gapiąc się na własną łysinę zamiast na drogę, to dobry przepis na wypadek. Uświadomił sobie, że niedługo powinien gdzieś przystanąć i spojrzeć na mapę. Tym razem postanowił jechać na wieś od drugiej strony. Przy okazji chciał poznać okolicę, która będzie jego nowym domem, miał nadzieję już na zawsze.
W oddali ujrzał murowaną wiatę przystanku skąpaną w chaszczach. Plac przed nią był jednak wystarczającą oczyszczony, aby tam zaparkować na minutę czy dwie. Wyjął ze schowka mapę wojewódzką i otworzył na odpowiedniej stronie. Zaklął pod nosem, bo przejechał co najmniej dwa skręty, które doprowadziłby go do celu szybciej. Teraz miał dwa wyjścia: wracać się albo jechać jeszcze trzy kilometry do najbliższego skrętu.
– Nie ma powrotów, Dąbrowski – powiedział, zamykając mapę i wrzucając bieg. Mondeo ruszyło z piskiem opon.
Styrany czasem znak informujący, że do wsi Mokrzec zostało pięć kilometrów, słaniał się na dwóch przerdzewiałych rurowych podporach. Był też nieco ukryty za pnącym się po nim zielskiem. Longin skręcił w prawo, w piaszczystą drogę i zredukował bieg. To była jedna z tych cech okolicy, za którą ją pokochał. Wszędzie żwirowe drogi i polne ścieżki, a na ich rozstajach przystrojone figury. Jadąc lekko ponad trzydzieści na godzinę, napawał się widokiem bielących łanów zbóż i starych drzew rosnących na miedzach w głębi pól i przy drodze. Pierwsze jakiekolwiek budynki zobaczył po kilometrze jazdy. Naliczył pięć, a potem znowu nastała pustka – tylko pola i drzewa na miedzach, okazjonalnie zastępowane wysokimi krzaczorami. Poczuł się trochę lepiej. Natrętne myśli odpłynęły, a kiedy ujrzał biały znak z plamkami rdzy i nazwą wsi MOKRZEC, uśmiechnął się szeroko. Był w domu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania