Metro 2038: ostatnia odyseja (fragment 1) poprawa

Metro 2038: ostatnia odyseja

Rozdział 1

Ostatnie tunele

 

To zaczęło się ponad trzydzieści lat temu. Gdybym wtedy nie uciekł z domu, nie miałbym tych wszystkich, wyrzutów sumienia za śmierć rodziców. Którzy i tak by zginęli bo tu, w metrze nie da się żyć. Pamiętam to tak, jakby było wczoraj. Przed dniem końca, pokłóciłem się z rodzicami przez co nie, zjadłem kolacji. Następnego dnia sprawa ucichła, lecz mimo tego czułem, do nich niechęć. Udając się do szkoły w pobliżu, stacji metra widziałem żołnierzy. Lekko się wystraszyłem, ponieważ zimna wojna miała, przybierać na sile jeszcze bardziej. Rosja i USA miały, przygotowywać rakiety atomowe. Jak się potem okazało to była prawda. Stałem tak w bezruchu i wpatrywałem, się raz na żołnierzy, raz na zapasy wody i żywności albo załadowanego CKM-a.

 

- E! Spadaj do metra bachorze a nie wpatrujesz się na nas jak na obrazek. - krzyknął, do mnie jeden z mężczyzn.

- Dobrze, gada idź do metra jeśli ci życie miłe.

 

Zrobiłem co kazali. Do dziś się zastanawiam czemu. To odruch, żołnierza tkwiący w każdym z nas czy też po prostu, zrozumienie, co się dzieje. Nie raczej, to pierwszej gdy tylko wszedłem na do metra, zaczął wyć alarm bombowy. Słyszałem, krzyki żołnierzy mówiących, by iść do metra. Płacz kobiet i dzieci. Znowu stałem jak wryty. Wokół mnie przepychali się ludzie. Odwróciłem się w kierunku miasta. Od rozpoczęcia, ewakuacji minęło sześć minut i żołnierze zaczęli strzelać do cywili, którzy byli na zewnątrz. Jakiś starzec, próbował zablokować zamykające się żelazne wrota, stacji metra. Tylko po to by wpuścić, kobietę z dzieckiem. Po chwili cała trójka, leżała zimna na ziemni. Z miasta dobiegł, głuchy odgłos, wybuchających rakiet. Poczułem, łzę na policzku.

 

- Nie martw się młody za kilka tygodni tam wrócimy. - Powiedział strzelec karabinu, który jako jedyny mnie spostrzegł albo reszta po prostu nie chciała. - Rodzice tam zostali?

- Ta...Ta...Nie wiem.

- Módl się, aby weszli do innej stacji. No a na razie się tobą zaopiekuje.

 

Tak o to w metrze, spędziłem nie kilka tygodni a ponad 30 lat. Żołnierz, przestał się mną opiekować w 2033 roku kiedy to dostał, rozkaz obrony stacji – WOGN. Człowiek z zasadami, raz po paru gorzałkach powiedział, że zginie w walce i właśnie na stacji gdzie robiono najlepszą herbatę sześćdziesięcio paro latek dokonał żywota. Dwa lata temu, uzyskaliśmy kontakt radiowy z reszta świata. Wtedy stalkerzy, uruchomili lokomotywę, ukrywaną gdzieś w metrze. Podobno znaleźli jakiś „bezpieczny” teren dla mieszkańców. Miejscowi, nazywają to prawdziwym metrem 2. To właśnie tu zaczyna się moja historia. Jednego z pierwszych mieszkańców, nowego świata. Jako, że mieszkam na Smoleńskiej, stacji sąsiadujące z Polis. Wraz z dwójką innych mieszkańców, mieliśmy udać się do Arbackiej jednej z stacji Polis. Oczywiście nikt nie wspomni, że Kijewska i Smoleńska, tworzą konfederacje Arbacką ale mniejsza w końcu będę wolny.

 

- Maksimow zostaw ten notatnik, chodź na zbiórkę. Chcą nas oficjalnie, pożegnać. - Powiedział to chłopak lekko wchodząc do mojego namiotu. On też miał, być jednym z pierwszych.

- Anton! Nie żartuj. Chociaż raz.

- Nie tym razem.

 

W dwójkę udaliśmy się do tunelu. Wokół nas stali ludzie. Wiwatowali. Jakaś dziewczynka dała mi wisiorek z sznurka i naboju. Przed nami administrator Smoleńskiej i trzeci podróżnik. Aleksiej.

 

- Drodzy panowie! W imieniu, całej stacji życzę wam szczęśliwej, podróży a także byście pamiętali, skąd pochodzicie i dumnie reprezentowali, naszą stacje.

 

Wsiedliśmy do czegoś, co przypominało samochód z dawnych lat. Ja osadziłem działo, Anton kierował zaś Aleksiej siedział obok. Ruszyliśmy. Ostatni posterunek, był na trzy setnym metrze tunelu. Oddział, tam stacjonujący dał nam po kałachu i cztery pełne magazynik po czym otworzył bramę.

 

- Maksimow, chroń tyły. - Powiedział Anton.

- A po co? To jest krótki tunel.

- Fakt ale nas jest tylko trzech. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

 

Zrobiłem jak mówił. Nie był dowódca, po prostu mówiąc o bezpieczeństwie. Chwycił mnie za serce.

 

- Ej, słyszycie to?

- Co jest Maksimow?

- Ta melodia. Ten śpiew.

- Albo ogłuchłem albo się przesłyszałeś.

 

Pojazd się zatrzymał. Spojrzałem na Antona, wyglądał tak jakby ujrzał ducha a potem skamieniał. Nie reagował na żadne bodźce. Nawet gdy Aleksiej, zaświecił mu latarką prosto w oczy. Zszedłem z kabiny strzelniczej i podszedłem do Aleksieja. Nadal słyszałem melodię, z każdym krokiem słyszałem, ją co raz częściej.

 

- Choć! Nie możemy marnować czasu. - Dotknąłem go za ramię.

- ZOSTAW MNIE! - krzyknął.

- Hej spokojnie. To ja Maksimow.

- Idź stąd zostaw mnie. - Wycelował, swoim karabinem w podbródek.

- Co ty robisz?!

- To już nie ma sensu. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją. Widzisz go tylko on mi został a teraz. On nie żyje to koniec – zaczął płakać.

- Słuchaj mam pomysł. Ty odłożysz karabin a ja zaprowadzę cię do Polis, tam na pewno znajdziesz nowych przyjaciół.

- Do... do... dobrze. - powiedział łkając.

 

Poszliśmy w kierunku celu pieszo i już tylko w dwójkę. Z każdym krokiem melodia była co raz głośniejsza a Aleksiej co raz głośniej płakał. Gdy tylko ujrzałem bramę stacji. Melodia i płacz ustała.

 

- Co? Co się stało? - Przecierając oczy spytał Aleksiej.

- Tunele. - stwierdziłem.

- Został tam? - odwrócił się w kierunku tunelu.

- Tak. Za bardzo by nas spowalniał a ty już byłeś nie małym problemem.

- Rozumiem. No dobra. Czas na Polis.

 

Zapukałem w bramę.

 

- Kto tam? - powiedział twardy głos.

- My ze Smoleńskiej. - Otworzyła się klapa.

- A was nie miała być trójka?

- Trzeci został w tunelu... na zawsze.

- Rozumiem. Wchodźcie.

Zamknął klapę. Po chwili otworzyła się brama. W środku, było sześciu weteranów. Tylko tacy mieli możliwość obsadzić pierwszą linię obrony stacji. Jeden był przy bramie a pozostali byli przy ogniska. Czekali aż zagotuje się woda w starym czajniku.

 

- Siadajcie. Ogrzejecie się trochę, mamy resztę herbaty z WOGN-u.

- Za dwie godziny kończymy zmianę. Wtedy pójdziecie z nami. Rozkazy z góry.

 

Jak powiedzieli tak też było. Czas zleciał na rozmowie, piciu kwasu który smakował, prawie jak za pierwszym razem i graniu w karty. Wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt, że jeden z nich po prostu siedział. Reszta robiła, wszystko by odwrócić od niego uwagę. Kiedy zmiana się skończyła, przyszli kolejni. Dowódca, przykazał jakiś papier drugiemu i poszliśmy w kierunku stacji.

 

- A ty kim jesteś? - Nie wytrzymałem i spytałem nieznajomego.

- Jestem Artem. - Powiedział to tak luźno jakby mówił tylko to jedno zdanie.

- Ten Artem? Ten który uwolnił ludzi od metra?

- Zgadza się. - Powiedział ciężki lekko chłopięcy głos. Zresztą nie miał nawet trzydziestu lat więc nie ma co się dziwić.

- Aleksiej opanuj się trochę.

- Nie szkodzi. Przywykłem do tego. - Przycichł na chwilę podając, paszport dowódcy z drugiej barykady. - Jestem tu, drugi dzień a już wszyscy o mnie wiedzą.

- A co ty tu robisz? - Spytałem.

- Przyjechał, po was i to sam! Całą lokomotywę, sam przyprowadził! - Powiedział, jeden z grupy.

 

Nagle rozmowa ucichła. Dowódca podał jakiś świstek, po czym podał naszej dwójce okulary przeciwsłoneczne.

 

- Załóżcie chyba, że chcecie oślepnąć. - zaśmiał się złowroga.

 

Już samo Polis, wyglądała jak utopia a miało być, jeszcze lepiej. Każdy mieszkaniec metra, marzył o wyjściu na powierzchnie a mi, już tu było dobrze. Malowidła na ścianach, kolumny na których tynk nie zamierza odpaść i złocone żyrandole. Świecące tak jakby, czas się zatrzymał na dzień, przed wybuchem. Była to miła odmiana. Światło świateł awaryjnych, na innych stacjach, przyzwyczaił wszystkich do ciemności. Nagłe, mocne światło zmienia człowieka.

 

- Piętnaście minut, czasu wolnego. Potem, widzimy się w barze a i kupcie sobie strzelbę, przyda się. - Powiedział Artem.

 

Rozeszliśmy się. Od razu udałem się w kierunku zbrojowni. Dookoła, było wielu ludzi: handlarzy, zwiedzających, mieszkańców i żołnierzy.

 

- Co pan sobie życzy? Kałach, strzelba a może pistolet. Mam też kuszę i wiatrówkę.

- Strzelbę.

- Dwururkę, „pompkę”, rowerową a może coś specjalnego? Mam strzelbę, zrobioną z LKM-a; specjalność stalkerów!

- Skąd to masz?

- Stalker ją sprzedał. Nie pytałem czemu. To co bierzesz?

- Ile?

- 90.

- Dam 80.

- Yhm. 100 i kompresor.

- Dobra. 110 z kompresorem i dodatkowym magazynkiem. Pełnym.

- Zgoda – Podaliśmy sobie ręce. Wydałem większość nabojów jakie miałem.

- O cześć! Ty już okupiony.

- Zgadza się Aleksieju a ty?

- Właśnie idę.

- Okej. Do zobaczenia w barze.

 

Tak też było. Siedziałem, przy stoliku i czekałem. Przy okazji ładowałem, strzelbę i kałacha. Po woli przyszli pozostali. Artem był ostatni ale tylko na nas spojrzał i machnął, ręką by iść zanim i tak w ósemkę udaliśmy się do lokomotywy. Była pokryta, czarną farbą, lekko zardzewiała. Na przodzie widniała czerwona gwiazda. Znajdowała się na specjalnej stacji nad metrem. Jednak nie na tyle by potrzeba było założyć maskę. Do lokomotywy był dołączony wagon. Przerobiony na sześć małych kajut. Artem, wszedł pierwszy, każdemu, dał po małej drewnianej skrzynce. W środku było osiem filtrów, trzy bandaże, suszona wołowina i termos z wodą.

 

- Ja i Fiodor, poprowadzimy lokomotywę a wy odpocznijcie. Do odwołania, macie założone maski a filtr wymieniacie w ostateczności! - Rozkazał Artem.

 

Każdy zrobił jak powiedział. Jak się okazało Fiodor, to imię generała plutonu któremu towarzyszyliśmy. Zająłem jeden z pokoi; brama na powierzchnię została otwarta. Założyłem maskę i wyjrzałem za okno. Była wczesna wiosna. Śnieg, dopiero co zaczął topnieć. Nad nami latało dziwne stworzenie.

 

- Nazywają je demonami. Tu nam nic nie zrobi ale na wolnej przestrzeni i bez kul. Już dawno byś służył jako pożywienie. - Powiedział to głos za pleców ale gdy się odwróciłem nikogo nie było.

- Nie bój się przejeżdżamy przez ogród botaniczny. Duchy czarnych nadal tu są i nawiedzają każdego kto przejeżdża. - Powiedział Artem, który robił obchód by sprawdzić czy wszystko w porządku. - Maksimow. Wiedz, że dopiero teraz zaczyna się twoja historia.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Rafał Łoboda 3 dni temu
    Hej
    Apokalipsa dotknęła też Twoje przecinki, bo zostały tylko niedobitki. Trudno czyta się tekst, gdzie interpunkcja tak szwankuje.
    Masz zły zapis dialogów, spójrz na poradnik Fantazmatów.
    W prozie liczebniki zapisujemy słownie.
  • Maksimow 2 dni temu
    jasne
  • Olek wczoraj o 18:31
    Dobry tekst.Interpunkcje faktycznie dotknęła apokalipsa ale ogólnie świetny tekst.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania