Poprzednie częściOranżada

Oranżada IV

- Pan tak długo jeszcze? - nagły głos wstrząsnął konduktorem, jednak nadal sparaliżowany przechylił on tylko głowę w stronę, z której wybrzmiewało echo. - Normalnie wami zajmuje się Wergil, ale… nie jest teraz do dyspozycji, chyba właśnie wymiotuje. - kończąc zdanie, mężczyzna nachylił się do nasłuchiwania, w stronę dokładnie tak samo pustą, jak każda inna.

Bez sensu będzie opisywać jego wygląd. Dla każdego może się jawić inaczej, szczególnie w tym wiecznym półmroku. Powiem tylko, że dla P. mężczyzna przypominał archetyp sumiastego gbura rodem z zarządu jakiejś upadającej firmy.

- …też tutaj wyrzuciło? - wydusił P. wstając już na kolana, otrzepując w zasadzie perfekcyjnie czyste ubrania.

- W pewnym sensie - umarłem jednak przy porodzie, wolę mówić, że jestem lokalsem. - zatoczył ręką przez połowę bezkresu.

- Ja umarłem? - P. zbladł, zamierając w pół otrzepania.

- Nie jestem tego w stanie powiedzieć, ale trybiki czasami zsyłają tu ludzi na chybił trafił. Wystarczy się chyba za dużo razy obrócić w lewo bez obrotu w prawo, czy coś takiego. Technologia… - mężczyzna przewrócił oczami.

- To są… zaświaty? - P. stanął na nogi.

- Obokświaty. - (założe się, że długo czekał, aż będzie mógł użyć tego tekstu, wymyślił go pewnie pod prysznicem lub czekając na sen) - Nie trafia tutaj każdy, dopóki Pana godność jest pod znakiem zapytania, mogę jedynie zaoferować coś do picia. - Mężczyzna ewidentnie nałożył głos “dla petenta”, a całość wyrecytował z jakiejś odgórnie ustalonej regułki.

- Wody? - P. stojąc, nadal podnosił na niego wzrok.

- Oczywiście.

Pół ciała mężczyzny zagłębiło się w mrok, po czym wróciło z papierowym kubeczkiem zimnej wody. Tak musiałyby wyglądać ruchy w trzecim wymiarze dla dwu-wymiarowego człowieka. Podszedł do P., podał mu kubek, przy czym jego kroki w ogóle nie wybrzmiewały, biurowe półbuty wybijały staccato na tafli kryształowego mostu. Odszedł gdzieś na stronę, zostawiając nas samych z byłym konduktorem i jego metafizyką. P. patrzył w horyzont, popijając wodę i bynajmniej nie zajmując sobie wielce głowy myśleniem. Pierwsza lepsza wizyta w urzędzie przygotowuje do liminalności życia pozaziemskiego. Zawahał się nadal przy stawianiu kubka na “ziemi”, jednak ten wiernie zawisł tuż przy lewitującym ciele. Co za okropna nuda. Zazwyczaj w poczekalni można przelatywać wzrokiem plakaty, rozpiski (najczęściej absolutnie sobie nawzajem przeczące), przygnębione, kartoflane twarze współ-petententów, jeszcze bardziej przygnębione, zeżarte żółcią twarze personelu lub nawet krzaki za oknem. Tutaj nie istniało nic - albo gorzej, nic co P. mógłby zobaczyć (może jednak nie był jednym z tych “wybranych”, o których była mowa?).

Bał się ruszyć z miejsca, w końcu chyba kazano mu tutaj czekać. Gdyby zdołał się oddalić chociaż troszeczkę, wątpił, że byłby w stanie znaleźć z powrotem to miejsce, gdzie wylądował. Z drugiej strony, może nie byłoby tak trudno go znaleźć. Nawet po godzinie biegania, mogłoby się okazać, że ten urzędas zrobi krok w otchłanny bok i znajdzie się tuż przed nosem petenta.

Straszna myśl, że to mogłoby już być to, że ta próżnia czeka go do końca istnienia, zaczęła powoli kiełkować w podświadomości P., aż uśmierzyć ją musiał kładąc się na posadzce i zmuszając do zaśnięcia. Sen nadszedł jak zwykle - nie wiadomo kiedy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • il cuore godzinę temu

    Dywizy robią chaos🚀
    /chyba właśnie wymiotuje. - kończąc zdanie/ – powinno być dużą literą
    /że jestem lokalsem. - zatoczył ręką/ – nie rozumiesz zasady zapisu dialogów

    Dalej nie czytam 🚒🚑

  • yfgfd123

    owszem, nie rozumiem. musi w tym tkwić większa tajemnica, bo od wielkości jednej litery się chyba nie odechciewa dalej czytać, może kiedyś ją osiągnę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania