Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kubas Adventure Shippuuden 2 i Zakon Feniksa

Opowiadanie dostępne również na blogu powieści:

 

https://kubasadventure.blogspot.com/

 

lub dla ułatwienia pod linkiem:

 

https://drive.google.com/file/d/1lod62jKJu5nWd9DAM-gjmeESubq8eVeF/view?usp=sharing

 

=================================================

Zakon Feniksa

=================================================

 

W poprzednim odcinku Kubas i jego ekipa odwiedziła wymiar Disneya i zrobiła tam niezły rozpierdol. W głowie utkwiła mi scena, gdzie Kubas dusił Myszkę Miki gołymi rękami a Pluto skończył na talerzu na końcowej wieczerzy.

Co?

A, nie ta część.

Sorry.

Chwileczkę.

O mam.

Kubas po 3 latach powrócił do Warszawy, gdzie miał spotkać się z przyjaciółmi i swoją ukochaną Magdą. O ile z pierwszym punktem nie było problemu tak niestety z drugim już tak. Okazało się, że Magda została porwana przez Organizację Wrzask, najprawdopodobniej po to, by dorwać Kubasa.

W jakim celu?

Chuj wie.

Organizacja Wrzask ma swoją siedzibę w wymiarze zwanym Las Nachos i to tam przetrzymują dziewczynę. Kubas oraz jego ekipa szykują misję ratunkową. Niestety okazało się, że tylko 7 osób może przejść przez specjalny portal, który prowadzi do ich siedziby. Kubas musi podjąć decyzje, kto będzie mu towarzyszył podczas tego questa, szczególnie że przeciwnicy to najprawdopodobniej runini oraz mają na usługach Krzykaczy – przydupasów od czarnej roboty. Nasz główny bohater i wszyscy jego towarzysze zebrali się na boisku zniszczonym kilka lat temu szkoły podstawowej, tuż przy domu Kubasa. To właśnie tam stoi teraz potrzebny im portal.

***

„Czyli muszę zabrać ze sobą tylko 6 osób?” Dopytywał Kubas profesora Duczmana, który grzebał przy panelu sterowania portalem.

„Dokładnie tak. Ten portal to staroć, ma energii na przeniesienie tylko 7 osób.” Rzekł sprawdzając wszystko kilka razy, a szczególnie to czy wygrał drugiego żubra pod zawleczką, bo akurat popijał piwerko.

„Muszę pomyśleć.” Kubas odwrócił się do swoich przyjaciół i sojuszników. Na boisku było mnóstwo obrońców dobra, ale również żołnierzy z organizacji Turks. Jeszcze przed chwilą wszyscy myśleli, że przepuszczą zmasowany atak na wrogów a tutaj cały plan psu w dupę. „W siedem osób mamy napaść kryjówkę Wrzasku i uratować Magdę. Kurde jestem głupi, a i tak wiem, że to nie będzie bułka z masłem.” Kubas wiedział, że walka z innymi runinami może być kłopotliwa. Przekonał się o tym nie tylko w poprzedniej części, ale i kilka lat temu, podczas bitwy warszawskiej.

Runini to ogólnie osoby, które mają w sobie moc runów. Kubas jest również runinem i posiada moc szału.

„Kurde w sumie to wiemy tylko o nich tyle, że jeden z nich ma runę spokoju.” Kubas myślał na głos a podeszli do niego jego przyjaciele, Włodek, Derek i Konrad, a także jego mistrz Ździraja. Ten ostatni, trochę już dziad o czarnych długich włosach i koziej bródce o tym samym kolorze zabrał głos.

„Przed wyruszeniem do Las Nachos chce wam o czymś opowiedzieć. Zależy mi, żebyś to usłyszał.” Rzekł, po czym spojrzał na Konrada żyda. „I ty również młody.”

„Ja?” Zdziwił się Konrad, który chyba nigdy nie miał poważnego wątku w całej tej powieści.

„O czym chcesz nam opowiedzieć miszczu?” Dopytywał Kubson.

„O pierwszej kampanii przeciwko organizacji Wrzask. Mówiłem ci, że mieliśmy już z nimi do czynienia prawda? Chce wam opowiedzieć o grupie, która stoczyła z nimi nierówną walkę. Grupie złożonej z obrońców dobra poprzednich dekad. O grupie zwanej Zakonem Feniksa.” Przybrał poważną pozę i zrobił poważną minę, chociaż może to wykrzywienie na twarzy spowodowane było nieleczonymi hemoroidami.

„Zakon Feniksa? Moi starzy należeli do tej grupy!” Wykrzyczał Konrad.

„Zgadza się. Ja i Anielica Żywica znaliśmy twoich starych.” Ździraja wyjął zdjęcie i pokazał je Kubasowi i Konradowi. Włodek i Derek oglądali je przez ich ramiona. Na zdjęciu widniało kilka osób, a jedna z nich trzymała napis Zakon Feniksa. Niestety większość zdjęcia była ujebana ostrym sosem, bo przed spotkaniem na boisku Ździraja skoczył na kebsona. Konrad wskazał palcem na dwójkę żydów stojącą z przodu, kobietę i mężczyznę. Baba nie wyróżniała się niczym szczególnym, tylko tym, że była niska. Mężczyzna zaś wyglądał na rabina i to na dość wysokim levelu.

„To moi rodzice. Powiedziano mi, że zginęli zabici przez terrorystów. Dlatego trafiłem do sierocińca.”

„Dobrze ci powiedzieli. Wrzask, to byli terroryści, atakowali niewinnych ludzi tylko po to, by wypełnić swoje cele.” Odpowiedział dziad, gładząc się po brodzie. Kubas natomiast dalej przyglądał się zdjęciu. Wypatrywał znajomych twarzy i oprócz młodszej wersji Ździraji i Anielicy Żywicy zobaczył, że do grupy tej należał też niejaki Jeremiah Malina. Łatwo go poznał po jego łysinie.

Jeremiah Malina pracował dla Diablicy Martwicy, a jeszcze trzy lata temu rządził organizacją Turks. Okazało się, że był zdrajcą.

„On też należał do grupy?” Zdziwił się Kubas.

„Tak. Był przedstawicielem Turksów wtedy, ale nie miał jeszcze rangi marszałka.” Wyjaśnił Ździraja. „Wydaje mi się, że to właśnie podczas pierwszej wyprawy do Las Nachos zgadał się z Diablicą Martwicą.”

„Jak to? Co Diablica ma wspólnego z Wrzaskiem?” Kubas oderwał wzrok od zdjęcia i spojrzał na mistrza. Ten podrapał się po głowie i uśmiechnął.

„A no tak, chyba ci nie powiedziałem. Organizacje Wrzask założyła właśnie Diablica Martwica.”

***

Diablica Martwica była kobietą, która uważana była za główną złą postać na ziemi. To ona szerzyła chaos i terror na świecie, dopóki Kubas jej najebał i wysłał do innego wymiaru. Przez długi czas jednak była głównym nemezis Kubasa i dlatego ten nie krył zdziwienia.

„Co kurwa!? Diablica Martwica założyła Wrzask!?” Oczy wyszłyby mu z orbit gdyby nie wielkie okulary na jego nosie.

„Tak, tak, ale po kolei. Powiem wam wszystko, co wiem więc nadstawcie mocno uszy.” Ździraja zaczął w końcu swą opowieść. „To były czasy kiedy byłeś pewnie jeszcze małym brzdącem i wyjadałeś własną kupę z piaskownicy.”

„Kubas tak nie robił, prędzej ja.” Poprawił Ździraję Włodek, który wychowywał się z Kubasem od małego. Brodacz jednak nie zwrócił na to uwagi, tylko kontynuował.

„Diablica Martwica już wtedy działała, ale było to przed wojną w Wietnamie. Otóż założyła tę grupę z jednego powodu. Chciała stworzyć legendarną Runę Elementarną.”

„Runę Elementarną? Co to?” Zapytał Kubas, bo jego master kilka razy opowiadał mu o innych runach, ale o tej nigdy nie wspomniał.

„Nie jest to jedna z dwudziestu run, o których wiesz. Nie wiem skąd to wiadomo, ale podobno gdy połączy się moc dziesięciu run, osiąga się połowę mocy samego boga Ronalda McDonalda. Tworzy się Runa Elementarna o wszechpotężnej, boskiej wręcz mocy. To był jej cel.”

„I dlatego zbierała innych runinów.” Skomentował pułkownik James, który razem z innymi obrońcami dobra już jakiś czas temu przysunął się do nich, by słyszeć historie zakonu.

„Tak. Chciała stworzyć te wyjebaną w kosmos runę i zyskać potęgę, o jakiej nikomu się nie śniło. Żeby to zrobić, nie tylko zbierała chętnych złoli-runinów, ale porywała tych, co nie chcieli jej pomóc. Poszukiwała też runów w formie kamieni. Jej grupa powodowała bardzo dużo złego. Na szczęście nie udało się jej zebrać aż 10 runów, chociaż było blisko.”

„Czemu zaprzestała tego procederu?” Zapytał główny bohater.

„Od dawna polowaliśmy na tę grupę i gdy tylko odkryliśmy ich portal do Las Nachos, my sannini czyli ja, moja przyjaciółka Tsunami oraz jebany zdrajca Emochimaru stworzyliśmy Zakon Feniksa. Zebraliśmy chętnych i wyruszyliśmy ich zgładzić. Niestety nie wszystko poszło po naszej myśli.” W głosie Ździraji słychać było nostalgie, ale również trochę złości. Dalsze opowiadanie przejęła Anielica, która poklepała Ździraję po ramieniu.

„Wyruszyliśmy gotowi i przygotowani. Wiedzieliśmy, że przeciwnikami będą runini. Niestety wszystko zaczęło się sypać gdy tylko dotarliśmy do głównej siedziby wroga. Wpadliśmy w pułapkę.”

„Widzicie tego chuja na zdjęciu?” Ździraja wskazał na jakąś osobę, która stała koło rodziców Konrada na zdjęciu. W połowie ujebana była sosem, ale było widać, że również był żydem i najprawdopodobniej rabinem, bo miał podobne ubrania co ten pierwszy. „Okazało się, że Wrzask przekupił go już wcześniej i ten zdradził nas i wprowadził w pułapkę. Walczyliśmy dzielnie, ale większość z nas straciła tam życie.” Mężczyzna spojrzał na Konrada. „Twoi rodzice… Tsunami, Victor z Na Wspólnej oraz mój…”

„Mój? W sensie twój kto?” Zapytał Konrad.

„Mój pierwszy uczeń.”

„Nigdy mi o nim nie opowiadałeś.” Wytknął mistrzowi Kubas.

„Bo masz jeszcze za słaby level. To przeszłość. Ale, wracając do historii. Żyd nas zdradził, większość zginęła, ten cały Malina gdzieś spierdzielił zresztą Emochimaru również. Mnie ktoś potraktował wysysaczem i wyssał ze mnie runę Sourei. Umierałem, ale dzięki temu, że Anielica Żywica od razu zaczęła mnie uzdrawiać, jakoś przeżyłem. To ona mnie uratowała i przeniosła do wymiaru Kalangel gdzie zajmowano się mną prawie tydzień, zanim odzyskałem przytomność. Jak sobie teraz pomyślę to nie zdziwiłbym się gdyby to właśnie Malina użył na mnie wysysacza, bo on też gdzieś spierdzielił a tylko Turksi mieli dostęp do takiej technology.” Ździraja spojrzał na swoją prawą dłoń. To właśnie tam miał niegdyś ślad po runie szału, taki sam jak teraz Kubas nad prawą brwią.

„No ale co dalej? Dostaliście wpierdol, ale koniec końców Diablicy nie udało się stworzyć Runy Ementalera.” Zapytał od niechcenia wafel lordów – Rumun, ale każdy był ciekaw końca historii.

„Cóż, to prawda, że Zakon Feniksa poniósł porażkę, ale podczas walk w Las Nachos udało nam się zdjąć kilku runinów. Nie docenili nas. To pokrzyżowało jej plan na dobre. Wrzask przestał istnień a Diablica wróciła do działania w pojedynkę.”

„A jednak teraz organizacja działa ponownie tylko bez tej szmaty.” Podsumował James. „Czy powinniśmy założyć, ze ich cel jest taki sam jak wcześniej? Chcą stworzyć Runę Elementarną?”

„Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem kto i dlaczego wpadł na pomysł odtworzenia tej grupy i wykorzystania jej nazwy. Może naprawdę chcą stworzyć tę runę i dlatego chcą cię dorwać Kubas.” Zasugerował Ździraja. „Nie sądzę jednak, by miało to powstrzymać cię przed wyruszeniem, nie, młody?” Potrącił z łokcia swojego ucznia.

„Oczywiście, że nie. Mam ukochaną do uratowania, a jak przy okazji spuszczę wpierdol tym terrorystom, to na pewno nie pomoże im w ich planie, jakikolwiek by nie był.” Kubas przejął się losami pierwszej grupy walczącej z Wrzaskiem, ale ani przez chwilę nie przeszła mu myśl o pozostawieniu Magdy w rękach porywaczy.

„A czemu w ogóle ta organizacja ma taką nazwę?” Derek już od dawna chciał zadać to pytanie, ale odważył się dopiero teraz. Odpowiedziała mu Anielica Żywica.

„Kiedyś wysłali na Ździraję by zabrać jego runę jakichś Krzykaczy i ten im najebał. Jak przesłuchiwaliśmy jednego z nich to też zdaliśmy mu to pytanie. Podobno Diablica Martwica na każdego darła japę więc zaczęli mówić na tę grupę Wrzask.”

„Akurat w to jestem w stanie uwierzyć.” Przyznał Kubas, rozmyślając pokrótce o swoim głównym przeciwniku z poprzednich części.

„Czyli to dlatego Diablica Martwica była w posiadaniu aż tylu runów. Zebrała je podczas kierowania organizacją.” James zaczął łączyć w głowie kropki. „Mój Hisaki, Mizuri Subone`a, Saimin Maliny, może nawet Supess Valeriana. Rozdawała je potem jak rękawiczki.” Wymienił mało ważne nazwy James, żeby się popisać przed czytelnikami.

„Porzuciła pomysł stworzenia Runy Elementarnej. Lubię myśleć, że to mimo wszystko dzięki nam.” Zakończył wątek zakonu Ździraja. „Nie wiem, jacy runini na was tam czekają, ale błagam cię Kubas, uważaj na siebie.”

Kubas nie odpowiedział, bo już od jakiegoś czasu nie słuchał tylko, gapił się na zdjęcie, które trzymał w rękach. Próbował wypatrzeć pierwszego ucznia swojego mistrza, głównie z ciekawości. Niestety plama ostrego sosu zakryła całkowicie postać, której Ździraja trzymał rękę na ramieniu. Musiał być to albo jego uczeń, albo jakiś chłopiec, którego Ździraja zamierzał zgwałcić (albo jedno i drugie w sumie). Postanowił jednak nie dopytywać o swojego poprzednika, bo widział, ze to był trudny dla niego temat. Oczyścił umysł i schował zdjęcie.

„Koniec gadania, czas postanowić kogo biorę do składu drużyny marzeń.”

„Chyba drużyny frajersów.” Dodał sługus lordów o krzywych zębach i ryju — Kupizzz, żeby być fajnym, ale jak zawsze mu się nie udało.

***

„Dobra Kubas, koniec pierdolenia, bo to już dziewiąta strona a nic się jeszcze nie stało.” Rzekł czerwonoskóry BoB. Gdyby posiadał twarz, a nie znak zapytania zamiast ryja pewnie byłby na niej wyraz znudzenia. Chociaż nie aż tak wielki jak na twarzy Trini, długowłosej ślicznej dziewczyny z rasy czyśćca, która zasnęła na stojąco podczas opowiadania historii zakonu. „Myślałeś już, kto idzie z tobą?”

„Niby kiedy? Miałem to zrobić to dziadowi zebrało się na wspomnienia.”

„Chujem jesteś Kubas.” Pochwalił ucznia jego mistrz a tak naprawdę to nie.

„Pamiętaj Kubas, że wyruszasz tam uratować Magdę, a nie robić rozróbę.” Przypomniał o celu misji młody chłopak ubrany w złotą szatę i czapkę papieską o tym samym kolorze. Był to Cracvs I (Krakus pierwszy) zwany młodym papieżem.

„Wiadomo, ale nie sądzę, żeby tak po prostu mi ją oddali.” Kubas rozejrzał się po obecnych na boisku osobach. Wielu z nich, szczególnie Turksi, którzy nawet nie doczekali się imienia poszła sobie już do domu, bo wiedzieli, ze nie będą brani pod uwagę w wyborze. „Magda, idę po ciebie, chociaż to nie będzie łatwe.”

„Zbudowałem tratwę.” Zrymował Derek Wietnamczyk.

„Co ja będę się zastanawiał. Jacyś chętni?” Kubas położył ręce na biodrach, ale jakoś nie spodziewał się lasu rąk. „Zakładam, że miszcz idzie ze mną, bo jako jedyny zna Las Nachos, ale nie chce nikogo więcej zmuszać do ryzyka. Jeśli jednak ktoś chce mi pomóc z własnej woli to koko jambo i do przodu.”

„Debil z ciebie Kubas.” Poczochrał głównemu bohaterowi fryzurę BoB, który stał za nim. „Wszyscy przybyli tutaj przecież, żeby ci pomóc, więc daruj sobie takie przemówienia. Ja idę z tobą na pewno. Chce w końcu Ci pokazać te 3 lata treningu” Kubas był zły na BoBa, ponieważ bardzo dbał o ułożenie swojej czarnej czupryny. Czasami uważał, że tylko to jedyne udało mu się osiągnąć w życiu. Z drugiej strony jego odpowiedź zmiękczyła mu serduszko i nie mógł więcej się na niego gniewać.

„Dziena BoB, z tobą będzie nam raźniej.”

„Ja też chce iść!” Z szeregu wystąpiła szaro włosa Trini, która dopiero co wybudziła się z drzemki. Kubas przybił jej piątkę i ucieszył się, że nie musi nikogo prosić na kolanach o towarzystwo. Nie tracąca humoru Trini spojrzała na swoją opiekunkę, Anielicę Żywice, która stała zmartwiona, ale nie potrafiła jej powstrzymać. Tak jak Kubas był wybrańcem dobra ziemi, tak Trini była wybranką dobrą wymiaru Kalangel. Anielica wiedziała, że jej podopieczna nie powinna ryzykować, ale tyle zawdzięczali Kubasowi, że byłaby po prostu suką gdyby zabroniła jej brać udział w tej misji (oraz hipokrytką, bo w końcu sama należała do zakonu feniksa.)

„BoB, Trini i Rumun ćwiczyli pod okiem lordów te 3 lata. Są naprawdę wykokszeni.” Powiedziała Anielica.

„Ej kurwa, ale ja nie chce iść.” Od razu odezwał się Rumun, który bał się, ze ktoś o nim wspomni. „Jest tutaj tylu chętnych, na pewno nie jestem aż tak potrzebny. Znam lepsze sposoby na popełnienie samobójstwa.” Rudzielec schował się w tłumie.

"To z nich w końcu skorzystaj." Dodał Kupizzz

Nagle pojawiła się Wróżka Wali Gruszka. Mała, lewitująca brunetka w spiczastej czapce.

„Przynoszę wiadomość od lorda Tom`Asha, która brzmi mniej więcej tak. Jak Rumun nie pójdziesz z nimi, to spuścimy Ci taki wpierdol, że gdyby twoja matka żyła to nie poznałaby twoich zwłok.”

Rumun szybko zrozumiał, że tak jak zawsze decyzja nie należała do niego tylko do jego pracodawców. Naprawdę nie chciał brać udział w tej misji, ale tylko z lenistwa, ponieważ po tych trzech latach treningu również był pewny swoich umiejętności. Zanim zdążył powiedzieć coś w stylu, że skoro nie ma wyboru to spoko, pułkownik James stanął koło Kubasa. Jeden i drugi wiedział, że oficer weźmie udział w misji. Nie było potrzebnych słów, a jednak James nie wytrzymał i powiedział.

„Frajer z ciebie Kubas.” Kubas nie pozostał dłużny.

„A ty pizda.”

„Chłopaki!” Anielica i reszta wiedzieli, do czego to prowadzi. Nic się między nimi nie zmieniło przez te 3 lata. Byli gotowi pobić się, zanim zobaczą wroga. A jednak to właśnie ta relacja przyjacielsko-rywalizacyjna-obrażalska pasowała im obu. Mogli na siebie liczyć podczas walki a ich wzajemny wyścig w mocy, obu motywował do treningu i ciężkiej pracy.

„A czy nie lepszym pomysłem byłoby wysłać oddział Turksów?” Zapytał pułkownika szeregowy Oluś. Chłopak, który nie wyróżniał się niczym ciekawym, jedynie charakterystycznym strojem Turksów z metalowym naramiennikiem. Jego przełożony odpowiedział, mu jednocześnie wyjmując grzebień i czesząc swój lśniący, czarny fryz.

„Nie. Co jak co ale obrońcy dobra od lordów są najlepsi z najlepszych. Oczywiście nie licząc mnie.”

„Nie wątpię, że pułkownik jest mocny, pokazywał to nie raz nie dwa.” Zaczął mówić młody papież. „Ale czy skoro Krzykaczom zależało, żeby dorwać Kubasa przez wzgląd na jego runę, to czy pułkownik również nie będzie w niebezpieczeństwie?” Zanim ktokolwiek jednak zaczął się tym zamartwiać, James odpowiedział.

„Nie martwcie się o mnie. Umiem o siebie zadbać. Jeżeli ktoś chce moją runę, zapraszam. Spłonie, zanim zdąży powiedzieć HWDP policji.”

„Coraz lepiej.” Uśmiechnął się Kubas. Już chciał odwrócić się do reszty ziomków by poznać siódmego członka drużyny ale ktoś złapał go za rękę i wykrzyczał mu w ryj.

„Weź mnie!” Kubas musiał przetrzeć oplute okulary, żeby zobaczyć, kto drze na niego japę. Okazało się, że był to jego najlepszy przyjaciel Włodek. Chłopak wyższy od Kubasa, z prostokątnym ryjem i prostokątnymi okularami zresztą z mózgiem pewnie też.

„Mówiłeś coś Włodku?” Dopytał główny bohater.

„Weź mnie! Chce z tobą iść i ci pomagać! 3 lata na to czekałem, żeby znowu z tobą podróżować!” Krzyczał z przejęciem Włodzimierz.

„Ale Włodek, to nie będzie jedna z naszych zwariowanych przygód. Idziemy tam ratować Magdę, a co za tym idzie, napierdalać się jak w podziemnym klubie.”

„Wiem, o co proszę Kubas. Może nie jestem tak silny jak wy, ale obiecuje, że nie będę was opóźniał.” Nie odpuszczał przyjaciel głównego bohatera. Derek i Konrad patrzyli na niego zdziwieni, ale i z podziwem (pierwszy raz od… no pierwszy raz) Kubas jednak wolał być stanowczy.

„Nie chce, żeby ci się coś stało.”

„Od kiedy?” Zapytał Konrad, ale nikt nie zareagował.

„Błagam!” Łkał Włodziu, aż w końcu złamał Kubasa.

„Dobrze, chodź z nami.” Powiedział zadowolony. Naprawdę nie chciał go ze sobą brać, bo bał się o niego. Z drugiej strony jego serduszko radowało się, że będzie z nim jego najlepszy kumpel. Zawsze czuł od niego wsparcie i zapach gówna. Poza tym pomyślał, ze jeśli Włodek będzie z nimi, to z niego będą wszystkie żarty, a Kubasowi odpuszczą.

„Jesteś pewien Kubas? Myślę, że znaleźliby się silniejsi ochotnicy.” Zauważył papież, po czym wskazał ręką w stronę ojca Cliffa, Nigo czy nawet Kupizza.

„Tak jestem pewien. Damy radę.” Kubas ustawił Włodka koło siebie a młody papież stanął przed wybraną siódemką, czyli przed BoB`em, Trini, James`em, Rumunem, Ździrają czy właśnie Kubasem i Włodkiem.

„No proszę. Powiedziałbym, że jesteście siedmioma wspaniałymi, ale po co mam oszukiwać czytelników. Idźcie w pokoju Colonela i jego smacznych panierowanych hot wingsów.” Przeżegnał się i dał błogosławieństwo grupie. Anielica Żywica dołączyła do niego i rzekła.

„Feniks ma to do siebie, że odradza się z popiołów.”

„A co jeśli ktoś usmaży skrzydełka z feniksa? Wtedy ciągle będą się odradzać?” Zapytał ciekawy Włodek.

„Wracając do tego co chciałam powiedzieć, feniks jest nieśmiertelny, więc dobrze dobraliśmy nazwę zakonu. Oto członkowie nowego Zakonu Feniksa. Oby dopisał wam lepszy los niż pierwotnemu składowi. Niech Sei Fitness ma was w swojej opiece.”

„Żałuje, że nie mogę z wami iść, bo jestem za słaby, ale w sumie nie żałuje.” Powiedział Konrad, ale nikt go nie słuchał.

„Jesteśmy gotowi.” Kubas odwrócił się w stronę portalu. „Odpalaj.”

„Proszę cię bardzo.” Profesor Duczman kliknął Enter i w łuku portalu pojawiła się fioletowa bariera stworzona z energii. „Kiedy 7 osób przejdzie, portal zdechnie. Jeżeli chcecie wrócić, musicie poczekać aż ponownie się naładuje.”

„Ale chwilkę. Skoro mamy uratować Magdę to w drodze powrotnej będzie nas osiem osób czyż nie? To nie problem?” Zapytał zmartwiony Rumun, ale inni również spojrzeli na profesora.

„No w sumie tak. Ale spokojnie, zakładam, że ktoś z was i tak tam zdechnie.” Odpowiedział Duczman znad portalowej konsolety. „Nawet obstawiałem ciebie Rumun.”

„No kurwa!” Krzyknął „kurwa” Rumun.

„Dobra, dobra coś pokombinuje, najwyżej wrócicie na dwie tury czy coś.” Obiecał profesor, ale na wszelki wypadek skrzyżował palce.

„Dobra spierdalajcie już.” Poprosił grzecznie drugi wafel lordów Kupizzz.

„Tak zrobimy. Widzimy się później!” Kubas uśmiechnął się i machnął ręką, żeby wyglądać fajnie. Niestety całą scenę popsuł gołąb, który nasrał mu na tył koszuli. Nikt jednak nie powiedział mu o tym, żeby miał przypał przed przeciwnikami. Pewny siebie Kubas wskoczył do portalu. Zanim ruszyli James, Trini, BoB, Włodek i Rumun. Ten ostatni niechętnie.

„A ty co? Nie idziesz?” Zapytał Duczman Ździraji gdy otwierał Harnasia. „A rozumiem, jednak nie chcesz zginąć razem z nimi, szanuje.”

„Ryj.” Ździraja podszedł do Konrada. „Zanim wyruszę, chce Ci to dać.” Dziad wręczył coś żydkowi.

„Cóż to?” Konrad spojrzał na to co trzymał w dłoni i wyjątkowo nie były to kutasy starszych dzieciaków z podwórka żydów. Było to małe świecidełko, które od razu spodobało się chłopakowi. Wrzała w nim żydowska krew.

„To pierścień twojego ojca. Sygnet Ochronny. Ma wyrzeźbioną na sobie Gwiazdę Dawida. Przekazał mi go, wraz z ostatnimi słowami. Pewnie by chciał, żebyś go miał.”

„Jakie były ostatnie słowa mojego ojca?”

„Żebym pilnował jego sklepu. Obiecałem, że to zrobię, ale jakoś wyleciało mi to z głowy. Znalazłem sygnet ostatnio w kieszeni i chciałem opierdolić na allegro, ale nikt nie chce tego gówna. Potraktuj to jako prezent od rodziców na bar micwe czy inne orgie.”

„Dziękuje, ale skoro to pierścień ochronny to bardziej przyda się wam, Kubasowi.” Konrad był gotów oddać przedmiot, ale Ździraja nie przyjął z powrotem pierścienia.

„Niestety jest już stary i jego moc jest chujowa, poza tym mogą go używać tylko obrzezane osoby.”

Zanim padły kolejne zdania, portal zgasł.

ZIUT

Wszyscy popatrzyli na pusty, niedziałający portal, a następnie na Ździraję.

„Co jest kurwa!? Czemu go wyłączyłeś!?” Wydarł się mistrz Kubasa na speca znad konsoli.

„Tyle pierdoliłeś, że energia się zużyła. Przykro mi, nie otworzę go ponownie.” Duczman rozłożył ręce.

„Kurwa!” Ździraja kopnął w portal.

„Tak to jest jak się za dużo gada debilu!” Nakrzyczała na niego Anielica.

 

=================================================

Las Nachos

=================================================

 

Szóstka bohaterów czekała na Ździraję po drugiej stronie. Jak się jednak domyślacie, nadaremno. Portal zamknął się nagle. Kubas i jego przyjaciele stali w milczeniu, starając się zrozumieć, co się stało. Niebo było czarne jak zbieracz bawełny, jednak wszędzie dookoła nie było ciemno. Księżyc, a raczej jego sierp było widać w oddali i dawał on wystarczającą ilość światła, by bez problemu orientować się w przestrzeni. Wszędzie wokół bohaterów leżał piasek w odcieniu szarości. Jak okiem sięgnąć wydmy i piach.

Istna pustynia.

„Portal się zamknął.” Stwierdził oczywiste Rumun.

„…” Kubas gapił się pustym wzrokiem, zastanawiając się, dlaczego jego własny mistrz go zdradził i wysłał na śmierć.

„A gdzie jest kurwa ten cały Ździraja!” Wykrzyczał poirytowany pułkownik. BoB jedynie zrobił facepalma, ale Trini również zaczęła narzekać.

„No bez kitu, miało być nas siedem osób.”

„Wiem, co się stało i czyja to wina.” Zaskoczył innych Kubas i wszyscy spojrzeli na niego. „Narratora! On jest siódmą osobą! Co za chuj!” Wskazał na mnie główny…

.. czekaj co? Nieprawda! To tak nie działa!

„Ta jasne.” Okularnik patrzył na mnie spode łba… zresztą chwila. Wszyscy się patrzą na mnie, jakby to serio była moja wina no kurwa.

„Świetnie, bez Ździraji nie znajdziemy kryjówki wroga.” Rumun usiadł na dupie, oparł się o szczotkę i jako jedyny nie miał mi za złe. „Nie prawda, chuj z ciebie narrator.”

Pierdolcie się! Nie jestem tutaj, bo chce!

„Nie tylko ty.” Odparł mi Rumun.

Chuje z was! Włodek mnie rozumie prawda?

„Wszystko twoja wina narrator.” Trzymał stronę bohaterów przyjaciel Kubasa.

Walcie się.

***

„No cóż, portal się zamknął, nie ma co liczyć na tego dziada.” Kubas podrapał się po głowie i spojrzał na towarzyszy.

„To gdzie mamy iść, żeby odnaleźć Magdę?” Zapytał jako pierwszy Włodek, bo stał najbliżej Kubasa.

„Wszystko tutaj wygląda tak samo. Piasek i więcej piasku.” Rumun wziął do ręki zimny piasek i sypnął w dal.

„Rozejrzymy się z góry, może coś wypatrzymy.” Kubas nacharchał sobie na dłoń i przyłożył ją do ziemi. „Wzywam ptaka!” Wrzasnął.

PUF

Zadymiło się między nimi a koło Kubasa stała brązowa sowa z Kubusia Puchatka. Dla niewiedzących przypominam, że Kubas ma podpisany pakt z ptakami, dzięki czemu może je przyzywać do walki. Okularnik wskoczył jej na plery.

„Hej sowa, poleć do góry i zatoczmy kilka kółek. Musimy odnaleźć bazę wroga.”

„Spoko.” Odpowiedział ptak i wzbił się do góry. W chwilę był już w powietrzu i rozglądał się wokół.

„Kurwa byłoby łatwiej gdybym nie miał zjebanych oczu.” Wypatrywał uważnie, ale wada wzroku wpisana do księgi guinessa robiła swoje. Na jego szczęście koło niego zawisła w powietrzu Trini. „Trini ty latasz?”

Jak zostało już wspomniane Trini była z rasy czyśćca, czyli na plecach miała białe skrzydła niczym anioł a nad głową aureolę. Właśnie teraz skrzydła te były rozłożone. Kubas dałby sobie rękę uciąć, że mimo skrzydeł ani Anielica ani Trini nie potrafiły latać.

„Latam, ale nie dzięki skrzydłom. Znaczy no w sumie trochę tak.” Trini wskazała na buty. Pod jej butami były małe, przezroczyste platformy. „To paopei Platformy Grawitacyjne. Mogę się nimi wznosić do góry, a dzięki skrzydłom udaje mi się tym sterować. Z takim połączeniem mogę latać.”

„Nieźle.” Kubas był pod wrażeniem, bo wiedział, że używanie zabawek lorda Ski-O wymęczało organizm. Trini musiała ćwiczyć wytrzymałość. „To przydaj się i powiedz mi, co widzisz, żeby na dole myśleli, ze nie poleciałem do góry dla picu.”

„Ehh…” Trini rozejrzała się dookoła i skupiła wzrok w jednym punkcie. „Chyba coś widzę w tamtą stronę. Coś na kształt budowli.” Wskazała palcem.

„Tak, też to widzę.”

„Żartowałam, z drugiej strony.”

„Gnojówa. Coś jeszcze?”

„Nie, jak okiem sięgnąć pustynia.”

„A więc wiemy, gdzie iść. W stronę księżyca!”

***

Przenieśmy się teraz w inne miejsce, leżące jednak również w Las Nachos. Do budowli, którą spostrzegła Trini. Był to olbrzymi, biały zamek zbudowany trochę na kształt meczetu z tą różnicą, że na jego wierzchołku był biały trójkąt. Scena, którą chce wam przedstawić, ma miejsce w podłużnej sali z długim stołem, przy którym stoi 10 krzeseł.

Nazwijmy ją salą narad.

Na krzesłach siedziało 10 postaci ubranych w czarne szaty. Jedno z krzeseł stało po krótszej stronie stołu, będąc „miejscem dla szefa.” Osoba na krześle przesłaniana była przez cień, ale to ona zaczęła mówić.

„Zgodnie z planem doczekaliśmy się gości. Pamiętajcie, ten cały Kubas, nie ważne jak ale musi się znaleźć na terenie naszego zamku. Co do jego towarzyszy… Zabić.” Rzekł to bez cienia emocji, a większość obecnych przy stole ucieszyła się i zaczęło wymieniać uwagami. Zaczął najwyższy z nich, osłonięty słomianym kapeluszem członek Wrzasku, niejaki Dalay Lama, który starł się z Kubasem w poprzedniej części. On siedział po prawicy lidera.

„Wykazał się odwagą, ze tutaj przybył.”

„Nie do wiary, że znowu będę mógł mu spuścić wpierdol, nie bracie?”

„…”

„A więc dane będzie się nam znowu zmierzyć.”

„Jak zareagujesz gdy mnie zobaczysz?”

„W końcu przetestuje swoich nowych przydupasów.”

„Ciekawe czy jest tam jakaś piękna panna.”

„I czy mają ze sobą coś cennego.”

„Nowe życie na, śniadanie.”

Ta niezrozumiała wymiana zdań między dziesięcioma członkami Wrzasku musi nam na razie wystarczyć.

Powróćmy do naszych bohatersów.

***

Kubas i Trini zlecieli do reszty i oznajmili, w którą stronę muszą wyruszyć. Nie tracili więcej czasu na mowy motywacyjne i pobiegli w stronę tajemniczej dla nich budowli. Po drodze nie rozmawiali, chociaż znalazło się trochę czasu na żarty o Kubasie czy Włodku. Każdy jednak pozostawał skupiony. Świadomość, że są na terenie wroga, wyostrzała im zmysły. Każdy podświadomie wiedział, że walki stoczone w tym opustoszałym wymiarze mogą być dla nich najtrudniejszą z prób.

Uchylając rąbka tajemnicy (bo mam przed sobą scenariusz)

Przeczucie ich nie myliło.

Gdy wdrapali się na jedną z wydm, budowla zaczęła przypominać wielki zamek z trójkącikiem na wierzchołku. Musiało minąć jakieś 40 minut biegu naszej drużyny, by móc bardziej przypatrzeć się bazie wroga. Nie będę jej ponownie opisywał, bo zrobiłem to już na poprzedniej stronie.

„Dopiero teraz widzę, jakie to jest w chuj wielkie.” Przyznała Trini. Kilka osób z drużyny chciało przyznać jej rację ale zanim otworzyli buzie, cała ziemia pod ich stopami zaczęła się trząść jak pacjent z padaczką.

„Co jest!” Wykrzyczał, któryś z nich, ale wszyscy spojrzeli na ziemie pod sobą.

„Coś się zbliża!” Zaryzykował stwierdzenie Rumun, zaciskając mocniej szczotkę do zamiatania w ręku.

„Do góry!” Wykrzyczał Kubas, po czym złapał Włodka za rękę. Podskoczył tak wysoko jak tylko potrafił a dzięki przekładaniu Worywoku do nóg, mógł wyskoczyć dużo wyżej niż przeciętny człowiek czy nawet profesjonalny olimpijczyk. Reszta poszła w jego ślady. „Słuchajcie! Cokolwiek się zdarzy, nie możemy się rozdzielić!” Były to ostatnie słowa, jakie Kubas wykrzyczał, zanim pojawił się ich pierwszy oponent.

Spod ziemi wyłoniła się olbrzymia, otwarta paszcza z kilkoma zębami przypominającymi kły. Paszcza była niczym czarna dziura, do której wsypywał się piasek. Pochłaniała wszystko do nicości, a była tak duża, że naraz mogłaby połknąć przeciętny, kilkupiętrowy budynek. Następnie z piasku wyłonił się nos i dwa żółte ślepia, które patrzyły w dwa różne miejsca. Na końcu na czymś, co można nazwać głową, pokazała się zielona grzywa.

Innymi słowy, straszny potwór o olbrzymiej paszczy wyłonił głowę z piasku.

„Ale bydle!” Wykrzyczał James. Wszyscy cały czas byli w powietrzu. Wiedzieli, ze to kwestia czasu aż spadną na dół, wprost do jego ryja. Wszyscy oprócz Trini, która zawisła ponownie w powietrzu. Kubas zamachnął się i rzucił Włodkiem, z którym wyskoczył do góry. Przyjaciel zleciał na ziemie, ale był poza mordą potwora. BoB, będąc w powietrzu, złapał bez pytania Rumuna i Jamesa i naśladując Kubasa, wyrzucił ich w bezpieczne miejsce. Natomiast Kubasa i BoBa za kołnierze złapała Trini by nie wpadli w paszczę potwora.

„Nie utrzymam cię BoB!” Trini straciła równowagę. Nawet bez obciążenia trudno jej było używać Platform Grawitacyjnych.

„JESTEM GŁOOOOODNY!” Usłyszeli bohaterowie groźny, ochrypły głos potwora. Trini nie testowała więcej swojej wytrzymałości, tylko zleciała z chłopakami na dół, jak tylko potwór zakopał się pod ziemie.

„To koniec?” Zapytał naiwnie przerażony Włodzimierz.

„Nie wygłupiaj się! Zaraz wróci!” James rozglądał się a w jego dłoni powstałą kulą ognia. Był gotowy do ataku. „Skupcie się!” Cała drużyna stanęła do siebie plecami, by obserwować każdą możliwą stronę ataku. Słusznie założyli, że potwór potrafi atakować nie tylko od dołu. Tym razem wyskoczył z jednej z wydm, atakując poziomo. Sunął na bohaterów niczym odkurzacz. „A masz! Fire Ball!” James wykorzystał wcześniej przygotowaną kulę ognia i rzucił nią w otwartą paszczę potwora. Trini wyjęła swoje wielkie, metalowe działo i wystrzeliła wybuchającym promieniem, a Włodek nieśmiało rzucił wybuchającą żarówkę. Oba paopei wycelowali tak samo jak pułkownik – w paszczę brzydala.

Ataki nie odniosły skutku, zostały wessane w nicość, nawet nie eksplodując.

„Co!?” James myślał, że popisze się swoją mocą już na samym początku. „Z czego on ma żołądek!?”

„Uwaga!” Krzyknął tym razem Rumun, bo potwór był tuż przy nich. Albo ich wessie, albo stratuje. Wszyscy odskoczyli na boki, unikając zagłady.

„Uaaaagh!”

A jednak nie wszyscy się wyrobili.

Rumun bardzo się starał, ale nie zdążył odskoczyć i wpadł do jamy ustnej głodnego potwora. Zniknął natychmiast w ciemności tak samo jak wcześniejsze pociski.

„Rumun!” Krzyknął przejęty Kubas.

„Kurwa! Obstawiałem, że Włodek padnie pierwszy.” Przyznał się BoB a Włodkowi zrobiło się smutno.

Potwór zakopał się ponownie pod ziemie.

„Jak tak dalej pójdzie to w końcu nas też pożre.” Kubas dalej był trochę w szoku tym, że Rumun padł jak szmata chociaż potem uznał, że nigdy nie oczekiwał od niego zbyt wiele.

„Chyba was.” Powiedziała Trini, która już po raz trzeci zawisła w powietrzu.

„To nie fair! Chodź tutaj do nas!” Krzyknął Kubas.

„Spierdalaj.”

Ponownie wszystko zaczęło się trząść.

„Shit! Znowu atakuje! Rozdzielmy się, niech każdy biegnie w inne miejsce!” Rozkazał James, a reszta nie mając ani czasu na obiekcje, ani na własny plan posłuchali pułkownika. Rozbiegli się na różne strony, a potwór wyłonił się tam, gdzie stali jeszcze chwilę wcześniej. Tym razem byli bezpieczni.

Ale nie wszyscy.

Okazało się, że potwór nie wyłonił tylko paszczy, a wyłonił się cały. Można rzec jego olbrzymie cielsko wyskoczyło spod ziemi w powietrze i leciało w stronę Trini.

„JESTEM GŁOOOOODNY!”

„O kurwa!” Nie spodziewała się tego nasza bohaterka. Wiedziała, że nie zdąży zareagować i zostanie pożarta. Na szczęście Kubas wyskoczył od razu za potworem i od razu wbił mu się w brzuch swoją naładowaną Worywoku głową.

„Hammer Head!”

Potwór wytrzeszczył oczy z bólu i pierwszy raz zamknął ryj, a jego wielkie cielsko zgięło się w pół, jakby miał sraczkę. To uratowało latającą dziewczynę. Kubas i potwór spadli na ziemie jednak ten drugi mimo ran od razu zakopał się pod piasek.

„Dzięki Kubas.” Trini postanowiła zlecieć do reszty.

„Twardy ten skurwol. Myślałem, że załatwię go jednym jebnięciem.” Zmartwił się Kubas. „Pokonanie tego stwora będzie bardzo trudne. Ataki dystansowe nie działają, a wątpię, żeby mi się tak wystawił drugi raz.” Do głosu doszedł BoB

„Gdybym wiedział, gdzie się znajduje, zajebałbym go na hita, nawet gdy jest schowany pod ziemią.”

„Dobra nie popisuj się.” Poprawił okulary Kubas i zobaczył, że Trini kuca na ziemi i przykłada do niej jedną rękę. „Co robisz? Srasz?”

„Nasrali to ci na ryj, zamknij się na chwilę.” Poprosiła Trini bo potrzebowała się skupić. Dopiero gdy Kubas się przyjrzał, zobaczył, że na ręce i dłoni, przedstawicielka rasy czyśćca ma założoną różowo-czarną frotkę rękawiczkę, od ramienia aż po palce.

„Czyżby to…”

„…tak, kolejne paopei.” Skończyła za niego z uśmiechem. „Frota Terra! Pozwala na manipulację żywiołem ziemi, niestety rzadko go używam. Ale pozwoli mi wyczuć gdzie ta bestia porusza się pod ziemią.”

„Świetnie Trini! Wskaż miejsce jeśli będziesz pewna na 100 procent. Resztę zostawcie mi.” BoB napiął prawą rękę. Samo napięcie mięśni ją powiększyło. Był on gotowy do ataku, czekał tylko na znak towarzyszki. Kubas, James i Włodek obserwowali w ciszy, ciekawi czy ich combo wypali. Nie musieli czekać długo, by szaro włosa wykrzyczała.

„Teraz! Porusza się dokładnie pod twoimi nogami!”

„To za Rumuna. Likwidejszyn!”

JEB!

Czerwono-skórny obrońca dobra przyjebał w piach z całej siły. Rozwiał go dokoła, nawet obsypał trochę towarzyszy. Zrobił swoim ciosem dużą dziurę w ziemi. Wszyscy poczuli wstrząs, jaki powstał po uderzeniu. Na ziemi powstał znak „?” taki sam jak BoB ma na ryju.

Nie minęło wiele czasu, jak potwór wyłonił się spod ziemi jednak tym razem powolnie i z zamkniętą paszczą. Chwilę się czołgał, po czym po prostu zdechł. Gdy leżał bokiem, na jego plecach widniała wielka dziura, ślad po ciosie BoBa.

„Świetnie!” Ucieszył się Włodek. Kubas stojący obok niego również, chociaż był trochę przerażony siłą kolegi. Wiedział, że nawet jakby przełożył całe swoje Worywoku do pięści to nie osiągnie takiej siły a BoB zranił śmiertelnie wroga, z którym dzieliło go kilkanaście metrów ziemi.

Jebany był koksem.

„Prościna.” Ręka BoBa wróciła do normalnych rozmiarów, czyli dalej napakowanej, ale już nie tak w chuj.

„Trzeba będzie powiedzieć lordom, żeby znaleźli nowego sprzątacza.” Wspomniał poległego towarzysza główny bohater. Nie dawał po sobie poznać, ale aż go skręcało na myśl, że pozwolił komuś zdechnąć i to już w drugim rozdziale. Wiedział, że nie może teraz stać i płakać, być może przyjdzie na to jeszcze czas. Teraz był czas na ratowanie jego ukochanej.

„Albo Kupizzz dostanie nowe obowiązki.” Dodał Włodek. Stali chwilę patrząc na martwe cielsko potwora. Kubas najpierw powoli, a potem biegiem powrócił do zbliżania się w stronę zamku. Reszta poszła w jego ślady.

„Przynajmniej rozwiązał się problem powrotu w siedem osób.” Dodał James, ale bardziej pod nosem niż na głos.

***

Piątka bohaterów mknęła przez pustynie w stronę bazy nieprzyjaciela. Nie dostrzegli, że całą walkę obserwowały trzy postacie ubrane w szaty członków grupy Wrzask. Jedna z nich miała kaptur i zasłoniętą twarz. Dwie kolejne stały tyłem do mnie, więc nie widziałem ich mordeczek.

„Pokonali Iam`a, jedną z dwóch bestii McDonaldlandu a były to ulubione maskotki naszych Krzykaczy.” Rzekła słowa uznania w stronę drużyny Kubasa jedna z postaci, po czym obie z nich odwróciły się do tej w kapturze. „Pamiętaj jak się umawialiśmy.”

„Pamiętam.”

„Liczymy na ciebie. Mamy z nimi prywatne sprawy do załatwienia.” Po tych słowach tajemnicze postacie zniknęły, a została tylko ta w kapturze. Podniosła ręce do góry i wydobyła z siebie moc.

***

Kubas zatrzymał się nagle, jakby dorwały go hemoroidy.

„Czujecie to?” Kubas wyczuł Worywoku i spojrzał w stronę wydmy, gdzie jeszcze przed chwilą obserwowała ich postać w kapturze. Teraz nikogo tam nie było.

„Tak, bez dwóch zdań to Worywoku.” Mimo że to runa Kubasa była podatna na energie innych runinów to James w mniejszym stopniu również wyczuwał ich zmiany, szczególnie jeśli była ona niedaleko.

„Spójrzcie!” Trini wskazała przed siebie. Na wydmę przed bohaterami wdrapały się trzy postacie, które osłonięte były podartymi szatami. Następnie ostrożnie zsunęły się z niej, by zbliżyć się do naszej drużyny „Kim jesteście?”

Trzy postacie ustawiły się w szeregu, ale nie odezwały się. Po chwili dwie z nich zrobiły krok do przodu i zrzuciły z siebie szmaty, ujawniając swoją tożsamość. Kubas nie krył szoku.

Pierwsza z nich miała szare włosy i cała była blada niczym trup. Grzywka opadała na jedno oko. Był to mężczyzna w prześwitującej, siatkowanej koszulce. Z pleców wyrastały mu skrzydła, takie jak u Trini, ale były oklapnięte, niemal zahaczały się o ziemie. Nad głową unosiła się aureola.

„To niemożliwe! Ty jesteś Valerian!” Kubas wskazał na niego palcem zdezorientowany.

Osoba, o której mówił Kubas była runinem, który rządził przestrzenią i pomagała samej Diablicy 3 lata temu. Tak jak Trini była z rasy czyśćca. Ale Kubas był pewny, że zajebał go podczas bitwy warszawskiej.

„Ten pedał?” Dopytywał Włodek. Valerian został pedałem, ponieważ bał się przebywać z kobietami (nie licząc Diablicy). Było to spowodowane tym, że przepowiedziano mu śmierć z ręki kobiety, co zresztą go spotkało. Kubas nie zdążył odpowiedzieć, bo odwrócił się do drugiej ujawnionej postaci i dziwił się na jej widok nie mniej niż wcześniej, może nawet bardziej.

„A Ty? Ty jesteś Super Banan!” Kubas był obecny przy śmierci bohatera ludzkości zwanego Super Bananem na czarnej wieży. W latach swojej świetności wyglądał jak koleś w stroju banana z czerwoną peleryną. Ze stroju wystawał jego ryj z krzywymi zębami. Teraz jednak jego strój nie jest żółty a zgniły, zielony z brązowymi plamami. „Co tutaj się dzieje? Przecież wy zginęliście dawno temu!”

Kubas nie uzyskał od nich odpowiedzi. Stali oni jedynie wpatrzeni ślepo przed siebie niczym zombie.

„Wolę słowo „nieumarli” panie narratorze.” Na wydmie położonej wyżej, pojawiła się postać w czarnej szacie i kapturze, która wcześniej obserwowała drużynę Kubasa. To od niej bohaterowie wyczuli wcześniej Worywoku, zresztą cały czas ją czują. Postać nie pokazywała twarzy, a głos miała dziwny, nieludzki. Jej szata wyglądała prawie jak ta Dalay Lamy tylko przy suwaku miała czarny pasek i dodatkowo miała kaptur. Nie miała też urwanego rękawa.

Innymi słowy, był to członek organizacji Wrzask.

„Nieumarli? Masz na myśli, że wstali z grobu?” Zapytał James nowo przybyłą osobę. Wszyscy obrońcy dobra przyjęli pozycje obronne.

„Można tak powiedzieć.” Odpowiedział zakapturzony.

„Ktoś ty i jakim cudem oni znowu żyją?” Kubasa zbiło z tropu spotkanie znajomych twarzy. Tego się nie spodziewał.

„Jam jest Sandro, nekromanta i członek organizacji Wrzask. Witajcie w Las Nachos. Czekaliśmy na ciebie Kubas.”

„To od ciebie tak jebie worywowoku!” Zauważył Kubas.

„Zgadza się. Dzięki temu ponownie możesz zobaczyć swoich bliskich, nawet jeśli nie są zbyt rozmowni. Moją runą jest Inoczi, czyli runa życia. Zrobienie kilku zombie jest dla mnie proste niczym pstryknięcie palcami.”

„Ja nie umiem pstrykać, ale ok.” Przyznał się główny bohater, który nie wiedział na kim zawiesić wzrok. Czy na nekromancie, czy na Valerianie, czy na Super Bananie czy na zasłoniętej postaci, która jeszcze nie ujawniła kim jest.

„Widzicie, mój ród od dawna studiuje nekromancje. Niestety ołtarz złych dusz, który więzi dusze bandytów i złoli sprawił, że nasz fach jest cholernie trudny. Dlatego wykorzystuje silne osoby, które po śmierci nie trafiły do ołtarza. Heh.” Tajemniczy nekromanta okazał się dość rozmowną postacią. „Zrobią wszystko, co im każe.”

„A co mogą nam zrobić ledwo trzymające się na nogach i rozlatujące się zombie?” Zakpił sobie BoB. Nie sądził, że od razu przyjdzie mu poznać odpowiedź. Super Banan bowiem wystrzelił jak rakieta z miejsca, przypierdolił BoB`owi w brzuch z kolana, lecz to nie wszystko. Jego atak nie poprzestał na jebnięciu. Owoc tak mocno się wybił, że BoB razem z nim oderwał się od ziemi i poszybował w dal do tyłu.

Innymi słowy, Super Banan razem z naszym mięśniakiem polecieli w pizdu gdzieś na pustynie.

„BoB!” Krzyknęli jego przyjaciele.

„Lepiej martwcie się o siebie. Hehe.” Sandro zaśmiał się a jeden z jego ożywieńców, Valerian podniósł rękę i aktywował swą moc. W jednej chwili pułkownik James, który stał między ludźmi z paczki, po prostu zniknął, zresztą tak samo jak sam zombie-pedał.

„Pułkowniku! Cholera, a więc to tak!” Kubas wściekły spojrzał na nekromantę. „Te nieumarłe sługusy mogą używać mocy, które miały za życia! Założę się, że to dzięki mocy Valeriana – runy przestrzeni udało wam się przenieść statek razem z Magdą w poprzedniej części tak samo jak teraz pułkownika!”

„Zgadza się chociaż przez to, że to umrzyki, ich moc jest bardzo ograniczona. Są jedynie cieniem tego co reprezentowali sobą za życia.”

„Nie podoba mi się to, że szargasz dobre imię poległych. Już tam chuj z Valerianem, bo przyjaciółmi nie byliśmy, ale Super Banan był obrońcą dobra tak jak my! Zapłacisz za to, że zrobiłaś z niego banana na posyłki!” Kubas był gotowy do ataku.

„Hola, hola, chyba o czymś zapomniałeś.” Między Sandro a Kubasa wparowała jedyna postać zakryta materiałem, która z nimi została. Był to ostatni z przyzwanych nieumarłych.

„Kurde, a ten to kto?” Kubas podniósł gardę, a zombie zdjął z siebie płaszcz. Nasz bohater ponownie rozpoznał adwersarza. Nawet przetarł okulary, żeby sprawdzić, czy dobrze widzi. „Trini, Włodek.” Odezwał się do jedynych członków drużyny, którzy z nim pozostali. „Wybaczcie, ale wychodzi na to, że mamy przejebane.”

***

„Wooo!” Przenieśmy się trochę dalej w powietrze. Super Banan z wbitym w BoBa kolanem zapierdala z nim niczym F-16. Gdy koksu zrozumiał, co się stało, złączył ręce nad sobą i z całej pety przypierdolił owocowi po głowie.

JEB

Banan wystrzelił w ziemie jak kula z pistoletu i wbił się w piach prawie jak meteor.

PIZD

BoB również zleciał na ziemie z niemałym impetem.

„Ale skurwiel.” BoB złapał się za brzuch. „Ale to tylko draśnięcie, żadnych poważnych obrażeń.” Nie minęła nawet chwila, jak Super Banan wyleciał spod ziemi, ale nie w miejscu, w którym się w nią wbił tylko dosłownie spod naszego bohatera. Dostał w ten sposób w brodę i odrzuciło go w powietrze. Padł na plecy. „Ała.” Chwilę trwało jego podnoszenie się na nogi. Super Zgniłek zaś zawisnął w powietrzu. „To już bolało.” Super Banan zaatakował ponownie, tym razem z góry. „No dawaj mordo.” BoB zaparł się i żeby popisać się nie wiadomo przed kim, postanowił przyjąć atak na klatę.

JEB

Super Banan uderzył z całej siły nogą w tors BoBa. Tym razem jednak nie odepchnęło go to nawet na milimetr, mimo że mięśniak poczuł duży ból. BoB złapał banana za nogę i podniósł go za nią. Owoc zwisając starał się uderzać w twarz BoBa pięściami. To jednak nie robiło na nim wrażenia. Gdy na chwilę przerwał, BoB postanowił, że teraz jego kolej.

„Tak to się robi.” Jak przypierdolił po ryju Super Bananowi, to nie tylko rozkwasił mu nos, a oderwał głowę i górną część jego stroju. Trzymał on teraz niemal połowę banana. Odrzucił zniszczone truchło w dal. „W walce z kimś normalnym pewnie wygrałbyś od razu, ale masz pecha. Widzisz moja skóra to Skamienirdza, potrafi zaabsorbować aż 50% obrażeń. Jestem cały jak jedna wielka tarcza.”

„50%? Ciekawe.” BoB w jednej chwili jorgnął się, że ktoś stoi tuż za nim. Odwrócił się, ale było za późno na jakąkolwiek reakcje. Ktoś, kto posiadał zieloną pięść, uderzył nią w pierś BoBa. Cios był tak silny, że pięść wbiła się w twarde jak skała ciało naszego bohatera, przebijając mu serce a, wszystko wokół obryzgało się krwią.

***

„Co się dzieje?” Pułkownik James rozejrzał się wokół siebie i zobaczył, że naprzeciwko siebie dalej ma pustynie oraz przeciwnika, który go tutaj przeniósł, czyli Valeriana, ale dosłownie za nim znajduje się olbrzymia ściana albo mur. Szybko spojrzał do góry i zorientował się, że księżyc znajduje się w totalnie innej pozycji niż jeszcze chwilę temu. „Rozumiem, przeniosłeś mnie pod samą bazę Wrzasku. Świetnie… Dzięki temu to ja uratuje tę całą Magdę i zostanę bohaterem.”

„Ale czy dasz radę?” Na jednej z wydm stała wysoka postać ubrana w czarne szaty Wrzasku. Jedyną różnicą było, że pasek przy suwaku był niebieski, a nie czarny jak w przypadku Sandro. Człowiek ten zasłaniał twarz za kominiarką, a na oczach założone miał coś, co wyglądało jak gogle pływackie albo narciarskie, jeden chuj. Po posturze i głosie można było jedynie określić, że to mężczyzna a po stroju, że to runin z organizacji Wrzask. „Twój nieumarły kolega może i niema tyle mocy co kiedyś, ale nie uda ci się go dosięgnąć.”

„Ach tak?” James wyjął grzebień i poprawił włosy. „W takim razie patrz uważnie, póki możesz, bo za chwilę spotka Cię to samo co niego.” James skupił się na Valerianie. „Fire Ball!”

Kula ognia sunęła w stronę zombie, ale ten wystawił ręce przed siebie i kula zniknęła, zanim trafiła w cel. James troszkę się zezłościł a runin, który ich obserwował, jedynie parsknął. Zanim zdążył posłać kolejną kulę ognia, ponownie zniknął i pojawił się w tym samym miejscu tylko dużo, dużo wyżej.

„Co!!!” James w jednej chwili znalazł się na czarnym niebie, wyżej niż sam wielki zamek. Teraz miał widok na całą bladą pustynię, ale nie myślał o tym, żeby się rozglądać tylko o tym, że zaraz rozpierdoli się o ziemie i zostanie z niego jedynie mokra plama. Skomentował to schowany za goglami widz, chociaż James nie miał prawa usłyszeć jego słów, bo był za wysoko.

„Valerian w tym stanie nie ma na tyle mocy, by wysłać cię do innego wymiaru, ale bez problemu może przenieść cię gdzieś obok, nawet jeśli chodzi o niebo. Jak spadniesz z takiej wysokości to już na zawsze zamienisz się w krwawy naleśnik.”

„Uoaaaaa!” James spadał, krzycząc, jakby nie miał nadziei i planu. Gdy był już nisko, wystawił ręce do dołu i wystrzelił potężną falę ognia. Eksplozja odrzuciła go i wbiła w ścianę, obok której leciał. „Ugh..”

„No proszę, jakoś się uratowałeś.” Pochwalił przeciwnika runin gdy obserwował, jak James odkleja się ze ściany i zeskakuje ponownie na swoje stare miejsce tylko, że obity.

„Cholera, nie pozwolę ci ponownie użyć na mnie runy przestrzeni! Fire Ball!” James stworzył ponownie kule ognia i ponownie zaatakował nią wroga. Jak można się domyśleć, ponownie kula ognia zniknęła, zanim dosięgnęła Valeriana.

„To na nic, widzisz przecież….” Gadka komentatora nie obchodziła teraz Jamesa, który wpadł w szał i strzelał kulami ognia jedną za drugą. „No nieźle… ale to na nic..”

Wrzaskowy miał rację, nieważne ile kul ognia leciało, wszystkie znikały. W końcu wyczerpany James zaprzestał ostrzału, ledwo dysząc.

„Pokazałeś, na co cię stać. Może jakbyś trafił na innego przeciwnika, wygrałbyś. Miałeś pecha James.”

„Czyżby?” James uśmiechnął się i poprawił kołnierzyk. Patrzył w stronę Valeriana i to samo zrobiła postać na wydmie. Dopiero teraz ujrzała, co się stało.

Ręce, które Valerian miał wyciągnięte przed siebie, były spalone na czerń i zaczęły rozpadać się zamienione w popiół. Po chwili zombie stał już przed nimi jedynie z kikutami przy łokciach.

„Temperatura, jaką osiągnąłeś tą salwą Fire Balli, była tak duża, że spopieliła mu ręce? Jestem zaskoczony, przyznaje.”

James jednak nie czekał na pochwały z ust wroga. Wyprostował ramię i dłoń. „Nie ważne jak potężnym się jest runinem, ręce pomagają w formowaniu technik, reakcji oraz kontroli Worywoku. Obroń się przed tym. Fire Ball!”

Ostatnia z ognistych kuli trafiła Valeriana

BUM SRUU

Rozsadziła go na kawałeczki.

James natomiast wyprostował się i wskazał palcem na swój kolejny cel.

„Jesteś następny.” Powiedział to w naprawdę cool sposób, musicie uwierzyć mi na słowo. Nagle jednak palec Jamesa pokryty został lodem. Następnie to samo stało się z całą jego dłonią. „Co!? Niemożliwe!” Wykrzyczał, zanim postanowiłem przenieść się do innych bohaterów.

***

Kubas patrzył bardziej zmartwiony niż przerażony na osobę, która ujawniła swoją tożsamość, zrzucając ciemną szmatę z ciała.

„Kto to jest?” Zapytała Trini wskazując na wąsatego, zzieleniałego, mężczyznę w średnim wieku z brzucholem piwnym na wierzchu.

„Nie pamiętam jego imienia.” Odezwał się Kubas. „Ale osoba, na którą patrzycie to nie kto inny jak Kapitan Polska.”

„Ten żul?” Dopytywał Włodek.

„Wierz lub nie, ale tak jak Super Banan, był kiedyś super bohaterem o przerażającej mocy.”

Kubasowi nie było do śmiechu z kilku powodów, a moc ich nowego przeciwnika była jednym z nich. Kapitan Polska potrafił wzmacniać swoją siłę o tyle procent, ile alkoholu miał we krwi. Im mocniejszy alkohol, tym większa moc.

„Rozumiem, ale przecież on nie żyje tak?” Wolała upewnić się Trini.

„Tak. Użył 100 procent swojej mocy i jego wątroba po prostu pękła. Nie wytrzymał takiego natężenia alkoholu i mocy.” Kubas odnosił się do wydarzeń z siódmej części Kubas Adventure.

„Ale chodzi mi o to, że skoro w jego żyłach musi krążyć krew z alkoholem, by wzmocnić jego siłę, to jako umrzyk nie ma z tego pożytku, bo jego organizm jest zdechły i nie działa.” Wyjaśniła Trini a w Kubasie zapłonął płomyk nadziei.

„No.. no w sumie dobrze gadasz.” Kubas odwrócił się do nekromanty Sandro, czekając na jego komentarz i niestety doczekał się go.

„Myślicie, że nic z tym nie zrobiłem? Żal było stracić jego moc. Przypatrzcie się mu dokładniej.”

Rozkładające się ciało w za ciasnym kombinezonie, krzywa maska zasłaniająca oczy i głowę, wielki nochal, bebzol, białe skarpetki otoczone sandałami. Tak prezentował się Kapitan Polska w wersji Zombie. Nawet rysunek orła białego na czole był martwy. Jednak nie na to mieli zwrócić uwagę nasi bohaterowie. Chodziło o rurki i żyłki, które wystawały z różnych części ciała: rąk, ramion, bioder, karku i które wbijały mu się w plecy.

„Co to kurwa ma być?” Kubas poprawił okulary.

„Może spierdolił z oiomu?” Zgadywał Włodek.

„Mamy w Las Nachos osobę, którą zwiemy Profesorem. Był tak miły, że trochę naprawił rozpadające się ciało tego pijaczyny. Może i nie żyje ale aparatura wczepiona w jego ciało sprawia, że jego organizm działa jak za życia. Podsumowując…”

„Mamy przesrane.” Dokończył za wroga Włodek.

„Dokładnie!” Krzyknął nekromanta, a Kapitan Zombiak podniósł pięść i zaatakował Kubasa.

„Shit. Teraz obroni nas tylko jedno.” Nasz bohater chciał złapać za miecz, który nosił na plecach. Dobrze pamiętał, że Ex-Calibur był na tyle wytrzymały, by blokować nawet najpotężniejsze ciosy Kapitana. Jak bardzo się zdziwił gdy okazało się, że nie ma on broni na plecach. „Co kurwa?!”

Kubas dostał po ryju i odrzuciło go w wydmę. Wbił się w nią i obsypał go piach.

„Kubas!” Włodek podbiegł do poszkodowanego przyjaciela. Ten z siniakiem na ryju szybko podniósł się na nogi.

„Spokojnie Włodek, nic mi nie jest. Teraz już automatycznie przekładam Worywoku w celu zmniejszenia wpierdolu”

„Hahaha! Oto siła na poziomie Tatra Mocne, ciesz się, że to tylko 7%” Sandro nabijając się z Kubasa zdradził obecną siłę ich przeciwnika.”

„7%?” Włodek przeraził się. Siedem procent brzmi bardzo mało, a jednak obok niego stał sam wybraniec z siniakiem na ryju i to po użyciu defensywnej techniki. Wiedział, że gdyby on dostał takim ciosem, zostałaby z niego miazga.

„Ale kurwa gdzie jest mój miecz? Jestem pewien, że zabrałem go ze sobą. Jeszcze niedawno rękojeść obijała mi się o głowę.”

„Zadbałem o to, żebyś stracił swojego asa w rękawie.” Uśmiechnął się Sandro, ale przez kaptur na ryju i tak nie było tego widać. „Valerian nie zabrał ze sobą tylko waszego koleżki.”

„Chuj!” Broń Kubasa była potężna, a już ją stracił. Nic dziwnego, że się wkurwił. Tylko że…

„Wkurwiony Kubas…” Zaczął mówić Włodek.

„…to nasz drugi as.” Dokończyła Trini.

Wraz z tymi słowami Kubas odbił się od wydmy i rzucił na Kapitana. Z całej siły przywalił mu w brzuch, a następnie kilka razy po ryju. Dodatkowo kopniakiem z półobrotu położył go na ziemie. Każdy cios wypełniony był energią szału. Kapitan Polska wyglądałby na rozwalonego gdyby nie to, że i tak wcześniej już się rozpadał.

„Hmm. Może cackanie się z wami to nie najlepszy pomysł.” Pomyślał nekromanta widząc jak jego najlepszy nekroprzydupas dostawał wpierdziel i nie nadążał z reakcjami na ciosy. „Czas na wódkę.”

Nagle Kapitan Polska wyprostował się. Samo jego wstanie sprawiło, że Kubasa odrzuciło na kilka metrów. Kapsuła z wódką umieszczona w jego ciele została zniszczona i zwiększyła mu moc do 40%.

„O w dupę.” Przerażony Włodek tym, co usłyszał od narratora, cofnął się o kilka kroków.

„Nie dajcie mu zaatakować, bo będzie po nas!” Zdążył krzyknąć Kubas, zanim ponownie rzucił się na przeciwnika. „Trini!”

„Robi się.” Okazało się, że dziewczyna nie tylko stała, komentowała i przyglądała się walce Kubasa niczym postacie z anime, tylko od jakiegoś czasu ładowała moc we własnej buzi. „Gamma Flasher!” W końcu wypuściła złoty, olbrzymi, niszczący wszystko po drodze promień z własnych ust. Odrzut odepchnął Włodka, który stał obok niej. Kubas w ostatniej chwili odskoczył z trajektorii ataku, dzięki czemu Kapitan nie dostrzegł promienia zawczasu. Nie udało mu się uniknąć.

Okazało się jednak, że nie musiał, bo wystarczyło, że uderzył w promień i odbił go w niebo. Trini nie mogła uwierzyć, że tak potężny atak, tak łatwo został odbity.

„To mój najlepszy atak.” Trini chyba dopiero teraz zrozumiała z kim ma do czynienia i dlaczego zapał Kubasa zgasł tak szybko gdy zobaczył twarz ich przeciwnika.

„Zobacz.” Kubas machnął głową w stronę Kapitana. Atak co prawda nie rozwalił umrzyka, ale ręka, którą odbił promień przestała istnieć. „Przynajmniej stracił rękę.”

„Wystarczy jedna, by was zabić. Do dzieła!” Nekromanta wydał polecenia, a Kapitan Polska zamachnął się i uderzył powietrze przed siebie. Wytworzył w ten sposób pocisk powietrza pod ciśnieniem.

„Nie dajcie się zwieść! Taki podmuch rozwalił Azkaban! Unik!”

Trini posłuchała Kubasa i poleciała w powietrze. Podmuch był jednak na tyle silny, że zrobiła kilka koziołków i jebnęła ryjem w piach. Kubas wziął pod pachę Włodka i chciał odskoczyć w bok. Udało mu się, ale i tak ciśnienie poharatało mu nogę.

„Agh!” Tym razem rana była poważna

„Kubas!” Dwójka przyjaciół upadła na ziemię. W miejscu, którym przeszedł atak, pojawił się mini rów, do którego osuwał się piach. „Twoja noga! To moja wina, beze mnie byś odskoczył.” Włodkowi zakręciła się łza w oku i bączek w pośladach. Kubas jednak nie odpowiedział, tylko przekręcił się i strzelił pociskiem energii w stronę wroga. Ten jednak trafił mu pod nogi, wytwarzając chmurę piachu zamiast obrażeń.

„Faktycznie jesteś ślepy leszczu. Heh.” Ocenił atak nekromanta.

„Tak jak teraz twój sługus.” Kubas wytworzył chmurę piasku, specjalnie by na chwilę Kapitan nie wiedział, gdzie uderzyć. Czas ten wystarczyłby Trini ponownie naładowała swój promień.

„O kurwa.” Pierwszy raz Sandro zmartwił się sytuacją.

„Pożegnaj się z drugą ręką! Gamma Flasher!” Trini wyjęła głowę z piasku i wystrzeliła kolejny pocisk. Ona i Kubas mieli nadzieję, że pozbawi go drugiej ręki, ale zombie nie obronił się wcale. Złoty promień pożarł go w całości. „Yes!”

Szybko jednak okazało się, że sytuacja ponownie zmieniła się na niekorzyść naszych bohaterów. Gdy promień przeminął, Kapitan Polska stał osmalony, ale cały.

„W dupę kopany, co jest? Wcześniej stracił rękę, a teraz jak dostał bezpośrednio, to nic mu nie jest? Czyżby…”

„Zgadza się haha!” Nekromanta miał zamiar potwierdzić czarną teorię Kubasa. „Przywitajcie się z Kapitanem Polską. Spirytus. 100 procent mocy! Żegnajcie!”

„O cholera!”

Kapitan Polska ponownie uderzył przed siebie. Tym razem powietrze zmiotło nie tylko pustynie, ale i bohaterów na amen.

SRUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU

***

„Hmm. Inaczej wyobrażałem sobie piekło.” Rumun rozejrzał się dookoła. Był pod ziemią, a wszędzie wokół niego były choinki, ale zrobione z nachosów. Wiele z nich było przewróconych. W niektórych miejscach sklepienie nad jego głową przepuszczało promienie światła księżyca, więc nie otaczały go egipskie ciemności. „Chwilę wcześniej sądziłem, że pożarł mnie potwór. Nawet przez chwilę się ucieszyłem, ze już nie będę musiał służyć lordom. Eh.. Jak się tutaj znalazłem?”

O dziwo Rumun uzyskał odpowiedź.

„Musiałeś trafić do czarnej dziury tak jak ja.” Nasz sprzątacz odwrócił się, by zobaczyć, kto do niego mówi. Na początku myślał, że ma jakieś omamy, bo mówił do niego, o połowę mniejszy od niego, nachos z nogami, rękami, oczami i ustami. Wyglądało to dziwnie, ale taki urok tej opowieści.

„Czemu jesteś gadającym nachosem?” Zapytał Rumun

„Przyjdzie i czas, żeby opowiedzieć o tym. Pewnie pożarła cię jedna z dwóch bestii Las Nachos – Iam, zgadza się?” Nachos wyglądał komicznie, ale jego wzrok był mega poważny, niepasujący totalnie do jego postaci.

„Jeżeli tak nazywał się wielki, paskudny stwór, który atakował z pod ziemi to tak.”

„Widzisz, Iam zamiast żołądka ma czarną dziurę, przez co jest wiecznie głodny. Mnie też pożarł gdy byłem ranny i skończyłem tutaj.” Okazało się, że nachos ma trochę odłamanego kawałka w okolicy prawego rogu. Trzymał się w tamtym miejscu, widocznie ta rana mu doskwierała. „To właśnie przez tę bestię, ten wymiar to jedna wielka pustynia, jeszcze jakiś czas temu wszędzie był las nachosów, taki jak widzisz tutaj. Ale on wszystko wpierdolił ze mną włącznie.”

Przynajmniej wiemy już, czemu ten wymiar nazywał się Las Nachos.

„Kim ty kurwa jesteś?” Dopytywał Rumun, nie słuchając nic, co przed chwilą mu tłumaczył. Widok gadającego nachosa strasznie go w duszy bawił.

„Jam jest Dip Doritto IV. Potomek założyciela i króla Las Nachos, pierwszego z rasy nachosów – Billa Doritto Pierwszego.”

„W sumie dla mnie to jeden chuj. Jak się stąd wydostać? Pewnie myślą, że zdechłem, to dobra okazja, żeby spierdolić. Nie będę narażał karku w walce z Wrzaskiem.” Rumun zdradził swój chytry plan.

„Z Wrzaskiem? Przybyłeś tutaj, żeby walczyć z Wrzaskiem?” Dopytywał nachos, a powaga bijąca z jego oczu rozśmieszała trochę nie tylko Rumuna, ale i mnie.

„Po pierwsze to zostałem zmuszony a po drugie to zostałem zmuszony.” Rumun postanowił w końcu się ruszyć i rozejrzeć wokół. Nie zdołał jednak odejść za daleko, bo chipsman chciał kontynuować rozmowę.

„Skoro przybyłeś tutaj walczyć z tymi bandziorami, to jesteśmy po jednej stronie. To oni sprowadzili tutaj potwora Iama i innych złych fagasów. To przez nich Las Nachos stało się bazą zła i to po raz drugi.”

„Co ty tam pierdolisz?” Dopytywał kulturalnie rudy.

„Widzisz Las Nachos to wymiar, który został przeklęty. Nasz przodek Bill poświęcił ten świat, by zapieczętować niewypowiedziane zło. Od tamtej pory ten wymiar jest pusty, a nasz ród pilnuje tego zła od niepamiętnych czasów. Ale te jebańce z Wrzasku już drugi raz robią sobie tutaj kurwa bazę. Skurwysyny. To się źle skończy.”

„Co ty nie powiesz.” Odpowiedział, ale nie Rumun a mężczyzna, który pojawił się niedaleko nich. Rumun od razu złapał swoją szczotkę w dwie ręce i był gotowy do napierdalanki. Nowa postać bowiem nosiła miana członka Wrzasku. Czarny płaszcz z szarym paskiem przy zamku nie robił złudzeń. Morda jegomościa była w większości w białej brodzie. Na głowie miał małą czapkę – żydowską jarmułkę a przed uszami długie, kręcone pejsy. Duży nos również ułatwiał sprawę w identyfikacji owej persony

„Żyd.” Podsumował Rumun i nie mylił się. „I nie wygląda mi na zwykłego żyda. Wyczuwam rabina na 99 levelu.”

„Rabina? Nie rozśmieszaj mnie.” Odpowiedział obrażony żyd. „Już dawno przebiłem ten poziom. Masz do czynienia z Magidem! Czyli klasę wyżej od rabina! Jestem Rav Rashi.” Przedstawił się starszy.

„A ja jestem Torah. Uczeń mistrza Raviego.” Okazało się, że stary żyd to nie jedyna postać, która pojawiła się pod ziemią. Obok niego stał młody chłopak, blondyn jednak z czarnymi pejsami. Mógł być w wieku Kubasa, trudno rzec. On również nosił jarmułkę, ale nie miał na sobie płaszcza Wrzasku a chałat, czyli żydowski długi płaszcz.

„Zgubiliście coś tutaj czy tylko zwiedzacie?” Zapytał Rumun, naiwnie wierząc, że uniknie konfrontacji.

„Podobno w Las Nachos pojawili się nieproszeni goście i dostaliśmy polecenie się nimi odpowiednio zająć.” Wytłumaczył na spokojnie stary Ravi.

„A to zajebiście, bo już się martwiłem, że chcecie nas zajebać. To kamień z serca. Ja to bym ogólnie coś zjadł i się napił, a potem do wyrka.” Rumun udawał głupiego, a tak naprawdę wcale nie musiał.

„Dość. Raczej nie znam się na żartach więc lepiej uważaj.” Pogroził palcem rabin, a jego młody uczeń potwierdził słowami.

„To prawda. Gdy nazwałem naszego psa Gazor to wykastrował nie tylko jego, ale i …. dobra nieważne.”

„Wrzask! Giń!” Nagle krzyknął ranny Dip, który rzucił w rabina coś, co wyglądało jak shurikeny tylko trójkątne i przypominające małe, naostrzone nachosy. Gdy dosięgnęły celu, wbiły się w jego czarny płaszcz jednak następnie odbiły od ciała. „Co!? Niemożliwe, moje nachorikeny przebiłyby niedźwiedzia!”

Ravi nie był tak miły, by wyjaśnić czemu jest twardy jak kamień. Rzekł jednak:

„Ty jesteś Doritto Dip. Zastanawialiśmy się, gdzie się ukryłeś. Napsułeś nam trochę krwi, atakując Krzykaczy, a najbardziej jak przez Ciebie wybiło nam szambo w zamku. Jebało tam kurwa miesiąc. Cóż...świetnie się składa, bo pozbędę się intruza oraz ciebie. Nasz szef będzie zadowolony.”

„A ja tam coś czuje, że podwyżki nie dostaniesz.” Po tych słowach Rumun zamachnął się bardzo mocno szczotką. Wokół niego i reszty osób uniósł się piach, tworząc przez krótką chwilę mini piaszczyste tornado. Wiatr zebrał się w jedną chwilę a Ravi i Torah osłonili oczy. Ta chwilka wystarczyła, by Rumun podskoczył i zbliżył się do rabina. Zamachnął się i gdy tylko piach opadł, z całej siły przyjebał ze szczoty w ryj dziada, który dopiero co otwierając oczy, nie zdołał uniknąć ataku.

JEB

Okazało się jednak, że wcale nie musiał.

Szczotka zatrzymała się na mordzie Raviego i do tego popękała w kilku miejscach. Rumun nie wiedział co się stało, dopóki nie przyjrzał się dziadowi. Połowa jego twarzy, ta, którą uderzył, pokryta była czymś, co przypominało srebrny pancerz. To właśnie to uchroniło go od obrażeń.

„Co do chuja wafla?” Zapytał Rumun chwilę przed tym jak oberwał techniką żyda. Tamten wystawił bowiem rękę, która również pokryła się metalem, a z niej wyrosły kolce przebijając ramię sługusa lordów. Rumun, zaciskając zęby, zniósł ból, zleciał na ziemie i szybko zrobił obrót, atakując szczotką z drugiej strony, tym razem w okolice biodra Raviego. Wynik był jednak taki sam.

JEB

Szczotka odbiła się od jego ciała, jakby trafiła na mur.

„Szlag!” Rumun przeturlał się do tyłu, by oddalić się od przeciwnika. Dopiero teraz zacisnął ranę na ramieniu.

„Jebane żydowskie czar mary!” Krzyknął nachos.

„Nie.. to nie czary. To moc jego runa.” Poprawił go Rumun.

„Zgadza się!” Żyd uśmiechnął się a kolce i metalowe części na jego ciele zniknęły. „Moja runa to Ginita, runa srebra!”

„Słyszałem o niej. O mały włos nie wpadłaby w ręce Kubasa w trzeciej części. Byliśmy ciekawi, co się z nią stało, znaczy lordowie, bo ja tam miałem wyjebane.” Rumun wyprostował się i zobaczył, że rana na ramieniu nie jest aż tak głęboka. „Nie będzie łatwo. Dasz radę walczyć?” Zapytał Rumun Doritosa a ten ledwo ale wstał na swoje cienkie nóżki.

„Martw się o siebie.” Odpowiedział, trzymając się za dziurę w boku.

„Naprawdę myślicie, że macie szansę z runinem? Musicie być głupi jak wasz wygląd. Zapraszam.” Nagle ręce rabina pokryły się srebrem, skierował je w stronę naszych bohaterów i ponownie wyrosły z nich kolce jednak tym razem szybciej i dużo dłuższe. „Gińcie!”

 

***

James stał z wyprostowaną ręką, która pokryta była lodem. Musiał użyć drugiej, by go rozkruszyć i uwolnić kończynę. Na ręce pozostał nieprzyjemny chłód.

„Ktoś ty za jeden i jakim cudem posiadasz runę wody!” Zapytał głośno James członka Wrzasku, który przyglądał się i komentował wcześniej jego walkę z Valerianem

„Nie zapomniałeś jej mocy, widzę. Zgadza się, oto runa Mizuri. Za jej pomocą żądze wodą oraz lodem.” Odpowiedział jego nowy przeciwnik.

„Shit.” Pomimo że James miał runę ognia, był również obeznany z runą wody. Za czasów wojny w Wietnamie miał towarzysza broni, który ją posiadał. Oboje byli w tym samym oddziale. Zginął on jednak podczas tajemniczego wielkiego wybuchu, który zmiótł z mapy miasto Hanoi. „Pamiętam, że Subone zawsze kontrował mnie swoją runą.” Zebrało się na wspominanie pułkownikowi. Starał się przypomnieć techniki i sposób, w jakim walczył jego stary przyjaciel, ale zamaskowany nie dawał mu chwili wytchnienia. Nogi Jamesa zaczęły zamarzać. Ponownie musiał trzepnąć rękami w skorupę lodu, by je uwolnić. To dało chwilę lodowemu runinowi, by uformować swoją technikę i wystrzelić ją z rąk. Wyglądało to na kulę z lodu. Wystrzeliła w Jamesa z dużą szybkością. „No i takie coś to rozumiem! Fire Ball!” James stworzył swoją kulę i obie się zderzyły, neutralizując się nawzajem. „Subone ciągle gasił wodą moje techniki, ale ja nie byłem dłużny. Rozpuszczałem mu wszelkie ataki lodowego typu. Chyba mamy remis.”

„Chyba jednak nie.”

Po tych słowach z ziemi wyrósł lodowy kolec, który przebił na wylot Jamesa gdzieś przy brzuchu. Pułkownik nie wiedział przez chwilę, co się stało. Poczuł jedynie zimno, a potem ciepło swojej krwi, która spływała po kolcu.

„Co się stało…” James zorientował się w sytuacji i raczej nie był w dobrym humorze.

„Nie porównuj moich technik do jakiegoś słabeusza.” Zamaskowany zeskoczył z wydmy i podszedł do rannego Jamesa. „Twoja walka z Valerianem dała mi do myślenia. Nie masz zielonego pojęcia o runach i ich mocy.”

James przyłożył ręce do kolca i w jedną chwilę użył temperatury, by rozpuścić ostrego klocka, który zrobił z niego szaszłyka. Opadł na ziemie i złapał się za poważną ranę. Klęczał, starając się nie zemdleć.

„Co.. o czym ty gadasz. Każdą wolną chwilę poświęcam na trening.” Skulony, ale podniósł się na nogi, próbując ręką tamować obfite krwawienie z brzucha.

„Czuć, że twoja pojemność Worywoku zwiększyła się, ale co z tego skoro nie potrafisz z tego korzystać. I już nie będziesz miał okazji.” Runin wody podniósł rękę do góry. „Lodowa Trumna!”

James ponownie poczuł chłód. W jedną chwilę od torsu w dół był cały w lodzie. Jego ręce również zamarzły przy ciele.

„To nic ci nie da. Rozpuszczę ten lód jak ten kolec przed chwilą.” James dalej grał ważniaka, ale prawda była taka, że przytomny był tylko przez przenikający chłód. Ponownie użył mocy runy ognia, by zwiększyć temperaturę. „Co jest!?” Tym razem lodowa skorupa nie dawała się rozmrozić. Co więcej, powolutku pokrywała większą część jego ciała.

„Nie wysilaj się, bo mam ci coś jeszcze do powiedzenia. Użyłem swojej najlepszej techniki, lodowej trumny, by zatamować krwawienie, ale tylko po to byś mnie wysłuchał. Zanim staniesz się pomnikiem lodu, powiem ci, dlaczego zmarnowałeś swój potencjał oraz życie. O tym jak powinno się używać Worywoku i mocy run.”

 

=================================================

Moc runinów

=================================================

 

Hmm, a więc podsumowując Kubas i jego przyjaciele wyruszyli nawalać się z organizacją Wrzask, a raczej uratować ukochaną Kubasa Magdę, ale tymczasem chyba wszyscy dostali wpierdol. Kiepskie nastały czasy. Mam nadzieje, że mi – narratorowi się nie dostanie.

Pierwsza osoba, która została doprowadzona do stanu krytycznego to o dziwo nasz koksu – BoB i to do niego się przenieśmy. Rozwalił Super Banana z palcem w nosie, ale ktoś mu tak przyjebał z pięści, że przebił mu serce.

„O kurwa!” BoB najpierw spojrzał na rękę, wystającą mu z piersi. Wszędzie wokół tryskała jego krew. Dopiero po chwili spojrzał na tego, kto go tak urządził. „O kurwa!” Powiedział raz jeszcze gdy zobaczył swojego pogromcę.

Był to członek Wrzasku, ponieważ nosił czarny charakterystyczny płaszcz z paskiem przy suwaku w kolorze zieleni. Ale nie tylko to miał zielone, ponieważ jego twarz i skóra również była cała zielona. Ale drogie dzieci, nie, nie. To nie był Hulk. On przypominał bardziej samego BoBa. Jedyna różnica (oprócz koloru) była taka, że na jego łysej pale nie było znaku zapytania tylko wykrzyknik. No i nie był tak przykokoszony.

„Cześć BoB.” Spokojnie przywitał się zielony, wyjmując jednym porządnym ruchem swoją rękę z klatki piersiowej naszego bohatera. Była cała czerwona od krwi. „Dawno się nie widzieliśmy.”

„SeB!” BoB zamachnął się, by zaatakować przeciwnika, którego jak można się domyślić, skądś znał. Jednak nie trafił, tylko przewrócił się na ryj. Krew wymieszała się z piachem.

„Chyba nie najlepiej się czujesz.” SeB kucnął nad nim i dotknął go palcem. „Nie przesadzaj BoB, zatrzymałem pięść przed sercem.”

BoB ledwo, ledwo ale zmienił pozycję i był teraz na czworaka. Jedną ręką przytrzymywał dziurę w piersi.

„SeB… ty śmieciu. Już nie żyjesz.” W końcu odezwał się czerwony siłacz.

„Czy ja wiem. Z nas dwojga to ty bardziej wyglądasz na nieżywego.” SeB dobrze się bawił, obserwując przeciwnika, który ledwo się trzymał.

„Tyle lat. Tyle lat.” BoB oddychał z trudem, przez co z trudem tez się wysławiał. Przebite płuco i połamane żebra to jednak niemiła sprawa. „Tyle lat cię szukałem, żeby cię zabić. Kto by pomyślał, że znajdę cię tutaj. Szykuj się na śmierć.”

„A no dobra.” SeB pochylił się bardziej do twarzy rannego. „No szykuje się, długo jeszcze? Halo?”

„Szlag… w końcu cię znalazłem. Jakim cudem mnie tak załatwiłeś. Moja skóra...to po prostu niemożliwe!”

„A jednak zapewniam cię, że to nie sen.” Jakby drwienie z BoBa to było za mało, zielony usiadł na plecach klęczącego. „Może się zdziwisz, ale nie chce cię zabijać, mimo że taki dostaliśmy rozkaz. W końcu jesteś moim bratem.” Po tych słowach BoB nie wytrzymał i podeszło mu ciśnienie. Wstał i z całej siły przywalił SeBowi. Ten jednak zablokował cios ręką. „No proszę, a jednak masz jeszcze trochę siły.”

„Nie chcesz mnie zabić, bo jestem twoim bratem? Ty śmieciu! Zamordowałeś naszego brata NaB`a! Przyrzekłem, że go pomszczę!” Wydarł się BoB, zdradzając czytelnikom kierujące nim pobudki.

„Tak coś myślałem, że mi nie odpuściłeś. I powiem ci, że nieźle przykoksiłeś. Zawsze miałeś smykałkę do ciężarów i sterydów. Skamierdza, która absorbuje 50% obrażeń? Szacun.” Zabił brawo zielony. „Moja dalej jest na poziomie 20-30 procent. Ty i NaB zawsze byliście utalentowani.”

„Nawet Kubas nie przebiłby mojej skóry….” BoB miał mętlik w głowie, ale nie potrafił rozumieć, dlaczego znalazł się w takim stanie. Jego pewność siebie została rozjebana jak jego żebra.

„Nie dziwie się. Ponieważ nie ma tego.” SeB podwinął rękaw aż do ramienia. W miejscu szczepionki miał on znak. Zgadza się, czerwony znak po runie. „To runa Kaizen. Runa potęgi. Dokładnie ta sama, którą za życia miał Super Banan, którego truchło przed chwilą rozwaliłeś.”

 

***

Po 100-procentowym ciosie Kapitana Polski została pustka. Ziemia stworzyła istny kanion, do którego wsypał się piach. Atak dosięgnął zarówno Kubasa i Włodka, którzy byli w centrum pocisku powietrza jak i Trini która była bardziej z boku.

A jednak to jeszcze nie koniec.

Zarówno chłopaki jak i Trini znaleźli sposoby, żeby się obronić i przeżyć przerażający cios. Coś, co wyglądało jak trójwymiarowy romb obroniło Trini. Był jednak mocno popękany. Rozdzielił się na dwie części i otworzył, następnie zmniejszył i zamienił w naszyjnik, który trafił na szyję dziewczyny. Dla niewtajemniczonych powiem, że był to Rombobronny – paopei o właściwościach defensywnych. Spisał się na medal, a jednak Trini nie była zadowolona.

„Lord Ski-O mówił, ze to najlepszy obronny paopei, jaki stworzył, a prawie się rozleciał. Ten pojeb jest mocny.” Odwróciła się w miejsce, gdzie wcześniej stał Kubas i zobaczyła, że on i Włodek przetrwali atak i stali w tym samym miejscu co wcześniej. Oni również przyzwali coś, co ich ochroniło.

„Co to jest?” Zapytał Włodek gdy zobaczył kamienną tablicę, za którą się ukryli.

„To jedna z dwóch tablic, której używał Mojżesz do obrony. Kiedyś podczas walki zajebałem mu zwój, który ją przyzywał. Podczas mojego 3-letniego treningu nieraz ratowała mi dupę.” Po tych słowach tablica rozleciała się na kawałeczki.

„No to, to był ostatni raz.” Poklepał Włodek Kubasa po ramieniu, bo ten stracił swoją zabawkę. Trini podleciała do kolegów.

„Co teraz?” Spojrzała na ich przeciwnika.

„Heh. Wygraliśmy.” Kubas oparł się na Włodku i wstał. Przypominam, że jego noga była w kiepskim stanie po poprzednim ataku. „Ten atak był wszechpotężny, ale mógł zrobić tylko jeden. Po tym jego wątroba pękała. Pewnie teraz też kosztowało go to więcej niż myślimy.”

„Nie inaczej. Przeszczepiliśmy mu wątrobę.” Wyjaśnił Sandro, a Kapitan Polska padł na kolana wyczerpany po ataku. „Żywy czy nie, ten organ wytrzymał tylko jeden taki atak.”

„A więc teraz kolej na nasz ruch.” Zadowolony Kubas myślał, że wszystko, co najgorsze już za nimi, ale jak zawsze się mylił.

„Nie koniecznie.”

„Co?”

„Już wyjaśniam. Mówiłem, że Profesor stworzył aparaturę, dzięki czemu Kapitan mógł atakować jak za życia. To on przeszczepił mu wątrobę.”

„No i co z tego.” Dopytywał Kubas.

„To, że w sumie pomyśleliśmy sobie…” Gdy zaczął to zdanie, Kapitan Polska wstał na nogi i obrócił się. Okazało się, że z tyłu na plecach nie miał kombinezonu a jedynie paskudne zaszyte dziwne coś, co wyglądało jak jakiś organ. W dodatku były tam cztery takie paskudztwa. Dwa na łopatkach a dwa w pobliżu kręgosłupa lędźwiowego. Tutaj również było pełno kabelków. Jeden z zaszytych organów był rozpruty i rozwalony. Toczyła się z niego maź. Sandro dokończył co zaczął mówić. „… że przeszczepimy mu cztery wątroby.”

„O kurwa.” Nie kryli szoku bohaterowie.

„Czy to znaczy…, że może tak zaatakować jeszcze trzy razy?” Trini znała odpowiedź na to pytanie, ale i tak je zadała.

„Zgadza się. Troszkę go ulepszyliśmy. Profesor przeszedł samego siebie.”

„Przejebane.” Włodek żałował, ze nie spisał testamentu, ale potem sobie przypomniał, że i tak nie miał niczego, co mógłby komuś oddać.

„Fakt przejebane.” Potwierdził Sandro. „Ale nie dla was. Na razie nie.” Podniósł rękę i wskazał palcem na północ. „Znacie już moc Kapitana Polski. Daruje wam życie, jeśli zamiast do naszego zamku, skierujecie się do mniejszego pałacu, na północ stąd. Jest tam ktoś, kto chce cię spotkać Kubas.”

Nawet mnie zaskoczyła propozycja nekromanty. Kubas oczywiście najpierw wydarł mordę, zanim pomyślał.

„Chyba cię pojebało! Muszę uratować Magdę!”

„A więc chcecie kontynuować walkę?”

Kubas spojrzał na Trini i Włodka i wiedział, że żeby wyszli z tego cało, muszą nadłożyć drogi.

„Dobrze, zrobimy jak chcesz. Ale gdy tylko spotkam się z tą osobą, zapierdalam uratować Magdę, rozpierdalając tylu z was po drodze ilu tylko zdołam.” W końcu postanowił Kubas, a jego towarzysze odetchnęli z ulgą.

„Zdecydowane więc. Myślę, że się jeszcze spotkamy hehehe. A jeśli zboczycie z drogi, to będzie to szybciej niż myślicie.” Po tych słowach zarówno nekromanta jak i Kapitan Polska wyparowali.

***

„Nie będziesz mi tutaj mędrkować. Rozmrażaj mnie i stawaj do walki jak mężczyzna!” James był uwięziony w lodowym posągu. Jeszcze trochę i zamarznie cały na amen.

„Do walki? Pogódź się z tym, że jest już po walce i przegrałeś. Jesteś zdany na moją łaskę pułkowniku.”

„Szlag! Czemu nie mogę tego roztopić?” James wiercił się i używał raz po raz Worywoku. Nic mu to jednak nie dało.

„Ponieważ nie rozumiesz jak działa Worywoku. Gdybyś tylko nauczył się tych rzeczy co ja, naprawdę stałbyś się potężnym runinem.” Członek organizacji Wrzask chodził dookoła Jamesa niczym nauczyciel na sprawdzianie.

„O co ci kurwa chodzi!?” James już sam nie wiedział, czy chciał słuchać co ma do powiedzenia jego enemigo. Wiedział, że musi się jakoś wydostać, by mieć jakąkolwiek szansę a z drugiej strony ciekawość kazała mu słuchać. Postanowił, że podczas gadaniny, on będzie szukał rozwiązania, by wyjść z tej sytuacji cało i może wpadnie na jakiś plan. „Proszę cię bardzo. Widzę, że aż cię korci, żeby dać lekcję.”

„Tyle lat jesteś użytkownikiem runy ognia, a jedyne co robisz, to formujesz i skupiasz Worywoku w rękach albo gdzieś obok. Tyle zmarnowanych lat. Ale nie mam prawda cię oceniać. Też kiedyś nie wiedziałem nic o kontroli Worywoku. Dopiero członkowie Wrzask uświadomili mi jak wykorzystać swój potencjał w pełni.

„Uważasz się za lepszego ode mnie tylko dlatego, że jestem uwięziony w lodzie.”

„Nieprawda. Pamiętasz jak moja kula lodu i twoja kula ognia się zderzyły? Pewnie pomyślałeś, że zbiły się nawzajem, cóż to prawda, ale tylko w połowie. Roztopione cząstki mojej kuli trafiły na piasek pod tobą. Z tych kropel powstał lodowy szpikulec, który rozerwał ci dziurę w ciele. Wcześniej gdy wskazywałeś na mnie palcem, twoja ręka zamarzła a ja nawet nie ruszyłem się z miejsca, zresztą następnie to samo stało się z twoimi nogami. Nie były to potężne techniki, ale nie wpadłeś na to, że Worywoku można używać w ten sposób prawda?”

James przeanalizował sytuację i faktycznie był pod wrażeniem mocy jego oponenta, jednak nie pochwalił go.

„Co z tego. Tak jak mówisz, był to zalążek mocy twojej runy. Moja kula ognia rozsadziłaby cię w sekundę.” Skomentował w zamian.

„Nie to jest ważne. Skup się, bo będę tłumaczył tylko raz.” Lodowy stał teraz na wprost Jamesa, któremu lód doszedł już do obojczyka. „Zauważyłeś, że są dwa rodzaje run, a raczej dwa sposoby na używanie ich mocy?”

„Co?” Zainteresował się ranny bohater.

„Są runy, które zamieniają Worywoku w jakiś element. Mówię tutaj o takich przykładach jak ty i ja. Wypuszczasz Worywoku, które płonie. Im więcej Worywoku, tym potężniejszy płomień lub wybuch. Ja robię to samo z wodą a za pomocą Worywoku zamieniam ją w lód. Są jednak runy, które nie zamieniają Worywoku w zupełnie nic. Są czystą energią. Przykładem może być…”

„Kubas!” Dokończył James, który zaczął powoli rozumieć, o czym mówi jego chwilowy sensei.

„Zgadza się. Wypuszcza on Worywoku, ale nie tworzy niczego w zamian. Może jednak skupić je w jednym miejscu, by wzmocnić swoją siłę. Możliwości są nieograniczone.”

„Chcesz powiedzieć, że takie runy jak Kubasa są silniejsze od naszych?” Jamesowi nie podobał się morał tej lekcji.

„Też tak na początku sądziłem, dopóki nie zrozumiałem, że tak naprawdę wszystkie runy działają tak samo. Ty i ja możemy używać Worywoku nie zamieniając jej w żywioł.”

„Co?” James już dawno zapomniał, że miał wydostać się z lodu. Z otwartą buzią wysłuchiwał tego co mówił wrogi runin. „Ale jak?”

„Nasze Worywoku przekształca się w ogień lub wodę. Mój trening polegał na wyuczeniu się tworzenia samej energii, a następnie zamrażania jej. Dzięki niej mogę robić rzeczy, o których mi się nie śniło. Co więcej, uważam, że takie runy jak nasze po dobrym treningu przewyższają te z czystą energią. Pewnie tego nie wyczuwasz, ale wokół nas roi się od twojego Worywoku. Wypuszczałeś tyle kul ognia, że zebrało się tutaj mnóstwo twojej energii. Gdybyś ją kontrolował, mógłbyś wysadzić mnie w powietrze samym mrugnięciem. Dlatego bawiło mnie gdy wspominałeś o tym, że potrzebujemy rąk, by formować techniki. To dobre dla amatorów. Dlaczego nie spróbujesz? Może to pozwoli ci wydostać się z lodu a zostało ci mało czasu.”

„A żebyś kurwa wiedział, że spróbuje.” Pułkownik nie dawał po sobie tego poznać, ale był zajarany jak nigdy. Zrozumiał, że limity jego mocy zarzucił sobie sam. Brakło mu wyobraźni albo dobrego nauczyciela. Teraz się to zmieniło, miał tysiące pomysłów na sekundę na to co mógłby osiągnąć. Przerażało go jednak to, że już było na to za późno. A jednak postanowił spróbować. „Haa!” Krzyknął, żeby wyglądało fajniej i wszędzie wokół nich zaczęły pojawiać się jakby pojedyncze płomyczki. Zapalały się i gasiły w jedną chwilę.

„Cóż, nie spodziewałem się, że od razu ci się uda. Szkoda. Mogło być ciekawie. Chyba już czas byś zasnął w lodowej trumnie.” Zawiódł się jego oponent.

„Szlag! To nie może się tak skończyć!” James zamienił się w słup lodu już po samą szyję. Jego przeciwnik odwrócił się plecami i chciał odejść. „Zaczekaj! Przynajmniej powiedz mi, kim jesteś!”

„No tak. Pewnie już nie będzie okazji.” Długo nie zastanawiając się, lodowy runin zdjął maskę i gogle. Miał długie blond włosy opadające na czoło i oczy oraz długi kucyk za plecami. Miał błękitne oczy. „Nie zapomniałeś mojego wyglądu prawda James?”

„Co!? Subone, to ty!?” Jamesowi aż oczy wyleciały z orbit. Miał przed sobą przyjaciela z dawnych lat, który przecież powinien od dawna nie żyć.

***

Rumun i Doritto Dip uniknęli srebrnych kolców i od razu przypuścili kontratak. Nachosman rzucił kolejnym shurikenem, który tak naprawdę był po prostu naostrzonym nachosem a Rumun rzucił szczotą jak oszczepem. Ravi wycofał kolce i przemienił ręce w metal. Osłonił się nimi przed atakami. Szczotka odbiła się i wróciła do rąk sprzątacza.

„Nie myślcie sobie, że moc runy to jedyna moc, jaką władam. Przypominam, że jestem rabinem naczelnym.” Uśmiechnął się starzec z pejsami, po czym zaczął inkantować coś po hebrajsku. Ułożył dłonie w dziwne kształty niczym ninja w pomarańczowym, odblaskowym dresie, po czym wymówił zaklęcie. „Ijar!”

Po tych słowach w powietrzu pojawiła się wielka ręka, która z plaskacza przywaliła naszym bohaterom. Skończyli na ziemi i udało im się przeturlać w ostatniej chwili, by nie zostać przez nią spłaszczonymi. Ręka zniknęła tak szybko jak się pojawiła, ale rabin nie przestawał rzucać żydowskich spelli.

„Klezmer!” Nagle nie wiadomo skąd wydobył się tak głośny i nieprzyjemny dźwięk, że Rumun musiał zasłonić uszy. Dip miał trochę łatwiej, bo jako żyjący nachos po prostu nie miał uszu. Postanowił więc rozpędzić się i złapać przeciwnika. Ten jednak był na to przygotowany. „Megila!” I nagle Doritos skrępowany był czymś, co wyglądało na zwój albo papier toaletowy. „Hahaha, jesteście beznadziejni.”

Podsumował ich Ravi, zresztą słusznie.

***

Chwilę trwało, zanim Trini uzdrowiła leczącymi sztuczkami jej rasy nogę Kubasa. Gdy był już cały i zdrów, ruszyli na północ, czyli tam, gdzie wskazał im nekromanta Sandro. Teraz gdy ich przeciwnicy zniknęli, na spokojnie zastanowili się co dalej. Rozmawiali podczas biegu, ponieważ uważali, że i tak stracili za dużo czasu na walkę.

„To na pewno dobry pomysł? To może być pułapka.” Włodek już dawno zrozumiał, że żarty się skończyły, chociaż nie te z jego mordy.

„Dużo o tym myślałem.” Zaczął mówić Kubas. „Też mi się to nie podoba ale jeśli pozwoli nam to uniknąć walki z Kapitanem, to gra jest warta świeczki. Widziałeś jego moc, żadna inna pułapka nie będzie gorsza niż walka z nim.”

„W sumie masz rację.” Zgodził się Włodek.

„Ale co z innymi? Nie powinniśmy najpierw ich znaleźć?” Zaproponowała Trini.

„Akurat jeśli chodzi o BoBa i pułkownika to się nie martwię. Potrafią o siebie zadbać. Poza tym wydaje mi się, że wyczuwałem Worywoku pułkownika niedaleko bazy wroga, a to będzie nasz następny cel.”

Następne paręnaście minut biegli w skupieniu i milczeniu. W końcu dotarli do czegoś, co wyglądało jak mały pałacyk przypominający bardziej arabską rezydencję. W porównaniu z głównym zamkiem Wrzasku w oddali ta budowla nie zachwycała rozmiarami. Była jednak elegancka i ozdobiona co w tym martwym świecie dość się wyróżniało.

„Widziałaś to gdy byliśmy w powietrzu?”

„Sama nie wiem. Możliwe, że była jakaś plamka, ale skupiłam się na naszym głównym celu.”

„Tak na marginesie Włodek mógł mieć racje. Czuje w środku Worywoku. Musi być tam ktoś z Wrzasku. Przygotujcie się. Włodek, zadzwoń dzwonkiem.” Poprosił Kubas, przyjmując gardę.

„Kurwa, dlaczego ja?”

„Bo jak tobie coś się stanie to będzie mniejsza szkoda.” Zażartował główny bohater…

…chyba.

„Ja pierdziele” Włodek podbiegł i zadzwonił do drzwi. Następnie spierdolił za Kubasa i Trini niczym ja do windy gdy za dzieciaka wkurwiałem w ten sposób sąsiadów.

Drzwi po chwili otworzyły się i wyszły z niej dwie piękności i to dość charakterystyczne, ponieważ jedna miała granatową skórę a druga zieloną. Ta pierwsza była blondynką a ta drugą rudą. Pokłoniły się przed bohaterami i odezwały.

„Witajcie, czekaliśmy na was. Zapraszamy.”

Ani Kubas, ani tym bardziej Włodek nie docenili, że dwie seksi laski zapraszają ich do środka, więc postanowiłem wejść pierwszy. Korytarz w środku nie był zbyt długi, ale oświetlony. W końcu jakieś inne światełka niż księżyc, miła odmiana. Za mną wszedł nieufny Kubas i jak się okazało, nieufny słusznie. Gdy tylko przechodził obok odźwiernych foczek, te rzuciły się na niego. Ten jednak nie wyglądał na zaskoczonego. Jedna z nich chciała zaatakować go w szyje a druga w brzuch. Kubas złapał za ręce zarówno jedną jak i drugą, po czym powalił na ziemie. Gdy leżały wbite w piach, przycisnął je mocniej do gruntu, naciskając rękami na plecy. Wszystko trwało ułamek sekundy. Trini i Włodek nie zdążyli nawet zareagować.

„Nieźle Kubas!” Ucieszył się Włodek.

„Wiedziałem, że coś było nie tak z dwóch powodów. Po pierwsze gdy mnie zobaczyły to nie skomentowały to żadnym niemiłym tekstem a po drugie wyczuwam od nich Worywoku.” Wytłumaczył okularnik, a jedna z uziemionych dziewcząt wydobyła twarz z piasku.

„Proszę wybaczyć. To miał być test. Jestem Smerfetka a ta druga to księżniczka Fiona. Jesteśmy strażniczkami Pana Alby. Gospodarza tej rezydencji.”

„To on chciał się z tobą widzieć.” Dodała Fiona.

„Też mi powitanie. Kim jest ten cały Alba?” Dopytywał Kubas.

„Tak jak Ty, on też jest runinem. To członek organizacji Wrzask i ma do Ciebie sprawę.” Dodały dziewczęta.

„Jakżeby inaczej.” Kubas oswobodził strażniczki i pogroził im palcem. „Chodźmy.” Zażądał nasz wybraniec, by wyglądać cool, co mu się oczywiście nie udało, bo taki nie był. Weszli jednak w końcu do holu, a następnie na schody, by dostać się na pierwsze piętro budynku.

„Inaczej zapamiętałem postaci Smerfetki oraz księżniczki Fiony z bajek.” Pomyślał Włodek.

„Coś z nimi było nie tak. One nie są runinami, a i tak czułem od nich Worywoku.”

„Jesteśmy.” Trini zatrzymała za ramię Kubasa i Włodka by te ślepe krety nie wjebały się na drzwi przed nimi. Ten pierwszy popchnął je, a były wielkie i solidne. Weszli do sali głównej. To co tam zobaczyli, zbiło ich trochę z tropu. Wszędzie były dywany, pufy i miękkie pościele. Płonęły światełka i paliły się kadzidła przyjemnie kłujące w nosek (nie muszę mówić, jaka to ulga w towarzystwie Włodka). Wszędzie było mnóstwo pięknych dziewcząt różnej maści dorównujących urodzie tym, które bohaterowie spotkali na dole. Na środku jednak stała duża, wygodna kanapa z Ikei, na której leżał pewien osobnik, jednak trudno było na pierwszy rzut oka stwierdzić czy był to facet, czy kobitka, bo miał delikatne rysy twarzy i długie falowane, białe niczym kartka papieru włosy opadające na czoło. Inne laski kleiły się do niego jak muchy do dupy wołu. Ja też tak chce.

„Kurwa co za brzydkie porównanie.” Zezłościł się na mnie opisywany osobnik, zdradzając, że jest facetem, a przy najmniej na to wskazywał jego głos. Zerwał się z pozycji leżącej na siedzącą, odgonił lachony i przyjrzał się Kubasowi. Starał się to ukryć, ale jestem pewien, że o mało nie zwymiotował na ten widok. Piękny młodzieniec panował jednak nad sobą, chociaż w środku aż nim telepało.

Kubas od razu zrozumiał, że ma do czynienia z członkiem Wrzasku, ponieważ był on ubrany w czarny płaszcz z paskiem przy zamku w pedalskim tzn. różowym kolorze. Cały pokój wypełniony był Worywoku i gdyby nie strój, Kubas miałby problem, by wskazać, kto tutaj jest runinem.

„Ty jesteś Alba? Chciałeś nas widzieć prawda? Rozumiem, że chcesz się napierdalać.” Kubas zaczął rozprowadzać Worywoku po ciele myśląc, że zaraz zacznie się walka z bossem.

„Ja? Skąd. Brzydzę się przemocą.” Nagle Kubas dostał z całej pety w głowę czymś metalowym, aż go zamroczyło i skończył na podłodze. „Ale z tego co widzę, ona nie jest pacyfistką.” Alba uśmiechnął się i wskazał palcem na Trini.

Okazało się, że to ona znokautowała Kubasa swoim wielkim, metalowym działem paopei.

„O kurwa.” Skomentował Włodziu, który tak jak Kubas nie ogarnął, dlaczego ich towarzyszka obróciła się przeciwko im.

***

Gdy ruchy nachosa były skrępowane przez kawałek materiału, Rumun wpadł na pomysł. I nie chodzi mi o ucieczkę, bo o tym pamiętał zawsze. Podszedł do Dorito Dipa i za pomocą szczotki oswobodził go z pułapki.

„Słuchaj, masz więcej tych swoich shurikenów?” Zapytał

„Masz na myśli nachorikeny! Tak, mam i to o smaku chili a te są ostrzejsze.” Poprawił go Dip.

„Jeden chuj. Mam pewne podejrzenia, które jeśli się sprawdzą, pozwolą nam pokonać tego starego pierdziela. Rzucaj w niego wszystkimi, jakimi masz. Dobra?”

„Niech ci będzie.” Jak powiedział, tak zrobił. Rozpoczęła się istna salwa kruchych ale ostrych shurikenów z kukurydzy. Rumun jednak nie atakował a tylko przyglądał się jak Ravi za pomocą metalowych kończyn odbija ataki, które nie pozostawiają na nim nawet blizny. Musiał się jednak trochę namęczyć, by pokrywać metalem te części, które były wystawione na zranienie. Widać doświadczenie przychodzi z wiekiem, ale czy na pewno? To właśnie chciał rozkminić Rumun.

„Znudziło się wam?” Zapytał rabin gdy Dipowi skończyły się shurikeny.

„To wszystkie, jakie miałem kolego z Rumunii.”

„To teraz moja kolej.” Sługus zamachnął się bardzo mocno szczotką i znowu stworzył wietrzny wir. Piach latał we wszystkie strony a jarmułki żydków spadłyby od podmuchów gdyby ich nie przytrzymali.

„Już tego próbowałeś rudy.” Uśmiechnął się Ravi, ale tylko na chwilę, bo zobaczył, że na ręce, którą przytrzymuje czapkę, pojawiła się rana cięta. „A to co?”

Wiatr wokół przybierał na sile, bo Rumun jeszcze kilka razy zamachnął się szczotką. Piach utrudniał widoczność, ale stary żyd zrozumiał, co się stało. Wszędzie wokół niego unosiły się ostre jak brzytwa shurikeny, a raczej nachorikeny, które wiatr poderwał z ziemi i atakowały teraz chaotycznie od każdej strony.

Nawet w dupę.

W pierwszej kolejności pocięły ubranie Raviego.

„Zauważyłem, że bardzo zgrabnie tworzysz srebro, którym się bronisz. Zastanawiałem się, dlaczego pojawia się, ale musi zniknąć w innym miejscu. Nie potrafisz kontrolować więcej niż 3 czy 4 miejsca naraz! Kubas na początku też potrafił przekładać Worywoku tylko w jedno miejsce!”

Po tym wywodzie zmartwił się nie tyle sam żyd, co jego uczeń Torah komentując.

„Tak szybko zrozumiał, że defensywa mistrza ma luki? Może wygląda na siedem nieszczęść, ale to mu się udało.”

„Załatw go!” Krzyknął podekscytowany nachos, który pierwszy i jedyny raz zapałał szacunkiem do towarzysza broni.

„Proszę cię bardzo!” Rumun zamachnął się szczotką po raz ostatni z góry do dołu. Wir zmienił kierunek i wszelkie nachosy zaatakowały jednocześnie. Nie było jednak widać, czy atak odniósł skutek przez unoszący się jeszcze piach.

Wszystko się uspokoiło.

„Udało się?” Zapytał nachos, lecz nagle został przedziurawiony przez srebrny kolec, którego nie zdołał zobaczyć przez wszędobylski pył w powietrzu. „Aaaagh”

„Nachos!” Zawołał wystraszony Rumun gdy widział padającego, rozsypującego się chipsa.

Kurwa, ale ta powieść jest zjebana.

***

„A więc to dzięki tej runie jesteś taki silny… kurwa.” BoB zaczął się zataczać. Ledwo stał na nogach, bo prawie ślizgał się na swojej krwi. „Jestem tak blisko by cię pomścić NaB…”

„Byłeś BoB, zanim nie otrzymałeś dodatkowej dziury w ciele. Teraz przynajmniej wiemy kto z naszej trójki jest najsilniejszy.” Ocenił SeB.

„Heh, Nie żartuj. Ty? Najsilniejszy?” Pomimo swojego stanu, BoB znalazł siłę na śmieszek.

„Wystarczy na nas spojrzeć, czyż nie? Żyjesz tylko dlatego, że zatrzymałem pięść przed twoją pikawą”

„Nie o to mi chodzi. Może jesteś silniejszy ode mnie, ale nie byłeś silniejszy od NaBa. To on był z nas najlepszy.”

„Też miałem takie zdanie i dlatego musiał zginąć z mojej ręki. Tylko w ten sposób mogłem udowodnić, że z naszej trójki to ja wiodę prym.”

„NaB nie użył całej mocy walcząc z tobą.” BoB zacisnął pięść.

„Co ty gadasz, nie było cię podczas naszej walki. Co ty możesz wiedzieć.” SeB spoważniał. Nie podobało mu się, dokąd zmierzała ta wymiana zdań. W tym samym czasie BoB zrozumiał, że jeśli zignoruje ból, może dość sprawnie ruszać prawą ręką.

A dla niego tyle wystarczyło.

„Może i ty chciałeś go zabić, ale on nie chciał zabić ciebie. Nie rozumiesz?”

„O czym ty gadasz?”

„O tym śmieciu, że w przeciwieństwie do ciebie nie był bratobójcą! Ale na Twoje nieszczęście ja nie będę się powstrzymywał! Ten cios zakończy wszystko! Likwidejszyn!”

BoB zerwał się i zaatakował z całej siły, jaka mu została. SeB również zamachnął się i pięści się zderzyły.

Wszystko wokół zadrżało.

Ziemia popękała, piach się rozwiał

A bracia stali bez ruchu jakby przybijali sobie żółwika. SeB spojrzał na swoje ramie, a potem na ramię BoBa.

„To nie może się tak skończyć.”

Były to ostatnie słowa, jakie BoB rzekł, zanim padł na ziemie z rozwaloną ręką i barkiem w wielu miejscach. Wszędzie wystawały połamane kości i tryskała krew (jakby fontanna z piersi to było za mało).

SeB stał nad nim w milczeniu, ale nie patrzył na czerwonego wojownika, tylko swoją zieloną rękę. Na pierwszy rzut oka nie było widać obrażeń, ale przeciwnik BoBa bez problemu mógł stwierdzić, że...

„Jest złamana…. Kurwa.” Dopiero teraz spojrzał na leżącego brata. Przez to, że nie miał mordy, trudno było powiedzieć czy czuł respekt, strach, nienawiść czy nadchodzącą sraczkę. „Kurwa…” Powtórzył zielony, po czym złapał się za rękę.

Nie zauważył tego teraz tylko dużo później, ale na ramieniu, tam, gdzie miał bliznę po runie, wyrył się znak „?” charakterystyczny dla tego ataku.

Pochylił się nad pokonanym i przygotował drugą rękę, by dobić BoBa. Widocznie słowa o niechęci do zabijania go były kłamstwem. A może zmienił zdanie przez ostatni atak?

Nie był na tyle miły, żeby nam na to odpowiedzieć więc…

…wymierzył potężny cios.

***

„Nie, to niemożliwe! Ale jak!?” James nie krył zdziwienia obecnością kogoś, kto od wielu lat był nieżywy. „Zginąłeś w tym wybuchu, w Hanoi! Było tyle ofiar! Ta eksplozja, nikt by tego nie przeżył!”

„To prawda, że wybuch mnie dosięgnął i to prawda, że ta moc była potężna. Uratowała mnie wola życia oraz szczęście.” Subone postanowił wyjaśnić pułkownikowi, w jaki sposób przeżył, póki ten jeszcze nie miał zamrożonej głowy. „Po pierwsze nie byłem w epicentrum tylko na obrzeżach miasta, to osłabiło moc eksplozji. Wiedziałem jednak, że nie przetrwam w normalny sposób. To była sekunda gdy zobaczyliśmy błysk, wiedzieliśmy co nas czeka.” Subone zamilkł na chwilę. Widocznie stanęły przed nim obrazy z tamtego dnia.

Wspomnienia z Wietnamu.

Po chwili jednak się ogarnął. „W akcie desperacji wypuściłem z siebie tyle Worywoku ile tylko miałem. I wtedy po raz pierwszy użyłem techniki lodowej trumny. Pewnie domyślasz się na kim.”

„Na samym sobie!” Zgadł James

„Dokładnie. Zamroziłem się, a wybuch pochował mnie w ziemi. Odnaleźli mnie po kilku latach członkowie organizacji Wrzask, którzy poszukiwali runów i ledwo, ledwo ale wyczuli moje Worywoku. Gdy opowiedzieli mi o możliwościach i mocy, jaką kryją za sobą runy, tak jak ja przed chwilą tobie, długo nie musieli mnie namawiać, bym do nich dołączył. Tutaj pokazali mi jak używać Worywoku. Zapanowałem całkowicie nad mocą swojej runy.”

„Wrzask to przestępcy! Terroryści! Tacy, jakich kiedyś niszczyłeś gdy byłeś jeszcze w Turksach!” Zaczął wyrzuty pułkownik, któremu zaczęła zamarzać broda, a włosy pokryły się szronem.

„Tak jak ty, byłem sierotą, którą wychowała ta organizacja. Byłem jej wierny tylko dlatego, że jej to zawdzięczałem, ale nigdy nie interesowała mnie walka ze złem.”

„I przeszedłeś na złą stronę mocy. Zawiodłem się.”

„Twoje zdanie mnie nie interesuje. Zresztą nie interesują mnie cele Wrzasku. Pomagam im by szlifować swoje umiejętności, a nie ma lepszej do tego okazji niż towarzystwo innych, potężnych runinów. Reszta się dla mnie nie liczy.”

„A co z naszymi rozmowami i obietnicą Subone? Mieliśmy zostać bohaterami! I to takimi najbardziej cool!” Teraz to Jamesowi zebrało się na wspominanie.

„Ogarnij się. Czy to co robiłeś w Wietnamie, można było nazwać bohaterstwem? Zresztą nieważne. Wierzyłeś, że Subone zginął w tamtym wybuchu i niech to się nie zmienia. Nie jestem już tym, kogo znałeś. W moich żyłach płynie lód.”

„Rozumiem… Mówiłeś wcześniej, żeby nie porównywać cię z Subonem, którego znałem i widzę teraz, że masz rację.” Żołnierz Turksów był już całkowicie pokryty lodem. Wystawała z niego tylko twarz. „A więc przynajmniej ja muszę dotrzymać obietnicy z przeszłości i zrobię to za nas obojga! Haaa!”

James ponownie skupił się na zebraniu Worywoku z otoczenia. Tym razem pojawiły się nie tylko iskry, ale i pojedyncze płomienie, które zaatakowały lód.

„Nieźle!” Krzyknął pełen podziwu Subone. Płomienie jednak natychmiast gasły po zetknięciu z lodem. „Niestety, zapomniałem dodać, że jest jeszcze lekcja druga. Walka pomiędzy runinami to również walka na Worywoku. Te twoje płomyczki są po prostu za słabe, by naruszyć mój lód.” Subone w końcu spojrzał w oczy staremu przyjacielowi. Widział, że to jego ostatnie sekundy. „Jakieś ostatnie słowa James?”

Pułkownik był już na tyle osłabiony, że mówił coś tylko pod nosem. Subone podszedł bliżej by usłyszeć, co tam pierdoli po cichu.

„Tak.. Mam ostatnie słowa.”

„Słucham więc.”

„Tyle mówiłeś o mocy… kontroli runy, tworzeniu technik. Jestem pewien, że nie zrozumiałem połowy z tego, ale wpadłem na głupi pomysł.”

„Miałeś mieć ostatnie słowa, a nie przemyślenia.” Upomniał naszego bohatera jego przeciwnik.

„Niech ci będzie, oto one.” James ponownie ściszył głos tak, że Subone musiał się do niego pochylić, by coś słyszeć. Niepotrzebnie jednak bo James wykrzyczał je głośno.

„Dragon Breath!”

Po tych słowach z ust Jamesa wystrzeliły płomienie, pożerając wszystko przed nim, jakby normalnie porzygał się ogniem. Subone nie zdążył zareagować, jedyne co zrobił to podniósł rękę, by osłonić twarz. Napisać, że był zaskoczony to za mało. Gdy ogień spalał jego mordę i rękę, był w szoku. Spuścił gardę.

Cały atak trwał dosłownie chwilę. Spalona połowa twarzy i ręka poczerniały a płaszcz Wrzasku stał w płomieniach. Subone odszedł kilka kroków zataczając się.

„Kurwa zaraz stracę przytomność.” Pomyślał lodowy runin próbując siłą woli pozostać przy zmysłach. Niestety dla niego słusznie przewidział, co nastąpi. Stracił równowagę i runął do tyłu na plecy. Piach ugasił płomienie a poparzony Subone zemdlał.

Gdy stracił przytomność, Worywoku rozproszyło się i lód, który więził Jamesa, pękł. Pułkownik również runął na ziemie, przypominając sobie o dziurze w brzuchu. Teraz gdy zabrakło lodu, krew się lała niczym Pudzian na ringu.

„Jeden z głowy.” Chciał powiedzieć do siebie James, ale przez ostatnią technikę nie mógł otworzyć buzi. Całe jego usta były poparzone a jama ustna w destrukcji. Z wnętrza gardła unosił się dym. Piękna twarzyczka pułkownika była w paskudnym stanie.

„Trzeba iść dalej.” Pomyślał James sekundę przed tym jak zemdlał z utraty krwi.

Starzy przyjaciele

Runini ognia i wody

Leżeli teraz nieprzytomni obok siebie.

 

***

Znokautowany przez przyjaciółkę Kubas leżał na podłodze i powoli odzyskiwał świadomość. Od przypierdolenia mu w głowę metalowym klocem minęło kilka sekund. Okularnik złapał się za wielki siniak na potylicy, po czym wstał i spojrzał na Trini pytając delikatnie.

„Kurwa dziewczyno co ty odpierdalasz?”

„Wybacz Kubas ale jeśli mam wybierać po czyjej stronie stanąć to wolę po stronie tego ciacha.” Trini zmieniła pozycję swojego paopei, tym razem celując lufą w głównego bohatera. Ten wiedział, że strzał z takiego bliska zamieni go w whiskas.

„O co tutaj chodzi?” Włodek złapał się za głowę. Nie wiedział, jak zachować się w tej sytuacji, bo nie chciał napaść na towarzyszkę broni.

„Musicie jej wybaczyć.” Odezwał się niewzruszony Alba. „Jest pod wpływem mojego uroku. Jestem zajebisty.” Ten członek Wrzasku okazał się być narcystycznym gnojem.

„Chyba żartujesz. Trini nie brakuje oleju w głowie.” Skomentował Kubas a słowa chyba zabolały Albę, bo zszedł mu uśmiech z twarzy.

„Ehh. Nie żartuje, zresztą zobacz sam.” Alba rozsunął kołnierz oraz część płaszcza pokazując swój pięknie wyrzeźbiony tors. Gdzieś na obojczyku znajdowała się czerwona blizna przypominająca w dużym uproszczeniu kwiat z łodygą. „Oto Utsusi, runa piękna.”

„Runa piękna? Autorowi skończyły się pomysły?” Zapytał na głos Kubas.

„Pozwala mi na upiększanie tego, czego zapragnę…” A więc wyjaśniło się, co stało się ze Smerfetką i Królewną Fioną. Zostały poddane mocy tej runy, przez co stały się swoimi hot wersjami. „…oraz kontrolowaniem tego co piękne. Na wasze nieszczęście wasza przyjaciółka to niezła ślicznotka.”

„Wybacz Kubas, ale nie będę przepraszała za to, że jestem taka piękna.” Trini była więc całkowicie świadoma, że nie jest w tej chwili do końca sobą, ale nie miało to na nic wpływu.

„Cel, pal!” Wydał rozkaz piękniś a Trini pociągnęła za spust. Kubas spodziewał się tego, więc natychmiastowo podskoczył. Promienie działa rozpieprzyły ścianę za nim, o mało nie urywając mu nóg. Cały pokój pokrył kurz, a dziewczęta krzyczały i starały się udać do wyjścia. Sam Alba nie ruszył się z kanapy, tylko obserwował, co się dzieje, otrzepując jedynie włosy z pyłu.

Kubas przetrwał, ponieważ chwycił się za żyrandol, który zwisał tuż nad nim. Długo tam jednak nie zabawił tylko zeskoczył, ale nie za Trini a za Włodka. Prostokątnoryjny przez chwilę zmartwił się, że jego przyjaciel wykorzysta go jako żywą tarczę, ale i on i Kubas wiedzieli, że pociski Kwiatu Destrukcji rozwaliłyby ich obu. Zamiast tego Kubas przykopał Włodkowi w plery z całej siły, tak, że ten wpadł na Trini i razem z nią wypadł przez świeżą dziurę w ścianie.

Sekundę lub dwie trwał ich upadek, ale piasek sprawił, ze nie potłukli się za bardzo. Kubas wyjrzał przez dziurę i zobaczył, że Trini złapała się za głowę. Tak jak przypuszczał, próbowała zapanować nad własnymi działaniami. Krzyknął więc do Włodka.

„Włodek! Zabierz Trini stąd jak najdalej! Zapierdalaj i to już. Dogonię was!”

Nie wiem, czy Włodek zrozumiał, czemu Kubas wydał mu takie polecenie, ale nie zamierzał go zawieść. Wziął dziewczynę, która chwilowo walczyła z migreną pod rękę a w drugą jej ciężkie działo, które taszczył za sobą. Krok po kroku oddalał się z nią od rezydencji Alby. Przyjaciel Kubasa myślał o sobie wtedy jak o prawdziwym bohaterze. Gdy tak odchodził coraz dalej, można by było nawet pomyśleć o nim w ten sposób gdyby nie to, że miał z tyłu obsrane spodnie.

Kubas został z narcyzem sam na sam i podwinął rękawy.

„Następny rozdział będzie miał tytuł — obije ci twój piękny ryj, może być?”

„Nie podoba mi się.” Po tych słowach Alba w końcu wstał z miejsca i otrzepał się z brudu. „Wstrzymaj się okularniku jeszcze chwilę co ty na to?”

„Niby dlaczego? Nie masz nade mną władzy, bo jestem brzydki jak noc. Nie boję się tego przyznać gdy nikt nie słyszy…. O kurwa czytelnicy.”

„Dlatego, że nie jestem twoim wrogiem.” Kubas nie był zaskoczony. Uznał, że jego przeciwnik chce obronić się przed wpierdolem.

„Nie na mojej zmianie” Pomyślał.

„Mam coś, co należy do ciebie i oddam ci to dobrowolnie.” Alba wyjął zza swojego siedziska coś, czego Kubas się nie spodziewał. „Proszę bardzo, przechowałem go dla ciebie.”

Członek Wrzasku wręczał Kubasowi jego zaginiony miecz Ex-Calibur. Okularnik od razu przyjął zgubę.

„Ale skąd go masz?”

„To ja poprosiłem Sandro, by wysłał cię do mnie. Chciałem cię spotkać, ponieważ mam do ciebie sprawę. Musiałem się jednak upewnić, że jesteś na tyle silny, by bez tej broni przetrwać starcie z Kapitanem Polską oraz moimi strażniczkami. No i gratulacje. Przeszedłeś próbę.” Alba ponownie usiadł i oparł się jak wcześniej. Kubas jednak nie wyluzował a wycelował miecz w szyję białowłosego.

„Wytłumacz, o co tutaj chodzi, bo inaczej poznasz czym jest głębokie gardło.”

Oj Kubas, zły dobór słów.

„Tak jak mówiłem. Chciałem się z tobą spotkać. Mam do ciebie sprawę.” Na Albie nie robiły wrażenia groźby okularnika.

„Ale po co?”

„Ponieważ chciałbym, żebyś pozbył się szefa organizacji Wrzask. Naszego lidera – niejakiego Painta.”

***

„…Włodek.”

Włodek z wielkim trudem, ale dzielnie parł przez siebie w stronę zamku przeciwnika. Jak wspomnieliśmy pod ręką niósł Trini a w drugiej taszczył ciężkie metalowe działo.

„Włodek, już jest ok.” Dopiero teraz skupiony (a może skupsany?) Włodek ogarnął, że mówi do niego Trini.

„Na pewno? Nie zajebiesz mnie?”

„Jeżeli nie zabierzesz swojej śmierdzącej pachy to nie obiecuje.” Włodek puścił dziewczynę. „O rany, ale przypał, dobrze, że lord Ski-O tego nie widział.” Trini cały czas trzymała się za głowę. Oboje spojrzeli za siebie, rezydencja Alby była już daleko za nimi a po Kubasie ani śladu.

„Mówił, że zaraz nas dogoni.” Włodek wierzył w przyjaciela, ale jak zawsze trochę się o niego bał. „Co teraz?”

„Idziemy dalej.” Zadecydowała Trini, schowała nie wiadomo gdzie działo oraz wyprostowała się. „Nie mogę wrócić, bo znowu ten gnojek przejmie nade mną kontrolę. Jesteśmy blisko kryjówki Wrzasku. Pamiętaj, po co tutaj przybyliśmy. Musimy uratować Magdę.” Dziewczyna spostrzegła wahanie Włodka. Wiedziała, że martwi się o przyjaciela. „Dawaj Włodziu, dobrze wiesz, że Kubas sobie poradzi.”

„Tak, chyba tak. Skoro powiedział, że nas dogoni to dotrzyma słowa.”

„Dokładnie!”

Trini odzyskała siły i razem z Włodkiem, tym razem biegiem ruszyli przed siebie. Minęło kilkanaście minut, zanim dobiegli do bram zamku. Wielkie metalowe wrota były zamknięte.

„Myślisz, że mają domofon?” Zapytał naiwnie Włodek.

„Nie jest potrzebny. Zamierzam rozpierdolić wrota niczym Niemcy Brazylię na mundialu w 2014.”

„Ale to dopiero za cztery lata…” Włodkowi zamknęła się jadaczka gdy zobaczył, że olbrzymie drzwi lekko się uchyliły. Wyszła z nich pewna postać, jednak zamknęła za sobą wrota

„To nie będzie konieczne.” Odezwała się poważnym głosem. Był to dobrze zbudowany mężczyzna, który na głowie nosił czarny hełm opadający mu trochę na czoło, przez co zakrywał jego twarz. Miał średniej długości blond włosy. Nosił czarny płaszcz Wrzasku z pomarańczowym suwakiem. W ręku trzymał miecz.

„Kolejny członek Wrzasku. Ciekawe co nas teraz czeka.” Trini wyjęła swoje wielkie działo. Była przygotowana do walki.

„Chwila... wygląda znajomo.” Włodek powiedział do siebie tę uwagę i poprawił okulary. Uznał jednak, że nie ma do końca pewności i olał sprawę. W końcu ponury odźwierny odezwał się, chociaż w słowach nie przebierał.

„Zginiecie z ręki Samsone`a — jednego z Rycerzy Cienia.”

„Rycerzy Cienia?” Trini nie słyszała wcześniej tej nazwy. Co innego jednak Włodek

„Już wiem! To jeden z Rycerzy Cienia!” Wskazał niekulturalnie paluchem na strażnika drzwi.

„Zrobiłoby to większe wrażenie gdybyś wpadł na to przed tym jak się przedstawił. I co z nim?” Dopytała Trini jednak nie spuszczała przeciwnika z oczu.

„Było dwóch Rycerzy! Kiedyś mieli na pieńku z Kubasem!” tyle zapamiętał Włodek z części trzeciej Kubas Adventure. „Pamiętam tyle, że byli koksami.”

„Mówisz o jakiś starych czasach. Zarówno Kubas jak i my dużo się wzmocniliśmy. Zobaczymy czy oni też.” Zadowolona nadchodzącą bitką, Trini wycelowała działo. „Posmakuj tego!”

JEB!

Działo wystrzeliło promieniem, a ponury rycerz nie ruszył się nawet o krok. Zamachnął się jedynie mieczem i rozproszył promień gdy do niego przyleciał. Wyglądało to, jakby go rozwalił ostrzem.

„Wot de fak? Pierwszy raz ktoś zrobił coś takiego.” Zdziwiła się Trini i to bardzo. „Ciekawe czy obronisz się przed tym!”

JEB! razy w chuj

Trini wypuściła tym razem mnóstwo promieni. Samsone przyjął pozycję obronną i z olbrzymią szybkością zaczął mieczem niszczyć pociski tak jak wcześniej. Wszystko działo się tak szybko, że ani ja, ani Włodek nie widzieliśmy, co dokładnie się dzieje.

„To jeszcze nie koniec!” Trini zaparła się i kontynuowała ostrzał. W końcu Samsone został przytłoczony ilością promieni. Musiałby unikać, żeby nie rozsadziły go na kawałki. Gdy doszedł do swojego limitu, pociski uderzyły w niego oraz we wrota rozwalając je w drobny mak.

BUM i SRU

„Dobrze, jest przejście.” Trini podniosła swoje paopei: Kwiat Destrukcji 2.0 i otarła pot z czoła. Była z siebie dumna, ale i wyczerpana. Używanie paopei wiązało się z olbrzymim obciążeniem dla organizmu. Tylko dlatego, że była z rasy czyśćca mogła sobie pozwolić na częstsze i dłuższe ich używanie. Teraz jednak trochę przesadziła. „Heh, muszę złapać oddech, ale przynajmniej jeden z tych frajersów gryzie glebę.”

„Tak myślisz?” Samsone, który pojawił się tuż za Trini, szybko wyrwał ją ze złego przeświadczenia o jego przegranej. Bez zbędnych słów zaatakował ją mieczem. Zaskoczenie nie dało jej czasu na unik, więc odruchowo zasłoniła się swoim metalowym działem. Ochroniło ją to przed raną. Po metalu poszły iskry a Trini wybiła się w powietrze, by oddalić się od przeciwnika. „Jak mogłeś wyjść z tego cało, skoro nawet te wielkie drzwi zamieniły się w proch?” Zapytała gdy zawisła w powietrzu. „Zresztą nieważne. Dwa razy nie będziesz mieć takiego szczęścia.” Dziewczyna wiedziała, ze jej przeciwnik jest typem milczka, więc chciała być miła i uciszyć go na wieki. Znowu wycelowała działem, jednak tym razem nie mogła wystrzelić. Okazało się, że jej broń rozleciała się na kawałki. „Co!?” Nie kryła zdziwienia gdy po chwili po jej dziale nie było już ani śladu a w rękach zostały jedynie skrawki metalu. „To przez to, że się nim osłoniłam? Włodek!” Trini wylądowała koło niego wściekła. „Może byś sobie przypomniał trochę więcej szczegółów. To było moje ulubione paopei!” Dziewczyna zacisnęła pięści i zęby po stracie ulubionej zabawki. Włodek podrapał się po głowie.

„No to faktycznie miał chyba wtedy miecz. Sam nie wiem. Tak na 50 procent. To było dawno i jedyne co pamiętam to, że Kubas dostawał od nich wpierdol, ale wtedy to akurat często się działo więc nie traktowaliśmy tego jak wyjątek.”

Ehh

Westchnął narrator (czyli ja)

Poczekajcie, zaraz looknę do notatek autora i przypomnę co nieco o Rycerzach Cienia, bo widzę, że Włodek jak zawsze jest bezużyteczny.

A więc...

Kubas i jego frajersi spotkali dwóch Rycerzy Cienia w części trzeciej. Braci Yoghurta i Samsone`a a teraz macie do czynienia z tym drugim, starszym. Jego runą jest Hakkai, czyli runa zniszczenia. Rozkurwi wszystko, co zaatakuje, nawet bułki, które leżały w szafie 3 tygodnie.

„Ale to nie wyjaśnia, czemu tak szybko się porusza!” Krzyknęła na narratora Trini

Daj mi dokończyć gówniaro! Otóż Rycerze Cienia posiadają sekretną technikę zwaną Surfowaniem Cienia. Odbijają się od swojego cienia, by z olbrzymią prędkością pojawić się w innym miejscu. Wystarczy, że go przydepną spowrotem, by pojawić się tam, gdzie chcą.

„A ja myślałem, że po prostu jestem ślepy i nie widzę jak chodzą.” Stwierdził Włodek.

„Ach tak. Czyli mamy tutaj w chuj szybkiego przeciwnika, który może mnie zniszczyć jednym ciosem.” Zmartwiła się Trini, pierwszy raz odkąd stanęła do walki z Samsonem.

„Dokładnie.” Odpowiedziałem nie ja a sam adwersarz. „Ochroniłaś się bronią, zobaczymy co zrobisz teraz.” Samsone przyjął pozycję, trzymając miecz nad głową.

„Niedobrze.” Trini i Włodek przygotowali się na najgorsze.

 

***

„Co ty pierdolisz?” Zapytał grzecznie Kubas członka Wrzasku Albę. „Że niby mam się pozbyć Twojego szefa?”

Runin Piękna Alba zadziwił swoją prośbą nie tylko Kubasa, ale i mnie, chociaż słuchałem jednym uchem, bo drugim muszę być przy walce Trini i Samsone`a. W rozjebanym pokoju Alba siedział niewzruszony na swojej sofie, ale wszystkie piękne laski, które go otaczały uciekły gdy zrobiło się gorąco (w sensie, że sie bili, a nie że jest gorąco, bo w Las Nachos temperatura jest pokojowa).

„Szefa, lidera, zwał jak zwał. Nazywa się Paint i chciałbym, żeby gryzł glebę.” Alba szedł w zaparte.

„To, czemu sam go nie rozpierdoliłeś. tylko się chcesz wybrańcami wysługiwać?” Zapytał Kubas dalej celując w niego dopiero co odzyskanym swordem.

„My we Wrzasku znamy na wylot nawzajem swoje runy, ale Paint nigdy nie zdradził nam swojej mocy. Myślę, że tylko ten brzydal Dalay wie, jakiego ma runa, jest mu najbardziej oddany.”

„Czyli boisz się go tchórzu i szukasz kogoś do brudnej roboty.” Słusznie zauważył Kubas.

„Czy sie boje? Być może, ponieważ przeprowadziłem małe śledztwo i wydaje mi się, że wiem jakiego runa posiada sam lider Wrzasku. Wiedza o tym może dać Ci przewagę, nie sądzisz?” Uśmiechnął się piękniś.

„Nie wiem, mało myślę, ale pewnie masz racje. Gadaj więc.” Kubas tracił cierpliwość. Chciał dołączyć do reszty, szczególnie że wyczuł potężne Worywoku od strony bazy wroga. Starał się po sobie jednak nie dawać tego poznać.

„Powiem Ci, ale pod warunkiem, że spełnisz moją prośbę i go zajebiesz za mnie.”

„Kurwa koleś, ja tutaj jestem uratować swoją ukochaną ale jeśli ten cały Gimp wejdzie mi w drogę, to zajebie go nawet bez Twojego błogosławieństwa. Gadaj albo spadaj, śpieszę się.”

„W porządku więc. Jestem prawie pewien, że posiada runę Zetsuu.” Zabrzmiało groźnie.

„Czyli?” Dopytał nasz bohater, opuszczając miecz, a Alba ucieszył się, że przykuł jego uwagę. Wyjaśnił więc do końca.

„Runę śmierci”

***

Rumun pochylił się nad martwym nachosem. Kurwa wiem jak to brzmi, ale nie ja wymyślałem scenariusz.

„Nie pamiętam, jak się nazywałeś, ale pomszczę Cie.” Rzekł sługus lordów i wstał wściekły na swojego oponenta. Ostatni atak Rumuna wzbił dużo piachu w powietrze, który właśnie opadł. Rudy zastanawiał się, dlaczego jego atak nie odniósł skutku, był tak dumny ze swojej strategii. Wszystko się miało właśnie wyjaśnić a żyd Ravi był na tyle miły, że się tym zajął.

„Fakt, cztery, pięć miejsc na ciele to maksymalna liczba miejsc, w których jednocześnie mogę stworzyć srebrny pancerz. Wymaga to dużej kontroli Worywoku.” W tym momencie Rumun ujrzał dziada, ale ten nie wyglądał tak jak wcześniej. Był cały pokryty srebrem, od stóp do głów. Wyglądał trochę jak T1000 z Terminatora, ale nie jak ten aktor co go grał tylko jak jego srebrna wersja. „Za to przełożenie Worywoku do całego ciała jest dość proste i właśnie to uchroniło mnie przed Twoim atakiem z każdej ze stron.”

„Toż to technika obronna mistrza, Silver Salomon!” Skomentował jego uczeń Torah niczym postać poboczna z anime. Wściekły Rumun zachował jednak resztki zdrowego rozsądku, bo wiedział, ze atak wiatrem oraz samą szczotką nie przyniesie teraz żadnego efektu. Nie sforsuje obrony wroga, chyba że....

„Kurwa. Nie chciałem używać swojej najlepszej techniki w swojej pierwszej walce w nowej serii, ale chyba inaczej tego nie wygram.” Zacisnął dłonie na szczotce.

„Haha! Łudzisz się, że przebijesz mój pancerz? Dla twojej wiadomości, mam jeszcze mnóstwo Worywoku! Haha!” Ravi nie tracił pewności siebie.

„Tak, łudzę się.” Odpowiedział równie pewnie Rumun.

„Co?” Uśmieszek zszedł z mordy żyda, a przynajmniej tak mi się wydaje. Przez te srebrną powłokę trudno odgadnąć mimikę dziada, a już wcześniej to było trudne przez brodę i duży żydowski nochal.

„3 lata ćwiczyłem, naprawdę dawałem z siebie wszystko, ale trening z takimi potworami jak BoB czy Trini to było za dużo nawet jak dla mnie. A jednak nie chciałem zostać w tyle, więc musiałem wymyślić coś, co będzie w stanie im coś zrobić nawet pomimo ich obronnych właściwości, czy to paopei, czy twarda jak skała skóra. I powiem Ci, że ze wskazówkami tego chuja, lorda Tom`Asha w końcu odkryłem jak posługiwać się swoją ukrytą mocą.”

„Ukrytą mocą?” Jednocześnie zapytali Ravi i Torah, ten pierwszy zaciekawiony a ten drugi zmartwiony.

„Tak, myślisz, że jestem zwyczajnym śmieciem, ale czy zwykły śmiertelnik miałby tyle mocy, by sprzątać kible po samych lordach? Pokaże Ci teraz, dlaczego niedocenianie mnie doprowadzi do twojej klęski!” Rumun wystawił rękę ze szczotką i skupił się. Wokół niego zaczęła się kumulować moc, lecz nagle wszystko się urwało a Rumun nie dośc, że porzygał się krwią, to jeszcze pojawiły się mu na ciele wszędzie mikro rany. Upadł na ryj, a wyglądało to żałośnie po tej jego przemowie. „Co się kurwa dzieje?” Wydobył z siebie leżąc ryjem w piachu a Ravi powolutku do niego podchodził i rzekł.

„Wiesz, miałeś rację o tym, że Cię nie doceniłem. I może nawet byś mnie zajebał tym swoim asem w rękawie gdyby nie twoja przemowa. Troszkę mnie jednak zaniepokoiłeś i postanowiłem wykorzystać swój srebrny pył.”

„Co kurwa?”

„Każdy wasz atak na moją srebrną powłokę sprawiał, że srebrne drobinki odrywały się od pancerza i osiadały na was. Twoje wietrzne wiry tylko ułatwiły mi nałożenie na was dużą ich ilość. Postanowiłem, że teraz wbiją ci się wszystkie naraz w ciało.”

„A to chuj! Jebany, to wymagało doskonałej kontroli Worywoku. To chyba ja go nie doceniłem.” Powiedział Rumun, ale tylko w głowie, bo nie chciał chwalić swojego przeciwnika. „Kurwa zjebałem.”

Ravi stanął już nad ciałem poległego bohatera, a jego srebrny pancerz zniknął. Jedynie jego ręka pozostała srebrna i wyrósł na niej ostry kolec. Nietrudno było się domyśleć, że chce nim wykończyć sługusa lordów.

„Mam nadzieje, że wyszorowałeś porządnie te kible, o których wspominałeś, bo lordowie zostaną bez swojego woźnego!” Zamachnął się, by przebić leżącego i bezbronnego Rumuna.

„Kurwa zapomniałem wymienić kostki zapachowej!” Były to ostatnie słowa Rumuna, żałosne jak jego życie zresztą.

***

„Włodek! Teraz!” Krzyknęła Trini.

„Ale co?” Zapytał spokojnie

„Kurwa naucz się, że jak ktoś krzyczy takie słowa, to chce, żebyś oślepił przeciwnika debilu! To nasza jedyna szansa!”

„Ojeju, wystarczy poprosić.” Włodek zaczął grzebać w swojej torbie z żarówkami, a raczej paopeiami zwanymi Pociskami Edisona. Potrafiły wybuchać gdy dotknął celu, ale też oślepiać.

„Szybko, zaraz zaatakuje!” Poganiała go Trini, bo widziała, że Samsone przyjął pozycję ofensywną i już miał się zerwać z miejsca.

„Mam! Taiyoken!” Włodek rzucił żarówką między nich a Rycerza Cienia. Oczywiście Trini zamknęła wczesniej oczy. Wierzcie lub nie ale zadziałało na tyle, by dziewczyna wprowadziła w życie swój plan.

„Tanie sztuczki!” Przetarł oczy oślepiony Samsone jednak chwilę wcześniej poczuł, że się unosi do góry i to bardzo szybko. „Co jest?” Pierwszy raz mężczyzna stracił kontrolę nad sytuacją. Przed oczami miał połacie dużej martwej pustyni Las Nachos, którą widział z góry i ciągle się wznosił. Trini wykorzystała bowiem moment luki w jego obronie, zakradła się do niego od tyłu i założyła mu nelsona. Nie był zbyt mocny, ponieważ blokowała ją zbroja, ale Trini była silniejsza od zwykłych śmiertelników z racji swojego pochodzenia. Właśnie w tym uchwycie wzleciała z przeciwnikiem do góry.

„Włodek! Masz szansę! Zapierdalaj dalej i znajdź Magdę!” Krzyknęła gdy była już w powietrzu. Kretyn zrozumiał polecenie, po czym ruszył w stronę zniszczonej bramy

„Skup się na walce.” Doradził Samsone dziewczynie.

„Może i umiesz się odpychać od cienia ale jeśli spadniesz z tej wysokości (a Trini bez przerwy wznosiła się do góry) to zostanie z ciebie placek.”

„To się okaże.” Trini mocniej zacisnęła uchwyt, ale Samsone nawet nie próbował się wyrywać. Wypuścił jednak podczas lotu swój miecz. Trini wzniosła się tak wysoko, że znalazła się tuż przy księżycu. „To całe spadanie na ryj dotyczy też ciebie dziewczyno.” Trini zaśmiałaby mu się w twarz gdyby miała taką możliwość.

„Nie, póki mam skrzydła inteligencie. Czas się pożegnać.” Gdy tylko Trini poluzowała uścisk, by wypuścić go na spotkanie z losem, Samsone natychmiast zniknął. Nie kryła szoku. ”Niemożliwe! Jak!?” Sekundę później poczuła ciężar na swoich plecach. Ktoś bezczelnie na niej stał i był to sam Rycerz. „Przecież nie mogłeś odbić się od swojego cienia. Został na ziemi!”

„Mój miecz jest częścią mnie.” Wskazał w dół. Trini dokładnie tego nie zobaczyła, ale była pewna, że upuszczony miecz wbił się w jego cień na dole. W ten sposób mógł użyć swojej techniki Surfowania Cienia. Nie miała jednak czasu na przypatrywanie się, ponieważ miała teraz inne problemy. „A co do skrzydeł.” Samsone wypuścił czerwone Worywoku wokół swoich dłoni i złapał je, stojąc na plecach naszej bohaterki. Chwilę później skrzydła brutalnie rozerwały się i oderwały od pleców Trini. Dziewczyna krzyknęła z bólu, odepchnęła się od Samsona i runęła w dół, zostawiając za sobą spadającą krew. Samsone w momencie gdy odpychała się od niego, wykorzystał to, że ma ją pod sobą i ponownie użył swojej techniki, by odepchnąć się od cienia, który padał na nią. Znalazł się bezpiecznie na ziemi w sekundę lub dwie i obserwował, jak jego przeciwniczka zlatuje gdzieś na pustynie z dużą prędkością w dół.

***

Nie tylko Samsone obserwował spadanie Trini. Włodek, który dobiegł do zburzonych wrót, nie mógł się powstrzymać od spoglądania na wzniesionych w powietrzu przeciwników. Mało co widział, właściwie tyle, co dwie kropki, ale gdy zobaczył, że jedna spada i usłyszał krzyk Trini, zrozumiał, że coś nie potoczyło się po jej myśli.

„Trini!” Krzyknął zmartwiony, jednak zaraz miało się okazać, że to o siebie musi się martwić.

„No proszę, proszę, taki mały frajerek, a to właśnie tobie prawie udało się dostać do naszego zamku. Przykro mi, ale nie pozwolę Ci minąć jego progu.” Włodek spojrzał na postać, która pojawiła się przed nim i rozpoznał swego przeciwnika.

„Chwila ja Cię skądś znam!” Wykrzyczał mu prosto w ryj.

„Fajnie.” Odpowiedział. Była to postać siedząca na koniu w pelerynie a zamiast głowy miał dynię z miną wyciętą niczym na halloween.

„To ty porwałeś Magdę z Warszawy!” Prawidłowo stwierdził Włodek.

„Brawo. Dali mi to zadanie, bo jestem najszybszym z Krzykaczy. Prędkością ustępuje jedynie Rycerzom Cienia i ich technice. Taki cwel jak ty, nie ma ze mną żadnych szans.”

„To się okaże.” Chciał fajnie zabrzmieć Włodek, ale sekundę po tym dostał z kopyta w ryj. Padł na kolana z rozjebanym nosem i okularami. „Ała! To boli!” Ranny Włodek wyjął żarówkę i rzucił nią w przeciwnika.

BUM

Wybuchła, ale Finn (bo tak się nazywał dyniowy jeździec) bez problemu z dużą prędkością znalazł się już w innym miejscu.

„Hahahaha! Rozumiem, naprawdę trafiło mi się najsłabsze ogniwo. I do tego najbrzydsze.” Szydził z Włodka jeździec zresztą jak każdy, kto go znał.

„Cholera!” Włodek rzucał żarówkami, jedna po drugiej.

BUM BUM BUM BUM BUM

Niestety na próżno, bo żadna nie sięgnęła celu. Jego przeciwnik był za szybki. Używanie paopei nawet nieskuteczne szybko wyczerpywało przyjaciela Kubasa.

„Cholera x2!” Wkurzył się Włodzimierz, po czym znowu dostał z kopyta w ryj. „Ahh! Włodek padł na japę, tarzając się z bólu i przyciskając rany na twarzy.”

 

***

JEB!

Coś uderzyło mocno o ziemie, tworząc mini krater. Nad kraterem stał Czarny Rycerz Samsone patrząc czy z jego przeciwniczki została tylko czerwona plama. Cala szarpanina w powietrzu i upadek sprawiły, że oddalili się z powrotem na pustynie, daleko od zamku. To, co zobaczył w dziurze to jednak nie miazga kości i flaków a brązowe duże coś, co wyglądało jak trójwymiarowy romb. W środku znajdowała się ranna Trini.

„Gdyby nie Rombobronny, to byłby koniec mojej przygody.” Bohaterka przeżyła upadek dzięki obronnemu paopei, ale było jej daleko od dobrego samopoczucia. Straciła skrzydła i dużo krwi. „Muszę się zorientować gdzie spadłam, i wracać do zamku.” Nagle coś uderzyło w jej bezpieczną skorupę. „Eee, kto tam?”

Trini nie uzyskała odpowiedzi, jednak po chwili zobaczyła, że to Samsone się do niej tak dobija. Romb bowiem zaczął rozlatywać się na kawałki, jakby był ze szkła.

„No nie! Tak szybko?!” Trini wstała na nogi. Nie spodziewała się, że jej przeciwnik będzie już na nią czekał. „To już drugie paopei, które mi zepsułeś, o skrzydłach nie wspominając! I to bez miecza!”

„Nie potrzebuje miecza, by używać swojej runy destrukcji. Jest mi potrzebny do obrony oraz przedłużenia ataku.” Po tych słowach Samsone skumulował czerwone Worywoku wokół dłoni. „Koniec zabawy.”

„Heh, tak, ale dla Ciebie! Myślisz, że siedziałam sobie bezpiecznie w rombie i nie ładowałam mocy? Powodzenia z unikaniem z takiego bliska! Gamma Flasher!” Trini otworzyła buzie i wystrzeliła olbrzymi złoty promień.

„To bez znaczenia, póki mam swoją technikę.” Samsone faktycznie nie miałby problemu, by uniknąć nawet tak szybkiej techniki i to z bliska dlatego nadepnął na swój cień. Jednak nie zniknął od razu. „Co!?”

SRUUUUUUUUUUUUUUU

„Heh. Udało się.” Powiedziała ledwo żywa Trini. Zanim zaatakowała swoim atakiem, wyrzuciła żarówkę Włodka, której ten użył do oślepienia Samsone`a przed bramą. Światło żarówki nieznacznie, ale zmieniło położenie cienia pod nogami wroga. Te parę setnych sekund było kluczowe. „Kto by pomyślał, że jestem taka łebska. Lord Ski-O mnie pochwali pod warunkiem, że sam mnie nie zabije za zniszczenie dwóch paopei.”

„Brawo.”

Trini usłyszała jednak głos Samsone`a za sobą. Odwróciła się i zobaczyła, że jej przeciwnik i tak zdążył użyć swojej techniki mimo jej sztuczki. Brakowało mu jednak całego lewego ramienia i ręki, a także części barku. Gamma Flasher rozjebał go porządnie, ale nie w całości. Teraz to on krwawił jak pęknięty hemoroid.

„Kurwa ile ty masz hapsów.” Trini kucnęła, by przyłożyć rękę do ziemi, najprawdopodobniej by uzyć kolejnego z paopei ale Samsone pomimo ran już pojawił się koło niej i złapał ją za przedramię. „Shit!”

„Ręka za rękę.” Skumulował on Worywoku w dłoni, którą zaciskał ją. Przez chwilę zrobiło się czerwono nie tylko od aury energii, jaką wytwarzała moc jego runa, ale ponownie od krwi. Cała ręka Trini popękała i się rozkrwawiła, a kości były połamane. Już chciała krzyknąć z bólu gdy Samsone puścił jej zniszczoną ręką i złapał za twarz. Ponownie naładował Worywoku i ponownie błysnęła czerwona aura.

***

„Kurła, kurła, kurła!” Krzyczał pod nosem Włodek z rozjebanym już nie tylko ryjem, ale i siniakami na całym ciele. Czołgał się i chodził na czworaka jak pojebany byle tylko unikać ataków Finna, ale jak wszyscy się domyślamy bezskutecznie. „Nie mogę tutaj paść tak po prostu. Nie mogę zawieść Kubasa po tym jak wziął mnie ze sobą.”

„Zawiodłeś to starych takim ryjem!” Krzyknął dynio głowy. „Czas jeszcze bardziej przekręcić ci mordę hah!” Finn rozpędził się na swoim koniu, by stratować ryj i życie Włodka, ale coś go odwaliło mocno w ścianę zamku. Szybko jednak koń wstał na nogi, a jeździec ponownie go dosiadł. „Co jest kurwa?”

Okazało się, że to Kubas stanął między swoim rannym przyjacielem a jego przeciwnikiem. Miał wyciągniętą jedną rękę, a i tak zdołał go odrzucić i to dość mocno. Kubas nie krył wkurwienia.

„Zapłacisz mi za to co zrobiłeś Włodkowi oraz za to, że porwałeś Magdę chuju.” Wokół Kubasa zaczęło zbierać się Worywoku. To właśnie wkurw dawał mu największego kopa mocy.

„Kubas wiedziałem, że przyjdziesz.” Pobity Włodek wstał zadowolony, kładąc przyjacielowi rękę na ramieniu. „Tak się ciesze.”

„Nie ruszaj się Włodek. Jesteś cały poobijany, a nie mamy fasolek sensu.” Odpowiedział Kubas, nie odrywając wzroku od oponenta.

„Kubas! Trini, ona poleciała...!”

„Wiem.” Przerwał Włodkowi wkurzony Kubas i rozejrzał się dookoła. „Wiem, że walczyła z kimś w powietrzu, wyczuwałem Worywoku. Wszędzie kurwa je czuje, nawet pod ziemią. W dodatku Worywoku pułkownika znika. Cholera! Mieliśmy uratować Magdę, nie rozdzielać się i nie wdawać w walki.”

To wam się kurwa udało.

„Załatwię to warzywo na koniu i lecę pomóc innym.” Dokończył wkurzony na całą sytuację. Nie spisał się w roli lidera drużyny, a zresztą kto by się tam po nim czegoś spodziewał.

„Nie Kubas.” Włodek poklepał go raz jeszcze po ramieniu, po czym wyminął go i stanął przed nim. „Posłuchaj mnie. Kiedy zostawiliśmy cię u tego pięknisia, Trini powiedziała, żebym ufał w ciebie, że przybędziesz i tak się stało. Gdy oddalała się z wrogiem, powiedziała, żebym zapierdalał dalej i szukał Magdy, dała mi ku temu możliwość. To teraz ty zaufaj nam. Damy sobie radę. Powiem ci więc to, co ona mnie. Zostaw go mnie i zapierdalaj dalej uratować Magdę skoro brama leży rozwalona.”

„Ale Włodek, ty jesteś chujowy, on cię rozwali.” Zgasił przyjaciela wybraniec.

„To prawda.” Dodał podsłuchujący przeciwnik.

„Nie szkodzi. Nie rozwali mnie. Musisz mi zaufać Kubas. Po prostu musisz. Ja go dla ciebie zatrzymam, a ty leć dalej!” Włodek splunął krwią, bo chciał wyglądać cool, ale niestety opluł sobie tą krwią spodnie i buty. Kubas pierwszy raz widział Włodka w takim zaciekłym stanie. W sumie pierwszy raz go widział, jak staje do poważnej walki. Oczywiście martwił się o niego, ale postanowił wysłuchać jego prośby, bo myśl o samotnej, uwięzionej Magdzie już od dawna go nawiedzała. Wziął głęboki oddech i uspokoił siebie oraz Worywoku.

„Dobrze Włodku. Jesteś moim najlepszym przyjacielem dlatego dam ci radę. Jak ci już tak przykurwi, że nie będziesz mógł się ruszać, to leż nieruchomo i zesraj się, żeby pomyślał, że poszły ci zwieracze to uzna, że już zdechłeś i sobie pójdzie. Ja tak często robiłem podczas treningu ze Ździrają.”

„Dziękuje za radę Kubas. Akurat w kontroli zwieraczy jestem dobry.” Włodek otarł zakrwawiony nos. „Pospiesz się.”

„Powodzenia!” Kubas ruszył w stronę rozjebanych przez Trini wrót. Wskoczył na gruzy i dostał się na teren zamku.

„Hahahahahaha!” Roześmiał się dynio głowy. „Podpisałeś na siebie wyrok śmierci śmieciu! Z Kubasem nie miałbym szans, nawet przez chwilę chciałem spierdalać, ale ciebie załatwię z palcem w nosie, a raczej palcem w otworze co robi mi za nos! Hahaha!”

„Gadaj zdrów.” Zripostował śmierdziel.

„Poza tym ani mi się śni gonić za Twoim koleżką. Nie tylko ja i Samsone pilnujemy zamku hehe.”

„Oż ty gnoju. W takim razie muszę Cię załatwić i pomóc Kubasowi!” Włodek rzucił się na niego nie wiadomo po chuj, bo jedyne co tym zyskał to kilka ciosów kopytem po ryju i torsie. „Aaaaagh!” Krzyknął z bólu, po czym padł. Czołgał się we własnej krwi.

„Boże żal mi ciebie. Co to miałoby ci dać?” Finn zbliżył się do ledwo przytomnego, ale uśmiechniętego Włodka. „Śmiejesz się, rozumiem z ryja kolegi. To ostatni raz jak go zobaczyłeś.” Koń uderzył leżącego Włodka po plecach, po czym zaczął go wciskać w ziemie. Włodek krzyczał z bólu, bo dostawał po nerkach, ale nie schodził mu uśmiech z japy. „Z czego kurwa się tak cieszysz. W sumie jak pomyślę, że taki zjeb zniknie z tego świata to też mi się chce cieszyć.”

„Myślisz....ugh... że czołgałem się po polu walki, bo uciekałem przed Twoimi atakami? To ogarnij to!” Włodek napiął się i zesrał w spodnie.

PRUUUK

„O kurwa, serio to zrobił!” Koń cofnął się zniesmaczony o krok lub dwa, bo wychodzący przy tym pierd był nie do zniesienia. „O chuj, ja nawet nie mam nosa, a i tak to poczułem.”

„Jesteś tam, gdzie miałeś być.” Włodek ledwo podniósł się na kolana i dotknął czegoś, co leżało koło niego. Okazuje się, że była to jego żarówka, ale jakby wkręcona w ziemie. Zaświeciła, a po niej zaświeciły jeszcze trzy inne wkręcone w ziemie nieopodal. Od jednej do drugiej pojawiły się świetliste linie na ziemi, a razem stworzyły świetlisty prostokąt, którego za kąty robiły właśnie te żarówki. Pierd Włodka sprawił, że Finn i jego koń stali w środku tego prostokąta. „Eksplozja Edisona!” Krzyknął Włodek, a linie tworzące prostokąt stworzyły świetlną barierę, ale tylko na chwile. Sekundę po tym żarówki wybuchły, tworząc razem potężną jasną, eksplozję światła skoncentrowaną w prostokącie, który za pomocą świetlnej bariery trzymał wybuch w rydzach. Stworzyło to prostokątny filar światła, którego energia ujście znalazła ku górze. Błysk był bardzo intensywny, a wszystko trwało chwilę. Gdy światło zniknęło z Finna została jedynie upieczona dynia a z jego konia upieczona konina. Tam gdzie stał wróg, pozostał jedynie wypalony równy prostokąt na ziemi. „Nie sądziłem, że to wypali.” Po tych słowach zadowolony Włodek padł na ziemie wycieńczony. Używanie w ten sposób paopei przez zwykłego śmiertelnika było zabójcze dla organizmu.

Niestety przestał oddychać.

***

Sam nie wierzę w to, że Włodek kogoś pokonał nawet jeśli sam przy tym zdechł, ale w sumie nie ma z czego się cieszyć, bo jakby tak podsumować wszystko to tylko Kubas został na nogach. Z drugiej strony to on jest najbliżej uratowania Magdy, bo dostał się na teren zamku, czyli bazy organizacji Wrzask a dokładniej mówiąc na duży plac — dziedziniec zamku. Podczas biegu wypatrywał drzwi do twierdzy.

„Ten cały Paint chyba nie jest zbyt lubiany skoro i piękniś i nekromanta spiskują za jego plecami. Ale runa śmierci brzmi kłopotliwie” Myślał podczas biegu o ostatniej wymianie zdań z runinem Albą. Miał też nadzieje, że nikt z jego przyjaciół i czytelnicy nie dowiedzą się, że zaproponował mu, by zrobił z niego przystojniaka, a za to zdradzi swoich przyjaciół i przyłączy się do Wrzasku, ale okazało się, że runa piękna nie zadziała na innego runina, tak jak było to w przypadku runy umysłu Jeremiaha Maliny. Tak naprawdę jednak ryj Kubasa był zbyt zjebany i nawet po 100 latach treningu Albie nie udałoby się mu go naprawić. Pewnie to samo Kubas słyszał w każdej klinice medycyny estetycznej.

Miałem tego nie wspominać, ale Kubas nie raz mnie wkurwił, więc niech ma przypał. W sensie drugi, bo tego na mordzie nie liczę. Podczas biegu przez dziedziniec rozglądał się za wejściem „Jest!” Wypatrzył w oddali nieduże drewniane, okute metalem drzwi. Ruszył biegiem w tamtą stronę, ale jak to bywa w takich przygodach i on trafił na przeciwnika, który zablokował mu drogę. Również i on trafił na takiego, którego już kiedyś poznał.

„No proszę Kutas, wyrosłeś trochę hehe.”

„Jestem Kutas chuju, znaczy no kurwa Kubas!” Odpowiedział na zaczepkę przeciwnika okularnik. „Tak coś myślałem, że możesz należeć do tej grupy śmieciu.” Kubas nie krył, że pałał nienawiścią do przeciwnika, którego spotkał.

A był nim Yoghurt, drugi z Rycerzy Cienia, z którymi Kubas miał już styczność.

Yoghurt tak jak jego brat popylał w czarnej zbroi jednak zamiast hełmu miał melonik a zamiast miecza, lancę. Teraz jego zbroję zasłaniała czarna szata członka Wrzasku z żółtym suwakiem.

„Ach tak? Spodziewałeś się mnie, mówisz. Ciekawe rzeczy opowiadasz.” Yoghurt odgarnął swoje długie, blond włosy z twarzy i spojrzał dokładniej na Kubasa. W jego lewym oku znajdywała się czerwona rana po runie. Runie Bestii.

„Tak! Kiedyś gwizdnęliście mi runę sprzed nosa. Teraz wiem, że pracowaliście dla Wrzasku, który zbiera runy! Ale to nieważne. Nie licząc tej pieprzonej lamy, to właśnie z tobą chciałem się policzyć najbardziej.” Kubas uśmiechnął się i zaczął ładować Worywoku niczym Songo swoją ki.

„Ojej, a to niby czemu?” Yoghurt przygotował się do ataku.

„Przez Twój niewyparzony ryj oraz za to, że zabiliście Super Banana! Tutaj żadna Czarna Wieża wam nie pomoże! Kubas Barrage!” Nasz bohater naładował moc, po czym wyprostował ramiona, uderzając w powietrze. Wypuścił w ten sposób setki pocisków. Jego przeciwnik jednak nie przestraszył się, a tylko uśmiechnął. Użył tej samej techniki co jego brat, by odbijać się od cienia i przemieszać w ten sposób z olbrzymią prędkością. W ten sposób uniknął gradu pocisków.

„Haha! Nigdy mnie nie trafisz!” Yoghurt nie czekał, aż przelecą wszystkie pociski, tylko znikł z oczu Kubasowi. Nasz bohater złapał za rękojeść miecza i wyciągnął go z pochwy na plecach, ale tylko troszkę. Wystarczyło to jednak by zablokować atak od tyłu Yoghurta wymierzony w głowę. „O kurwa, nieźle!”

„Pamiętałem, że masz słabość do atakowania od tyłu. Pewnie w szkole też brali Cię od tyłu nie?” Kubas lekko się uśmiechnął, bo chciał powiedzieć ten tekst do przeciwnika już od kilku lat.

„O ty chuju!” Yoghurt przeszedł do całkowitej ofensywy. Znikał i pojawiał się dosłownie na chwilę, by zaatakować swoją lancą, a to z jednej, a to z drugiej strony. Kubas zdążył jednak wyciągnąć Ex-Calibura do końca i zablokować każdy z ataków przeciwnika. Gdy Czarny Rycerze zmęczył się, postanowił oddalić się od Kubasa o kilka kroków. „Jebany! Jakim cudem odbiłeś wszystkie ataki! Przecież powinienem być niedostrzegalny ludzkim wzrokiem!” Yoghurt zaciskał zęby z wściekłości. Myślał, że to on będzie tym dyktującym warunki w tej walce.

„Masz racje. Mało kto dostrzegłby twoje przemieszczanie się. A z moim wzrokiem to ledwo Cię widzę, nawet teraz jak stoisz. Ale nauczyłem się wyczuwać Worywoku do takiego stopnia, że wiem, w którym miejscu i momencie się pojawisz. Widzisz śmieciu, może i jesteś szybszy, ale gówno zrobisz.” Okularnik naprawdę wcielił się w rolę bohatera anime i to takiego cool, ponieważ na chwilę zapomniał, jaki ma zjebany ryj (i życie). Jego przeciwnik znowu chciał coś odpysknąć, jednak zauważył, że brakuje mu grotu od lancy. Została odcięta podczas gdy Kubas parował ataki swoim mieczem. Yoghurt, zamiast jednak jeszcze bardziej się wkurzyć (o co było nietrudno, bo przypominam tym, którzy zapomnieli, że był dość temperamentny) uspokoił się i skupił na walce.

„Skoro pozbyłeś się mojej broni, ja zrobię to samo.” Stwierdził jedynie.

„Śmiało.” Odpowiedział Kubas pewny siebie i wtedy dosłownie spod jego nóg wyrosły macki. „Co!?” Pierwszy raz podczas tej walki Kubasa dopadło zdziwienie. Macki nie próbowały jednak zaatakować chłopaka a wyrwać mu miecz z ręki. Atak z zaskoczenia poskutkował i Kubas stracił broń, która znalazła się teraz głęboko pod ziemią. „Oż ty chuju!” Wkurzony Kubas rozpędził się w stronę Yoghurta. „Nie potrzebuje miecza, żeby Cię rozjebać!” Od razu zaczął zbierać Worywoku w dłoni.

„Haha! Moją runą jest runa Kemono, czyli Bestii! Mogę zamieniać swoje kończyny w takie, które mają potwory, ale i włosy również! Nie zauważyłeś, że gdy się wycofałem, wiele z nich wpuściłem pod ziemie! Ale to jeszcze nie koniec! Tyle się popisywałeś, a teraz pokaże Ci, ze sam też nic mi nie zrobisz!” Yoghurt podniósł rękę i wytworzył na niej coś w rodzaju skorupy z żółwia. „To skorupa Tartarturtlesa i to wzmocniona Worywoku! Może Twój miecz mogły ją przeciąć, ale bez niego nawet jej nie zadraśniesz!” Gdy skończył gadać, Kubas był już przy nim, trzymając coś niebieskiego w dłoni.

„To się okaże. Zademonstruje Ci moją najlepszą technikę!” Kubas w ręku zebrał tak dużo energii, że uformowała wibrującą i wirującą błękitną kulę. Ledwo trzymał ją w dłoni. Skoncentrowana energia była tak duża, że nawet Yoghurt wiedział, że to nie jest normalne. „A masz! Russelgun!” Kubas wyprostował rękę i uderzył kulą Worywoku w tarczę. Sekundę trwało jej rozwalenie w drobny mak. Rycerz Cienia nie wiedział, co się dzieje. Chwilę później, Kubas dopchnął dłoń z kulą do jego torsu i uderzył o zbroję. Wtedy dopiero bandzior poczuł siłę tej techniki. Nie było żadnego wybuchu ani eksplozji, a jednak moc wwiercająca mu się w tors rozrywała go na wszystkie strony. Czuł, jakby uderzyło w niego tornado. W końcu gdy już nie miał siły ustać na nogach, wyjebało go do tyłu, jakby wystrzelił nim ktoś z procy. Zatrzymało go dopiero wbicie w ścianę zamku i to niedaleko drzwi, które wcześniej dojrzał Kubas.

JEB

„Heh, i co Ty na to gnojku.” Kubas zacisnął dłoń, w której jeszcze przed chwilą miał destruktywną technikę, żeby sobie ją rozmasować. „Opanowanie jej zajęło mi prawie cały rok, podczas mojego treningu na Ptasiej Górze.”

Kubas razem ze Ździrają poświęcili rok ze swoich podróży, by trenować w pół wymiarze zwanym Ptasią Górą. Jej mistrzem był humanoidalny kruk zwany Russelem Crowem. Był on mistrzem sztuk walki, a także samego Ździraji. To właśnie on dawno temu był pomysłodawcą techniki, którą zastosował Kubas dlatego Ździraja nazwał ją Russelgun.

„Dzień w dzień musiałem ćwiczyć kontrolę Worywoku i to w deszczu ptasich kup, ale warto było” Powiedział gdy podchodził coraz bliżej rozwalonego przeciwnika. Yoghurt jednak przeżył technikę, ale stracił przytomność. Jego obrażenia były na tyle poważne, że nawet jakby był przytomny, to nie mógłby się ruszyć. Najlepiej świadczyła o tym dziura w jego zbroi i w sumie w ciele też. „No proszę, przeżyłeś. To pewnie dzięki tej twojej zbroi. Ale ja nie będę miał litości, tak jak wy nie mieliście litości dla Super Banana!” Kubas nie zatrzymał się ani na chwilę i szedł w stronę Yoghurta. Podwinął zielony rękaw, będąc gotowy do zadania ostatecznego ciosu. Nagle jednak stanął i uspokoił się. Spokój jednak szybko przemienił się w szok.

Z zamku, drzwiami dosłownie obok dziury z Yoghurtem wyszedł bowiem kolejny znany członek Wrzasku. Sam lami demon — Dalay, który spacyfikował Kubasa w poprzedniej części. A więc to nie stalowe nerwy zatrzymały naszego bohatera przed wkurwem na Rycerza Cienia a Runa Oczitu, czyli moc spokoju nowego przeciwnika.

***

„Czekałem na Ciebie Kubas” Bardzo niskim, chrapliwym głosem rzekł Dalay Lama jakby przed wyjściem nawdychał się środków czystości albo ojebał gorzałę z wokalistą Motorhead.

„Dalay!” Zacisnął pięści Kubas. Tak jak szybko zatracił gniew na Yoghurta tak szybko odpalił go ponownie na demona.

„No proszę, tyle złości i to w zasięgu mojego Miralo. Ktoś ma tutaj problem z agresją.” Trudno było stwierdzić czy przeciwnik Kubasa go chwali, czy się z niego nabija. Jakbym musiał strzelać, to jednak wybrałbym to drugie, głównie z przyzwyczajenia, że zazwyczaj się z niego śmieją. A jeśli chodzi o Miralo, to dla tych, co zapomnieli, tak nazywa się Aura Spokoju, którą demon wydziela wokół siebie. Sprawia ona, że wszystko się uspokaja. Tą techniką napsuł krwi Kubasowi w poprzedniej części. „Poradziłeś sobie z Yoghurtem wręcz doskonale a przecież to nie był łatwy przeciwnik. A może miałeś dużo szczęścia?”

„To miłe, że się martwisz o towarzysza, ale powinieneś bardziej o siebie. Ciebie też załatwię niczym Margaret Tatcher górników w osiemdziesiątym czwartym.” Pomimo wpływu spokojnej aury, Kubas trzymał fason (cokolwiek to za przedmiot)

„Jesteś bardzo pewny siebie chłopcze.” Dalay Lama trzymał w prawej dłoni włócznie, na której się opierał, a zwierzęcą głowę zakrywał słomianym kapeluszem. Miał na sobie oczywiście szatę Wrzasku (z fioletowym suwakiem) jednak nosił ją jak togę z prawą ręką i owłosionym barkiem odkrytym. Można by rzec, że wyglądał trochę na potwornego mnicha.

„Jestem pewien, bo i na Ciebie obmyśliłem strategię.” Kubas uśmiechnął się pod nosem, ale głównie dlatego, że wróg powiedział do niego „chłopcze”. Cały czas cieszył się z takich smaczków, mimo że już od trzech lat był faciem. „Ostatnio mnie zaskoczyłeś, okazało się, że moje techniki są na Ciebie nieskuteczne więc przygotowałem niespodziankę.” Kubas chciał chwycić do tyłu w miejscu, w którym był niegdyś Ex-Calibur jednak nie mógł ruszyć swoją prawą ręką. „Chwila? Co jest?”

„Nie wiem, co przygotowałeś, ale byłem szybszy.” Kubasowi umknęło to, że Dalay wyciągnął w stronę jego prawej ręki dwa złączone palce wysyłając w ten sposób cienką wiązkę Worywoku.” „Nie użyjesz już tej ręki. Twoje mięśnie są praktycznie wyłączone.”

„Szlag!” Kubas próbował teraz sięgnąć za plecy drugą ręką, ale stało się dokładnie to samo. Stał więc bezradny z opadającymi rękoma niczym ślina z psiego ryja.

„Hia!” Dalay zamachnął się dłonią i wskazał palcami w nogę Kubasa. Nasz bohater natychmiast stracił równowagę, a noga stała się jak z waty. Upadł więc na jedno kolano.

„Cholera! To nie tak miało być! I to w dodatku jak obmyśliłem sobie na Ciebie plan brzydalu!” Przygarniał kocioł garnkowi.

„Plan? Nie wiem, co masz na myśli, ale chyba zapomniałeś, że Twój miecz przepadł pod ziemią podczas walki z Yoghurtem. Poza tym czy to pięściami, czy mieczem moja energia i tak sprawiłaby, że mnie nie zaatakujesz. Przegrałeś i pójdziesz grzecznie ze mną.”

„Nigdzie z tobą nie idę jebany furrasie.” Kubas szczerze starał się pogniewać na wroga, ale im dłużej był w jego obecności, tym bardziej działała na niego Miralo.

„Jak chcesz. Mogę Cię ze sobą zataszczyć siłą i to ledwo żywego. To nie ma znaczenia.” Dalay zamachnął się włócznią, by przebić pierś Kubasa.

 

=================================================

Reinforcements

=================================================

 

Nie jest dobrze w dupę jeża. Jak tak dalej pójdzie, to zostanę sam. Mogłem jednak przeczytać scenariusz do końca, a nie tylko do połowy. Martwię się, co będzie dalej (ze mną rzecz jasna). Według pradawnych zasad narrator niczym posłaniec powinien być nietykalny, ale nie liczyłbym, że te pojeby od Wrzasku kultywują takie zacne tradycje. Teraz już za późno na ucieczkę, zobaczmy, co wydarzy się dalej z nowym Zakonem Feniksa.

***

Kubas zacisnął zęby i był gotowy na ostry ból. Przebita klatka piersiowa to pewnie nic miłego, a jednak grot nie dosięgnął do celu, bo został przecięty. Zdziwiony był zarówno Kubas jak i jego przeciwnik, mnich.

„Ciekawe.” Dalay Lama cofnął włócznię, a raczej kijek, bo tyle z niej zostało i popatrzył na zniszczone miejsce. „Precyzyjne cięcie, ale kto je zrobił?”

„Co jest?” Kubas rozglądał się dookoła, żeby zobaczyć, kto uratował mu dupę. Głowa to jedna z niewielu części ciała, jaką mógł jeszcze swobodnie poruszać.

„Ktoś musiał zaatakować z bardzo daleka, tylko w ten sposób mógł pozostać poza moją aurą spokoju.” Dalay złapał za kapelusz i odsłonił twarz pokazując swój obrzydliwy podłużny lami pysk i wytrzeszczone oczy. Tak jak Kubas próbował wypatrzeć, kto zniszczył mu broń. Bardzo się zdziwił gdy nagle w jego ciele pojawiły się trzy otwory, dziury, z których zaczęła tryskać krew „Ugh!” Zdezorientowany Dalay Lama złapał się za rany, ale były zrobione na wylot. Krwawił zarówno z przodu jak i na plecach. Nie dostrzegł ataku. „Co się dzieje!” Stoicki spokój mnicha został zburzony, chyba po raz pierwszy odkąd pojawił się w powieści.

„Co ty kurwa pękasz od środka czy jak?” Zapytał Kubas, bo z jego perspektywy tak to właśnie wyglądało. Dalay jednak nie skupiał się teraz na swoim pierwszym przeciwniku a drugim, którego nie dostrzegał.

„Chwila...” Uspokoił się Lami Demon, po czym podniósł do góry zepsutą dzidę. „Miralo Sto Procent!” Gdy wykrzyczał te słowa aż wszystko zatrzęsło się od nagromadzenia Worywoku. Dalay Lama postanowił użyć całej swojej mocy. Sprawiło to, że Kubasa wbiło w ziemię i ledwo utrzymał przytomność. Dojrzał jednak osobę, która zraniła wcześniej mnicha i zepsuła jego broń. Stała teraz przed Dalayem z czarnymi pazurami przy jego szyi. Centymetr dalej i demon straciłby głowę.

„Kurwa.” Odezwała się damskim głosem osoba z pazurami, po czym jak Kubas opadła na ziemie i to obok niego. Dalay Lama cudem uniknął dekapitacji. A jednak to bardziej Kubas był zdziwiony tym, na kogo właśnie patrzył.

Była to Rusto, czyli córka jego nemezis Diablicy Martwicy, z którą nie raz walczyli trzy lata temu.

„To ty!?” Ledwo ale zdołał wykrzyknąć i okazać zdziwienie okularnik. „Podobno zdechłaś!”

„Cholera, tak mało brakowało!” Rusto, która opadła na ziemie starała się podnieść na kolana jednak nagromadzenie Worywoku spokoju blokowało jej ruchy. Była ubrana w czarne, obcisłe spodnie oraz krótką czarną koszulkę odsłaniającą brzuch. Na twarzy miała mroczny makijaż, głównie usta pokryte czarną szminką. Miała również naturalne piegi na nosie i czerwone oczy. Jej czarne dłonie były teraz normalne, ale jeszcze przed chwilą zamiast palców wyrastały tam podłużne trzy czarne pazury, większe nawet od tych u Wolverina. Na ziemie opadały jej długie, czarne, proste włosy, spięte chaotycznie w kucyk z tyłu głowy. Innymi słowy, wyglądała jak pieprzony goth czy tam alternatywka a co gorsza coraz bardziej przypominała z ryja swoją matkę. Nie zbyt spodobało się to Kubasowi.

„Nie wiem, co tutaj robisz, ale dzięki za ratunek.” Nie zapomniał o dobrych manierach Kubas, chociaż czasami zapominał, że sra się do kibla, a nie w portki.

„Ratunek?” Rusto zadała sobie trud, by spojrzeć na japę Kubasa a jak wszyscy wiemy, nie należało to do rzeczy przyjemnych. „Śmieciu, nie chciałam, żeby ten jebany koń Cię wykończył, bo wtedy ja nie miałabym okazji.” Zdradziła swoje zamiary mroczna dziewczyna, które jakoś nie zaskoczyły okularnika.

„To nie powinnaś najpierw zaatakować mnie jak byłaś niewidzialna? Wtedy zemściłabyś się na mnie za swoją starą.” Dla tych, co nie pamiętali, Rusto oprócz tworzenia pazurów posiadała umiejętność niewidzialności. Powstała bowiem z DNA Diablicy, Runy Mroku oraz skrawka Peleryny Niewidki.

„Obserwowałam twoją walkę, jak się możesz domyśleć z bliska i po tym jak zdechły Ci kończyny nie stałeś się dla mnie żadnym zagrożeniem. A dla twojej wiadomości jeśli zemsta ma być kompletna, to tego tutaj zwierzaka też muszę ubić”

„Niby czemu?” Zapytał z ciekawości Kubas.

„Bo to on zdradził moją matkę gdy jeszcze rządziła organizacją Wrzask!”

***

Srebrny kolec nie dosięgnął celu.

„Co do chuja?” Zapytał Rumun, znajdując się w podobnej sytuacji co przed chwilą Kubas. Leżał bezbronny i już miał zostać przebity bronią członka Wrzasku (w tym wypadku srebrnym kolcem żyda Raviego) jednak jak wspomniałem, nie dosięgnął on celu. „Co do chuja?” Powtórzył Rumun, bo nie uwierzył w to co nad sobą zobaczył. Ktoś złapał za rękę rabina, nie dopuszczając do jego zguby, a był to nie kto inny tylko jego przełożony, czyli lord Tom`Ash. Długowłosy blondyn w granatowym płaszczu dzierżący kostur z wyrzeźbioną błyskawicą na jego końcu. Jedyną różnicą między tym lordem a tym z Pałacu było to, że był w rozmiarze zwykłego człowieka, prawie takiego samego wzrostu co Ravi. Rumuna zamurowało.

„Nie mogę pozwolić Ci go zabić żydzie, bo nikogo innego nie uda nam się jebać na kasę i warunki na stanowisku naszego woźnego.” Rzekł Lord Tom`Ash nie odrywając wzroku od rabina.

„Kim Ty jesteś?” Zapytał zaniepokojony żyd.

„Nie powinno Cię to interesować, zresztą zaraz zginiesz.” Odpowiedział niewzruszony lord, po czym zebrał energię w dłoni, którą trzymał żyda. „Fara Day”. Ravi spojrzał na swoją dłoń, wokół której zaczęły wyskakiwać iskry.

„O kurwa!” Krzyknął i nagle nastąpił wybuch złożony z elektryczności. Całe podziemia wyglądały niczym klatka Faradaya. Rumun nie oberwał błyskawicami, tylko dlatego, że Tom`Ash potrafił kontrolować je za pomocą Worywoku. Tego szczęścia nie miał uczeń rabina — Torah, który porażony prądem wystrzelił w jedną z wydm i tam już został nieprzytomny albo martwy. Co do samego rabina wyrwał się z uścisku lorda i cofnął do tyłu. Gdy prąd opadł, stał jednak, jakby nic mu nie było. Musiał jednak ponownie aktywować obronną technikę, by przeżyć potężną technikę elektryczności.

„Gdyby nie Silver Salomon zostałaby ze mnie grzanka.” Uśmiechnał się Ravi, mając w dupie swojego podopiecznego. „Dobrze, że srebro świetnie przewodzi prąd. To mnie uratowało.” Dopiero teraz spojrzał na rękę, przez którą oberwał mocą Tom`Asha. Była cała czarna i spopielona. „Shit, przebił się przez moją obronę perfekcyjną, kim on kurwa jest.”

„Co lord tutaj robi!? Jak to w ogóle możliwe, że lord się tutaj dostał i że może tutaj być!?” Rumun nie mógł się podnieść przez rany, ale miał siłę drzeć pizdę.

„Pozwolił Ci ktoś się odezwać? Skrócę Ci urlop.”

„W życiu nie dostałem urlopu!”

„A ta wyprawa to myślisz, że jak jest liczona?”

„No kurwa!”

„Nie pyskuj, bo zamiast urlopu skrócę Cię o głowę.” Tom`Ash wykłócał się ze swoim waflem, ale nie oderwał wzroku od przeciwnika nawet na chwilę.

„Lord? Ty jesteś jednym z trzech lordów? Lordowie są tutaj? W Las Nachos?” Z niedowierzaniem dopytywał Ravi. „Haha! Jeśli to prawda to nie wierzę, że mam takie szczęście!” Żyd nie cieszył się zbyt długo, bo nagle coś zajebało go w plecy i przygniotło do ziemi. Nie odniósł obrażeń, ale nie mógł się ruszać, bo ktoś unieruchomił go, niczym policjant a uszkodzona ręka raczej nie pomogła mu się oswobodzić. „Kurwa a teraz kto... czekaj to Ty!? Kurwa kto się jeszcze pojawi? Jezus!?” Żyda unieruchomił Ździraja.

„Miałem nadzieje, że na Ciebie trafie parszywy zdrajco.” Mistrz Kubasa jedną ręką trzymał wygiętą na plecach dłoń żyda, a drugą wciskał jego srebrną głowę w piach. „Zapłacisz za to co zrobiłeś kilkanaście lat temu naszym towarzyszom podczas pierwszej wyprawy.”

„Hehe, to tak się witasz ze starymi przyjaciółmi?” Ravi nie stracił pogody ducha, mimo że był w kiepskiej sytuacji.

„Czym Cię przekupił Wrzask? Pewnie kasą albo jakąś błyskotką.” Ździraja jeszcze bardziej wciskał jego ryło w ziemię.

„Heh, nie zrozumiesz tego, bo byłeś runinem a ja nie. Po co mi pieniądze i błyskotki kiedy obiecano mi runę Srebra! Dzięki niej zostanę najbogatszym człowiekiem na świecie!” Zdradził swoje motywacje żyd, pewnie nikogo tym nie zaskakując.

„Bądź sobie najbogatszy, ale w piekle!” Krzyknął Ździraja, w którym obudziło się mnóstwo bolesnych wspomnień.

„Tak się składa, że mam większe ambicje niż runa Srebra! Złaź ze mnie! Nie mam na was czasu!” W jednej chwili lord Tom`Ash wystrzelił z kostura małą błyskawicę, która uderzyła Ździraję i zepchnęła go z żyda. Uratował go tym samym, bo ze srebrnego ciała Raviego wyrosły kolce jak u jeża. „Jebać rozkazy! Dzisiaj spełnię swoje marzenie! Haha!” Ravi wstał na nogi i podniósł sprawną rękę. „Mazł Tow!” Wypowiedział zaklęcie żydowskiej magii, po czym zniknął.

***

Samsone zacisnął dłoń na twarzy Trini. Już miał zadać śmiertelny cios, ale cóż, tak jak jej koledzy z drużyny i ona została uratowana i to przez swojego mentora Lorda Ski-O. Ręka Rycerza Cienia upadła na piach. Kikut trysnął krwią a Samsone zniknął i pojawił się parę metrów od Trini i lorda. Spojrzał na ranę i skrzywił się z bólu.

„Straciłeś rękę i nawet nie pisnąłeś z bólu. Jesteś niezły przyznaje.” Lord Ski-O pochwalił przeciwnika nie patrząc nawet na Trini.

„Hejo, przydałaby się mi trochę pomoc.” Trini zabiegała o atencję, ale na próżno bowiem lord był na nią zły za to, że straciła zrobione przez niego paopei. Pewnie potem jej się dostanie. „W ogóle co tutaj się dzieje? Co tutaj lord robi?” Na to pytanie Ski-O akurat odpowiedział. „To proste. Stary portal odzyskał energię wcześniej, niż zakładaliśmy i można było wysłać kolejną siódemkę. Przybyliśmy wam z pomocą zresztą jak widzę w idealnym momencie.” Lord zacisnął rękę na łańcuchu, który trzymał w dłoni. Była to jego broń, również paopei zwana Boskim Sierpem Łańcuchowym, ponieważ na końcu łańcucha znajdowało się zakrzywione, zielono-niebieskie ostrze. Jedno zamachnięcie się wystarczyłoby przeciąć metalowy karwasz oraz rękę Samsone`a. Było to ulubione paopei lorda oraz właściwie jedyne, jakie używał od bardzo dawna. Trini zapomniała o zniszczonej ręce oraz skrzydłach, była podekscytowana, że zobaczyła jego zabawkę w akcji. Kiedy prosiła go, by dał jej poużywać Boskiego Sierpa, podczas jej treningu w górach Rolling Stone`s to najpierw ją wyśmiał, a potem jej groził.

Samsone ledwo trzymając się na nogach, starał się rozeznać w sytuacji. Trini była już ledwo przytomna, ale jego nowy przeciwnik nie tylko posiadał potężną broń, był w pełni sił, ale i w dodatku był lordem. Natomiast Rycerz Cienia stracił właściwie obie ręce tylko na różnych wysokościach. Można by pomyśleć, że dla niego walka skończona, lecz o dziwo tak się nie stało. W ustach zmaterializował się jego miecz. Był on częścią jego samego i Rycerz miał na tyle czasu, by przywołać go spod bramy. Zacisnął zęby na rękojeści i był gotowy do drugiej rundy. Tracił dużo krwi, więc wiedział, że musi to szybko skończyć. Najpewniej jednym atakiem. Zaczął więc kumulować Worywoku wokół siebie, że aż czerwona aura mocy była widoczna wokół niego.

„Skubany.” Lord Ski-O nie zamierzał ignorować wroga tylko przez to, że był ranny. Samsone posiadał jeszcze olbrzymie pokłady Worywoku a jego runa była jedną z najbardziej niebezpiecznych. Ski-O mocniej zacisnął łańcuch. „Jeśli możesz chodzić to lepiej się odsuń.” Powiedział do Trini nie spuszczając wzroku z oponenta. Dziewczyna posłuchała się i oddaliła trochę do tyłu.

„Uaaaagh!” Wrzasnął rycerz (i o dziwo miecz nie wypadł mu z ryja) a Worywoku odepchnęło go w stronę celu i to z dużą szybkością. Aura otoczyła go, tworząc czerwony pocisk energii, który gdy się rozpędził, przypominał ostrze. „The Struction!” Wykrzyczał nazwę jego najpotężniejszego ataku z tylko jednym zamiarem, a mianowicie zniszczeniem przeciwnika. Lord Ski-O wiedział, że jego oponent ma przewagę, bo jego runa destrukcji zwalcza jego runę kreacji. Zostały stworzone w parze niczym runa szału Kubasa i spokoju Dalaya.

„Co za moc! Czyli ze mną nie walczył na serio!?” Trini, mimo że się oddaliła. to przewróciła się po aktywacji techniki, aż tyle wydobyła z siebie Worywoku. Lord stał jednak niewzruszenie i zareagował, zanim przeciwnik go dosięgnął. Podniósł rękę, po czym rzekł „Hiperkoncept”.

WZIUM

Między przeciwnikami pojawił się filar stworzony z piasku, na którym walczyli tylko zespolony i twardy. Samsone przebił się przez niego bez problemu i nie zostało po nim nawet ziarenko. Okazało się jednak, że takich filarów zaczęło pojawiać się dużo więcej. Wszystkie w celu ochrony lorda.

WZIUM WZIUM WZIUM (dźwięk wyrastania kloców, nie wiem czemu akurat taki)

Niestety wszystkie spotkał taki sam los jak pierwszy, a Rycerza Cienia nawet to nie spowolniło. Gdy już był koło celu, przed nim wyrosła brama w kształcie tarczy i to taka spora. Runa Hakkai miała jednak to do siebie, że niszczyła wszystko, czego dotknie także nawet tak solidny kawał klocka nie ostał się gdy Samsone w niego wparował. Kolejnym celem mógł być już tylko lord, który gdy zobaczył, że jego ekspresowa giga tarcza została rozwalona w drobny mak, to się trochę zdziwił. Nie było już czasu na ucieczkę i Samsone wbił się w niego, rozrywając go na kawałeczki. Trini złapała się za głowę, bo jednak sądziła, że w takich chwilach jak ktoś przychodzi z pomocą, to jednak kurwa zwycięża, szczególnie że wiedziała, jak silny jest ten lord, a tu raz, dwa sru i cały plan w pizdu. Nie miała czasu po nim zapłakać, bo znowu zaczęła się martwić o siebie. Samsone natomiast w końcu zatrzymał się i można by rzec stał teraz w kraterze stworzonym przez jego niszczycielską aurę. Niszczyła wszystko nawet ziarenka piasku. Spojrzał się na Trini i postanowił, że to nie koniec pokazu jego atutowej techniki. Wystrzelił teraz w jej stronę i, mimo że trudno mi w to uwierzyć to już nikt nie przyszedł ponownie jej z pomocą i została rozwalona, a raczej rozkurwiona na atomy.

***

Skoro pojawiło się dwóch lordów, to musi pojawić się i trzeci, czyli lord P.Ter. A skoro każde z wcześniejszych obroniło kogoś przed śmiertelnym atakiem. to chyba nie muszę pisać, że tak będzie i w tym wypadku. SeB chciał dobić swojego brata, który mimo przegranej popsuł mu humor. jednak ktoś złapał go za rękę. Był to właśnie lord P.Ter o czarnych włosach opadających na jedno oko.

„Co ty typie odwalasz?” Zdziwił się SeB, że ktoś go tak podszedł i jakby nigdy nic złapał za rękę.

„Zostaw go.” Rzekł jedynie lord, a następnie odskoczył do tyłu, ponieważ SeB chciał dać mu z kopa.

„Kim jesteś? Nie widziałem Cię razem z BoB`em i jego dziwnymi przyjaciółmi” Dopytywał zielonoryjny.

„Nie twoja sprawa. Odejdź, bo zginiesz.” Ze stoickim spokojem odpowiadał lord P.Ter.

„Ty chyba nie wiesz z kim masz do czynienia chłopie.” SeB chciał pogrozić mu zdrową ręką, ale zobaczył, że nie mógł jej podnieść. „Co jest?” Gdy na nią spojrzał. to zobaczył, że jest już prawie cała przemieniona w złoto. „Co do chuja?” SeB nie krył zdziwienia. „Zrobiłeś to gdy mnie złapałeś?”

„Tak. To technika Midas Karma — czyli moc mojej runy złota — runy Gorudo.” Wytłumaczył przeciwnikowi lord.

„Czyli ty też jesteś runinem?” SeB nie czekał i uderzył w swoją rękę, chcąc rozwalić złotą skorupę, ale nie udało mu się nawet ze swoją runą potęgi. „Nie pęka? Co do chuja?”

„Radziłbym uważać, bo ta technika nie więzi cię w złocie, a zamienia twoje ciało w złoto. Innymi słowy, zniszczysz sobie rękę. Co więcej z czasem reszta twojego ciała przemieni się w złoto i zostaniesz jedynie pomnikiem, który chętnie opierdole w mennicy.”

SeB miał jedną rękę ranną a drugą przemienioną w świecidełko. Zrozumiał, że przegrał to starcie, zanim jeszcze się rozpoczęło. Chwilkę się zastanowił, popatrzył na BoBa, po czym znowu na lorda P.Tera.

„Chuj z tym, to nie jest tego warte. Spełniłem swój cel.” Po tych słowach odwrócił się i zaczął uciekać a dzięki runie potęgi i kontroli Worywoku rozpędził się do nieludzkich prędkości.

„Mądra decyzja. Jeśli nie chcesz skończyć jak pomnik musisz wyjść z aury mojego Worywoku, wtedy twoja ręka powróci do sprawności. Widocznie to zrozumiał.” Teraz do lord P.ter spojrzał na BoB`a. „Trzeba było nie omijać dnia nóg” Skomentował, po czym usiadł koło niego, nawet nie udzielając mu pierwszej pomocy.

***

„Coś jest nie tak.” Powiedział pod nosem Samsone, który na swój najlepszy atak zużył całe Worywoku. Zdziwiło go, że jeden z trzech lordów dałby się tak szybko pokonać. Na nasze szczęście jego podejrzenia sprawdziły się. Zauważył ruch i postanowił podskoczyć, co uratowało mu życie. Ostrze prawie ucięło mu głowę.

„Kurczę, myślałam, że dostanie.” Skomentowała Trini, która razem z lordem Ski-O stała nieopodal, który przyciągał łańcuch po nieudanym ataku Boskim Sierpem.

„Stworzyłeś kopie?” Rozgryzł od razu przeciwnika Rycerz Cienia. Spodziewał się po runie kreacji czegoś w tym stylu, ale zrobiło na nim wrażenie, że zdołał też zrobić kopię dziewczyny.

„Dokładnie, gdy zasłoniłem się Bramą Kentucky.” Wytłumaczył lord, po czym podniósł dłoń. Natychmiast pod Samsone’em wyrosły kolce z piasku, lecz rycerz spodziewał się i tego. Za pomocą Surfowania Cienia uniknął bez problemu jednak w miejscu, w którym się zatrzymał, pojawiały się kolejne. Musiał się namęczyć, by uniknąć ich wszystkich a poważne rany nie ułatwiały w tym zadaniu. W końcu chyba z nudów lord ponownie zamachnął się swoją bronią i gdy Samsone znowu uniknął, to zdziwił się, że ostrze jednak go dosięgło i porządnie ciachnęło, przebijając zbroję. Gdy tylko upadł na ziemię, kolce naszpikowały go jak kurczaka Yakitori. Następnie miecz wypadł mu z mordy i zachłysnął się krwią.

„Przecież uniknąłem ostrza.” Zwrócił uwagę Rycerz Cienia, domyślając się, że to jego ostatnie słowa. Lord i Trini podeszli bliżej niego (ale nie za blisko).

„Wydłużyłem ostrze swoją mocą runy, tuż przy ataku.” Gdy Samsone otrzymał odpowiedź, raz jeszcze zakaszlał krwią, po czym w końcu zdechł przebity w kilku miejscach.

„Skoro mógł lord to zrobić to czemu za pierwszym razem go tak nie ciachnął?” Trini chciała dowiedzieć się wszystkiego o paopei mistrza.

„Hmm... Prawdę mówiąc, my lordowie walczyliśmy ostatni raz jakieś tysiące lat temu. Technika Hiperkonceptu jest potężna, ale w przeciwieństwie do Kubasa, my nie ćwiczymy za bardzo swoich mocy. Żeby skutecznie używać runy kreacji, muszę rozprowadzić jej dużo w okolicy a ja zazwyczaj tworzę paopei, które wymaga ode mnie zupełnie czegoś odwrotnego, skupienia go w jednym miejscu. Musiałem więc grać na czas i stąd ta akcja z kopiami.” Gdy skończył swój wywód, to zobaczył, że dziewczyna nie słucha go, bo straciła przytomność.

***

„Jak to zdradził Twoją starą?” Dopytał Kubas Rusto gdy leżeli sobie na piachu.

„A tak to, że chciał przejąć Wrzask i pozbyć się jej, mimo że to ona przyjęła go do tej grupy.” Rusto odpowiedziała Kubasowi, ale cały czas wpatrzona była gniewnie w rannego Dalay Lamę. Ten słysząc jej słowa, uśmiechnął się i rzekł.

„To nie zupełnie tak.” Lami mnich złożył ręce i wyciszył się. Chwilę później z jego ran przestała lecieć krew. Najwidoczniej za pomocą swojej runy potrafi w jakiś sposób wpływać na przepływ krwi, obniżając ciśnienie czy inny chuj.

„Pewnie chciał Runę Elementarną dla siebie!” Wykrzyczał Kubas.

„Nie, nigdy nie przywłaszczyłbym sobie tej runy. Jest ona przeznaczona dla naszego lidera Painta. Nie zdradziłbym Diablicy Martwicy gdyby grzecznie przestrzegała planu lorda Grimace`a.” Zaspokoił przynajmniej częściową ciekawość naszych bohaterów.

„Kogo?” Kubas wiedział od Alby kim był Paint, ale o tym drugim nigdy nie słyszał. Lama kontynuował.

„Twoja matka pomimo naszych oczekiwań nie spełniała warunków... nie miała predyspozycji, żeby dostąpić zaszczytu otrzymania Runy Elementarnej.”

„Bo to zła kobieta była.” Dodał Kubas, bo nie mógł się powstrzymać.

„Zamknij japę Kubas, ale w sumie akurat to był komplement to nieważne.” Przemyślała to Rusto. „Zawsze opowiadała mi, że to przez niejakiego demona lamę nie udało jej się dokończyć tworzenia runy. Pozbędę się ciebie, a potem Kubasa.” Wściekała się Rusto.

„Chyba nie śmierć z twojej ręki jest mi przeznaczona moja droga.” Dalay Lama zbliżył się do dziewczyny, popatrzył na zepsutą włócznie, po czym ją odrzucił. Następnie połączył palce u dłoni i okazało się, że skubany ma dość spore pazury. Chciał już zadać nimi cios, ale zatrzymał się gdy zobaczył coś, co go przeraziło (i nie chodziło o ryj Kubasa, mimo że spojrzał na niego). „Co to?”

„Fakt, bo zdechniesz z mojej reki jebana alpako!” Okazało się, że Kubas ukrywał pod ciałem strzelbę i teraz wycelowana była prosto w Dalaya. Kubas nie mógł się ruszyć, ale przy wielkim wysiłku i skupieniu dał radę nacisnąć za spust.

PIF PAF

Strzelba wystrzeliła kilkoma pociskami naraz, trafiając lamę w kilka miejsc. Odrzut był spory więc Kubasa wyrzuciło trochę do góry a Dalaya odleciał aż pod ścianę, którą walnął plecami i zakrwawił. Głowa opadła mu na dół i nagle bohaterowie odzyskali zdolność poruszania się. Czym szybciej zerwali się na nogi, ale nie od razu im się udało, bo mięśnie włączały się po kolei. Niestety mięśnie zwieraczy zadziałały na końcu, domyślcie się czytelnicy, co to oznaczało. Rusto popatrzyła na strzelbę Kubasa i zamiast być wkurzona za zabranie prawa do zemsty, była zszokowana, skąd ją wytrzasnął.

„A, to? To jest strzelba Kozilice, która zadaje dodatkowe obrażenia zwierzętom. Zajebałem to znaczy pożyczyłem ją od Kapitana Coli gdy się z nim spotkałem w poprzedniej części. Gdy tylko ją ujrzałem, wiedziałem, że to będzie mój as przeciwko tej jebanej lamie. A schowałem ją pod pochwę. Myślał, że sięgam po miecz a mi chodziło właśnie o to.”

„To nie mogłeś mu tym pierdolnąć na samym początku?”

„Sparaliżował mnie szybciej, niż się spodziewałem. Ale gdy zadałaś mu obrażenia, na krótką chwilę stracił panowanie nad Worywoku i wykorzystałem to, by sięgnąć i ukryć strzelbę. Dzięki za pomoc... suko.”

„Na mnie twoja pukawka nie zadziała. Szykuj się do grobu śmieciu.” Rusto wyciągnęła czarne pazury gotowa zaatakować Kubasa, ale oboje usłyszeli niski dźwięk.”

„Trzeba.... było mnie dobić jak mieliście okazję.” Dalay Lama powstał, a na jego twarzy był czysty wkurw.

***

No proszę, dzięki kolejnej grupie sytuacja trochę się poprawiła i nie martwię się już tak bardzo czy wrócę do domu. Przenieśmy się teraz przed mury i bramę zamku, tam, gdzie Włodek walczył z Magma Finnem i padł martwy. Jak się jednak okazało nie martwy, ponieważ zawczasu został uleczony przez Ojca Cliffa, księdza, który pracował dla Młodego Papieża i znał techniki leczenia. W końcu był sługą bożym samego boga Colonela Sandersa.

„Co się dzieje?” Włodek odzyskał przytomność, ale bolało go wszystko. Od twarzy po zwieracze.

„Włodek cieszę się, że żyjesz, chyba” Włodek zobaczył nad sobą nie tylko łysiejącego Ojca Cliffa z krzywym nosem, ale i Trini, która razem z lordem Ski-O chwilę temu przybyli w to samo miejsce. „Tak po prawdzie myślałam, że jednak zdechłeś i zabiorę twoje paopei, ale no trudno.”

„A co z Kubasem?” Zapytał dobrzejący okularnik.

„Nie wiem, poszedł w stronę zamku, ale nikt z nas jeszcze tam nie dotarł. Dołączyła do nas druga grupa na czele z lordami, ale uznali, że najpierw pomogą nam, a potem dołączą do Kubasa, bo go nie lubią czy coś. Kazali nam tu siedzieć, odpocząć i wyleczyć rany. Kiedy ksiądz skończy z tobą to wtedy moja kolej.”

„A ty przypadkiem nie możesz się sama uleczyć czy coś?” Zapytał Ojciec Cliff

„Mogę, ale mi się nie chce.” Powiedziała, bo nie chciała zdradzić, że zaklęcia uzdrawiające ma na niskim levelu i szybko zmieniła temat. „Lord Ski-O poszedł sprawdzić co z innymi, bo przejął się, że jeszcze tutaj nie przybyli. Jak tylko doprowadzą nas do ładu, lecimy za Kubasem.” Odzyskała werwę dziewczyna, a Włodek uśmiechnął się jedynie i potwierdził skinieniem głowy jej plan.

***

„Żyjesz BoB?” Dopytywał co jakiś czas Lord P.Ter leżącego, rozjebanego wojownika. Musiał to robić, bo brak twarzy nie ułatwiał kontrolowania czy wykitował.

„Jeszcze.... tak.” Usłyszał, ale po głosie wiedział, że jest on na granicy wytrzymałości. W końcu ujrzał w oddali blondyna z grzywką na oczach i torbą z kijami na plecach. Chłopak miał zabandażowane ręce i grube, brązowe rękawiczki. Był to Nigo, stary uczeń lordów, który również najwidoczniej znajdował się w drugim składzie. „No nareszcie... kupiłeś chipsy?”

„Nie mają tu sklepów.” Odpowiedział zdyszany chłopak. „O kurwa, on żyje?”

„Żył jeszcze kilka sekund temu, teraz nie wiem. Ale skoro jesteś, to podnieś go i zanieś do ustalonego punktu zbiórki przy zamku. Tam powinien być Ojciec Cliff, który go uleczy.” Przedstawił plan lord.

„A czy lord nie może sam go uleczyć? Księżulek używa świętej magii Colonela, by uzdrawiać prawda? Wy jako lordowie jesteście źródłem tej mocy, to pewnie dla was nic wielkiego.”

„Może i tak, ale nie tutaj w tym miejscu.” Odpowiedział Lord P.Ter, który wpatrywał się w horyzont.

„Jak to?” Dopytywał Nigo, który ledwo wziął większego od siebie Boba pod rękę.

„Bogowie mogą być bogami tylko w świecie, z którego pochodzą. Ich moc stworzona została wraz ze światem i może być używana tylko tam, jest tam jakby przypisana. Żeby tu przybyć, my lordowie musieliśmy chwilowo porzucić moc, którą dostaliśmy od Colonela. Dlatego do walki musimy używać tylko mocy naszych runów. Poza tym nie chce się pobrudzić jego krwią.”

„Czyli to znaczy, że na powrót staliście się zwykłymi runinami? Zwykłymi śmiertelnikami?” Dopytywał Nigo a lord potwierdził skinięciem głowy. W myślach chłopaka szybko zakiełkował plan zajebania jak psa lorda P.Tera za wszystkie tortury, które w przeszłości mu fundował, szczególnie że nikt nie patrzył, ale te rozkoszne marzenia przerwał mu jego stary pracodawca, podnosząc rękę. „Co jest?”

„Stój. Mamy towarzystwo.”

Po tych słowach lorda na piasku pojawił się nie kto inny jak członek organizacji Wrzask — Żyd Ravi.

„Lord P.Ter prawda? Szukałem Cię.” Uśmiechnął się dziadyga, pokazując kilka spróchniałych zębów.

„Tak? A w czym Ci mogę służyć? Potrzebujesz, żeby Ci wstawić złote zęby, bo ci ktoś obił ryj bejsbolem?” Zgadywał lord.

„Nawet jeśli to zaraz sam sobie je wstawię. Widzisz, moim największym marzeniem jest zdobyć runę Gorudo, Twoją runę! Gdy tylko dowiedziałem się, że istnieje runa złota, wiedziałem, że musi być moja. Poświęciłem wiele czasu, by dowiedzieć się, kto jest w jej posiadaniu. Jak bardzo zasmuciło mnie to gdy dowiedziałem się, że runinem jest jeden z trzech wielkich lordów. Ale nie poddałem się, a zamiast tego szykowałem do konfrontacji z tobą. Miałem się tobą zająć po całej akcji z Runą Elementarną, ale skoro sam do mnie przybyłeś, to nie wypuszczę Cię już rąk!” Zdradził swoje prawdziwe marzenia Ravi. „Nie zmarnuje takiej szansy!”

„Typowy żyd.” Skomentował Nigo

„Ta. Skoro to sprawa między nami to załatwmy to między sobą. Ta dwójka jest tu niepotrzebna.” Wskazał lord na Nigo i rannego BoB`a, który przestał się odzywać. Albo zemdlał, albo zdechł.

„Z całym szacunkiem, ale nie ma mowy. Będą moimi zakładnikami. Megila!” Ravi ułożył palce jakby robił jutsu i związał chłopaków magicznym zwojem.

„Szlag! Ten papier jest bardziej wytrzymały, niż wygląda!” Próbował rozerwać go Nigo przyciśnięty do BoB`a, ale nie udało mu się. „Gdybym tylko dosięgnął broni.” Lord P.Ter popatrzył na nich i pomyślał, że musi to szybko skończyć, bo inaczej będzie miał na sumieniu BoB`a. Szkoda mu go było nie dlatego, że go lubił, ale dlatego, że ćwiczył go przez 3 lata i będzie przypał jeśli tylko jego podopieczny nie przeżyje.”

„Możemy zaczynać?” Uśmiechnął się, żyd. Nie wróżyło to nic dobrego. Nawet sam lord był trochę zaciekawiony jak zwykły runin miał zamiar pokonać boga. Oczywiście nie wspomniał mu o tym, że aktualnie nie miał w sobie boskich mocy.

„Śmiało.”

„Dobrze wiem, że ani moja moc srebra ani zwykłe zaklęcia Kabały (magii żydów) nic Ci nie zrobią. Ale gdy zostałem Magidem odblokowałem najsilniejsze zaklęcia z największego poziomu. Co prawda mam zniszczoną rękę i straciłem trochę many, ale myślę, że dam radę.” Mówiąc to, wystawił rękę przed siebie oczywiście tą zdrową, niespopieloną przez lorda Tom`Asha. „Gotowy?”

„Czekam.” Prowokował lord, bo chciał wyglądać superowo i mieć to szybko z głowy.

„Szabat Priori!” Wykrzyczał Ravi, po czym wszystko pociemniało, a na niebie za rabinem pojawiła się świecąca bardzo jasno gwiazda Dawida. Lord i Nigo obserwowali co się dalej stanie. „To zaklęcie Magidów, które wymyślono do walki z boskimi istotami.”

„Ale co niby się stało?” Nie zrozumiał Nigo wpatrzony w gwiazdę.

„Hah. Te zaklęcie nie miało zrobić krzywdy lordowi a jedynie sparaliżować jego ruchy. Szabat Priori to zaklęcie mogące spętać nawet bogów gdy tylko spojrzy się na gwiazdę. Specjalne promienie paralizują całe ciało przez narząd wzroku! Dzięki temu nie jest w stanie mi zagrozić.” Ravi powoli zbliżał się do lorda, który stał nieruchomo niczym słup soli.

„O kurwa serio?” Nigo spojrzał na lorda P.Tera i faktycznie był zastygły niczym pomnik. „Ale co zamierzasz zrobić? Powinieneś wiedzieć, że nie można skrzywdzić jednego z bogów.” Grał głupa Nigo.

„Oczywiście, ale ja nie chce zrobić mu krzywdy. Mówiłem przecież, jaki mam cel.” Gdy Ravi był już przy swoim przeciwniku, wyjął coś, co wyglądało na przenośny odkurzacz. Był to Wysysacz, urządzenie stworzone przez T-Corporation na zlecenie Turksów. Potrafiło wysysać moc runa z runina. Taki proces zazwyczaj uśmiercał ofiarę (tak było np. w przypadku Super Banana) a efektem tego było stworzenie nowej runy. W ten sposób żyd mógł dorwać się do runy złota. Nigo jednak nie wiedział, co to i jak działa, więc pomyślał, że żyd chce oczyścić się z wszędobylskiego piachu. „Pragnę runy złota i teraz ją dostanę!” Gdy super rabin zamachnął się, by wbić odkurzacz w lorda, znieruchomiał i pobladł jakby był w szoku. „Co? Jakim... cudem?”

„Co się dzieje?” Autor mądrze przemyślał obecność Nigo by ten mógł komentować walkę jak to już w tej powieści jest w zwyczaju. Dopiero po chwili zobaczył, że Ravi zaczyna obrastać złotem.

„Przecież nie powinieneś być nawet świadomy! Według świętych zapisków ta technika jest zdolna uwięzić samego Colonela!” Mówiąc to, Wysysacz wypadł mu z rąk na piach. Panika żyda sprawiła, że zaklęcie rozproszyło się i zarówno gorejąca gwiazda jak i ciemność zniknęła tak szybko jak się pojawiła. „To niemożliwe!”

„Masz pecha magu z Jerozolimy.” W końcu lord P.Ter doszedł do siebie. „Być może udałoby Ci się pokonać innych lordów, ale akurat nie mnie.”

„Jak to!?” Wykrzyczał człowiek zamieniający się w złoty posąg.

„Naprawdę twoje zaklęcie zadziałało. Faktycznie jest na boskim levelu. Jedno spojrzenie i odleciałem. Niestety dla Ciebie...” Lord P.Ter odsłonił czarną grzywkę, za którą ukrywał jedno z oczu i najnormalniej w świecie wyjął je z oczodołu. „...bardzo dawno temu, kiedy jeszcze byłem człowiekiem, straciłem oko przez to, że podglądałem przez dziurkę od klucza piękną dziewczynę z Tajlandii, która okazała się mieć kutasa. Szok sprawił, że oko ekspolowało. Te, które mam, zostało stworzone przez samego Colonela i podarowane mi dużo później. Oko to połączone jest nie tylko z moją podświadomością, ale i naszym telewizorem 4K w pałacu lordów. Innymi słowy, jest sztuczne i nie jest bezpośrednio połączone z moim ciałem. Przez ten cały czas miałem Cię na widelcu, a w przeciwieństwie do Ciebie stoję tutaj już jakiś czas i wszędzie jest moje Worywoku. Zamiana jednego starego dziada w złoty klocek to dla mnie pryszcz.” Rozgadał się lord a przez ten czas Ravi już w ponad połowie dołączył do rodziny złotopolskich.

Taki suchar, sorry.

„Nie! Nie zgadzam się tak skończyć! Haa!” W jednej chwili Ravi naładował tyle Worywoku ile mógł i zgromadził go w ciele. „Silver Salomon!” Staruch z dużym nosem postanowił użyć swojej techniki obrony perfekcyjnej. W sekundę na całym ciele pojawiło się srebro, rozrywając miejsca, gdzie było złoto. Rabin tak bardzo skupiał się na ładowaniu mocy, że wyglądał, jakby próbował wydalić podwójnego kebaba z ostrym sosem na jeden raz. „Nieznacznie, ale srebro jest twardsze od złota! Wytrzymam!” Ravi wiedział, że walczy o życie. Lord P.Ter włożył oko z powrotem na miejsce i podniósł rękę najprawdopodobniej po to, by skupić moc na przeciwniku. Znowu zaczęły pojawiać się na nim złote „plamy”. W pewnym momencie nagromadziło się tyle Worywoku, że związany Nigo i BoB przewrócili się do tyłu, a piach odrzuciło w dal. „Wrrrrghhh!”

Walka na Worywoku trwała minutę lub dwie. Zdradziecki Żyd Ravi podtrzymywał srebrny pancerz, ale w końcu jego energia zaczęła wyparowywać. Najpierw powoli potem coraz szybciej złoto obrastało całe jego ciało. Do końca był tak zdeterminowany i skupiony, że stracił szansę na wypowiedzenie ostatnich słów, zanim stał się złotym pomnikiem w majestatycznej pozycji oddawania kloca. Gdy było po wszystkim, energia opadła a aura znikła tak jak zaklęcie wiążące Nigo i jego rannego towarzysza.

„Nieźle, ale walka runinów to też walka na Worywoku. Jesteś kilka tysięcy lat do tyłu, żeby dorównać lordom żydzie.” Skomentował koniec przeciwnika lord P.Ter. „Wstawaj i rusz dupę.” Powiedział do Nigo, bo BoB zaczął być już nieczerwony a blady jak kartka papieru od utraty krwi.

 

=================================================

Berserk

=================================================

 

Jakby lami demon już wcześniej nie wyglądał groźnie to teraz wkurwiony, podziurawiony i cały we krwi przypominał potwora z horroru.

„W mordę kopany!” Kubas wycelował szybko Kozilice w przeciwnika, by przysrać mu śrutem raz jeszcze, a Rusto zaczęła wydłużać swoje pazury, by przebić mu pysk.

„Ashwagandha!” Dalay puścił rany i wystawił szybko swoje ręce przed siebie. Każdą wycelowaną w innego przeciwnika. To wystarczyło, by Kubas upuścił strzelbę i stracił równowagę. Rusto spotkało to samo.

„Cholera znowu!?” Wkurzył się Kubas, że przeciwnik znowu go ubiegł.

„Nie. Jak się bardzo skupię to mogę się poruszać.” Z trudem, ale Rusto odzyskiwała kontrolę nad ciałem. Kubas wziął z niej przykład i ku swojemu zdziwieniu również mógł ruszać kończynami, mimo że ślamazarnie niczym mucha w smole. Im dłużej opierali się runie spokoju, tym lepiej im to wychodziło i odzyskiwali czucie i szybkość. To jeszcze bardziej rozzłościło Dalaya, któremu z pyska wyciekała ślina i krew.

„Rozumiem. Spójrz na niego. Skoro ja zyskuje moc gdy się wkurwiam to on ma jej najwięcej gdy jest spokojny. W tym stanie możemy go pokonać!” Stwierdził Kubas i powoli zaczął się do niego zbliżać. Rusto nie dała się wyprzedzić i również ruszyła do wroga. Reprezentant Wrzasku zrozumiał, że to kwestia czasu aż go dorwą, a jego rany nie pozwalały mu na obronę a co dopiero kontratak.

„W takim razie...razie nie mam wyjścia.” Powiedział pod nosem mnich, po czym dodał. „twoja stara była żałosną suczą, która dawała pod latarnią za kromkę chleba!” Nagle wiecznie poważny Dalay wykrzyczał te słowa w stronę Rusto. Zamurowało i zatrzymało to na chwilę zarówno ją jak i okularnika. Długo jednak nie trzeba było czekać na ripostę.

„O ty chuju! Zdychaj!” Wkurwiona Rusto rzuciła się na Dalaya, ale gdy była już blisko upadła na ziemię. „Szlag!”

„Co jest? Co jej zrobił?” Przyglądał się Kubas, chociaż gówno widział. Nasz bohater postanowił wznowić bieg do przeciwnika.

„Kubas! To pułapka! On wykorzystuje gniew w jakiś sposób za pomocą swoich mocy!” Ostrzegła leżąca Rusto runina, ale Dalay uciszył ją kopem w mordę. Następnie przygniótł jej butem twarz i wbijał w piach.

„Jeżeli myślisz, że bicie jej mnie wkurwi, to się mylisz, dobrze jej tak, niech ginie.” Kubas był już prawie przy Dalayu. Zrozumiał, co przekazała mu córka Diablicy, wystarczy, że nie da się sprowokować, a wróg nie wykorzysta jego złości przeciwko niemu.

„Brawo, szybko zrozumieliście drugą stronę mocy runy Oczitu. Jest potężniejsza gdy jestem spokojny i słabnie gdy jestem wzburzony. Natomiast odwrotnie to działa na moich przeciwników, mam większą władzę nad wkurwionymi przeciwnikami, a już szczególnie runinami w końcu głównym założeniem runy jest uspokajać swoje cele!” Mnich zdradził swoją sztuczkę.

„Po prostu najebie Ci na spokojnie. Żeby uratować Magdę, nie dam się tobie podejść, nie wyprowadzisz mnie z równowagi gdy jestem już tak blisko!” Kubas podniósł pięść, bo zaraz miał się znaleźć na odległość ciosu.

„Uratować? Mówisz o kobiecie, którą zabiłem, jak tylko porwaliśmy ją w poprzedniej części?” Zapytał Dalay a Kubasa zamurowało. Opuścił on pięść i spojrzał w ziemię. Przez chwilę było cicho, aż w końcu lama dodał „Kwiczała jak świnia gdy ją zarzynałem.”

Dalay Lama dolał oliwy do ognia. Znak Kubasa rozbłysnął na czerwono. Wokół niego zebrało się mnóstwo Worywoku najpierw w kolorze błękitnym, ale następnie zmieniło się na odcień czerwieni. Na jego twarzy i szyi wyjebały żyły. Piana wyciekała mu z ryja, a mięśnie napięły się jak po sterydach. Oczy stały się czerwone jak krew.

„Uuuuauaaaaaaaaaaaaaaaaaa!” Kubas podniósł głowę do góry i wydarł z siebie potężny ryk. Wszystko się zatrzęsło od nagromadzonego Worywoku. „Zabije Cię!”

Kubas wpadł w nieopanowany szał, a krzyknął tak głośno, że nie tylko Dalay, ale i ja musiałem zasłonić uszy. Biła od niego taka energia, że wyrzucała nam piach po oczach.

Zgadza się.

Kubas odpalił swoją niebezpieczną technikę.

Szał Bojowy.

Nabrało się w nim tyle wkurwu i złości, pokazał swoją potęgę szału a mimo tego Dalay Lama się uśmiechnął.

„Już po tobie.” Powiedział członek Wrzasku. Udało mu się osiągnąć cel. Nie wiedział jednak, że doprowadzi go to niedługo do zguby.

***

„W końcu udało się wyjść z tych podziemi... ale wcale nie czuje się przez to lepiej.” Powiedział ranny Rumun, któremu ani Ździraja, ani lord Tom`Ash nie pomagali iść. Pierwszy dlatego, że niósł ze sobą nieprzytomnego nastoletniego żydka a drugi, bo po prostu nie chciał. Jak już wspomniał, udało im się wyjść spod ziemi na powierzchnię Las Nachos, czyli ponownie na szarą pustynię. „Daleko do punktu zbiórki?” Zapytał rudy.

„Jest przy zamku. Na szczęście jesteśmy niedaleko.” Odpowiedział Ździraja, który nieco pamiętał ze swojej poprzedniej wizyty w tym miejscu. Już wcześniej powiedzieli Rumunowi, że na miejscu jest ojciec Cliff, który jest ich healer w drużynie. Nagle wszystko pociemniało, a daleko na horyzoncie lśnił jakiś punkt.

„Co się dzieje?” Zapytał Rumun, ale nie odpowiedział mu ich sojusznik a Torah, który właśnie odzyskał przytomność.

„To musi być Sabat Priori... na pewno. Mistrzu Ravi, dokonałeś swego.”

„O, ktoś tutaj się obudził?” Ździraja jebnął żydem o podłogę. „Świetnie, to teraz nam powiesz czy są jakieś inne drogi do zamku.”

„Aha.” Młodzieniec wiedział, że zostaje mu albo iść na współpracę, albo dostać wpierdol a, że był wierny, to wybrał to pierwsze.

***

„Skończone.” Powiedział Ojciec Cliff, który przestał leczyć Trini. Włodek czekał na nią już w pełni zdrowia, chociaż nie na umyśle.

„Świetnie, możemy dołączyć do Kubasa.” Leczenie Trini zajęło dłużej, ale powróciła do formy. Niestety jej skrzydła zostały zniszczone i jak sama kilka razy później wspomniała, potrzeba czasu by odrosły. Zanim jednak odeszli, do tymczasowego obozu przybył wafel lordów — Kupizzz. Czyli i on tutaj przybył (a raczej również i jego zmusili, żeby tutaj przybył). Niósł on na plecach nikogo innego jak nieprzytomnego pułkownika Jamesa.

„Żyje?” Zapytał Włodek, gdy ksiądz zaczął go opatrywać.

„Żyje, ale ledwo. Jest w paskudnym stanie.” Duchowny od razu przystąpił do leczenia, ale wyglądał na zmartwionego. Nie dlatego, że obchodzili go pacjenci, ale że jego rola w tym rozdziale sprowadziła się do bycia healerem, a przecież też lubił się napierdalać.

„Nie ma za co.” Powiedział Kupizzz, bo wszyscy się rzucili, by podziękować mu za przyniesienie rannego towarzysza a tak naprawdę to nie. W tej samej chwili do punktu zbiorczego przybyli również lord P.Ter z Nigo, który niósł BoB`a a także lord Ski-O, który spotkał ich po drodze. Położyli oni BoB`a koło Jamesa.

„Pierwszy raz widzę, żeby BoB był w takim stanie.” Powiedziała Trini, bo zmartwiła się o przyjaciela, z którym trenowała 3 lata, ale w duszy ucieszyła się, że nie tylko ona zjebała walki a inni też.

„Siema.” Przywitał się ranny Rumun, który nadszedł z innej strony. Był sam.

„A gdzie lord Tom`Ash i Ździraja?” Zapytał lord P.Ter. „Nie wracaliście razem?”

„Taa... ale okazało się, że byliśmy blisko jakiś podziemnych wejść do zamku. Nie chcieli zmarnować okazji i tam się udali i kazali mi, rannemu popierdalać samemu po pustyni.”

„Nie mazgaj się.” Dodał Kupizzz.

„Chuj.” Odjął Rumun.

Nagle wszystko zaczęło się trząść.

„Chyba mamy towarzystwo.” Powiedział któryś z lordów.

„Niedobrze. Jak mam ich uzdrawiać w takich warunkach?” Narzekał Cliff, który robił, co mógł, by używać leczniczej magii.

„Spokojnie, mamy dwóch lordów do pomocy, nic nam nie grozi.” Przypomniał Nigo.

„Ni chuja, już się nie mieszamy w wasze sprawy.” Stwierdzili jednocześnie dwaj lordowie, poszli sobie kawałek dalej i mieli resztę w dupie.

„Aha.” Podsumował Nigo, który żałował, że się odezwał.

Trzęsienie nie ustępowało, co więcej było coraz większe i bardziej odczuwalne.

„Nadchodzi!” Krzyknął Rumun.

***

„Wraaaaaaaaaaaaagh!” Kubas stał z napiętymi mięśniami i darł japę wniebogłosy niczym Goku z Dragon Balla. Ładował energię wkurwu, a o to chodziło jego przeciwnikowi.

„Nigdy nie widziałem tyle nagromadzonej mocy. Jesteś mój.” Dalay jedną ręką złapał się za rany a drugą wycelował w Kubasa. „Walerihanna!” Nagle cały przepływ energii się zatrzymał. Kubasa zamurowało, a energia rozproszyła się w sekundę. Cała nagromadzona moc prysła, ogłuszając okularnika. Upadł na kolana a z nosa i ust zaczęła mu lecieć krew. „Im więcej wkurwu, tym więcej szkód ta technika zrobi w twoim organizmie. Jaka szkoda, że nie zdołałeś pomścić ukochanej. Muszę cię zaciągnąć jeszcze....” I nagle stało się coś dziwnego. „Co jest?” Kubas krzyknął ponownie i eksplodował resztką energii, która popchnęła mnicha do tyłu. „No proszę masz jeszcze trochę Worywoku? Nie szkodzi, zaraz wykorzystam go przeciwko tobie.... Zaraz, coś jest nie tak. To nie jest energia szału. Tylko.... rozpaczy?” Stwierdził zdziwiony lami demon a jeszcze bardziej zdziwiło go to co zaczęło dziać się z Kubasem.

Klęczał i złapał się za głowę. Na karku zaczęły pojawiać się czarne tatuaże, które przemieszczały mu się po ciele. Kilka z nich przeszło na twarz, tworząc czarne łzy przy oczach, a jeszcze inne utworzyły kreski na rękach i szyi upodabniając się do blizn. Grzywka opadła na jedno z jego oczu. Kubas zaczął płakać.

„Nie... Magda nie... to niemożliwe.”

„Co do kurwy?” Zapytali jednocześnie Dalay i Rusto, która wygrzebała twarz z piachu i co prawda na leżąco, ale obserwowała całą przemianę głównego bohatera.

Ja jednak domyślam się, co się stało i nie dlatego, że jestem łebski, ale mam notatki autora napisane na marginesie. Otóż dla tych, co zapomnieli, to przypominam, że Kubas miał na karku pieczęć Emo. Sprawiała ona, że ... no Kubas zamieniał się w jebanego emo gdy coś go zasmuciło albo załamało i tak stało się w tym przypadku. Co prawda pieczęć została zapieczętowana przez świętą magię i od wielu lat nie przeszkadzała wybrańcowi, ale rozpacz, w jaką wpadł na wieść o śmierci ukochanej, zniszczyła tę ochronę w jedną chwilę. Pieczęć Emo powróciła i jak się zaraz okaże, była potężniejsza niż wcześniej.

„Pieczęć Emo? Co to za bzdury?” Skomentował Dalay słysząc słowa narratora.

„Magda... nie..... nieeeeee!!!!!” Kubas znowu wystrzelił falami mocy, jednak cała została wchłonięta przez pieczęć. Tak właśnie działała, wsysała energię użytkownika. „Nieeeeee!!!!!!!”

JEEEEB

Nagle z ciała Kubasa zaczęła się wydobywać czarna aura, która wybiła błyskawicznie do góry niczym dym. Owiła go też wokół ciała, zasłaniając jego osobę. Nawet ja nie wiem, co się dzieje, chociaż widziałem, że pieczęć Emo pulsowała mu na szyi jak nigdy. Zarówno ja, jak i przeciwnik Kubasa oraz Rusto obserwowaliśmy w milczeniu. Gdy czarna mgła opadła, zobaczyliśmy na miejscu Kubasa coś dziwnego. Znaczy, dalej był tam Kubas... chyba... ale jakiś dziwny. Całe jego ciało i ubranie stało się czarne i zlewało się w jeden, humanoidalny kształt. Coś, co wyglądało jak grzywka, opadało mu dalej na jedno oko, ale wydłużyła się znacznie. Jedyna rzecz odróżniająca się od reszty ciała to były właśnie oczy. Zachowały wielkość okularów, ale były całe białe, zniknęły źrenice. W dodatku były takie smutne..... W cokolwiek zamienił się Kubas, autor nazwał te przemianę Emo lv.2.

„Czy to Kubas?” Zapytała Rusto nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Dalay zresztą też.

„Co to za sztuczki? Nie czuje od niego już żadnego Worywoku, ale technika Walerhianny powinna go wykończyć. Czy to przez to, że skłamałem o zabiciu jego dziewczyny?” No proszę, czyli Magda jednak nie gryzie gleby. Gorzej, że w stanie, w jakim jest Kubas, nic już do niego nie dociera. Zanim lama zdecydował, jaki będzie jego następny ruch, czarna bestia zniknęła. „Co!?” I pojawiła się tuż przed nim. „Co za szybkość!” Kubas przyjebał mu tak szybko i tak mocno w brzuch, że gały wyjebały mu prawie z orbit jego zwierzęcego pyska. Tak go zacięło, że nie mógł nic powiedzieć, jedynie krew i ślina wyciekała mu z pyska. Zanim jednak upadł na ziemię, Kubas-Emo złapał go za szyję i podniósł. Podrzucił go do góry i zaczął napierdalać go tak gwałtownie, że można to porównać z szałem bojowym, szczególnie że każdy cios był celny i potężny. Dalay Lama, który już wcześniej prawie zdychał, nie mógł zrobić totalnie nic. Próbował opanować gniew przeciwnika, ale jak wcześniej zauważył, to była czysta rozpacz i smutek. „Jebany Emo.” Pomyślał, zanim otrzymał ostatni cios, który przebił mu bebechy na wylot.

***

Gdy pozostali bohaterowie mieli właśnie dowiedzieć się, co ich zaatakowało, lordowie, którzy byli trochę oddaleni, spojrzeli w stronę zamku. Musieli wyczuć olbrzymie pokłady Worywoku uwalniane przez Kubasa. W tej chwili jednak interesuje nas, co sprawiło, że ziemia zatrzęsła się i co wyłoniło się spod ziemi. Był to kolejny wielki potwór rozmiarami dorównującymi Iamowi.

„Ten dziwny chips wspominał, że w Las Nachos są dwie bestie.” Powiedział Rumun gdy wraz z innymi spojrzał w górę na pysk potwora. Potwór był cały brązowy, miał białe wyłupiaste oczy i wielką trąbę niczym słoń. W połowie był zakopany w piasku, ale od brzucha w górę był już na powierzchni. Nazywał się Bernice, o czym nasi bohaterowie nie wiedzieli i chuj ich to obchodziło. Potwór podniósł trąbę i zatrąbił tak głośno, że wszystkim zazgrzytało w mózgu. Trini rozejrzała się po towarzyszach, po czym stwierdziła.

„Dobra, ja się nim zajmę. Tylko ja jestem tutaj na nogach. Włodek, Kupizzz, Nigo, biegnijcie do Kubasa a ja ochronię naszych towarzyszy skoro lordowie są zajęci niczym.”

„Na pewno?” Dopytał Włodek, a gdy machnęła głową na „tak”, chłopak ruszył w stronę zamku. Nigo i Kupizzz popatrzyli się na siebie i zmartwieni pobiegli za nim.

„Pomóc ci?” Zapytał Rumun Trini.

„Dam sobie radę. Pozatym jesteś ranny, więc usiądź na dupie i odpoczywaj.” Rumun był wzruszony, że ktoś powiedział mu, że może odpocząć. Nie słyszał taki słuch od.... w sumie nigdy nie słyszał. Usiadł więc na tyłku i oparł się o szczotkę. Żeby jednak nie było za miło to lordowie podeszli i dali mu ulubione filiżanki, które ze sobą zabrali i kazali mu je czyścić na błysk. „No kurwa.” Powiedział w duchu.

***

„O damn.” Skomentowała Rusto gdy podniosła się z ziemi. Gdy Dalay wykitował, jego moc przestała działać i wróciła jej kontrola nad własnym ciałem. „Załatwiłeś go jak szmatę.”

Czarny znaczy... cienisty Kubas stał nad zwłokami przeciwnika i było słychać szloch i dziwne ryki smutku. Gdy odezwała się do niego córka Diablicy, spojrzał na nią i zniknął. Scenariusz powtórzył się. Emo pojawił się przed Rusto i przyjebał jej w mordę, że aż odrzuciło ją w dal. Zanim zdążyła krzyknąć i uderzyć o coś plecami, tam znajdował się już Kubas, tak był szybki. Przyjebał jej z kopa, przez co zmieniła tor lotu.

„Już kurwa nie żyjesz.” Powiedziała Rusto gdy w końcu upadła na piach i podniosła się. Dwa ciosy doprowadziły ją do okropnego stanu i pewnie połamało jej kości, a jednak wstała wkurwiona i zaatakowała go pazurami. Te jednak nawet nie przebiły jego skorupy samotności. „What!?” Jedyna szansa na atak została zmarnowana. Emo poziomu drugiego przywaliło jej z kolana w brzuch, a następnie podcięło, że jebnęła znowu o piach. Kubas stanął nad nią i zaczął napierdalać po ciele. „Przestań ty głupi chuju! Lama kłamał, ta cała Magda żyje!” Krzyczała dziewczyna, by jakkolwiek się ratować, ale nic to nie dało. Kubas nawet na poziomie pierwszym emo miał problemy z przyswajaniem informacji a co dopiero w formie berserka. A co do jego mocy, zamiana w emo dawała mu szybkość i siłę więc ta wersja pewnie daje mu ich razy w chuj. W dodatku wydawał się odporny na ataki.

„Co tu się dzieje?” Kubas zaprzestał ataku gdy usłyszał czyjeś słowa. Gdy odwrócił wzrok zobaczył Nigo, Kupizzza i swojego najlepszego przyjaciela Włodzimierza. Oni patrzyli na niego, nie wiedząc, z kim mają do czynienia.

„Skądś znam tę sukę.” Stwierdził Kupizzz gdy zobaczył rozjebaną Rusto. Gdy miała chwilę by złapać oddech, od razu wytłumaczyła a raczej wykrzyczała tym matołom co się dzieje, chociaż by to zrobić musiała wypluć sporo krwi.

„To jest Kubas! Zamienił się w jakiegoś pieprzonego Emo!” Uwaga Kubasa znowu zwróciła się do leżącej pod nim dziewczyny i zaczął tłuc ją dalej.

„Emo? Faktycznie jakiś smutny.” Ocenił Nigo nową formę Kubasa.

„Kiedyś Kubas zamieniał się już w emo. Ale nigdy w coś takiego.” Powiedział przerażony Włodek. „Jak go nie powstrzymamy to zatłucze ją na śmierć.”

„Kupizzz wybieram cię!” Nigo popchnął wafla lordów na Emo, żeby zobaczyć, co się stanie. Ten, zanim zdążył zwyzywać go od chujów, to dostał od Kubasa z dziwnej techniki. Wystarczyło, że emo spojrzał się na niego i wystrzelił z oczu biały promień. Gdy Kupizzz nim oberwał, upadł na dupę. Nigo i Włodek obserwowali czy zaraz wybuchnie, ale zamiast tego wafel zaczął płakać.

„Nikt mnie nie lubi, chlip.” Kupizzz schował głowę w ramiona i zaczął smuteczkować.

„Co się z nim stało?” Zastanawiał się Włodek a Nigo wysnuł dość poprawną teorię.

„Chyba dostał z jakiegoś promienia energii negatywnej. Może sam zamieni się w emo. Wybacz Włodek, ja się wypisuje, nie podejdę do tego potwora. Może mam grzywkę na oczach, ale nie chce być emo.” Gdy chłopaczki tak sobie gadali, Rusto traciła ostatnie zęby i przytomność. A raczej straciłaby gdyby nie Włodek, który nie pierwszy raz wykazał się odwagą w tej części. Podszedł on powoli do Kubasa, jak do przestraszonego psa i zaczął nawoływać go spokojnym głosem.

„Kici, kici, taś, taś..” A gdy już Kubas zwrócił na niego swoją uwagę, zaczął go uspokajać. „Wszystko będzie dobrze Kubas, to ja, Włodek, twój przyjaciel. Wszystko się ułoży. Na pewno kiedyś wydadzą nowy Tenkaichi Budoukai a McDonald przywróci cheeseburgera za 2 zł więc nie złość się.” Wyciągnął w jego stronę rękę. Emo nie wiedział, przez chwilę co ma zrobić, ale złapał go za dłoń.

„Pedały.” Skomentował Nigo, ale sam zaczął pocieszać delikatnie Kupizzza, żeby się podniósł i ogarnął dupę, bo i tak nikogo nie interesuje jego postać.

Kubas w końcu się uspokoił, a głos przyjaciela dotarł do jego serca. Powoli czarna powłoka zaczynała znikać z jego ciała, a dokładniej zaczęła być wsysana w pieczęć emo na szyi. Trwało to chwilę, ale Kubas wrócił do normalności. Stracił panowanie nad ciałem i wpadł w ramiona Włodka, który go podtrzymał.

„No pedały.” Powtórzył Nigo.

***

„Zostały Ci jakieś paopei?” Dopytywał Rumun, martwiąc się troszkę o ich sytuację, szczególnie że pierwszy potwór pożarł go w całości. Trini nie odezwała się tylko już od jakiegoś czasu stała skoncentrowana i patrzyła się na przeciwnika. W końcu wielka bestia zrobiła swój ruch, a dokładniej zamachnęła się wielką łapą i wycelowała w bohaterów będących „w obozie”. Rumun złapał się za głowę, ale Trini przyjęła na siebie wielką pięść, próbując zablokować ją rękoma. Udało jej się ochronić towarzyszy, ale sama mocno oberwała. Gdyby nie to, że przedstawiciele rasy czyśćca są twardsi i wytrzymalsi niż ludzie to leżałaby teraz połamana. Stała jednak dzielnie z rozwalonymi rękoma.

„Nie zamierzasz jej pomóc?” Spytał Ojciec Cliff Rumuna, który miał ręce pełne roboty, chociaż akurat robił sobie przerwę, żeby podładować manę.

„Nie. Chyba wiem co się szykuje.” Rumun wyglądał na przejętego. Znaczy przejętego bardziej niż zazwyczaj. „Jeżeli mam rację, to współczuje temu potworowi... ale nam również.”

„Co?” Ojciec Cliff chciał zadać kolejne pytanie, ale nie zdążył. Potwór podniósł i wycelował swoją trąbę w naszych bohaterów. Na jej końcu zaczął ładować się promień, który wystrzelił z impetem.

„Trini teraz albo nigdy!” Krzyknął wafel lordów. Wiedziała, że ma rację. Otworzyła buzię i wydarła japę.

„Delta Flasher!” Przed ustami dziewczyny powstała wielka kula złotego światła, z której wystrzelił pożerający wszystko laser. Oba promienie zderzyły się.

JEB

Wszystko się zatrzęsło, ale tylko na chwilę, ponieważ atak Trini bez problemu zniszczył zarówno technikę potwora jak i jego samego odrywając mu głowę.

„Najs!” Krzyknął ksiądz, ale Rumun rzucił się na niego i pociągnął na ziemię. Uratował mu tym życie, ponieważ Trini straciła kontrolę nad swoją techniką. Rzucało jej głowę na wszystkie strony, a co za tym idzie, promień niszczył wszystko dookoła.

„Tego się właśnie obawiałem. Na treningach też nie dawała rady opanować tej techniki.” Rumun złapał się za głowę. Zobaczył, że połowa jego szczotki została zniszczona przez atak koleżanki.

„To, co teraz?” Dopytywał przerażony kaznodzieja. Wiedział, że w jedną chwilę może zostać z nich proch a tekst „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, nigdy mu się nie podobał.

„Nic, trzeba czekać, aż skończy. Zazwyczaj chowałem się za skałami albo BoB`em, ale trochę chamsko teraz byłoby używać jego ścierwa do ochrony.” Rumun rozważał opcję a Trini niszczyła co popadnie.

„Zrób coś!” Krzyknął Cliff i popchnął Rumuna w stronę Trini. Ten nie widząc sensu, by marudzić, zaczął biec w jej stronę, unikając dość zgrabnie morderczych ataków. Gdy w końcu do niej dobiegł, przyjebał jej resztką swojej szczotki w głowę. Ogłuszyło ją to na tyle, że padła na ziemie, a technika znikła w mgnieniu oka.

„Żeby nie było, że nic nie zrobiłem.”

Zdzieliłeś kobitę, brawo.

„Pierdol się narrator.”

***

„Co się stało?” Kubas odzyskał zmysły i świadomość. „Włodek, ty żyjesz? Obstawiałem, że tamta dynia Cię zajebała.” Powiedział i podniósł się na nogi. Mimo ostatnich wydarzeń nasz bohater był w nie najgorszej kondycji.

„Dzięki, miło z twojej strony.” Włodek wstał razem z nim. Kubas zaczął się rozglądać, by ogarnąć się w sytuacji. Dalay leżał martwy a obok rozwalona Rusto. Musiał więc zapytać.

„Czemu Kupizzz siedzi skulony i płacze jak jakieś jebane emo?”

„Nic nie pamiętasz?” Zapytał Nigo.

„Niestety powoli wracają mi wspomnienia. To ja ich tak załatwiłem.” Kubas złapał się za szyję. „Ten pieprzony tatuaż musiał się aktywować w najgorszej możliwej chwili.”

„Ale wszystko dobrze?” Włodek złapał go za ramię, bo chciał się upewnić.

„Tak... teraz już wszystko dobrze. Z tego co mówiła Rusto gdy nakurwiałem jej po mordzie to ten chuj lama kłamał w sprawie Magdy. Ale przez chwilę załamałem się.” Okularnik opuścił głowę.

„Czekaj, czyli to jest Rusto? Ta od Diablicy co niby zdechła?” Dopytywał Nigo, ponieważ z twarzy trudno było ją teraz zidentyfikować, bo wyglądała jak bigos. Główny bohater podszedł do niej i kucnął nad nią a, że stracił trochę równowagi, to jebnął jej z buta w ryj, oczywiście niechcący.

„Zaraz, czemu ty i Kupizzz tu jesteście?” Teraz spojrzał na nowo przybyłych kolegów. Nigo wytłumaczył mu, że przybyła druga grupa na czele z lordami, i że zajmują się teraz zbieraniem i leczeniem rannych. „Rozumiem. Kupizzz jak już przestaniesz użalać się nad sobą, to mam prośbę. Zabierz ją do Ojca Cliffa. Niech ją uleczy. Powiedz, że to prośba ode mnie.”

„Jesteś pewien? To w końcu przydupaska Diablicy.” Dopytywał Kupizzz, który wycierał łzy i gluty.

„Tak. Uratowała mi życie w pewnym momencie a poza tym źle mi, z tym że dojebałem jej gdy nie byłem sobą. Zrób to proszę.”

„Spoko, chociaż nie wiem skąd pomysł, że ojciec Cliff wysłucha twoją prośbę.” Kupizzz w końcu się ogarnął i wziął Rusto na plecy.

„A co zamierzasz teraz zrobić? Z tego co pamiętam to kiedyś ta pieczęć emo nie pozwalała Ci używać mocy.” Włodek sięgnął pamięcią do poprzednich części.

„Oczywiście, że idę dalej.” Kubas rozmasował mięśnie. „Fakt, nie mogę używać Worywoku a mój miecz przepadł w pizdu, ale mam jeszcze swoje pięści. Przybyłem uratować Magdę i dopnę swego. Teraz jak wiem, że nie muszę martwić się o innych to będę mógł się skupić na tym co mnie czeka.” Kubas całkowicie odzyskał werwę i morale. Ruszył od razu w stronę drewnianych drzwi do zamku. Zanim wszedł, rzucił jeszcze spojrzenie na dziurę w ścianie. Tak jak podejrzewał nie zastał tam ciała Yoghurta. Musiał spierdolić jak nikt nie patrzył. Włodek i Nigo wyruszyli za Kubasem a Kupizzz z raną dziewczyną zawrócił w stronę punktu zbiorczego.

***

A jeśli mówimy o punkcie zbiorczym, to tam się przenieśmy. Ojciec Cliff udał się na stronę, ale nie po to, by walnąć klocka, tylko podszedł do oddalonych lordów.

„Co jest?” Zapytali gdy z nudów zaczęli robić babki z piasku, mimo że tutejszy był zbyt sypki, by coś z niego skleić.

„Mamy problem. Włodka, Rumuna i Trini udało się uleczyć, ale stan BoB`a i pułkownika jest okropny. Musimy ich natychmiast zabrać na ziemię i dać się nimi zająć świętobliwości młodemu papieżowi albo tej kobicie z Kalangel. Jeśli tutaj zostaną to wykorkują.” Wystawił diagnozę ksiądz.

„No dobrze. I tak mieliśmy wracać na dwie tury.” Stwierdził któryś z dwóch lordów.

Dziwnie się pisze o dwóch, a nie trzech lordach.

„Przetransportujemy rannych na ziemię. Rumuna i Trini również, coś czuje, że już się nie przydadzą.” Po tych słowach sługa lordów się ucieszył a co do dziewczyny, dalej była nieprzytomna od jebnięcia szczotką w głowę, więc nie miała nic do gadania.

„Hej, to Kupizzz!” Zwrócił uwagę na kolegę z pracy Rumun. Przybiegł z ranną Rusto na plecach. „Zaraz to ta biacz od Diablicy Martwicy. Nie miała gryźć gleby?” Już któraś postać z kolei zwróciła uwagę na to samo. Cliff podszedł i sprawdził jej stan.

„No jak nic nie zrobimy, to zaraz będzie gryźć glebę. Nieźle ktoś ją załatwił.” Kupizzz jebnął ją o ziemie i wytłumaczył, co stało się z Kubasem i o jego zjebanej transformacji.

„Rozumiem. Czyli to ona była siódmą osobą, która weszła z nami do Las Nachos przez portal, a nie narrator.” Skomentował Rumun.

DZIĘKUJE... kurwa

„Dobra. Zbieramy się stąd. Resztę zostawmy Kubasowi i tym, co są w stanie jeszcze coś zrobić.” Zadecydowali lordowie, po czym wyruszyli w stronę pustyni. Rumun, ksiądz i Kupizzz musieli zabrać na barki wszystkich rannych, a pamiętajmy, że było ich czworo a właściwie pięciu, bo BoB`a kloca trzeba liczyć podwójnie.

***

Zamek, który niegdyś należał do rodziny Doritosów był ogromny. Kubas, Włodek i Nigo zgubili się w środku, mimo że biegli prosto jednym korytarzem. Była to jedyna droga.

„Gdzie teraz?” Zapytał Włodek w biegu.

„Przecież jest jedna droga.” Odpowiedział mu któryś z towarzyszy.

Tak mniej więcej wyglądały ich rozmowy aż do chwili gdy wparowali do wielkiej sali. Zarówno korytarze jak i ta komnata była ciemna i zielonkawa. W zamku zamiast okien były dziury w ścianach a w aktualnej sali również i w suficie. Wpuszczały do środka światło księżyca i było to jedyne źródło oświetlenia w budynku. Nie ułatwiało to bohaterom w orientacji, bo jak wiemy byli ślepi a Nigo był nie lepszy, bo oczy zasłaniała mu grzywka.

„Gdzie teraz?” Rozejrzał się Kubas. Zadał to pytanie, ponieważ w wielkiej komnacie było kilka drzwi. „Magda! Gdzie jesteś!” Wołał, ale nie uzyskał odpowiedzi.

„Myślicie, że mają tutaj toaletę?” Zapytał Włodek, chociaż domyślał się odpowiedzi. „A co to złole nie robią kupy?” Dopytywał narratora, który miał go gdzieś. Znaczy mnie i to ja miałem go... znaczy, mam go gdzieś. „O mają.” Ku zdziwieniu moim i innych, faktycznie przy jednych drzwiach znajdowała się tabliczka z napisem WC. „Jeżeli mamy się rozdzielić, to ja chcę iść tędy.” Zaklepał drogę Włodziu.

„Eh.. Tak chyba będzie najszybciej. Rozdzielmy się i spotkajmy tutaj. A jeśli ktoś znajdzie Magdę, to niech nawet nie odważy się powiedzieć czegoś o mojej przemianie w emo, bo wpierdol.” Zadecydował Kubas, ale Włodek już nie słuchał, bo tak go cisnęło na odbyt, że ruszył przodem. Kubas i Nigo poszli w jego ślady i wybrali inne drogi. Nie licząc korytarza, którym weszli, znajdowało się tutaj pięć dróg. Zobaczymy, co czeka ich w wybranych pierwszych trzech.

 

=================================================

Siedziba Wrzasku

=================================================

 

Każdy z chłopaków musiał przebyć długi korytarz, by dojść do innych komnat. Nigo trafił do pomieszczenia z podłużnym stołem. Była to sala narad. Na początku przestraszył się, że trafi na bossa, ale nie zastał tutaj nikogo. Już chciał zawracać, ale ujrzał, że za stołem i jednym z krzeseł znajdują się ukryte drzwi. Gdyby nie to, że były trochę uchylone, na pewno by je przeoczył a, że lubił w grach odkrywać lokację na 100%, to postanowił ruszyć dalej tajną drogą.

Włodek natomiast trafił do toalet, które nie wyglądały jak część zamku a jak dobrze oświetlone toalety z centrum handlowego. Może ktoś je podpierdolił z Blue City. Włodek nie spodziewał się wroga. Jedynym przeciwnikiem, z jakim się liczył, było burrito, które zjadł dnia wczorajszego. Wiedział, że czeka go najtrudniejsza walka w Las Nachos. Wszedł więc do kabiny, zdjął spodnie i posadził tyłek na sedesie. Był gotów.

Kubas natomiast dostał najdłuższy korytarz do pokonania. Biegł przed siebie dość długo, aż w końcu natknął się na drzwi.

Ale nie tylko.

Przed drzwiami znajdował się pies. Dość sporych rozmiarów, biały o szkaradnej mordzie i rudych włosach.

„Dobry piesek.” Kubas nie zatrzymał się, tylko wyskoczył w stronę kundla i przyjebał mu z kopa w pysk. Psinka nie zdążyła nawet szczeknąć, a już padła na podłogę. „Zdechł pies.” Dopiero teraz okularnik zatrzymał się, gdy przed sobą miał drewniane drzwi. „Hammer Head!.. a nie!” Nasz bohater w ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie może używać swoich mocy, więc przyjebał po prostu głową w twarde drzwi i padł na podłogę, gdzie akurat nieprzytomny pies opróżnił zwieracze.

„Otwarte!” Usłyszał, jedynie żałując, że nie nacisnął najpierw na klamkę jak każdy normalny człowiek. Skądś jednak skojarzył głos zza drzwi. Masując guza na czole, odważył się wejść do środka. Sala, w której się teraz znalazł nie była tak duża jak ta z dziurą w dachu, ale za to miała na środku podest, schody, na których końcu stał kamienny tron. Nad nim był wydrążony kamienny trójkąt, który najpewniej miał przypominać nachosa. Kubas w dupie miał jednak wystrój, ponieważ bardziej skupił się na postaciach, które znajdowały się w pokoju.

„Elo.”

„Cześć.”

Było ich dwóch. Jedna z tych postaci stała obok schodów a druga siedziała na wcześniej wspominanym tronie. Obie postacie były znane Kubasowi, chociaż musiał wysilić mózgownicę, by sobie przypomnieć, skąd je znał. Gdy w końcu udało mu się odświeżyć pamięć, to z jednej strony bardzo zdziwił się na ich widok, a z drugiej trochę mu ulżyło, bo nie stanowili dużego niebezpieczeństwa.

Pierwszym z nich był czarny facet w czapce bejsballówce i koszulce do grania w kosza. Na szyi zwisał mu złoty łańcuch, jakby był jakimś raperem. Kubas zastanawiał się, czy był to Pha Bien, czy Totemiarz, bo spotkał w życiu tylko dwóch murzynów. Gdy zobaczył jednak, że koleś ten podrapał sobie jajca trzecią, wystającą z pleców ręką to miał już pewność, że chodziło o tego drugiego. Na tronie zaś siedział ktoś, kto był przebrany za klauna. Wyglądał jak połączenie Pennego Wisa i Ronalda McDonalda, ale dodatkowo był bardzo smutny. Ale tak wiecie, w chuj jak zbity pies.

„Totemiarz? Smutny Klaun? Każdego się tu kurwa spodziewałem, nawet Krzysztofa Ibisza, ale kurwa nie was. Co wy tu robicie?” Poprawił okulary Kubas, bo nie dowierzał swoim oczom. „A już wiem, wy też zdechliście i przywołał was ten nekromanta.”

„Spierdalaj. Nie jesteśmy tutaj, bo chcemy.” Powiedział Totemiarz. Kubas zwrócił uwagę na to, że jakoś oni nie są zaskoczeni jego widokiem. „Tkwimy tutaj już jakiś czas i nie możemy stąd spierdolić.”

„Wrzask was porwał?” Dopytywał niedawny emo „Kurwa narrator wal się.”

„Znaczy... i tak i nie.” Totemiarz popatrzył na klauna wkurwiony, ale zawsze jak widział jego smutny ryj, to złość przeradzała się w litość. „Niech ten pacan sam opowie jak to było.”

Klaun ruszył dupę i zszedł do pozostałej dwójki schodami.

„Widzisz, gdy uciekliśmy z Azkabanu to trzymaliśmy się razem, bo stwierdziliśmy (jak potem okazało się słusznie), że raczej nie znajdziemy innych kolegów. Tułaliśmy się po świecie sprzedając totemy robione z ludzi przez Totemiarza albo występując w cyrku dla dzieci, ale jak słusznie pewnie się domyślasz, jakoś nie zarobiliśmy na tym fortuny. W końcu dość niedawno zobaczyłem w internecie ogłoszenie na pracuj.pl, że poszukiwany jest ktoś, kto przebierze się za Ronalda McDonalda na jakiś event. Myślałem, że to propozycja McKillera to się zgłosiłem i wygrałem casting (bo stawiłem się tylko ja). Wziąłem ze sobą murzyna, żeby robił za mojego ochroniarza, wiecie, że niby jestem gwiazdą i zaproszono nas do zapomnianego mrocznego wymiaru zwanego Las Nachos. Fakt, mogłem zacząć podejrzewać, że coś tu śmierdzi gdy zamknęli nas w tej sali, ale wizja legalnego ubezpieczenia zdrowotnego sprawiła, że miałem klapki na oczach. I tak tu już jesteśmy od jakiegoś czasu, a ja nawet nie zobaczyłem złamanego grosza. Poza tym jak się okazało, to nie właściciele restauracji mnie zatrudnili a jakaś grupa terrorystyczna, ale mi to było bez różnicy, byle nie wrócić na bezrobocie.”

„Aha. To, że jesteście debilami, to wiem, ale kazali wam tu tylko siedzieć i srać w stołek?” Dopytywał Kubson.

„Nie. Kilka razy faktycznie musiałem przemalować się na Ronalda McDonalda i go udawać. Siadałem wtedy na tronie, a któryś z tych złoli przedstawiał mnie jako nowe wcielenie złego boga. Przybywały wtedy do tej komnaty jakieś dziwne typy, kłaniały mi się i mówiły, że spełnią wszystkie moje żądania.”

„Wo de fak?” Kubas nic z tego nie rozumiał. „Kim byli ci ludzie?”

„Członek Wrzasku nazywał ich Krzykaczami. Mówił im, że Smutny Klaun to odrodzony sam Ronald McDonald, który potrzebuje ich do całkowitego odrodzenia się.” Sprostował czarnuch.

„Czyli... Wrzask sprowadził tu Krzykaczy, żeby pokazać im Ronalda? A oni im uwierzyli i byli na ich rozkazy? Ale czemu?” Okularnik spróbował użyć dedukcji, ale szło mu to jak myślenie, czyli średnio.

„Bo ci Krzykacze pochodzą z wymiaru zwanego McDonaldlandem gdzie rządzi niejaki Major McCheese. Wrzask naobiecywał im, że jak przejdą na ich stronę, to połączy ten ich wymiar z ziemią i będą mogli ją opanować czy inny chuj. Gdy zobaczyli przebranego Smutnego Klauna, to im uwierzyli. Myślałem, że to po prostu event związany z premierą nowego hamburgera czy coś” Dodał Totemiarz.

„Co oni kombinują, pierwsze słyszę o czymś takim.” Podrapał się po szyi wybraniec.

„Ja myślałem, że kręcą nową reklamę frytek.” Dodał klaun.

„Jakoś dużo wiesz czarnuchu jak na to, że tkwicie w jednej komnacie.” Zauważył Kubas.

„Tak się składa, że udawało mi się zakraść w różne miejsca w zamku, ponieważ mam bonusy do skradania za kolor skóry i często słyszałem różne rzeczy. Podsłuchałem też to, że chcą cię tutaj ściągnąć, dlatego wiedzieliśmy, że w końcu się pojawisz i nas uwolnisz tak jak wtedy z Azkabanu.” Zdradził swoje nadzieje Totemiarz.

„Fajnie, ale ja mam was w dupie, szukam swojej ukochanej. Nie wiesz może, gdzie się znajduje niejaka Magda?”

„Niestety gdy odkryli, że zapuszczam się bez pozwolenia po zamku i przy okazji podpierdalam Krzykaczom portfele, to postawili nam przed drzwiami Sundae, czyli jednego z nich, który był psem. Od tamtej pory nie mogę stąd wychodzić więc nie pytaj nawet gdzie załatwiamy potrzeby.”

„Kurwa, czyli wybrałem złą drogę.” Kubas nie kłamał gdy mówił, że ma w dupie starych kolegów z pierdla, bo od razu zawrócił i pobiegł z powrotem do sali, w którym rozdzielił się z Włodkiem i Nigo. Oczywiście klaun i murzyn ruszyli szybko za Kubasem.

***

Jeżeli kiedykolwiek zwątpiliście w autora, z powodu zbyt głupich pomysłów to posłuchajcie teraz o walce Włodka.

I nie... pomimo tego co mówiłem, to nie była walka z zatwardzeniem a z niebezpiecznym zabójcą. Okazało się, że toalety były pułapką jednego z Krzykaczy zwanego Happym. Happy był z rasy mimików, czyli mógł przyjmować wygląd obiektów martwych, by ofiary zbliżały się do nich i traciły czujność. Wtedy atakował i pożerał w całości. Happy zazwyczaj przyjmował formę zestawu Happy Meal, żeby przyciągać do siebie bezbronne dzieci, ponieważ miał skłonności pedofilskie. Trudno to opisać w książce, ale jakbyście zobaczyli jego minę i wzrok, zrozumielibyście, o czym mówię (wpiszcie sobie w neta). Gdy usłyszał, że na jego terytorium weszła kolejna osoba, postanowił zamienić się w klozet i pożreć swoją ofiarę gdy ta posadzi na nim dupę.

Niestety nie wiedział, z kim przyjdzie mu walczyć.

Włodek wbiegł do kabiny, nie pukając nawet w drzwi. Ledwo udało mu się zdjąć spodnie i posadzić pośladki na muszli a od razu wystrzelił klocka jak z armaty. W wywiadzie, który Włodek później nam udzielił, okazało się, że zatwardzenie trzymało go kilka dni. Klocek wystrzelił pod takim ciśnieniem, że przebił nie tylko kibel, ale i wbił się w podłogę. Happy nie wiedział, co się stało. Dostał prosto w głowę niczym kulą z pistoletu. To nie była walka...

... to była egzekucja.

Wszędzie polała się krew Happiego, ale Włodka to nie zdziwiło, ponieważ był pewien, że taki kloc rozwalił mu kawałek odbytu. Gdy poczuł ulgę, był gotów dalej wspomagać Kubasa. Wstał, założył spodnie, zapomniał się podetrzeć i ruszył z powrotem.

Nie zauważył nawet, że pokonał groźnego przeciwnika.

***

Nigo w końcu doszedł do ukrytego pokoju. Była to ciemna, nieduża komnata z jakimś podejrzany pomnikiem na środku. Rumuna zdziwiła trochę ta rzeźba, ponieważ, mimo że była z kamienia to wyróżniała się stylem od reszty zamku. Przypominała stwora, jakby ducha albo człowieka, który ma na sobie prześcieradło. Trudno było stwierdzić przez brak światła.

„No proszę, proszę a kogo my tutaj mamy.” Nigo odwrócił się, by spojrzeć, kto jeszcze wszedł do tego pokoju i kto walnął takim standardowym tekstem. „Kim jesteś?”

„Jestem Nigo a ty? Wyglądasz jak zgniły ziemniak.” Bardzo kulturalnie przywitał się bohater, witając nową postać. Ale cóż, trudno mu się dziwić, ponieważ faktycznie był to jakiś dziwny potwór, który wyglądał jak zielona, włochata bulwa z nogami i krótkimi rączkami. W dodatku w ręku dzierżył drewnianą laskę.

„Mówią na mnie wujaszek, jestem strażnikiem tego miejsca.” Powiedział zielony i wyminął Nigo. Podszedł do pomnika i zaczął go głaskać. Nasz bohater pomimo grzywki zobaczył podobieństwo między nim a posągiem.

„Chyba fiutaszek.” Skomentował grzecznie. „Jesteś jednym z Krzykaczy tak? Co to za miejsce i co to za rzeźba?”

„Tylko Pan Paint oraz Dalay mają prawo tutaj być i oczywiście ja. Wyszedłem na chwilę zamówić pizzę, bo tutaj jest słaby zasięg i akurat pojawiłeś się ty.” Wujaszek wycelował w niego pałką. „Nikt nie może wiedzieć o tym miejscu więc muszę się ciebie pozbyć.”

„Będę walczył z owłosionym ziemniakiem. Dzięki autor.” Nigo wyjął z torby na kije, którą miał na plecach dziwny przedmiot. Oczywiście był to kij do gry, ale o dziwnej końcówce. Dopiero gdy się przyjrzałem, to zobaczyłem, że jest to kij do Lacrosse`a. Chłopak jednak popatrzył na niego, pomyślał chwilę i schował z powrotem do torby. „To jeszcze nie czas na moją najlepszą technikę.” Po tych słowach wyjął stare dobre kije od hokeja. „To wystarczy, żeby Cię pokonać.”

„W unihokeja chcesz grać?” Zapytała bulwa. Nigo jednak nie odpowiedział, tylko rzucił się na przeciwnika. Zaatakował kijami jak wściekły hokeista. Wujaszek złapał go jednak za ręce, zanim ten uderzył. „Dałeś się złapać, przegrałeś.” Nagle w miejscu, za które złapał włochaty ziemniak, zaczął się tworzyć lud i zamrażać powoli chłopaka. Czyli to kolejny użytkownik lodu. Jednak lód ten nie był zwykły a cały zielony. „Przykro mi, ale mój lód jest zatruty. Ta technika to moja specjalność a nazywa się Przeterminowany Los. Jeśli nie zabije cię zimno to trucizna, która dostanie się do twojego ciała.” Hokeista stał jednak w ciszy i obserwował, jak lód pochłania jego ręce.

„Ice Gor Die” Powiedział na spokojnie i lód zaczął się rozrastać nie tylko na ręce Nigo, ale i Wujaszka.

„Co!? Ty też używasz lodu?” Zrobił wielkie oczy przeciwnik chłopaka. Oboje byli uwięzieni w lodzie.

„Między innymi tak. Masz pecha, że wyjąłem kije od hokeja. Ich żywiołem jest lód.”

„Heh. No dobrze, a więc zamrozimy się razem. Ja jednak jestem odporny zarówno na lód jak i truciznę. Wystarczy, że ktoś z towarzyszy mnie uwolni i będę jak nowo narodzony a ciebie czeka koniec.” Wujaszek zadeklarował zwycięstwo, a lód zajmował coraz więcej jego ciała.

„Jeszcze zobaczymy.” Nigo zaparł się i jednym potężnym ruchem wyrwał ręce z lodu (razem z kijami).

„Co!?” Krzyknął zdziwiony Wujaszek. Nie mógł uwierzyć, że chłopak oderwał ręce od lodu, ponieważ praktycznie mało co z nich zostało. Nie tylko rękawice pozostały w lodzie, ale i praktycznie cała skóra, trochę mięśni i mnóstwo krwi. Dłonie Nigo wyglądały teraz spaghetti, bo były dosłownie oberwane ze skóry. „Jaką trzeba mieć siłę woli, by zrobić coś takiego.” Dodała zielona bulwa, która prawie całą pokryła się już lodem.

„Nie chodzi o siłę woli a odporność na ból. Widzisz użytkownik Kijaszków Rozpierdolu zawsze rani swoje ręce podczas ich używania. Miałem je już złamane, rozcięte, zamrożone, spalone setki razy. Oberwanie ich ze skóry do dla mnie nie nowość.” Wytłumaczył Nigo, ale widać było po twarzy, że powstrzymuje się, by nie krzyknąć. Jego przeciwnik nie zdążył już nic powiedzieć, bo zamienił się w lodowy posąg. „Muszę go dobić, ale ledwo mogę trzymać kije.” Po tych słowach chłopak padł na kolana „Co jest. Kręci mi się w głowie. Czyżby trucizna zdołała przedostać się do ciała?”

Chwilę potem zemdlał.

***

Kubas, Smutny Klaun, Totemiarz a z drugiej strony Włodek wbiegli do głównej komnaty, w której się rozdzielili.

„Włodek, znalazłeś Magdę?” Zapytał Kubas

„W kiblu jej nie było.” Odpowiedział. „Widzę, że znalazłeś nowych kolegów.”

„Olej ich, żeby autor nie musiał dawać im tekstów, bo ta część i tak jest już kurwa za długa. Nigo jeszcze nie ma więc powinniśmy wybrać któreś z kolejnych drzwi.” Mówiąc to, spojrzał na drzwi numer 4. Ruszył do nich, ale okazało się, że ktoś je otworzył z drugiej strony. Wyobraźcie sobie szczęście i zaskoczenie gdy ujrzał w nich swoją ukochaną.

Czyli Magdę.

„Magdaaaaaaaaaa!” Kubas rzucił się na dziewczynę o włosach w kolorze rzadkiego gówna. Miała zmrużone oczy i uśmiech na twarzy, ponieważ również ucieszyła się na widok chłopaka (chyba tylko ona), którego nie widziała trzy lata. Wpadli sobie w ramiona i zapłakali.

„Wiedziałam Kubas, że po mnie przyjdziesz.”

„To było jasne, że uratuje swoją ukochaną nawet jeśli moi towarzysze przez to zginą.”

„Co?” Zareagował Włodek.

„Ale Magduś jak tutaj dotarłaś?” Dopytywał Kubas, ocierając swoje łzy.

„Ja ją uratowałem.” Z za drzwi wyszła kolejna osoba. Był to Ździraja. „Cele były tuż za tymi drzwiami tylko, że w podziemiach.”

„No kurwa, to ja miałem ją uwolnić. Kiedy dostałeś się do zamku miszczu?”

„Razem z Lordem Tom`Ash`em odkryliśmy tajne, podziemne przejście, którego używali członkowie Wrzasku. Po drodze trafiłem na jakieś laboratorium i niejakiego Profesora, który się pruł, że to teren zamknięty, ale dostał w ryj i zamilkł, być może na wieki.” Kubas ucieszył się na widok mentora, ale teraz interesowała go jedynie ukochana.

„Dobra chuj tam z tobą. Magduś, jest tyle rzeczy, które chce Ci powiedzieć. W końcu możemy ze sobą normalnie porozmawiać.”

Otóż autor zdecydował, że jednak nie możecie.

Kubasa nagle przeszły ciarki i spojrzał na ostatnie z zamkniętych drzwi. Wyczuł tam niebezpieczną energię. Bardzo potężną i złą. Ździraja zauważył jego niepokój ale zanim dopytał się, o co chodzi, wydarzyło się coś dziwnego.

Kubas eksplodował czystą mocą, która wybiła w powietrze. Było to czyste Worywoku. Odrzut popchnął wszystkich do tyłu, szczególnie wtuloną w chłopaka Magdę. Energia była wysysana z Kubasa z taką mocą, że aż podniosła go do góry. Przez chwilę wybraniec zaczął więc lewitować, a do tego krzyczeć z bólu jednak bardzo szybko stracił przytomność i opadł na ziemię.

Proces zakończył się , czymkolwiek był.

„Co do chuja wafla?” Skomentował Totemiarz.

Magda, Włodek i Ździraja szybko podbiegli do chłopaka i zobaczyli, w jakim jest stanie. Ten ostatni bardzo się zmartwił.

„Nie dobrze. To wygląda zupełnie jakby wyssano z niego całe Worywoku. Wiem, o czym mówię.” Mistrz Kubasa w przeszłości oberwał wysysaczem i spotkało go coś podobnego jeśli nie to samo.

„Ale dojdzie do siebie?” Zapytała Magda.

„Nie wiem. Ledwo oddycha a proces wyssania całego Worywoku kończy się śmiercią. Jeśli nie zostanie zaraz uleczony, umrze.”

„Kubas! Nie umieraj!” Włodek darł mu japę nad uchem i go nieco obślinił, a Smutny Klaun zasmucił się i zapłakał.

„Nie wiem, co się stało, ale musimy go jak najszybciej przenieść na Ziemię. Bierzcie go i zapierdalamy z powrotem. Nic tu po nas, skoro uratowaliśmy Magdę.” Zadecydował Ździraja i wydał polecenia. Totemiarz i Smutny Klaun wzięli razem truchło Kubasa i razem z innymi biegiem udali się do wyjścia. Zanim jednak wybiegli, Ździraja zatrzymał się i odwrócił. Dostrzegł kogoś w cieniu za nimi, w sali, z której wybiegli. Wyglądał na przejętego.

„Nie idziesz?” Zapytała Magda gdy zobaczyła, że dziad się zatrzymał.

„Idźcie przodem i nie czekajcie na mnie. Ja muszę coś załatwić. Jakby Kubas jednak przeżył, to powtórz mu, że wszystkie oszczędności, które zarobił przez 3 lata podróży przepuściłem na automaty 24h.” Magda nie dopytywała więcej, ponieważ za bardzo martwiła się o swojego okularnika. Pobiegła więc razem z resztą, zostawiając dziada samego.

***

Za drzwiami zamku Wrzasku, w miejscu walki z Dalayem bohaterowie natknęli się na Lorda Tom`Ash`a, który trzymał pod pachą rannego Nigo. Gdy zobaczył nieprzytomnego Kubasa, to skomentował.

„W końcu zdechł.” Następnie spojrzał do góry. Od jakiegoś czasu nad zamkiem skumulowało się bardzo dużo energii. Również energia wyssana wcześniej z Kubasa. „A więc stało się.”

„Co się stało?” Dopytywał Włodek.

„Właśnie tworzy się Runa Elementarna.” Odpowiedział niewzruszony.

***

Ździraja powrócił do oświetlanej przez światło księżyca sali.

„Pokaż się. Wiem, że tutaj jesteś. Nie pozwolę Ci dorwać Kubasa, szczególnie że i tak pewnie zaraz zdechnie.”

„Nie chce dorwać twojego nowego ucznia. Potrzebowaliśmy go i jego olbrzymich pokładów Worywoku tylko po to, by stworzyć to, co jest nad tobą.” Odezwał się tajemniczy głos. Ździraja spojrzał do góry i przez dziurę w suficie ujrzał to co wcześniej lord Tom`Ash. Energia znajdywała się w powietrzu, zmieniając kolor nieba, przypominając zorzę polarną. A jednak kolory łączyły się ze sobą, tworząc coś małego w samym środku skumulowanej energii.

„Co to jest?” Dopytywał dziad.

„To, co się dzieje to jest połączenie ponad dziesięciu różnych Worywoku. A w środku tworzy się...”

„Runa Elementarna!” Dokończył Ździraja. „To dlatego Kubas stracił całą moc. Ale chwila.... twój głos. Brzmi znajomo. Pokaż się!”

„Skoro tego chcesz.” W końcu z cienia wyszła postać. Mężczyzna o młodym wyglądzie i czarnych spiczastych, postawionych do góry włosach. W uchu miał czarne kolczyki. Ubrany był w czarną szatę Wrzasku, więc był jednym z członków tej grupy. Jego pasek przy suwaku był czerwony. „Witaj. Dawno się nie widzieliśmy... mistrzu.” Na widok faceta Ździraja wytrzeszczył oczy.

„Niechcianosław!? To ty!? Ja w to nie wierzę!” Ździraja zrobił dwa kroki do jak widać byłego ucznia, którego imienia nie będę komentował.

„Porzuciłem to imię. Teraz jestem znany jako Paint. Lider Organizacji Wrzask.” Odpowiedział poważny człowiek o niepoważnym imieniu i niepoważnej ksywce. Jak teraz się przypatruje, to faktycznie nawet przypomina ledwo widoczną postać z fotografii, którą Ździraja pokazywał na początku tej części.

„Ale jak... co, kiedy!? Przecież Wrzask Cię dorwał podczas pierwszej ekspedycji Zakonu Feniksa. Widziałem na własne oczy!” Dziadowi dalej było trudno uwierzyć, że rozmawia ze swoim pierwszym uczniem.

„To prawda. Wpadliśmy w pułapkę, ale dzielnie walczyłem. Nauczyłeś mnie wiele, a dzięki swojej runie byłem potężny. Byłem gotów umrzeć za dobro, o którym wpajałeś mi od małego. A jednak gdy na mojej drodze pojawił się mnich Dalay Lama i zapytał, czy nie chce potęgi, która dałaby mi władzę nad wszystkim, nie potrafiłem odmówić.” Paint powoli zaczął zbliżać się do swojego mistrza.

„Zaprzedałeś się złu Niechciajku!”

„Nie... nie to sprawiło, że przyjąłem propozycję odbudowania Wrzasku i zdobycia Runy Elementarnej. To były twoje słowa.”

„Co? Niby jakie?”

„Że będziesz miał ucznia, runina, który zmieni losy świata.”

„Czekaj. Masz na myśli przepowiednie, którą usłyszałem od tego grubego kartofla wyroczni?”

Wyrocznia było grubą babą, która przepowiadała ludziom dla beki wróżby, chociaż tak naprawdę czytała im jedynie wróżby z ciasteczek. Kubas również kiedyś ją odwiedził.

„Gdy zrozumiałem, że to mój koniec... poczułem... zawód. Tyle razy powtarzałeś mi te słowa, nie rozumiejąc jakie brzemię kładziesz mi na ramiona. Gdy Wrzask mnie dorwał, wiedziałem, że zawiodłem wszystkich, Ciebie i najbardziej siebie. Uwierzyłem w słowa, które mi wpajałeś. Gdy los dał mi ostatnią szansę zdobycia potęgi, która może wstrząsnąć światem i zmienić jego los, wiedziałem, że było mi to przeznaczone. Spełniło się to o czym mi opowiadałeś.” Zdradził historie swojego przejścia na ciemną stronę mocy Paint.

„Aż tak wziąłeś do serca słowa przepowiedni?” Dopytywał dziad.

„Kurwa ustawiłeś mi je na budzik, zrobiłeś koszulki z tym napisem a zamiast modlitwy przed jedzeniem kazałeś mi je powtarzać.” Pierwszy raz podniósł głos Paint.

„Fakt, może trochę przesadziłem. Ale w życiu bym nie pomyślał, że staniesz się zły!” Ździraji było żal swego ucznia, ale nie krył wściekłości na niego i chyba też trochę na siebie.

„Przepowiednia nie mówiła, w jaki sposób twój uczeń zmieni losy świata. Mówiła tylko, że zmieni. Wiem, że nie potoczyło się to tak, jak chciałeś, ale ja to zaakceptowałem i ty też musisz.”

„Miałeś pokonać zło! A nie stać się jednym z nich!” Zawołał Obi Wan znaczy Ździraja. „Stałeś się kimś, z kim walczyłem całe swoje życie, nie licząc sobót, niedziel i świąt. Tak się składa, że mamy dzień powszedni.” Ździraja przyjął gardę. „Skoro stałeś się zły, nawrócę cię na stronę dobra jako twój mistrz.”

„Niby jak.”

„Siłą!” Ździraja rzucił się na Painta.

***

Wszyscy pozostali bohaterowie udali się na pustynie Las Nachos. Profesor Duczman otworzył portal po raz czwarty. Jakiś czas wcześniej pierwsza grupa powróciła na ziemię, a następnie ci, którzy towarzyszyli Kubasowi i Magdzie, mimo że na dwa razy. Ja oczywiście też chciałem spierdolić, ale, że skubany Ździraja pozostał sam na terytorium wroga, a w dodatku rozpoczęła się jego walka z głównym bossem, to i ja muszę tutaj tkwić. Zobaczmy więc czy sobie poradzi czy dostanie wpierdol.

***

Ździraja ruszył biegiem w stronę Painta i wyprowadził kilka ciosów. Wszystkie zostały zablokowane.

„Widzę, że dalej pamiętasz co nieco z naszych treningów.” Ździraja nie przestawał atakować.

„To tylko baza pod potęgę, którą zaraz zobaczysz.” Przeszedł do defensywy Paint.

„Tak się składa, że dobrze pamiętam twoją moc. Runa Śmierci czyż nie?” Jak mówiła przepowiednia, uczeń Ździraji był runinem. Już wcześniej dowiedzieliśmy się co to za runa gdy Kubas rozmawiał z Albą. Paint posiadał runę Zetsuu zwaną runą śmierci. Gdy podczas trzyletniego treningu z Kubasem opowiadał mu o niej, wspominał, że specjalizuje się w odbieraniu życia przeciwnikowi. Żeby jednak to zrobić, musi trafić czymś ostrym swój cel. A Paint nie miał w dłoniach żadnej broni. „Wystarczy jeden cios, a zginę prawda?” Runa śmierci okazała się bardzo podobna w działaniu do runy zniszczenia.

„Tak jak mnie wytrenowałeś.” W końcu to lider Wrzasku postanowił zaatakować. W jednej chwili w ręku pojawił mu się lodowy kolec, coś na kształt długiego sopla tylko, że w czarnym kolorze. Ździraja odskoczył w ostatniej chwili.

„Lód? I to jakiś podejrzany...” Ździraja przyjrzał się kolcowi. „Był schowany w rękawie? Raczej nie...”

Kurde kolejna osoba mająca lodową moc. Dziś chyba środa dzień loda a Ździraja wspominał, że to dzień powszedni więc nie jet to wykluczone.

„Przecież nie masz runy lodu... Jak to zrobiłeś?” Dopytywał Ździraja.

„To tylko mała część moich nowych mocy.” Odpowiedział Paint, który stworzył drugi sopel w drugim ręku.

„Nowych mocy? A więc muszę liczyć się nie tylko z Runą Śmierci, ale i lodowymi kolcami? Dobrze, że poszedłem ostatnio na kurs samoobrony dla kobiet co prawda, by wyrywać samotne czterdziestki, ale i przypomniałem sobie podstawy walki z uzbrojonym przeciwnikiem.” Ździraja ponownie zaatakował. Tym razem Paint nie bronił się, tylko zamachnął lodowymi ostrzami. Dziad uniknął kolców i zamiast uderzyć w swojego dawnego podopiecznego, uderzył w sople. Nie dość, że je połamał. to wytrącił mu je z dłoni. Dopiero wtedy zaatakował mężczyznę, ale ten w ostatniej sekundzie skrzyżował ręce i zasłonił się przed pięścią. „Nieźle.” Ździraja nie miał czasu pochwalić więcej przeciwnika, bo odłamane ostrza zatrzymały się w powietrzu i zaatakowały dziada. Widocznie krzyżowanie rąk nie miało na celu, tylko zablokować ciosu, ale i przywołać sople. Ździraja uniknął odłamków i wyjął z gaci kulkę dymną, którą rzucił w podłogę.

PUFF

Wszędzie się zadymiło a po dziadu nie było ani śladu.

„Zwiał?” Zastanowił się Paint i rozejrzał po komnacie. Dopiero po chwili sobie o czymś przypomniał, ale było już za późno. Spojrzał do dołu, jakby wiedząc, co się stanie. Ździraja użył swoich sztuczek ninja, by dostać się pod podłogę, z której teraz wyskoczył z pięścią w górze. Przyjebał Paintowi mocno w brodę, że aż go wyrzuciło w powietrze.

„Hah. Dać Ci czas na nastawienie szczęki?” Ździraja rozmasowywał sobie rękę. Uderzenie zabolało go bardziej, niż sądził. Lider Wrzasku otrząsnął się i wstał. „Co jest?” Na jego brodzie nie było żadnego siniaka, tylko skruszony, czarny lód, który powoli odpadał z twarzy. „Możesz używać lodu jako zbroi? To będzie kłopotliwe. W dodatku twardy ten lód.” Popatrzył na swoją pięść.

„Moja moc władania mrocznym lodem nazywa się Grim Ice.” Paint starł resztki skruszonego lodu z twarzy. „Chyba czas to zakończyć. Stworzenie Runy Elementarnej wymagało użycia Worywoku nas wszystkich.” Paint wyciągnął rękę i stworzył w niej lodowy sopel taki jak wcześniej. Ten zaczął jednak rozrastać się dużo bardziej i bardziej aż przyjął formę wielkiej, czarnej, lodowej kosy. Złol złapał ją w drugą rękę. „To moja ulubiona zabawka. Idealnie pasuje do runy śmierci prawda?”

Czytelnicy o tym nie wiedzą, ale blizna po runie Zetsuu, czyli śmierci ma kształt przypominający kosę. Podobno uczeń Ździraji ma bliznę pod włosami dlatego jej nie widać. To pewnie pozostałość po buntowniczym okresie bycia ultrasem.

„O co chodzi z tym lodem...” Ździraja cały czas nie rozumiał, skąd bierze się moc jego przeciwnika. „Skoro przestajemy się bawić to i ja potraktuje tę walkę serio.” Dziadu napluł sobie na rękę, po czym przystawił ją do ziemi. „Wzywam Ptaka!”

PUF

Zadymiło się, a gdy dym się rozwiał, pojawił się humanoidalny kruk stojący na dwóch nogach. Był niższy od Ździraji, mniej więcej był wysokości Kubasa jeśli liczyć czuprynę głównego bohatera.

„Siema mistrzu.” Przywitał ptaka Ździraja. Przyzwańcem okazał się sam Russel Crow, czyli lider pół wymiaru Ptasiej Góry, w której Kubas spędził rok na treningu, pomysłodawca techniki Russelgun oraz mistrz Ździraji za młodu.

„Rany, dawno nikt mnie nie przyzywał. Chyba pali Ci się pod dupą co?” Kruk spojrzał na ich przeciwnika. „Zaraz.. To Niechciajek?”

„Jak widać...” Ździraja podrapał się po głowie. „Trochę mu się urosło i się zbuntował. Teraz to lider Wrzasku.”

„Mówiłeś, że gówniarz zdechł, a nie, że stał się liderem grupy terrorystycznej.” Skomentował kruk.

„Jakoś kurwa nie napisał mi kartki świątecznej z tym co u niego słychać wyobraź sobie.” Odpowiedział dziad, ale Russel go olał i odezwał się do Painta

„Niechciajku, co ty odwalasz? Jeszcze nie jest za późno. Przejdź na dobrą stronę mocy, a przygotujemy twoje ulubione danie z robaków i nasion.” Po tych słowach na twarzy Painta pierwszy raz pojawiła się emocja a dokładniej obrzydzenie na myśl o tym, czym musiał kiedyś się żywić. Spędził on dzieciństwo właśnie na Ptasiej Górze, gdzie poznał i Russela i Ździraję.

„Jeszcze jeden powód, żeby się was pozbyć.” Paint ruszył z miejsca i zaatakował dwójkę wrogów zamaszystym cięciem. Kosa była na tyle duża, że bez problemu mogła zranić dwie, stojące obok siebie. Ździraja i Russel Crow odskoczyli do tyłu, ale Paint kontynuował atak kosą jeszcze kilka razy.

„Pamiętaj mistrzu, jeden cios i po nas.” Ostrzegł Ździraja ptaka.

„Domyśliłem się. Niechcianosław, ty chyba serio stałeś się zły.”

„Dokładnie tak. To jest moje przeznaczenie. A poza tym teraz jestem Paint.” Rozmawiali podczas atakowania i unikania.

„Ale czemu akurat Paint?” Dopytywał ptak.

„Miało być Pain, żeby było mrocznie i cool, ale wszystkie adresy mailowe PainA, Pain1, PainXD i tak dalej były zajęte oprócz PainT, więc już tak zostało.” Wyjaśnił tajemnicę lider złej organizacji. Po tym Russel Crow wyskoczył wysoko do góry i dzięki skrzydłom zawisnął w powietrzu.

„Skoro serio jesteś teraz złolem, trzeba się tobą zająć. Piórokolce!” Kruk zamachnął się skrzydłami, z których wystrzeliło kilkanaście ostrych jak miecz piór. Większość z nich wbiła się w ciało Painta a reszta w podłogę. Okazało się jednak, że przed zranieniem ponownie osłoniła Painta warstwa czarnego lodu, która pokrywała mu skórę. „Znowu lód?”

„To jest Grim Ice, używa go zarówno do ataku jak i obrony.” Wyjaśnił Ździraja a Russel w międzyczasie wylądował obok niego i zapytał.

„Ale on nigdy nie używał takiej mocy. To jakieś czary?”

„Nieee, on nie ma tyle many. Nie wiem, o co chodzi, ale rozwiązanie tej zagadki to najważniejszy cel tej walki. Mam takie przeczucie. Chociaż jeszcze ważniejsze będzie znalezienie sposobu, by przebić się przez ten lód.” Ździraja pogładził się po brodzie, próbując wyglądać poważnie, co jakoś mu nie wychodziło, bo jednocześnie drapał się po dupie. Gdy tak sobie gawędzili, Paint nie tracił czasu i rzucił kosą, tworząc mordercze, wirujące ostrze. Zadziwiło to naszych bohaterów, którzy uniknęli atak w ostatnim momencie. Gdy zobaczyli, że Paint nie ma broni, oboje rzucili się na niego z pięściami. Zaatakowali dwóch na jednego i kilka razy przebili gardę Painta dając mu po ryju, ale lodowa skóra absorbowała obrażenia. W pewnym momencie naprawdę przejęli inicjatywę i przewaga była po ich stronie. Paint nie nadążał za obroną i prawie wszystkie ciosy dosięgały celu. „Cholera, ten lód blokuje wszystkie nasze ataki!”

„Nie przerywaj! Musi być jakiś sposób!” Zachęcał Russel. Gdyby nie wcześniej wspomniany lodowy pancerz to Paint miałby zmasakrowaną twarz jak kibic Polonii po wygranym meczu z Legią. „Poza tym w ten sposób nie zaatakuje!” Ździraja i Russel odrobili pracę domową. Wiedzieli, że najlepszym sposobem na walkę z runinem śmierci jest nie dać mu zaatakować. Ich strategia sprawdzała się doskonale, ale nie mogła trwać wiecznie. Gdy w końcu Ździraja zaczął coś dostrzegać na twarzy Painta, Russel zauważył coś innego i krzyknął. „Uważaj Ździraja!”

Skupienie na przeciwniku sprawiło, że Ździraja nie zauważył lodowej kosy, którą Paint przyciągnął za pomocą Worywoku, tej samej, którą wcześniej w nich rzucił. A jednak wyćwiczony refleks pozwolił mu na unik.

A przynajmniej tak myślał.

Na ręce Ździraji pojawiła się rana, z której poleciała krew.

„Wydłużyłem ostrze kosy gdy zacząłem ją przyciągać.” Wyjaśnił Paint. To wystarczyło, by Ździraja źle ocenił odległość. Dziad z przerażeniem spojrzał na swoją ranę, a następnie na Russela. Kruk zrozumiał i wiedział, co ma zrobić. Tym razem to on wykorzystał nieuwagę lidera Wrzasku i przykopał mu w klatę. Nie zrobiło mu to nic, ale upuścił kosę, którą dopiero co złapał. Russel podniósł ją i od razu zamachnął sie.

CIACH

Odciął Ździraji zranioną rękę, prawie aż przy barku.

„Żyjesz?” Russel wpatrywał się przejęty w Ździraję, ale ten nie odpowiadał, bo musiał odczekać, by się przekonać czy to nie jego ostatnie chwile. Po kilku sekundach ocknął się.

„Ta... chyba się udało.” Złapał się za kikut i przycisnął go, bo leciało z niego dużo krwi.

„Brawo.” Paint podniósł się i otrzepał. „Tylko ktoś, kto wie jak, działa runa śmierci, zrobiłby coś takiego. Wiedzieliście, że jej moc polega na wpuszczaniu Worywoku przez ranę do serca, by je zniszczyć. Sekunda później i technika Cardio Reaper posłałaby cię do piachu.”

„Wycofujemy się?” Zapytał Russel, który rozkruszył o kolano lodową kosę, a następnie zgniótł jej resztki ptasią nóżką.

„Byłem nieostrożny fakt, ale chyba wiem, jak się dobrać do niego i złoić mu skórę.” Ździraja zdradził plan Russelowi na ucho.

„Mogę spróbować, chociaż dawno nie używałem tej techniki. Przypatrz się dobrze, bo pewnie nie wypali dwa razy.” Russel ponownie wyskoczył do góry i zawisnął w powietrzu. „Hej Niechciajku! Zablokuj to! Spiral Crow!” Kruk zamachnął się i zaczął wirować dookoła. W pewnym momencie rozpędził się do takiego stopnia, że wyglądał jak mini wir. Co więcej, zaczął się poruszać i zataczać w powietrzu koła aż w końcu z wielką prędkością ruszył na Painta kręcąc się w ten sposób. Ten wyprostował ręce i stworzył przed sobą lodową, czarną barierę. Russel uderzył w nią z wielką siłą i zaczął się w nią wwiercać. Na początku nic to nie dawało, ale po chwili rozkruszył ją i dosięgnął celu. Razem z Paintem rozpędził się dalej i uderzyli o ścianę, co zakończyło wirującą technikę.

„Udało się! Coś tak czułem, że to zadziała!” Krzyknął Ździraja, bo w końcu zobaczył, że po ataku jego mistrza pozostała niemała rana na piersi ich przeciwnika a w dodatku ten wypluł trochę krwi. Jednak to było za mało, żeby go pokonać. Paint ponownie stworzył lodowy kolec w ręku i chciał zaatakować Russela, któremu tak kręciło się w głowie, że nie wiedział, co się dzieje dookoła. Ździraja jednak rozpędził się i kopniakiem rozwalił mu tę broń. Następnie obkręcił się i kopem z pół obrotu odrzucił Painta. Wykorzystał tę chwilę, by złapać Russela i się wycofać o metr czy dwa od przeciwnika. „Ocknij się, twoja technika zadziałała.”

„Rozgryzłeś to?” Russel złapał się za głowę, ale powoli odzyskiwał siły.

„Tak. Nie wiem, skąd się bierze ten lód, ale wiem, jak go pokonać. My nie damy rady, ale Kubas sobie poradzi....” Nagle Ździraja przestał mówić, bo coś przebiło mu plecy na wylot. Był to lodowy, czarny sopel. „O kurwa, ale akcja.” Zdążył odwrócić głowę i zobaczył, że za nim, spod ziemi wystawał Paint z soplem w dłoni. Soplem, który w niego wbił.

„Nauczyłeś mnie też tej sztuczki.” Skomentował przeciwnik. Ździraja przypomniał sobie czasy treningów z Niechcianosławem. Zdradził mu wszystkie swoje techniki, pamiętał, jak bardzo był z niego dumny i jak lubił z nim spędzać czas. Wypluł trochę krwi i padł na ryj, mając pusty wzrok. Dopiero teraz widział, że się pomylił. Faktycznie przypomniał sobie wspólny trening i razem spędzony czas, ale nie widział tam już młodego Painta a Kubasa. To z jego postępów był tak dumny, bo wiedział, z jakiej pizdy musiał zrobić fightera. W ten sposób przeleciało mu życie przed oczami.

Ździraja zdechł.

„Co!?” Russel nie krył zdziwienia gdy patrzył na martwe ciało Ździraji. Następnie spojrzał na Painta, ale nie tego, który stał teraz nad ciałem oponenta a tego, który cały czas stał w miejscu, gdzie oberwał wirującą techniką. Gdy się przyjrzał, to zobaczył, że tamten Paint to jedynie lodowa skorupa a prawdziwy przedostał się za Ździraję pod ziemią. To dlatego nie zauważyli, że nadchodzi. „Ło ty kurwa...” Śmierć Ździraji anulowała technikę przywołania i Russel zniknął w dymie tak szybko jak się pojawił.

PUF

Paint wbił w plecy dawnego mistrza kilka lodowych sopli. Pewnie chciał się upewnić, że dziad już nic nie wymyśli i się nie podniesie.

„No proszę, jako jedyny zginąłeś po dwóch atakach, a nie jednym.” Paint spojrzał w górę, by obserwować proces tworzenia się Runy Elementarnej.

W tym samym czasie ekipa Kubasa powróciła bezpiecznie na ziemie. Kubas dalej był nieprzytomny i nie był świadom wydarzeń w zamku Wrzasku. Udało się uratować Magdę, ale nie bez strat. Jak na wieść o śmierci mistrza zareaguje Kubas? Jak wyprawa do Las Nachos wpłynie na resztę przyjaciół Kubasa? O co chodzi z mocą Painta? Kim jest przeklęte dziecko? Jaką nową broń otrzyma Kubas?

To wszystko w następnym odcinku: Kubas Adventure Shippuuden 3 i Przeklęte Dziecko

Zesram się.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • zsrrknight rok temu
    Wiesz co - to jest zdecydowanie za długie bym to teraz przeczytał, ale tak na pierwszy rzut oka to masz źle zapisane dialogi - a może nie tyle źle, co w sposób angielski, czy tam inny zagraniczny, a nie polski. A jak piszemy po polsku, to dialogi też muszą być zapisane zgodnie z zasadami i języka polskiego i ogólnie literackimi.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania