Poprzednie częściKorzenie - prolog

Korzenie - część IV

Helena Górka zerwała się z łóżka, zlana potem. Na białym, świeżo wypranym prześcieradle pozostała duża, mokra plama. Przez okno do pokoju wpadało ciepłe, lipcowe światło słońca. Mimo to kobieta była wystraszona i zdezorientowana. Zajęło chwilę nim doszła do siebie i zrozumiała, że to tylko zły sen. Po prostu koszmar. Poprawiła przekrzywione ramiączko trochę spranej już koszuli nocnej i powoli skierowała się do kuchni.

– Zły sen. Po prostu zły sen – powtarzała na głos, uważnie lustrując wzrokiem ściany i meble.

Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek obudziła się równie przerażona. Może w dzieciństwie, z powodu ojca… zresztą nieważne. Po co grzebać w starych szufladach? Teraz chciała napić się trochę wody i spokojnie wejść w nowy dzień. Sny jak sny. Zdarzają się lepsze i gorsze. Ten był zdecydowanie zły. Wciąż miała przed oczami czerń rozlewającą się na wioskę, pochłaniającą kolejnych, bezbronnych mieszkańców. Długie, czarne macki chwytały ich za gardło i ciągnęły w otchłań. Przeraźliwe krzyki wciąż szumiały Helenie w uszach. Nie mogła przestać o tym myśleć. Nic nie pomagało. Radio i telewizor zawodzące w swój sposób w tle, mycie podłogi. Obrazy wciąż krążyły w głowie, jak stado kruków zwabione smrodem rozkładającej się na skraju lasu padliny.

W pewnej chwili wzrok kobiety utkwił na dolnej szufladzie komody w dużym pokoju. Był to jeden z nielicznych, w miarę nowych mebli w domu. Helena poczuła, jak dreszcz biegnie po jej chudych plecach. Pod stertą ręczników, starych papierzysk i różnych szpargałów w małych szkatułkach leżała koperta, stara i pożółkła. W niej znajdowało się coś, czego Helena Górka nie chciała widzieć. Nigdy. Nie miała jednak odwagi się tego pozbyć. W końcu… jak tak można? Musiało tam leżeć i co jakiś czas o sobie przypominać. Jak zły amulet.

Do południa nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Samotność z roku na rok zaczynała jej doskwierać coraz mocniej. A odkąd była na emeryturze tempo przyspieszyło. W końcu postanowiła, że przejdzie się do sklepu. Na zewnątrz słońce prażyło, jak na lato przystało. Założyła duży, słomiany kapelusz, wcześniej starannie układając posiwiałe włosy. Wychodząc z podwórka zamknęła na moment oczy. Czarne macki. Pojawiły się znowu, jak mantra. Westchnęła i spróbowała wyciszyć myśli. Po chwili uznała, że wszystko trzyma się kupy.

***

Dąbrowski włożył zakupy na przedni fotel pasażera, zamknął drzwi i spojrzał w niebo. Letni błękit wyglądał w cichym krajobrazie prowincji jakoś inaczej. Wszystko tu było inne. W wielu przypadkach lepsze niż w mieście. Podszedł do drzwi od strony kierowcy i złapał za klamkę.

– Dzień dobry – usłyszał za plecami.

Niewysoka, wychudzona kobieta w dużym słomianym kapeluszu uśmiechała się do Dąbrowskiego lekko.

– Dzień dobry – odpowiedział. – Chyba nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać.

– No nie, na pewno nie. Helena Górka – odparła kobieta. – Pan kupił gospodarkę Wiśniewskiej?

– Tak, to ja, we własnej osobie.

Kobieta na moment posmutniała. Dąbrowski nie wiedział, jak czytać jej wyraz twarzy. W jej oczach od początku, kiedy tylko ją zobaczył, coś go zaniepokoiło.

– Z miasta na wieś?

– W rzeczy samej. Chciałem odpocząć od zgiełku.

Helena Górka nie odpowiedziała. Na jej twarzy wciąż malował się trudny do sprecyzowania kolaż smutku, strachu i podejrzliwości. Początkowy uśmiech jakim obdarzyła Dąbrowskiego wyparował bezpowrotnie. Może na dobrą sprawę nigdy go tam nie było.

– Młodzi chcieli zarobić. Ja bym raczej nie sprzedała na ich miejscu. Bo to w rodzinie jak jest, to inaczej. Rozumie pan.

Dąbrowski przytaknął, choć tak po prawdzie nie starał się pojąć, jakimi kategoriami kierowała się Górka. Był nowy we wsi, więc chciał wypaść przed tubylcami jak najmilej.

– Wnuczka pani Wiśniewskiej powiedziała, że utrzymanie pustego domu to duże koszty.

– Oczywiście. Dbanie o rodzinną spuściznę łatwe nie jest. Ale czasami trzeba – odparła trochę zaczepnym tonem. Rysy chudej twarzy naznaczonej wieloma latami pracy przybrały ostrzejszy charakter.

– No cóż, ile ludzi, tyle opini, prawa?

Helena Górka przytaknęła lekko.

– Też prawda. W każdym razie życzę powodzenia.

Minęła Dąbrowskiego, po czym stanęła przed schodami i odwróciła się w jego stronę. Wyglądało, jakby wahała się mówić dalej.

– Proszę… – zawiesiła na moment głos.

Longin zmarszczył czoło trochę zdziwiony. –

– Tak?

– Dom Wiśniewskiej to podobno na żyłach wodnych stoi. Od wzgórza szczególnie pod ścianami one biegną. Nie… nie radzę tam stawiać łóżka. Źle się śpi na żyle wodnej.

Dąbrowski przytaknął. Tym razem musiał naprawdę bronić się przed wyśmianiem tej osobliwej teorii.

****

Sierpień 1946

Jan Górka zanurzył głowę w poidle wypełnionym do połowy wodą. Była ciepła jak powietrze wokoło – zawiesiste i pachnące latem. Po wszystkim otarł wychudzoną, nieogoloną twarz i spojrzał na zachodnie niebo. Purpura coraz mocniej zlewała się w jedność z nadchodzącym granatem zmierzchu. Mimo, że był na nogach od wczesnego brzasku, nie czuł zmęczenia. Tylko strach. Wybałuszonymi oczami gapił się w niebo i rozmyślał. Znowu go zobaczył. Na wzgórzu. Stał z opuszczonymi rękami wzdłuż bioder, trochę zgarbiony, z przechyloną głową, której… w połowie nie było! Spod czaszki wystawały krwawe ochłapy posklejane ze spoconymi włosami. Na bladej twarzy zastygły krwawe smugi krwi. Górka nieomal nie wywrócił, kiedy go zobaczył. Potem padł na kolana i zaczął się modlić, błagając Boga o przebaczenie. Przecież… on nie chciał. Tak bardzo tego nie chciał. Ile jeszcze razy będzie musiał ujrzeć ten okropny widok? Nie mógł się sprzeciwić. I tak na wsi gadali, że rozum traci.

Przykucnął obok poidła z zamiarem ponownego zanurzenia w nim głowy. Nachylił się, po czym krzyknął przerażony. W poidle nie było wody, tylko krew. Mnóstwo krwi, aż po same brzegi.

– Litości – załkał cicho zasłaniając twarz zgrubiałymi dłońmi.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania