Korzenie - część III
Sołtys Marek Gruda stał cierpliwie za bramą, dopóki Longin do niego nie podszedł. Był sporo niższy od Longina, miał trochę piwnego brzuszka i sporo siwych włosów na skroniach. W pstrokatej koszulce i spranych dżinsach przypominał faceta, który na siłę stara się być młodzieżowy i oszukać czas. Z mizernym skutkiem.
– Witam, Longinie – powiedział, kiedy Dąbrowski stanął obok furtki. – Mam trochę papierów, które przechowywałem na życzenie Asi, znaczy wnuczki pani Wiśniewskiej.
– Wejdź – odparł Longin, zapraszając sołtysa na podwórko.
Usiedli obaj na drewnianych schodach przy drzwiach wejściowych domu. Marek wyjął z kieszeni papierosy. Dąbrowski widząc je, westchnął ciężko.
– Nawet jednego? – zagaił z uśmiechem Gruda. – No nie przesadzaj.
– Rzucam. Albo lepiej powiedzieć: staram się i gucio z tego wychodzi. Daj jednego.
Zapalili i przez chwilę siedzieli w ciszy.
– No to, co tam masz dla mnie?
– A trochę papierzysk – odparł Marek, podając Longinowi starą teczkę pachnącą kurzem i minionymi latami. – Takie tam, wiesz, mapy ewidencyjne, licznik, podatek rolny. Swoją drogą będzie trzeba go opłacić, bo Aśka nie zrobiła tego. Może zapomniała.
Longin zaciągnął się jeszcze dwa razy, potem zgasił peta i odebrał plik dokumentów od Grudy.
– Bardzo chciała się pozbyć problemu – powiedział, kartkując papiery.
– Młodych ciągnie do wielkiego miasta. A tutaj? Nic dla nich nie ma. Nic się nie dzieje.
– I to jest piękne – odparł Dąbrowski.
– Myślałem, że policjant to nałogowo potrzebuje wrażeń. No wiesz…
– Gadanie niewtajemniczonych. Nie obraź się, Marek. Po prostu to nie jest tak, że gliniarz musi być ciągle w cugu działań, bo inaczej go telepie.
Marek przytaknął, zgasił swojego peta i wziął do ust świeżego papierosa.
– Pewnie, ja to tam nic o tej robocie nie wiem. W rodzinie policjanta się nie dorobiłem.
– Przychodzi taki czas, że potrzebujesz tylko wschodu słońca, śpiewu ptaków i czystych myśli.
Dąbrowski zmrużył oczy, niemalże odpłynął w rozmyślania. Gruda przez moment siedział trochę zakłopotany, potem odchrząknął nieco głośniej by dać znać Longinowi, że cały czas tam jest.
– Będzie mi tu dobrze, mam nadzieję – dodał Dąbrowski, wstając. – Ale najpierw trochę porządków. Potrzeba tu świeżej ręki.
– Ano – zgodził się Gruda. – Wiśniewska chorowała przez dłuższy czas, z kilka lat. Wszystko zaczęło podupadać, podobnie jak i ona. W takim razie ci nie przeszkadzam. U nas się mówi, że ty teraz swojak.
Uścisnęli sobie dłonie, po czym Gruda spokojnym krokiem odszedł do swojego czerwonego Golfa III i odjechał. Longin obserwował niemieckiego diesla podrywającego na żwirowej drodze tuman kurzu za sobą.
– Swojak – powtórzył słowo Grudy, wchodząc do domu.
***
Spojrzał na dwie walizki stojące w korytarzu. Machnął w ich stronę ręką. Ubrania ułoży w szafie potem. Wziął pokrowiec z laptopem i usiadł przy stole w salonie. Postanowił zainaugurować pierwszy dzień w nowym domu kilkoma stronami powieści. Ostatnimi czasy cierpiał na notoryczny brak weny. Każde posiedzenie przed ekranem było mordęgą. Kolejne zdania tworzyły się z trudem, inne zupełnie nie miały ładu, więc z miejsca je usuwał. Wszystko kończyło się nerwowym zamknięciem laptopa. Tym razem chciał, żeby było inaczej. Saga rodziny Dąbrowskich po trzech latach nieregularnego tworzenia zaczęła nabierać kształtów. Nie była już zlepkiem luźnych myśli, ale historią, która wymagała uwagi i zaangażowania. Longin otworzył plik zatytułowany KORZENIE, spojrzał na ostatnie zdanie zapisane dwa tygodnie temu wieczorem na balkonie w gierkowskim bloku. Ułożył dłonie nad klawiaturą z zamiarem powrotu do pisania, ale wtedy w myślach powróciło wspomnienie słowa wypowiedzianego przez sołtysa Grudę. Swojak. Dąbrowski nie spodziewał się aż tak dobrego przywitania. Sądził, że będzie dla mieszkańców wsi obcym, przybyszem z miasta, który nie bardzo rozumie, z czym je się byt poza ruchliwymi ulicami i rzędami wielkopłytowych blokowiska. Może nie będzie totalnym intruzem, ale też nikt specjalnie nie zainteresuje się nim. Czyżby był zbyt uprzedzony? W miastach ludzie różnie mówili o mieszkańcach wiosek. Czasami Dąbrowski słyszał słowa pogardy nawet wśród swoich kolegów z firmy. Niektórzy nadal mieli w pamięci protesty przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej.
Spędził przed laptopem trzy kwadranse, w których czasie wykrzesał kilka zdań, a drugie tyle skasował po drodze. Nadal nie czuł tego czegoś. Próbował zrobić z pisania rzemiosło, pracę jak każdą inną, ale po kilku dniach czar pryskał i klepanie zdań stawało się kolejnym ciężarem. Zamknął laptopa i westchnął. Miał ochotę na papierosa i coś tłustego. Spojrzał na zegarek. Dochodziła trzynasta, więc była to ewidentnie pora obiadowa. Żołądek po chwili zaburczał jakby na potwierdzenie myśli. Longin odszedł od stołu. Postanowił, że pojedzie do lokalnego sklepu. W samej wsi był jakiś prywatny spożywczak. Wsiadając do Forda, spojrzał ponownie w kierunku wierzby. Tym razem stała tam spokojnie, wiatr ucichł zupełnie, a słońce przyjemnie prażyło w kark.
***
Sklep znajdował się w budynku po dawnej zlewni mleka. Na wyasfaltowanym, upstrzonym pęknięciami, w których wyrosła trawa, placu stało kilka rowerów i jeden niebieski Fiat Uno. Longin Dąbrowski zaparkował Mondeo obok włoskiego diesla i spojrzał na wyblakły szyld z napisem sklep spożywczo-przemysłowy. Baner miał już swoje lata. Był ledwo czytelny, a napisy usiane licznymi pęknięciami na niegdyś idealnie białych literach. Przed sklepem stały drewniana ławeczka i stolik ukryte pod parasolem z logiem piwa Kasztelan. O dziwo nikt na niej nie siedział popijając małe jasne z butelki koloru bursztynowego.
Do sklepu wchodziło się po drewnianych schodach dostawionych do betonowej, wysokiej rampy, na której niegdyś okoliczni rolnicy stawiali baniaki z mlekiem, zdejmując je bezpośrednio z wozów. Longin wszedł do środka, rozglądając się uważnie.
– O proszę, proszę – odezwał się cichy kobiecy głos.
Za ladą sklepową stała niska, na oko ponad sześćdziesięcioletnia kobieta o rzadkich, mysich włosach w fioletowym fartuchu narzuconym na ubranie.
– Dzień dobry – odparł Longin.
Obok sklepikarki stał chudy, opalony facet w roboczej flanelowej koszuli poplamionej smarem i olejem silnikowym. Spod podwiniętych rękawów wychodziły chude, żylaste przedramiona zakończone dłońmi przypominającymi łopatki do wygarniania węgla z pieca.
– Pan to ten miastowy? – zapytał, uśmiechając się szeroko. Nie naturalna biel zębów sugerowała, że większość uzębienia stanowiła proteza.
– We własnej osobie.
– Rysiek Rawski – przedstawił się, wyciągając uwaloną w smarze dłoń.
Longin bez uprzedzeń uścisnął ją mocno.
– Miło poznać. Zaczynam poznawać okolicę. – Wytrzymał odruch cofnięcia głowy, kiedy poczuł od Rawskiego fetor przejrzałego alkoholu.
– A co tu do zwiedzania takiego. Pola same. Kobitki za to lepszego sortu. – Na koniec puścił oko w stronę sklepikarki. Ta tylko spojrzała na Rawskiego i odeszła na zaplecze.
– Cisza i spokój to coś, czego potrzebuję.
– No to teraz będzie z tym krucho. Żniwa idą. Ja nie wiem, w co łapy włożyć. Jak widać. Każdy na ostatnią chwilę przyprowadza, co mu tam się posypało.
– Jesteś mechanikiem?
– Trochę, po sąsiedzku każdemu pomogę.
Dąbrowski przytaknął z uznaniem. Uważał, że postawy altruistyczne w takich społecznościach są kluczowe. Pomyślał, że lepiej nie mógł trafić, choć był ostatni do dzielenia skóry na niedźwiedziu.
– Zbieram się. Po fajki przyszedłem i coś na ząb. – Pokazał na paczkę Cameli i setkę gruszkówki. Pożegnał Longina zawadiackim uśmieszkiem wiejskiego żartownisia.
Chwilę po odejściu Rawskiego z zaplecza wróciła sklepikarka.
– Najgorzej jak mu się da uwierzyć, że jest śmieszny – powiedziała, kręcąc głową.
– Nie chciałem mieć w nim wroga – odparł asekuracyjnie Longin.
– Nic się nie stało. Rysiek to kawalarz z dawien dawna. A pan podobno policjant.
– W poprzednim życiu. Teraz emeryt.
– Ja też, ale człowiek do pracy przyzwyczajony od młodych lat. Dorabiam sobie.
– Nigdy bym nie przypuszczał, że może mieć pani wiek emerytalny – odparł z uśmiechem Longin.
Kobieta odwzajemniła uśmiech.
– Sami amanci, co jeden to lepszy – skwitowała.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania